Donas Amélias – najsłynniejsze słodycze z Terceiry

Donas Amélias to najsłynniejsze słodycze z Terceiry. Każda wyspa na Azorach ma swoją słodką tajemnicę. Na Terceirze są to Donas Amélias. Donas Amélias (czytaj: „donasz ameljas”) to babeczki, które spotkacie w niemal każdej pastelarii, czyli cukierni. Prawdopodobnie nie ma na wyspie nikogo, kto by ich nie znał, a jeśli przyjeżdżacie tu jako turyści, to tym bardziej musicie je poznać. Donas Amélias są inne niż pozostałe słodkości portugalskie czy nawet azorskie. Typowe portugalskie słodycze mają za swoją bazę jajka, a za swoją bazę, wnętrze i wykończenie – cukier. Informacja o cukrze nie jest nijak oficjalna, to moja wersja tej historii. Tak, jak lubię słodycze, tak niektórych portugalskich nie jestem w stanie zjeść. Ale Donas Amélias są inne! Są to babeczki, w których zamiast cukru wyczujemy melasę z trzciny cukrowej i cynamon. Ponoć ludzie dzielą się na wyznawców tych babeczek i na tych, którzy ich nie lubią. Ja należę do tej pierwszej grupy! Historia Donas Amélias Historia tych babeczek sięga 1901 roku, kiedy to królowa Amélia i król Carlos odwiedzili Terceirę. Grupa kobiet zajmujących się przygotowaniem wypieków na tę okazję zastanawiała się, czym poczęstować królewską parę. Wybór padł na ciasto znane wcześniej jako Bolo das Índias, czyli ciasto z Indii. I tu małe wyjaśnienie – przez długie lata Terceira była najważniejszym miejscem na Atlantyku dla statków przez niego przepływających. Odkrywcy i handlarze przywozili specjalności ze wszystkich stron świata, stąd na Terceirze pojawił się na przykład azjatycki cynamon czy brazylijska melasa z trzciny cukrowej. Wracamy do właściwej historii – kiedy królewska para dotarła na Terceirę, postanowiono poczęstować ich wspomnianym ciastem z Indii. Ciasto to zawierało w sobie to, co najlepsze Terceira miała do zaoferowania, czyli mąkę kukurydzianą, masło, jajka i cukier, a dodatkowo takie egzotyczne specjalności jak melasa z trzciny cukrowej, cynamon i rodzynki. Królowa Amélia zachwyciła się smakołykiem! Okazało się, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę. Królowa Amélia, przywykła do pełnych jajek i cukru wypieków z Portugalii kontynentalnej, zachwyciła się prostym w wyglądzie, ale jakże egzotycznym w smaku „ciastem z Indii”. Na cześć królowej ciasto zostało nazwane Dona Amélia Według niektórych doniesień, zamiast ciasta podano królowej babeczki – żeby było bardziej wykwintnie, bo przecież królewska para to nie byle kto! Moja historia z Donas Amélias Ja spróbowałam Donas Amélias po raz pierwszy w czerwcu 2015 roku, przy okazji mojego pierwszego przylotu na Terceirę. Spróbowałam – i przepadłam. W sumie szkoda, że nie przechrzczą tych ciastek na Dona Milena, też by pasowało, poziomem zachwytu z pewnością dorównuję królowej! (Oczywiście nie królowej Anglii). Lubię te babeczki na tyle, że obeszłam już całkiem sporo pastelarii w Angrze w poszukiwaniu najlepszych. I po kolejnych poszukiwaniach i tak zawsze wracam do tego samego miejsca – do pastelarii Santa Bárbara w Angrze. Mieści się ona przy Rua da Guarita 12, blisko straży pożarnej. Jest prowadzone przez mojego dobrego znajomego, Márcio. Mała dygresja – Márcio poza prowadzeniem pastelarii (poznacie go, jak tylko tam wejdziecie, to najbardziej energiczna osoba za barem) zajmuje się fotografią. Zdjęcia Donas Amélias na tej stronie są jego autorstwa. Babeczki robi, wedle ściśle strzeżonego przepisu, jego mama. I robi je najlepiej na świecie! I nie, to nie jest artykuł sponsorowany. To mój wyraz absolutnego uwielbienia dla tych pyszności! I szczególnie dla pyszności wychodzących spod ręki tej kobiety. Jeśli mam gości, zawsze ich tam prowadzę. A potem oni sami jeszcze zwykle gdzieś chodzą po Angrze i próbują tychże babeczek w innych miejscach, i wracają, i przyznają mi rację. I tak. Jeśli będziecie na Terceirze, musicie wybrać się do pastelarii Santa Bárbara i zjeść Donas Amélias. I dać mi znać, jak Wasze wrażenia smakowe! Mam nadzieję, że jak najlepsze! No, to słodkości życzę!
