Terceira – Mój rok na środku Atlantyku

„Terceira – Mój rok na środku Atlantyku”. Proste słowa, a dla mnie znaczą tak wiele. Rok temu wylądowałam na tej małej portugalskiej wyspie położonej wśród fal potężnego oceanu, stożków wulkanicznych i soczyście zielonej przyrody. (Jeśli chcesz wiedzieć, jak się tu znalazłam, zapraszam Cię do wpisu W podróży przez życie liczy się każdy krok.) Wylądowałam – i buzia mi się nie zamykała. Z zachwytu. Spełniałam swoje marzenie, zaczynałam wielką przygodę, rzucałam się w nieznane. Albo znane, ale tylko trochę. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Nigdy w życiu nie wiemy, co nas czeka. (No, może jedynie wszystkich bohaterów Grey’s Anatomy czeka śmierć, ale to inna kwestia. Nas też czeka, ale przed nią – całe życie.) Możemy planować, możemy się przygotowywać – ale nigdy nie będziemy mieć do końca pewności, że to, co sobie zaplanujemy, faktycznie się wydarzy. Możemy za to być pewni, że wydarzy się wszystko to, co nieoczekiwane. Zwłaszcza kiedy rzucamy się na głęboką wodę. Azorska kultura na pierwszy rzut oka wydaje się podobna do polskiej Woda, w którą się rzucałam – poza oceaniczną głębią – nie wydawała się szczególnie głęboka. To przecież też Europa, wspólni przodkowie przed tysiącami lat, język podobny do hiszpańskiego, krowy, byki… Zaraz, zaraz, hola! Czy ten twardy, francusko brzmiący język to na pewno krewny śpiewnego hiszpańskiego? I te krowy… Tak, ale na ulicach? Jak to? Ano tak! Idą, to trzeba się zatrzymać. Taki azorski korek na drodze. Byki? Ok, byki istnieją. Ale żeby też na ulicach? Że biegają? Że ludzie od maja do października zbierają się tłumnie i jeżdżą od wioski do wioski, żeby oglądać te gonitwy? I do tego wywieszają ozdobne koce przez okna i balkony, żeby ozdobić ulicę na czas tego święta? I przygotowują górę jedzenia, żeby każdy, kto zechce schronić się podczas takiej gonitwy w ich domu, miał co jeść? Czy to aby na pewno ta zimna, coraz bardziej indywidualistyczna Europa? Największym zaskoczeniem na Terceirze byli dla mnie ludzie. Podczas tourady (wspomnianej gonitwy byków) faktycznie chętnie przyjmują pod swój dach przybyszów i częstują, „czym chata bogata”. Kiedy zapyta się ich o wskazówkę, jak gdzieś trafić, to nawet jeśli nie potrafią wyjaśnić – zaprowadzą. Na drogach, jeśli trąbią, to zwykle po to, żeby kogoś przywitać. Na środku skrzyżowania zatrzymują się w podobnym celu. Kierowca autobusu potrafi „zgarnąć” spóźnionego pasażera kilkaset metrów przed przystankiem, na którym ten zwykle wsiada. Recepcjonistka w przychodni potrafi przez 15 minut tłumaczyć przez telefon, jak dotrzeć do przychodni, mimo że docierająca, ociekająca deszczem, już dawno chciała się poddać. Znajomy potrafi przejechać całą wyspę, żeby tylko pomóc coś załatwić, zorganizować, podrzucić, odebrać. I wszyscy się uśmiechają! Kilka dni temu zrobiłam eksperyment i poobserwowałam kierowców mijanych samochodów. Wszyscy się uśmiechali! Aż sama nie wierzyłam! Oczywiście, nie jest tak, że każdy ma tutaj uśmiech 24/7/365. Tu się normalnie toczy życie. Są radości, ale są i smutki. Są zachwyty i jest rozpacz. Ale jest też inne podejście do życia. Znakomita większość osób wybiera radość. Wybiera śmiech zamiast łez. I akceptowanie rzeczywistości zamiast próby zmienienia tego, czego zmienić się nie da. Dziś usłyszałam od znajomej, że w trudnych chwilach powtarza sobie: „Najważniejsze, że żyjemy”. I