Algar do Carvão, czyli wulkan od środka

Już wiele lat minęło od czasu, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam wulkan Algar do Carvão. Zapytałam wtedy znajomego: dlaczego nie macie polskich ulotek? Nie odpowiedział. Jakieś pół roku później wybrałam się tam znowu i zapytałam innego znajomego: dlaczego nie macie polskich ulotek? Nie odpowiedział. Za to kiedy wróciłam do Polski (tak, tak, te dwie wizyty to jeszcze przed zamieszkaniem na środku Atlantyku), zapytał mnie któregoś razu: jesteś w stanie przetłumaczyć coś? Zapytałam, co takiego. Ulotkę o Algar do Carvão. Podskoczyłam z radości. Oczywiście, że jestem w stanie! I do tego jestem pełna chęci i zapału do zrobienia tego. Tłumaczenie ulotki zaczęłam od… dowiedzenia się, jak działają wulkany! Jakie są typy wulkanów, jak przebiega proces wybuchu wulkanu, jak się nazywają jego poszczególne części. Tak rozległej edukacji z zakresu geografii nie miałam od kilkunastu lat. W końcu wyedukowana, przygotowana, mogłam zabrać się do pracy. Tłumaczenia. Sprawdzania. Poprawiania. Prośby o sprawdzenie i korektę (Aga, Misza – dziękuję!). Weryfikacji wersji pdf. Prośby o poprawki. Zatwierdzania poprawek. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko po to, żeby po kilku miesiącach podróżnicy z Polski mogli na końcu świata cieszyć się polską wersją ulotki. W miejscu absolutnie wyjątkowym. Algar do Carvão to jeden z trzech znanych wulkanów na świecie, które można zobaczyć od środka! Mieści się on na Terceirze w portugalskim archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. Drugi taki wulkan (możliwy do zwiedzenia od wewnątrz) jest na Islandii, trzeci – gdzieś w Azji, ale ten akurat jest niedostępny dla zwiedzających. De facto więc, jeśli chcecie zajrzeć do wnętrza wulkanu, możecie lecieć na Islandię lub na Terceirę. Ja zapraszam oczywiście na Terceirę. Jak wygląda Algar do Carvão? To stożek wulkaniczny, do którego można wejść dzięki specjalnie przygotowanym przez Stowarzyszenie Montanheiros schodom. U góry znajduje się otwór jaskini o wymiarach 17 m x 27 m. Przez niego do wulkanu wpada światło dzienne, które przyczynia się do rozwoju roślinności w tym obszarze. Bujnej i soczyście zielonej roślinności. Wnętrze jaskini ma około 90 metrów wysokości. Na samym dnie znajduje się jezioro z utworzone z wody opadowej. Latem niemal wysycha, zimą jego głębokość sięga kilkunastu metrów. To wszystko można oglądać od środka. Można wejść do wnętrza wulkanu. Ale co właściwie to znaczy – zajrzeć do wnętrza wulkanu? Algar do Carvão jest nie bez powodu jest Regionalnym Pomnikiem Przyrody (tak przy okazji – mieści się na obszarze sieci Natura 2000). Jak w przypadku wymienionych wyżej wulkanów – można w nim wejść do środka stożka wulkanicznego. O co chodzi z tym stożkiem? Otóż normalnie podczas erupcji wulkanu magma wydostaje się z komory magmowej poprzez stożek wulkaniczny na powierzchnię ziemi. Po takim procesie komora i duża część stożka zapadają się, cała przestrzeń wewnątrz zostaje zasypana i tworzy się kalderę – taka duża dziura na szczycie stożka, po której często można spacerować. W Algar do Carvão taki proces nie nastąpił. Dlaczego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zacząć od początku. Otóż wulkan Algar do Carvão powstał w trakcie dwóch erupcji. Pierwsza erupcja, która miała miejsce ok. 3 tysięcy lat temu, była to erupcja pobliskiego Pico Alto. W tym czasie powstał Pico do Carvão – szczyt nad obecnym wulkanem. Tysiąc lat później nastąpiła druga erupcja. Co się w jej trakcie działo? Otóż magma, kiedy postanowiła zwiedzić powierzchnię Terceiry, najpierw chciała znaleźć wyjście bezpośrednio nad komorą magmową, bo tam miała najbliżej. Niestety albo stety, trafiła nie dość, że na najtwardszą w całej górze skałę (trachyt), to jeszcze wybrała sobie najwyższy szczyt góry. Nie dała rady. Nie poddała się jednak i zaczęła szukać innego rozwiązania. Jako że tuż obok warstwy skalne były o wiele luźniejsze, a na dodatek poukrywane były w nich bańki gazowe z poprzedniej erupcji – tamtędy właśnie magma wydostała się na powierzchnię. Była już jednak zmęczona pierwotnymi poszukiwaniami, więc płynęła o wiele wolniej, pod niższym ciśnieniem. Brak odpowiedniego ciśnienia sprawił, że erupcja nie rozerwała stożka, a cofająca się lawa (magma po wypłynięciu na powierzchnię ziemi przekształca się w lawę) dodatkowo umocniła ściany stożka. Część tych umocnień widać do dziś, część dawno odpadła, ale stożek został. Takim oto sposobem dziś możemy oglądać wulkan Algar do Carvão od środka! A co możemy podziwiać w środku? Stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki! To zjawisko na skalę na pewno europejską, a zdaje się, że i światową. Tak jak w Polsce mamy stalaktyty wapienne, tak tutaj – z amorficznej krzemionki. Są olbrzymie, mlecznobiałe i przepiękne. Tworzą je glony, które z przeciekającej przez skały krzemionki tworzą sobie domki. Te niezwykłe formacje to właśnie domki glonów. Nie wiem, jak Wy, ale ja tam bym się nie powstydziła takiego pałacu. Draperie obsydianu i nacieki lawowe Obsydian to kwaśna skała wylewna, która powstaje jako wynik natychmiastowego stygnięcia lawy. Jest złożony niemal wyłącznie ze szkliwa wulkanicznego i znany jako szkło wulkaniczne – ze względu na swoją gładką, świecącą powierzchnię. Znajome próżno szukały obsydianu na Islandii. Na Terceirze, w okolicach Algar do Carvão, są jego całe złoża. A w samym wulkanie stanowi on przepiękną ozdobę ścian. Ściany zdobią też nacieki lawowe. Kojarzycie, jak wylewacie gorącą czekoladę na tort? I tak sobie swobodnie spływa po ściankach? Tak samo sobie spływała lawa po wewnętrznych ścianach stożka. Spływała i zastygała. I my dziś możemy ją podziwiać. Algar do Carvão to również inspiracja dla artystów. Pełne minerałów sklepienia niezmiennie przypominają mi swoją kolorystyką i charakterem obrazy Klimta, a wyjątkowa akustyka przyciąga chętnych do zagrania w tym wyjątkowym miejscu muzyków. W zeszłym roku w wulkanie odbył koncert ukochanej przez Portugalczyków muzyki fado, w tym roku grał w nim sitarzysta. Algar do Carvão to też dom dla roślin i owadów, a nawet ptaków. Zamieszkują go 83 gatunki roślin, w tym – gatunki endemiczne dla Azorów i Makaronezji. Do tego mamy algi, okrzemki, endemiczne żuki, pająki, a także tak oryginalne ptaki, jak na przykład wróbel domowy, kos czy zięba. I wiele innych. Faktycznie jak w domu! Kiedy i jak można zwiedzać wulkan Algar do Carvão? Algar do Carvão jest otwarty dla zwiedzających przez cały rok, ale w zależności od pory roku – w różne dni i w różnych godzinach. Dokładny grafik (i ceny biletów) znajdziecie TUTAJ. I od razu odpowiadam na pytania
Tourada à corda

Tourada à corda, czyli opowieść o tym, jak byki biegają po ulicach Byłam z kolegą-Polakiem, który był na Terceirze na Erasmusie, na touradzie. Kolega wypatrzył w tłumie kogoś w koszulce Legii. Mówi mi: „Milena, zobacz, tam jest jakiś koleś w koszulce Legii!” Ja, wielce ogarnięta, spytałam go, jak wygląda koszulka Legii. Wytłumaczył, wypatrzyłam człowieka, o którym mówił, i po chwili wahania stwierdziliśmy: „Idziemy!” To read an English version of this article click HERE. Niedaleko stała tasca (czyt. taszka; to taki foodtruck, widziany tu głównie przy touradach i innych imprezach okolicznościowych), w której zaopatrywał się nasz rodak. Powiedzieliśmy mu „Dzień dobry” i zaczęliśmy rozmowę. „Co cię sprowadziło na Terceirę?” „Przyjechałem na Terceirę specjalnie po to, żeby zobaczyć byki!” – odpowiedział nasz rozmówca. Zadziwił nas tym niezmiernie. Słuchaliśmy dalej: „Dowiedziałem się w zeszłym roku, że na Azorach są biegi byków, i chciałem je zobaczyć. Kupiłem więc sobie bilet na Azory i poleciałem, ale dotarłem na São Miguel. I dopiero na miejscu się dowiedziałem, że powinienem lecieć na Terceirę. To w tym roku przyleciałem tutaj”. Byłam bardzo zaskoczona tym, że ktoś przeleciał przez pół Europy i pół Atlantyku po to, żeby zobaczyć, jak byki biegają po ulicach, ale jak tak sobie później pomyślałam o reakcjach różnych moich znajomych na ten ewenement – przestałam się dziwić. Touradas à corda to zdecydowanie jeden z wyróżników Terceiry. Byki na ulicy to tutaj codzienność Przynajmniej od 1 maja do 15 października. Wspominałam o tym w tekście Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. W tym okresie niemal codziennie w jednym lub kilku miejscach jednocześnie odbywają się tourady. Oznacza to, że byki, które standardowo widać tłumnie na polach i pastwiskach (zaraz obok krów, których jest na Azorach więcej niż ludzi), wychodzą „na ulicę”. I mniej lub bardziej chętnie spotykają się z tłumem zgromadzonych specjalnie z ich powodu ludzi. Tourada à corda to wydarzenie, które jednoczy społeczność To powód do spotkania, do porozmawiania, do wspólnego spędzenia czasu. Zagubieni wędrowcy znajdą miejsce na czyimś murze czy nawet podwórku. W takim momencie nie ma różnic między ludźmi – wszyscy chcą być bezpieczni i mieć jak najlepszą perspektywę. Spotkać znajomych, pośmiać się, wstrzymać oddech. Pobyć ze sobą w tym ekscytującym momencie. Na czym polega tourada à corda? No dobrze, to o co tu tak właściwie chodzi? Otóż tourada à corda polega na tym, że wzdłuż ulicy biegnie byk, trzymany na linie przez dwie grupy składające się każda z 3-5 mężczyzn, zwanych pastores (pasterze). Byk jest zazwyczaj dojrzały i zaprawiony w bojach (choć zdarzają się też młodsze i niezaznajomione z tematem), a pastores – wytrzymali i spragnieni adrenaliny. I ubrani w białe koszule, szare lub czarne spodnie i czarne kapelusze. Byka drażnią śmiałkowie wyposażeni często w parasolki lub płachty, a całe widowisko ogląda ludność zgromadzona na okolicznych podwórkach i płotach. Jak się zachowywać na touradzie Zanim wspomnę Wam o tradycji, jaką jest quinto touro i która wiąże się z wielką gościnnością mieszkańców Terceiry i jednoczeniem społeczności, może kilka słów o tym, jak się zachowywać na touradzie i jak wyglądają kwestie techniczne z nią związane. Po pierwsze – dbajcie o swoje bezpieczeństwo Jeśli Wam zdrowie i życie miłe, lepiej uważajcie. Sprawdźcie wcześniej, gdzie dokładnie i o której odbywa się tourada, i pojawcie się tam co najmniej pół godziny wcześniej. Tourada może być ekscytującym, ale też groźnym wydarzeniem. Z perspektywy technicznej – ubezpieczenia nie pokrywają pierwszego stopnia spotkań z bykiem. Jeśli coś Wam się stanie, jest to wyłącznie Wasza wina, więc lepiej zadbać o siebie zawczasu i znaleźć miejsce, w którym będziecie na pewno bezpieczni. Po drugie – zostawcie samochód daleko Zostawcie samochód daleko (zwykle i tak nie będzie już miejsc blisko, całe okoliczne drogi będą zastawione) i przyjdźcie na miejsce tourady pieszo. Dlaczego? Ano dlatego, żeby przypadkiem Waszym samochodem nie zainteresował się byk. Żadne ubezpieczenie Wam tego nie pokryje. Tourada nie powinna się zacząć, jeśli są na jej trasie pojazdy, ale lepiej nie ryzykować. Po trzecie – znajdźcie sobie odpowiednie miejsce Byk zwykle biegnie po ulicy, która ma ok. 500 m długości. Jeśli chcecie mieć dobry widok, musicie znaleźć sobie miejsce albo wzdłuż tej ulicy, na bezpiecznym (wysokim!) murze albo za jakimś ogrodzeniem. Większość ogrodzeń jest w tym czasie zabezpieczona deskami – dotyczy to zarówno prywatnych posesji, jak i taszek, czyli wspomnianych foodtrucków, które cieszą się niezwykłą popularnością w trakcie tourad. (Dygresja – w taszkach kupicie piwo, lokalne likiery i aguardente, czyli tutejszy bimber, jak również bifany, czyli bułki z kotletem – najpopularniejszy lokalny fast-food – i znajdziecie wystawione do przegryzienia orzeszki ziemne, oliwki i ziarna łubinu. Właściciele taszek często sami częstują swoich gości piwem i niechętnie przyjmują odmowę). Jeśli nie wiecie, gdzie się schować – zapytajcie kogoś. Nawet jeśli nie będzie mówić po angielsku, i tak Wam wskaże bezpieczne miejsce. A jeśli byk jest już na wolności, z Wy jeszcze nie znaleźliście się w polu jego biegu – zostańcie tam, gdzie jesteście. Na końcu „trasy” byka jest policjant i trzy białe linie. Zostańcie za trzecią, która oznacza strefę bezpieczeństwa. Oczywiście o ile byk się nie zerwie z liny itp. itd., ale to już inna historia. Po czwarte – słuchajcie znaków dźwiękowych W touradzie biorą udział 4 byki, ale nie są one wypuszczane jednocześnie. Wszystkie byki czekają w klatkach na swoją kolej i są wypuszczane pojedynczo. Wypuszczenie byka z klatki obwieszczane jest jednym wystrzałem z racy. W takim momencie powinniście być w bezpiecznym miejscu. Byk biega ok. 15-30 minut, następnie jest prowadzony z powrotem do klatki. Kiedy byk jest już z powrotem w klatce, usłyszycie dwa wystrzały z racy. Obwieszczają one początek przerwy, która trwa zwykle ok. 10-15 minut. Podczas przerwy można się przejść czy pożywić w okolicznych taszkach. Kolejny byk – kolejny pojedynczy wystrzał z racy. I tak aż do czwartego. Po czwartym – tyle wystrzałów, ile rac zostało strzelającym. Z życia wzięte To może tak dla zobrazowania wszystkiego powyższego – w maju poszłam ze znajomymi na touradę w São Mateus. Nie byliśmy pewni, o której jest tourada ani gdzie dokładnie, dotarliśmy na miejsce „mniej więcej o czasie, mniej więcej tam, gdzie trzeba”. Widzieliśmy mnóstwo ludzi i wiedzieliśmy, że to musi być
Festas do Espirito Santo

Festas do Espirito Santo – co to takiego? Festas do Espirito Santo, czyli uroczystości ku czci Ducha Świętego, są jedną z najbardziej rozpoznawalnych azorskich tradycji. Ich historia sięga XII wieku, kiedy to kult Ducha Świętego pojawił się w Portugalii kontynentalnej. Źródła nie podają żadnej pewnej daty, wskazują na różne możliwości – ale mówią o tym, że kult zawędrował się również tam, gdzie wędrowali Portugalczycy, czyli na Azory, do Brazylii czy do Kanady. Pierwsze doniesienia dotyczące obchodów święta na Terceirze pochodzą z 1492 roku. To read an English version of this article click HERE. Dziś Festas do Espirito Santo obchodzi się wyłącznie na Azorach W Portugalii kontynentalnej, być może ze względu na większy kontakt z „zewnętrznym światem” niż na wyspach, tradycja nie przetrwała. Na Azorach natomiast można nadal zaobserwować pochody z koronami czy poczęstunki dla całej wioski. Uroczystości skupione są zawsze wokół império, czyli małej, kolorowej kapliczki ku czci Ducha Świętego. Na Terceirze jest ich ponad 70, nie dziwi więc, że to właśnie tutaj wyjątkowo hucznie się świętuje. Festas do Espirito Santo obejmują cały okres wielkanocny… …czyli okres od Wigilii Paschalnej do niedzieli Zesłania Ducha Świętego, a następnie – Święto Trójcy Świętej (niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego). Każda wioska czy dzielnica zgromadzona wokół império ma swoje własne tradycje. W wielu z nich przez pierwsze sześć niedziel popularny widok stanowią procesje z koronami Ducha Świętego. Wybrane osoby ze społeczności są korowane, dostają srebrną tacę jako symbol Ducha Świętego i idą w orszaku do domu uprzywilejowanej rodziny. W domu tym spocznie na tydzień Duch Święty, zaś rodzina i przyjaciele będą się przez tydzień zbierać na modlitwie – oczywiście przy suto zastawionym stole. Nierzadki widok stanowią też przystrojone niczym panny młode krowy, które – przy akompaniamencie muzyki i śpiewów, i udziale zgromadzonych licznie mieszkańców wioski – zostaną poświęcone, by w niedzielę stanowić pożywienie dla swoich dotychczasowych żywicieli i wszystkich ich sąsiadów. Jeśli pojawicie się na Terceirze w okresie wielkanocnym, nie zdziwcie się, jeśli którejś niedzieli ktoś zapuka do Waszych drzwi i wręczy Wam bochenek chleba albo worek z mięsem. Kiedyś pożywienie rozdawane było biednym, dziś – wszystkim członkom społeczności. Należy uśmiechnąć się, grzecznie podziękować i przyjąć prezent. Festas do Espirito Santo to czas dzielenia się, wspólnego ucztowania i wspólnej radości. Ostatnia niedziela wielkanocna, a czasem i Święto Trójcy Świętej, to jedna wielka uczta dla całej społeczności. Wokół kapliczek gromadzą się tłumy, można dostać chleb (zwykły lub popularny tutaj słodki) na wynos, w ilościach niemalże hurtowych, i wyrobić roczną normę spożycia wina. Albo sera. Albo gotowanego bobu i fasoli. Można zajrzeć do ustawionych przed império przystrojonych na biało wozów i sprawdzić, czy nie ma w nich czegoś ciekawego do zjedzenia. Albo czy nie można w nich odpocząć – z chlebem w jednej i winem w drugiej ręce. Przy akompaniamencie lokalnej orkiestry. Można też usiąść przy długim stole i się załapać na sopa do Espirito Santo, czyli zupę Ducha Świętego. To jedna z typowych dla tego regionu zup, gotowana na wywarze mięsnym z dodatkiem czosnku i mięty, zawierająca głównie chleb i kapustę. Czasem na stołach pojawia się też cozido à portuguesa – gotowane danie, składające się z warzyw (głównie ziemniaki, w mniejszych ilościach marchew, kapusta i wszechobecna fasola) i różnych rodzajów mięsa (głównie kurczak, wieprzowina, wołowina, tutejsze chouriço, morcela, czyli lokalna kaszanka, i kostki ugotowanej krwi – tak, dobrze przeczytaliście). W ramach deseru można spotkać arroz doce, czyli słodki ryż gotowany na mleku, z dodatkiem cynamonu. Albo sok. Albo jeszcze więcej wina. Festas do Espirito Santo to jedne z tradycji, które spajają lokalną społeczność. Wyróżniony przyjęciem Ducha Świętego do swojego domu może być każdy, przy długim stole pełnym jedzenia również znajdzie się miejsce dla każdego. Także dla zbłąkanych i zaciekawionych turystów. I nikt na wstępie nie zapyta nikogo o wiarę ani obrządek (nikt w ogóle o to nie pyta, chyba że w ramach ciekawostki kulturowej: „A jak to jest u was w Polsce?”), goście są witani z szeroko otwartymi ramionami. Celebracja kultu Ducha Świętego to bowiem celebracja jedności i równości. Jak przy wspomnianym stole, tak i w życiu wszyscy są sobie równi i tak samo ważni. Azorczycy wiedzą, jak sobie o tym przypominać. PS Oczywiście Festas do Espírito Santo jako kontynuacja Wielkanocy nie byłyby możliwe bez… Wielkanocy.