ma rację. Kolejnym zaskoczeniem były tutejsze święta i zwyczaje. Na Azorach mówi się, że w archipelagu jest 8 wysp i jeden park rozrywki. Ten park rozrywki to właśnie Terceira. Tylko tutaj można dostać dzień wolny ze względu na gonitwę byków lub zakończenie karnawału! Tylko tutaj właściciel potrafi zamknąć sklep w ciągu dnia, bo koniecznie musi obejrzeć touradę. Tylko tutaj święto św. Jana potrafi trwać półtora tygodnia. Tylko tutaj można dostać za darmo przyniesiony przez kogoś chleb lub… reklamówkę mięsa. Bo akurat w pobliskim imperio (mała kapliczka ku czci Ducha Świętego, w której odbywają się liczne uroczystości w okresie powielkanocnym) jest święto i roznoszą wszystkim okolicznym mieszkańcom. Tylko tutaj grupa przyjaciół zbiera się, żeby odwiedzić wszystkich znajomych, popijając likier i podziwiając bożonarodzeniowe szopki. Co kraj, to obyczaj, jak mawiają. I żeby się o tym przekonać, nie trzeba – jak widać – jechać do Azji ani na Dziki Zachód. Ludzie i inna kultura to – poza przyrodą – moje największe tutejsze odkrycia. Ale miałam też kilka własnych, prywatnych odkryć. Odkryłam na przykład, że brudzenie się może być bardzo dobrym doświadczeniem. Chwytanie mokrych, pokrytych mchem gałęzi, zjeżdżanie na tyłku po mokrej trawie, wpadanie do pół łydki w błoto – to znakomita zabawa. Wiedziałam o tym jako dziecko, kiedy dopiero co przebrana na przyjazd gości w śnieżnobiałą sukienkę pędziłam do piaskownicy i wracałam równie brudna, jak byłam kilka minut wcześniej – ale dorastając, zapomniałam o tym. Wymaga się od nas czystości, elegancji, szyku. A czasem dobrze po prostu wskoczyć do kałuży i się roześmiać w głos. Sprawi nam to prawdopodobnie więcej radości niż przyciasny gorset obyczajów. A propos zjeżdżania na tyłku – odkryłam, że wszystko czyści się tu wybielaczem. W tym, schody prowadzące do oceanu na kąpieliskach. Ale tylko na tych strzeżonych. Te schody, które nie są regularnie czyszczone, szybko zarastają i stanowią zagrożenie dla życie dla osób tak nieświadomych, jak ja. Moje doświadczenie ze schodami doprowadziło mnie do wniosku, że albo strzeżone kąpielisko, albo piaszczysta plaża. Jakie było to doświadczenie? Otóż pewnego pięknego dnia wybrałam się ze znajomym nad wodę. Piękne miejsce, między skałami, z widokiem na Monte Brasil (góra złożona z trzech prawdopodobnie wygasłych wulkanów, „przylepiona” do Angry, największego miasta na wyspie). Po prostu raj! Oczywiście zdecydowałam, że do wody wchodzę pierwsza. Jeden krok, drugi – i krótka myśl: „Ja nie chcę jeszcze umierać”. Poślizgnęłam się na schodach, spadając, mocno uderzyłam tyłkiem albo o te schody, albo o podwodną skałę. Tuż przed zanurzeniem się instynktownie nabrałam powietrza, a już pod wodą powtarzałam powyższą myśl. Wynurzanie się trwało w nieskończoność. Kiedy w końcu znów znalazłam się z głową ponad falami, dziękowałam, że żyję. Kąpiel była krótka, obity i podrapany tyłek leczyłam przez dłuższy czas, a strach przed poślizgnięciem się pozostał do teraz. Cóż, jedna z moich lekcji. Kolejna lekcja brzmi: pamiętaj o ochronie przed słońcem. Nawet jeśli masz na głowie ciekawsze sprawy, takie jak wspinanie się na najwyższy szczyt Portugalii. W lipcu wybrałam się ze Stowarzyszeniem Os Montanheiros (stowarzyszenie zajmujące się tutejszą przyrodą
Cztery miesiące na środku Atlantyku

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że
Terceira – oto jestem!

Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy po portugalsku „trzecia”. Dla mnie to trzecia wizyta tutaj. Pierwszy raz bez daty powrotu. (O tym, skąd się mi się wzięła ta Terceira, przeczytasz w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok„.) Wylądowałam prawie dwa tygodnie temu w środę 18 stycznia, tuż przed godziną 11:00 tutejszego czasu. Przesunięcie czasowe w stosunku do Polski to dwie godziny. Przynajmniej administracyjnie, bo jak mi niedawno mądry kolega podpowiedział – według słońca są tak naprawdę trzy godziny. Wylądowałam i… nie mogłam uwierzyć, że tu faktycznie jestem. Znajomi odebrali mnie z lotniska, wyściskałam ich i nie przestawałam rozglądać się wokół i śmiać się od ucha do ucha. Znajomy mnie szczypał, żebym uwierzyła, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze wieczór wcześniej w Lizbonie Terceira nadal wydawała się odległa. Nocowałam w Lizbonie u znajomej, ale zanim do niej dotarłam, spotkałam się jeszcze z jednym poznanym przypadkiem znajomym. Pochodzi z sąsiedniej wyspy, mieszka od wielu lat w Lizbonie, ale tęskni za Azorami. Mówił mi, że pamięta, jak półtora roku temu wróciłam pierwszy raz z Terceiry i zafascynowana opowiadałam mu, jak bardzo mi się tam podobało i jak bardzo chcę tam wrócić. Najlepiej natychmiast. Ale 17 stycznia wieczorem nie bardzo wiedziałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jestem już za połową drogi, że tylko nocleg i będę tam, gdzie chciałam być od półtora roku. Ale jednocześnie jedną nogą byłam jeszcze w Polsce. I jedną nogą, i ogromnym kawałkiem serca. Przed wyjazdem spotkałam się z bliskimi mi ludźmi, zrobiłam dwie imprezy pożegnalne – firmową i prywatną, nagadałam się za wszystkie czasy… Mimo pośpiechu w przekazywaniu obowiązków w pracy, w pakowaniu, w wywożeniu wszystkiego do domu – miałam coś, co się pięknie nazywa „quality time”. A w rzeczywistości jest jeszcze piękniejsze niż sama nazwa. Zdołałam spędzić fantastyczne chwile z ważnymi dla mnie osobami… ….a tu nagle Lizbona! I wielka tęsknota za wszystkimi, których zostawiłam tysiące kilometrów za sobą. Siedziałam na Praça do Comércio, patrzyłam na Tag, rozmawiałam ze znajomym, który mi przypominał, jak po pierwszym i drugim powrocie z Terceiry chciałam się tam natychmiast znaleźć z powrotem, który mówił ze zdumieniem i z podziwem, że spełniam swoje marzenie – i zwyczajnie tęskniłam. Następnego dnia rano miałam pobudkę – i na lotnisko. Rok temu, kiedy ta sama znajoma odwoziła mnie na lotnisko, wracałam do Polski. Znajoma powiedziała wtedy: „Jeszcze wrócisz na Terceirę, na dłużej, jestem pewna”. Miała rację. W samolocie nie mogłam spać. Zwykle zasypiam, ledwo zapnę pas, a tym razem kręciłam się nerwowo w tę i z powrotem. Tak do połowy lotu. Kiedy od dłuższego czasu lecieliśmy nad wodą, kiedy dotarło do mnie, dokąd lecę – uspokoiłam się i zasnęłam. I wylądowałam 18 stycznia tuż przed 11. Na początku miałam kilka dni wakacji. Znajomi „przechowali” mnie u siebie, karmili pysznościami i zabierali na długie wycieczki – tam, gdzie się dało, szliśmy pieszo, gdzie się nie dało, jechaliśmy jeepem. Albo odwrotnie, jak kto woli. Przeszliśmy dwa duże, piękne