Festiwal zup

Festiwal zup, czyli jak na Terceirze zbiera się pieniądze „Chcesz iść na festiwal zup?” – zapytała mnie niedawno koleżanka. „Organizujemy w przyszłym tygodniu”. Pomyślmy: lubię zupy, lubię tutejsze zupy, lubię, jak się coś dzieje, i lubię ideę festiwali zup. Pewnie, że chcę iść! Ale co ma festiwal zup do pieniędzy? My w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że zbieranie pieniędzy to przechadzka z przysłowiowym kapeluszem. Że to zbiórki publiczne, ogłoszenia w mediach społecznościowych, napisany wielką czcionką numer konta. Jesteśmy zasypywani prośbą o pomoc z każdej strony, kto może, podtyka nam swój kapelusz pod nos. Zwykle olbrzymi kapelusz – wiele zbiórek organizuje się na wielką skalę. A na Terceirze, która liczy sobie ok. 58 tysięcy mieszkańców, skala jest mniejsza. Na Terceirze raczej nie spotkacie nikogo z kapeluszem. Chyba że organizatora wydarzeń w okolicznej kapliczce ku czci Ducha Świętego – ale w jego przypadku możecie być pewni, że zwróci Wam z nawiązką, jeśli tylko pojawicie się na uroczystości w jedną z dwóch ostatnich niedziel wielkanocnych. Ale to jedna z niewielu takich sytuacji. Na Terceirze obowiązuje niepisana zasada, że jeśli chce się coś dostać, najpierw trzeba dać coś od siebie. Organizacje zbierające pieniądze na pomoc w domach starców, harcerze (jak moja koleżanka) próbujący sfinansować swoją wspinaczkę na Pico – wszyscy organizują wydarzenia dla lokalnej społeczności. Festiwal zup jest jednym z tego typu wydarzeń. Zwykle wygląda to następująco: chętne osoby kupują cały stos warzyw i przygotowują co najmniej 10 wielkich garów zupy. Alternatywnie: zainteresowane restauracje, w ramach współpracy i autopromocji, oferują swoje zupy. Organizatorzy sprzedają bilety, w ramach których każdy może delektować się dostępnymi zupami. Na miejscu jest również bar z napojami oraz słonymi i słodkimi przekąskami, za które płaci się osobno. Czasem pojawia się gra w bingo, czasem dodatkowe loterie. Cały dochód idzie na wybrany cel, a ludzie się przy tym dobrze bawią. I uczestnicy, i organizatorzy. Każdy przyjemnie spędza czas (choć organizatorzy czasem padają na twarz ze zmęczenia) i każdy ma poczucie wkładu w coś ważnego. Takie wydarzenia budują społeczność. Współczesny nadmierny indywidualizm nie ma tu zastosowania, tu chodzi o wspólnotę, o bycie razem, o działanie. „W kupie raźniej”, jak powiedziała mucha do muchy. Czas na uruchomienie konta bankowego zawsze się znajdzie. Ale jeśli można nie tylko prosić, ale też dać coś od siebie – i przy okazji dać innym możliwość podzielenia się tym, co mają, w atmosferze radości i wspólnej zabawy – czemu nie? Dobre pomysły zawsze w cenie!
10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma przywilej spędzenia tu tyle czasu, co ja. Spośród wielu wybrałam więc miejsca „must see”, a przy tym takie, na szukaniu których nie spędzicie pół dnia. To co, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wulkan Algar do Carvão Jako że to moje ulubione miejsce na całej wyspie, to oczywiście musi być na pierwszym miejscu. Na Azorach wulkanów Ci pod dostatkiem, ale ten jest wyjątkowy. Dlaczego? Bo ten można odwiedzać od środka! Od środka stożka wulkanicznego! O co chodzi? Otóż w większości wulkanów ściany stożka po erupcji zapadają się, tworząc kalderę. Tu było inaczej. Tutaj podczas drugiej erupcji tworzącej ten wulkan lawa wypływała pod tak niskim ciśnieniem, że w pewnym momencie zaczęła się cofać. Cofając się, umacniała ściany stożka. Dzięki temu wulkan (prócz naturalnych zmian) przetrwał w formie, którą możemy podziwiać do dziś. W Europie znane są tylko dwa puste wulkany (a na całym świecie – trzy), które można oglądać od wewnątrz. To Algar do Carvão na Terceirze i Thrihnukagigur na Islandii. Jak widać, Atlantyk sprzyja nietypowym wydarzeniom geologicznym. W Algar do Carvão spotkacie tak wyjątkowe dzieła natury jak stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki. Są mlecznobiałe, piękne i mogą osiągać długość ok. 1 metra i średnicę ok. 40-50 cm. Wejście do Algar do Carvão możliwe jest obecnie przez cały rok. Zimą – w wybrane dni tygodnia, od wiosny do jesieni – codziennie. Warto się ciepło ubrać, bo w środku jest zimno i kapie woda (która tworzy na dnie jaskini jezioro). Wizyta trwa średnio pół godziny, choć w moim odczuciu warto na to doświadczenie przeznaczyć co najmniej godzinę. Na miejscu jest przewodnik, który Wam wszystko wytłumaczy i odpowie na pytania. Są też ulotki w różnych językach, w tym – po polsku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o wulkanie, zajrzyjcie na stronę Stowarzyszenia Os Montanheiros, które się tym wulkanem zajmuje. Strona Stowarzyszenia Os Montaheiros: TUTAJWięcej informacji o wulkanie Algar do Carvão: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 2. Tunel lawowy Gruta do Natal Jak już jesteśmy pod ziemią, to zajrzyjmy również do tunelu lawowego o nazwie Gruta do Natal. Niektórzy przewodnicy, chcąc ułatwić turystom życie, używają angielskiej nazwy Christmas Cave. Po polsku to po prostu Jaskinia Bożego Narodzenia. Skąd nazwa? Ano stąd, że wspomniane Stowarzyszenie Os Montanheiros, które zajmuje się też tym miejscem, zorganizowało tu w 1969 r. mszę z okazji Bożego Narodzenia. Od tego czasu odbywają się tu czasem ważne historyczne i społeczne wydarzenia. Gruta do Natal to jaskinia wyrzeźbiona przez płynącą lawę. W jej wnętrzu zobaczycie takie lawowe ciekawostki jak stafility (nie mamy czegoś takiego w Polsce – to „stalagmity” utworzone z kapiącej lawy), potoki lawowe czy boczne tarasy lawowe. Są też różne rodzaje lawy, w tym lawa aa. Usłyszałam kiedyś komentarz, że nazwa pochodzi stąd, że jak się po tej lawie chodzi, to się mówi: „Aa!” Jej chropowata nawierzchnia w zasadzie sprzyja takim dźwiękom, bosą stopą nie chciałabym na niej stanąć. Ważna informacja logistyczno-płatnicza: do wulkanu Algar do Carvão i do Gruta do Natal można kupić jeden wspólny bilet, w ten sposób zapłacicie mniej. Biletu nie trzeba wykorzystywać tego samego dnia, ale warto przed wybraniem się tam sprawdzić dni i godziny otwarcia, żeby nie pocałować klamki. Więcej informacji o tunelu lawowym Gruta do Natal: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 3. Furnas do Enxofre Między pustym wulkanem a grotą lawową znajduje się miejsce znane jako Furnas do Enxofre. Jak będziecie jechali z Algar do Carvão do Gruta do Natal, skręćcie w prawo, znak Was poprowadzi. „Furna” to inaczej grota lub jaskinia, „enxofre” – siarka, więc teoretycznie Furnas do Enxofre to groty siarki, ale w rzeczywistości to obszar wtórnej aktywności wulkanicznej na Terceirze. Możecie na nim zobaczyć i poczuć wydobywające się spod ziemi gazowe związki siarki. Kto pamięta z lekcji chemii, jak pachnie na przykład siarkowodór? Jak na obszar wulkaniczny przystało, Furnas do Enxofre to soczyście zielony, cieszący oczy teren. (Gleby wulkaniczne są bardzo żyzne, a azorski klimat sprzyja rozwojowi roślinności wszelakiej). Poza fumarolami – miejscami, w których spod ziemi wydobywa się gaz. Tam, ze względu na zawartość żelaza i siarki, ziemia jest goła i w kolorze biało-żółto-brunatnym. Może to budzić lekki niepokój, ale dużego nie powinno. Dzięki temu, że gazy mają możliwość ulotnienia się, wewnątrz ziemi jest nieco spokojniej. Woda w garnku się gotuje, ale lekko dziurawa pokrywka pozwala na uchodzenie pary, więc zawartość garnka nie powinna nagle wykipieć. 4. Serra da Santa Bárbara – najwyższy szczyt na Tereirze Z nizin i podziemi przenieśmy się na chwilę wyżej, może nawet w chmury. Góra Santa Bárbara to najwyższy szczyt Terceiry. Wznosi się ona na wysokość 1021 m n.p.m. i można z niej oglądać znakomitą część Terceiry, wszechobecny ocean i niezwykły zachód słońca. O ile oczywiście będzie się miało szczęście i św. Barbara nie będzie ukryta w chmurach. Prawda jest taka, że to środek Atlantyku i szybko przepływające chmury są zatrzymywane właśnie przez góry. Proponuję Wam więc obserwowanie pogody i kiedy tylko zobaczycie szczyt tejże góry (jest bardzo charakterystyczny, z licznymi antenami i przekaźnikami) – natychmiast na nią wjeżdżajcie. Warto! Ach, zapomniałabym dodać – tak, oczywiście to też jest wulkan. W końcu jesteśmy na wyspach wulkanicznych. To wulkan nieaktywny, drzemiący. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1761 roku. Była to pierwsza i ostatnia lądowa erupcja na Terceirze od czasu zasiedlenia wyspy. Na tej górze nie obowiązują bilety wstępu, za to obowiązuje strój cieplejszy niż w niższych partiach – zimą potrafi tu spaść śnieg (może na milimetr, ale to zawsze ciekawostka w tych stronach), więc nic dziwnego, że i latem na tych wysokościach jest chłodno i wieje. 5. Serra do Cume Kolejnym miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić, jeśli tylko nie jest spowite chmurami, jest Serra do Cume. Moi znajomi nadali temu punktowi widokowi wdzięczną nazwę Serra do Chmure. Kiedy jednak widać coś poza chmurami – widok
Terceira – oto jestem!

Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy po portugalsku „trzecia”. Dla mnie to trzecia wizyta tutaj. Pierwszy raz bez daty powrotu. (O tym, skąd się mi się wzięła ta Terceira, przeczytasz w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok„.) Wylądowałam prawie dwa tygodnie temu w środę 18 stycznia, tuż przed godziną 11:00 tutejszego czasu. Przesunięcie czasowe w stosunku do Polski to dwie godziny. Przynajmniej administracyjnie, bo jak mi niedawno mądry kolega podpowiedział – według słońca są tak naprawdę trzy godziny. Wylądowałam i… nie mogłam uwierzyć, że tu faktycznie jestem. Znajomi odebrali mnie z lotniska, wyściskałam ich i nie przestawałam rozglądać się wokół i śmiać się od ucha do ucha. Znajomy mnie szczypał, żebym uwierzyła, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze wieczór wcześniej w Lizbonie Terceira nadal wydawała się odległa. Nocowałam w Lizbonie u znajomej, ale zanim do niej dotarłam, spotkałam się jeszcze z jednym poznanym przypadkiem znajomym. Pochodzi z sąsiedniej wyspy, mieszka od wielu lat w Lizbonie, ale tęskni za Azorami. Mówił mi, że pamięta, jak półtora roku temu wróciłam pierwszy raz z Terceiry i zafascynowana opowiadałam mu, jak bardzo mi się tam podobało i jak bardzo chcę tam wrócić. Najlepiej natychmiast. Ale 17 stycznia wieczorem nie bardzo wiedziałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jestem już za połową drogi, że tylko nocleg i będę tam, gdzie chciałam być od półtora roku. Ale jednocześnie jedną nogą byłam jeszcze w Polsce. I jedną nogą, i ogromnym kawałkiem serca. Przed wyjazdem spotkałam się z bliskimi mi ludźmi, zrobiłam dwie imprezy pożegnalne – firmową i prywatną, nagadałam się za wszystkie czasy… Mimo pośpiechu w przekazywaniu obowiązków w pracy, w pakowaniu, w wywożeniu wszystkiego do domu – miałam coś, co się pięknie nazywa „quality time”. A w rzeczywistości jest jeszcze piękniejsze niż sama nazwa. Zdołałam spędzić fantastyczne chwile z ważnymi dla mnie osobami… ….a tu nagle Lizbona! I wielka tęsknota za wszystkimi, których zostawiłam tysiące kilometrów za sobą. Siedziałam na Praça do Comércio, patrzyłam na Tag, rozmawiałam ze znajomym, który mi przypominał, jak po pierwszym i drugim powrocie z Terceiry chciałam się tam natychmiast znaleźć z powrotem, który mówił ze zdumieniem i z podziwem, że spełniam swoje marzenie – i zwyczajnie tęskniłam. Następnego dnia rano miałam pobudkę – i na lotnisko. Rok temu, kiedy ta sama znajoma odwoziła mnie na lotnisko, wracałam do Polski. Znajoma powiedziała wtedy: „Jeszcze wrócisz na Terceirę, na dłużej, jestem pewna”. Miała rację. W samolocie nie mogłam spać. Zwykle zasypiam, ledwo zapnę pas, a tym razem kręciłam się nerwowo w tę i z powrotem. Tak do połowy lotu. Kiedy od dłuższego czasu lecieliśmy nad wodą, kiedy dotarło do mnie, dokąd lecę – uspokoiłam się i zasnęłam. I wylądowałam 18 stycznia tuż przed 11. Na początku miałam kilka dni wakacji. Znajomi „przechowali” mnie u siebie, karmili pysznościami i zabierali na długie wycieczki – tam, gdzie się dało, szliśmy pieszo, gdzie się nie dało, jechaliśmy jeepem. Albo odwrotnie, jak kto woli. Przeszliśmy dwa duże, piękne szlaki. Jeden jest jeszcze w trakcie przygotowań, ale znajomy z racji miejsca pracy jest osobiście zaangażowany w jego otwarcie, więc „przecieraliśmy szlak”. Dosłownie. Drugi szlak istnieje od dawna, czasem trzeba się na nim wspinać wysoko, czasem idzie się piękną połoniną. Wrażenia fantastyczne. O szlakach będzie osobny wpis, na razie tyle, że warto. Warto przyjechać tu i ruszyć w las – jest co podziwiać. Moje wakacyjne dni pełne były wrażeń, pozytywnych emocji, serdecznych rozmów, śmiechu, radości. Wieczorem pomagałam zrywać mandarynki, rano oglądałam wykluwające się ze skorupek pisklaki. A w ciągu słonecznych, prawie letnich dni coraz szerzej otwierałam oczy na to, co widzę. W końcu w sobotę uwierzyłam, że tu naprawdę jestem. Po kilku dniach wakacji przyszedł czas na przeprowadzkę i rozpoczęcie pracy. Przeprowadziłam się do domu, w którym spędzę co najmniej najbliższe kilka miesięcy. Dom ma kominek, elektryczne piecyki i widok na ocean. Jest położony na południu wyspy, kilka kilometrów od Angry, czyli największego miasta na wyspie. Widok na ocean, zwłaszcza w słoneczne dni, jest obłędny. Ale jak się tam przeprowadziłam, dwa pierwsze dni nie były słoneczne. Lało od rana do wieczora, a w nocy jeszcze bardziej, temperatura spadła, chodziłam w dwóch polarach i jeszcze marzł mi nos. I do tego wiatr, który zdawał się wywiewać z człowieka resztki nadziei na ujrzenie jeszcze raz słońca. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dowiedziałam się, że – pewnie ku rozczarowaniu co niektórych – przy wykopkach jednak nie będę pracować. Firma, w której pracuję, na razie nie sadzi sama warzyw. Yacón, którym się na początek zajmujemy (na początek, bo są plany rozwinięcia firmy), wyhodowali tutejsi organiczni farmerzy. Ja na razie pracuję w biurze, robię „risercze”, zestawienia, rzucam pomysły. Jak się zacznie etap produkcji, będę też pracowała przy wytwarzaniu produktu docelowego, czyli suszonych plastrów wspomnianego słodkiego ziemniaka. Pierwszy raz w życiu będę pracować przy maszynach, sama jestem ciekawa, co to będzie. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dużo się działo, poznawałam wszystko i wszystkich, dowiedziałam się wiele o firmie, o jej działalności, o planach na przyszłość, o sposobie pracy. W wieczornych rozmowach z rodziną i znajomymi byłam nadal spięta, ale jednocześnie pozytywnie nastawiona do rzeczywistości. Niepokoił mnie duży dom, do którego się przeprowadziłam, ale starałam się patrzeć jasno w przyszłość i czekać spokojnie na to, co przyniesie kolejny dzień. Niestety, we wtorek rano moje nastawienie do świata było równie pochmurne jak pogoda za oknem. Mieszkałam w zupełnie nowym miejscu, daleko od moich tutejszych znajomych, nie mogłam nigdzie wyjść, bo lało… Trudno w takich warunkach o jasny ogląd sytuacji. Kiedy znajomy zaproponował, że zgarną mnie po pracy do siebie, nie wahałam się ani chwili. Spędziłam z nimi świetny wieczór, a od następnego ranka wszystko już było w porządku. Moje pozytywne podejście do świata i nowości wróciło, znów się uśmiechałam do ludzi i do życia, mogłam działać dalej. I tak działam już prawie tydzień. Wszelkie trudności przekładam
W podróży przez życie liczy się każdy krok

Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury! Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i kupiłam bilet w jedną stronę. 