szlaki. Jeden jest jeszcze w trakcie przygotowań, ale znajomy z racji miejsca pracy jest osobiście zaangażowany w jego otwarcie, więc „przecieraliśmy szlak”. Dosłownie. Drugi szlak istnieje od dawna, czasem trzeba się na nim wspinać wysoko, czasem idzie się piękną połoniną. Wrażenia fantastyczne. O szlakach będzie osobny wpis, na razie tyle, że warto. Warto przyjechać tu i ruszyć w las – jest co podziwiać. Moje wakacyjne dni pełne były wrażeń, pozytywnych emocji, serdecznych rozmów, śmiechu, radości. Wieczorem pomagałam zrywać mandarynki, rano oglądałam wykluwające się ze skorupek pisklaki. A w ciągu słonecznych, prawie letnich dni coraz szerzej otwierałam oczy na to, co widzę. W końcu w sobotę uwierzyłam, że tu naprawdę jestem. Po kilku dniach wakacji przyszedł czas na przeprowadzkę i rozpoczęcie pracy. Przeprowadziłam się do domu, w którym spędzę co najmniej najbliższe kilka miesięcy. Dom ma kominek, elektryczne piecyki i widok na ocean. Jest położony na południu wyspy, kilka kilometrów od Angry, czyli największego miasta na wyspie. Widok na ocean, zwłaszcza w słoneczne dni, jest obłędny. Ale jak się tam przeprowadziłam, dwa pierwsze dni nie były słoneczne. Lało od rana do wieczora, a w nocy jeszcze bardziej, temperatura spadła, chodziłam w dwóch polarach i jeszcze marzł mi nos. I do tego wiatr, który zdawał się wywiewać z człowieka resztki nadziei na ujrzenie jeszcze raz słońca. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dowiedziałam się, że – pewnie ku rozczarowaniu co niektórych – przy wykopkach jednak nie będę pracować. Firma, w której pracuję, na razie nie sadzi sama warzyw. Yacón, którym się na początek zajmujemy (na początek, bo są plany rozwinięcia firmy), wyhodowali tutejsi organiczni farmerzy. Ja na razie pracuję w biurze, robię „risercze”, zestawienia, rzucam pomysły. Jak się zacznie etap produkcji, będę też pracowała przy wytwarzaniu produktu docelowego, czyli suszonych plastrów wspomnianego słodkiego ziemniaka. Pierwszy raz w życiu będę pracować przy maszynach, sama jestem ciekawa, co to będzie. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dużo się działo, poznawałam wszystko i wszystkich, dowiedziałam się wiele o firmie, o jej działalności, o planach na przyszłość, o sposobie pracy. W wieczornych rozmowach z rodziną i znajomymi byłam nadal spięta, ale jednocześnie pozytywnie nastawiona do rzeczywistości. Niepokoił mnie duży dom, do którego się przeprowadziłam, ale starałam się patrzeć jasno w przyszłość i czekać spokojnie na to, co przyniesie kolejny dzień. Niestety, we wtorek rano moje nastawienie do świata było równie pochmurne jak pogoda za oknem. Mieszkałam w zupełnie nowym miejscu, daleko od moich tutejszych znajomych, nie mogłam nigdzie wyjść, bo lało… Trudno w takich warunkach o jasny ogląd sytuacji. Kiedy znajomy zaproponował, że zgarną mnie po pracy do siebie, nie wahałam się ani chwili. Spędziłam z nimi świetny wieczór, a od następnego ranka wszystko już było w porządku. Moje pozytywne podejście do świata i nowości wróciło, znów się uśmiechałam do ludzi i do życia, mogłam działać dalej. I tak działam już prawie tydzień. Wszelkie trudności przekładam
W podróży przez życie liczy się każdy krok

Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury! Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i kupiłam bilet w jedną stronę. 17 stycznia wsiadam w samolot i lecę na Terceirę – moją wyspę marzeń. Jestem chodzącym przykładem na to, że jeśli wystarczająco mocno się w coś wierzy, to można to osiągnąć. Terceira to mała wyspa na środku Atlantyku, o której istnieniu dowiedziałam się dwa lata temu w październikowym słońcu Barcelony. To historia na osobny wpis, zaczynająca się jak love story, a zakończona super przyjaźnią, teraz tylko tyle, że warto rozmawiać z nieznajomymi. Kilka miesięcy po niespodziewanym spotkaniu w Barcelonie wylądowałam po raz pierwszy na najbardziej zielonym zakątku Ziemi, jaki do tej pory widziałam. I z miejsca się zakochałam! Co mnie urzekło? Nieskażona natura. Soczysta zieleń. Błękit nieba. Potęga oceanu. Serdeczność ludzi. Radość życia, która widoczna była na każdym kroku. Tam się nauczyłam, że można wolniej, można spokojniej. Że wspólny posiłek można zjeść nie od święta, tylko codziennie. Że nie trzeba biec, lepiej skupić się na bieżącej chwili i docenić ją w najdrobniejszym szczególe. Że nigdy nie będziemy mieć wszystkiego – i „wszystko” nam do szczęścia nie jest potrzebne. To, co najważniejsze, jest w nas samych. Po powrocie do Warszawy trudno mi było wrócić do codzienności. Było dla mnie za głośno, za szybko, za nerwowo. Źle znosiłam szum i anonimowość, jaka panuje w dużym mieście. I ponury wyraz twarzy spotykanych na ulicach ludzi. Chciałam zachować w sobie choć cząstkę tego, czego nauczyłam się w mojej podróży. I chciałam jak najszybciej wrócić do mojego raju. Do przygotowań do wyjazdu zabrałam się, jak to miałam w zwyczaju, szybko i nerwowo. Chciałam wyjechać już, teraz, natychmiast. Uczepiłam się myśli, że znajdę jakąś pracę zdalną i jakoś to będzie. Wierzyłam, że wyjazd rozwiąże wszystkie moje problemy. A było ich w tym czasie sporo: toksyczna współlokatorka, konieczność wywiezienia mojej ukochanej kotki do rodziców, brak stałego miejsca zamieszkania przez półtora miesiąca, duży projekt teatralny, który był dla mnie ważny, ale jego realizacja pochłaniała mnóstwo energii… Do tego dochodziło ogólne wewnętrzne rozbicie i strach przed postawieniem jakiegokolwiek kroku. Odpowiedź, jakiej najczęściej w tym czasie udzielałam, brzmiała: „Nie wiem”. Na wszystkie pytania odpowiedzią miał być wyjazd. I nie był. Nie byłam w stanie zebrać się w sobie na tyle, żeby faktycznie o ten wyjazd zadbać. Byłam w kompletnej rozsypce i jedyny wyjazd, jaki się wydarzył, to kolejny wyjazd na dwa tygodnie, który tylko przypomniał mi, jak cudownie jest na tej wyspie i jak bardzo chcę na niej być. I znów zabrałam się do przygotowań – i znów przez kolejne miesiące nic się nie wydarzało. Chociaż „nic” to pojęcie względne. Moje „nic” to w tym przypadku był ogrom pracy, jaki włożyłam w to, co mam w życiu najcenniejszego – w samą siebie. Postanowiłam posprzątać szufladki w mojej głowie – powyrzucać śmieci, pościerać kurze, wyciągnąć trupy z szafy i przyznać się do ich istnienia, a następnie wybaczyć sobie, że dopuściłam do ich pojawienia