17 stycznia wsiadam w samolot i lecę na Terceirę – moją wyspę marzeń. Jestem chodzącym przykładem na to, że jeśli wystarczająco mocno się w coś wierzy, to można to osiągnąć. Terceira to mała wyspa na środku Atlantyku, o której istnieniu dowiedziałam się dwa lata temu w październikowym słońcu Barcelony. To historia na osobny wpis, zaczynająca się jak love story, a zakończona super przyjaźnią, teraz tylko tyle, że warto rozmawiać z nieznajomymi. Kilka miesięcy po niespodziewanym spotkaniu w Barcelonie wylądowałam po raz pierwszy na najbardziej zielonym zakątku Ziemi, jaki do tej pory widziałam. I z miejsca się zakochałam! Co mnie urzekło? Nieskażona natura. Soczysta zieleń. Błękit nieba. Potęga oceanu. Serdeczność ludzi. Radość życia, która widoczna była na każdym kroku. Tam się nauczyłam, że można wolniej, można spokojniej. Że wspólny posiłek można zjeść nie od święta, tylko codziennie. Że nie trzeba biec, lepiej skupić się na bieżącej chwili i docenić ją w najdrobniejszym szczególe. Że nigdy nie będziemy mieć wszystkiego – i „wszystko” nam do szczęścia nie jest potrzebne. To, co najważniejsze, jest w nas samych. Po powrocie do Warszawy trudno mi było wrócić do codzienności. Było dla mnie za głośno, za szybko, za nerwowo. Źle znosiłam szum i anonimowość, jaka panuje w dużym mieście. I ponury wyraz twarzy spotykanych na ulicach ludzi. Chciałam zachować w sobie choć cząstkę tego, czego nauczyłam się w mojej podróży. I chciałam jak najszybciej wrócić do mojego raju. Do przygotowań do wyjazdu zabrałam się, jak to miałam w zwyczaju, szybko i nerwowo. Chciałam wyjechać już, teraz, natychmiast. Uczepiłam się myśli, że znajdę jakąś pracę zdalną i jakoś to będzie. Wierzyłam, że wyjazd rozwiąże wszystkie moje problemy. A było ich w tym czasie sporo: toksyczna współlokatorka, konieczność wywiezienia mojej ukochanej kotki do rodziców, brak stałego miejsca zamieszkania przez półtora miesiąca, duży projekt teatralny, który był dla mnie ważny, ale jego realizacja pochłaniała mnóstwo energii… Do tego dochodziło ogólne wewnętrzne rozbicie i strach przed postawieniem jakiegokolwiek kroku. Odpowiedź, jakiej najczęściej w tym czasie udzielałam, brzmiała: „Nie wiem”. Na wszystkie pytania odpowiedzią miał być wyjazd. I nie był. Nie byłam w stanie zebrać się w sobie na tyle, żeby faktycznie o ten wyjazd zadbać. Byłam w kompletnej rozsypce i jedyny wyjazd, jaki się wydarzył, to kolejny wyjazd na dwa tygodnie, który tylko przypomniał mi, jak cudownie jest na tej wyspie i jak bardzo chcę na niej być. I znów zabrałam się do przygotowań – i znów przez kolejne miesiące nic się nie wydarzało. Chociaż „nic” to pojęcie względne. Moje „nic” to w tym przypadku był ogrom pracy, jaki włożyłam w to, co mam w życiu najcenniejszego – w samą siebie. Postanowiłam posprzątać szufladki w mojej głowie – powyrzucać śmieci, pościerać kurze, wyciągnąć trupy z szafy i przyznać się do ich istnienia, a następnie wybaczyć sobie, że dopuściłam do ich pojawienia się. I wybaczyć tym trupom, że były w moim życiu – w końcu sama je wybrałam. A jeśli nie wybierałam ich bezpośrednio, to wybierałam moje reakcje na nie. To, co dalej z nimi robiłam. Czyszczenie w głowie odbywało się równolegle z czyszczeniem przestrzeni wokół siebie. Zrezygnowałam z teatru, w którym grałam ponad 8 lat i który bardzo kochałam, odgruzowałam swój pokój, wyrzuciłam połowę ciuchów, poddałam się laserowej korekcji wzroku i ograniczyłam kontakt z ludźmi, którzy wysysali ze mnie energię. Potrzebowałam dużo dobrej energii – i nią zaczęłam się otaczać. Żeby w szufladkach był coraz lepszy porządek. Na początku tej pracy, widząc „wolne przestrzenie”, z przyzwyczajenia zaczęłam je zapełniać aktywnościami – zdecydowałam się na udział w półmaratonie (i faktycznie, po dwóch miesiącach przygotowań, go przebiegłam), zaczęłam tańczyć bachatę, rzuciłam się w wir spotkań towarzyskich, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu, zapisałam się na intensywny kurs portugalskiego i przez cały miesiąc uczyłam się jak szalona, godząc zajęcia z pracą i innymi obowiązkami. I co? I znów dotarłam na skraj wyczerpania – a ten mój skraj leży faktycznie daleko. Tak daleko, że jak już do niego dotrę, nie mam siły nawet usiąść, nie mówiąc o powrocie tam, skąd przyszłam. Wiedziałam, że z czegoś muszę zrezygnować. Moja dusza wołała o przestrzeń, o spokój. Zrezygnowałam więc niemal ze wszystkiego. Byłam niedostępna dla znajomych, co tydzień wyjeżdżałam z Warszawy, żeby być jak najbliżej natury, i nie miałam ochoty wracać do tego dużego miasta, próbowałam odzyskać utraconą energię i chęć działania. W jakimś momencie przeżyłam coś, co fachowo nazywa się wglądem. To taki efekt „aha!”, nagłe zrozumienie sytuacji, olśnienie, pomysł. Któregoś lipcowego dnia dotarło do mnie, że sama jestem odpowiedzialna za swoje szczęście – i że zasługuję w życiu na to, co najlepsze. Brzmi banalnie? To oczywiste? To zastanówcie się przez chwilę, na ile naprawdę tak myślicie, a na ile uzależniacie swoje szczęście od nieuprzejmej pani w sklepie, od kierowcy BMW, który zajechał Wam drogę, od deszczu, który akurat na złość Wam pada, czy od klamki, która chciała zrujnować Wam cały poranek, i dlatego odpadła. Tamtego lipcowego dnia zrozumiałam, że to ja jestem panią swojego życia. Że nie muszę i nie chcę oddawać nikomu władzy nad nim. Że zadowalanie wszystkich wokół prowadzi wyłącznie do tego, że wszyscy są niezadowoleni, ze mną na czele. I że jeśli czekam na to, aż ktoś przemieni moje życie w bajkę – to tym kimś mogę być tylko i wyłącznie ja sama. Przyszedł czas, żeby wyczyszczone szufladki zapełnić na nowo. Wróciłam do starych książek psychologicznych, które już kiedyś czytałam, zaczęłam wertować strony internetowe i blogi w poszukiwaniu materiałów o rozwoju osobistym, rozwoju duchowym, o szukaniu swojej pasji (teatr zostawiłam za sobą – przyszedł czas na coś nowego), poszłam na warsztaty z coachem, wymieniałam się ze znajomymi ebookami pełnymi mądrych myśli, afirmacji, ćwiczeń na usłyszenie swojego wewnętrznego głosu. Wiedziałam, że kiedy go słucham, moje wybory są dobre, najlepsze z możliwych, ale przez ostatnie kilka lat