się. I wybaczyć tym trupom, że były w moim życiu – w końcu sama je wybrałam. A jeśli nie wybierałam ich bezpośrednio, to wybierałam moje reakcje na nie. To, co dalej z nimi robiłam. Czyszczenie w głowie odbywało się równolegle z czyszczeniem przestrzeni wokół siebie. Zrezygnowałam z teatru, w którym grałam ponad 8 lat i który bardzo kochałam, odgruzowałam swój pokój, wyrzuciłam połowę ciuchów, poddałam się laserowej korekcji wzroku i ograniczyłam kontakt z ludźmi, którzy wysysali ze mnie energię. Potrzebowałam dużo dobrej energii – i nią zaczęłam się otaczać. Żeby w szufladkach był coraz lepszy porządek. Na początku tej pracy, widząc „wolne przestrzenie”, z przyzwyczajenia zaczęłam je zapełniać aktywnościami – zdecydowałam się na udział w półmaratonie (i faktycznie, po dwóch miesiącach przygotowań, go przebiegłam), zaczęłam tańczyć bachatę, rzuciłam się w wir spotkań towarzyskich, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu, zapisałam się na intensywny kurs portugalskiego i przez cały miesiąc uczyłam się jak szalona, godząc zajęcia z pracą i innymi obowiązkami. I co? I znów dotarłam na skraj wyczerpania – a ten mój skraj leży faktycznie daleko. Tak daleko, że jak już do niego dotrę, nie mam siły nawet usiąść, nie mówiąc o powrocie tam, skąd przyszłam. Wiedziałam, że z czegoś muszę zrezygnować. Moja dusza wołała o przestrzeń, o spokój. Zrezygnowałam więc niemal ze wszystkiego. Byłam niedostępna dla znajomych, co tydzień wyjeżdżałam z Warszawy, żeby być jak najbliżej natury, i nie miałam ochoty wracać do tego dużego miasta, próbowałam odzyskać utraconą energię i chęć działania. W jakimś momencie przeżyłam coś, co fachowo nazywa się wglądem. To taki efekt „aha!”, nagłe zrozumienie sytuacji, olśnienie, pomysł. Któregoś lipcowego dnia dotarło do mnie, że sama jestem odpowiedzialna za swoje szczęście – i że zasługuję w życiu na to, co najlepsze. Brzmi banalnie? To oczywiste? To zastanówcie się przez chwilę, na ile naprawdę tak myślicie, a na ile uzależniacie swoje szczęście od nieuprzejmej pani w sklepie, od kierowcy BMW, który zajechał Wam drogę, od deszczu, który akurat na złość Wam pada, czy od klamki, która chciała zrujnować Wam cały poranek, i dlatego odpadła. Tamtego lipcowego dnia zrozumiałam, że to ja jestem panią swojego życia. Że nie muszę i nie chcę oddawać nikomu władzy nad nim. Że zadowalanie wszystkich wokół prowadzi wyłącznie do tego, że wszyscy są niezadowoleni, ze mną na czele. I że jeśli czekam na to, aż ktoś przemieni moje życie w bajkę – to tym kimś mogę być tylko i wyłącznie ja sama. Przyszedł czas, żeby wyczyszczone szufladki zapełnić na nowo. Wróciłam do starych książek psychologicznych, które już kiedyś czytałam, zaczęłam wertować strony internetowe i blogi w poszukiwaniu materiałów o rozwoju osobistym, rozwoju duchowym, o szukaniu swojej pasji (teatr zostawiłam za sobą – przyszedł czas na coś nowego), poszłam na warsztaty z coachem, wymieniałam się ze znajomymi ebookami pełnymi mądrych myśli, afirmacji, ćwiczeń na usłyszenie swojego wewnętrznego głosu. Wiedziałam, że kiedy go słucham, moje wybory są dobre, najlepsze z możliwych, ale przez ostatnie kilka lat