Serreta, czyli dokąd co wrzesień wędrują mieszkańcy Terceiry

„W ten weekend jest Serreta, chcesz iść z nami?” – zapytała mnie kilka dni temu koleżanka. Chciałam. Założyłam wygodne buty, okulary przeciwsłoneczne, spakowałam do plecaka jedzenie, zapas wody, bluzę i kurtkę przeciwdeszczową – i w drogę. Serreta to taka terceirska Częstochowa Do Serrety co roku odbywają się pielgrzymki. Mieszkańcy Terceiry wędrują do sanktuarium w Serrecie z każdej części wyspy. Niektórzy wręcz obchodzą wyspę dookoła, robiąc przy tym pieszo ok. 80 km. Jedni wędrują, żeby o coś prosić. Inni, żeby podziękować za miniony rok. Jeszcze inni, żeby spotkać się ze znajomymi, napić się piwa i zjeść bifanę. (Bifana to wspominana przeze mnie często bułka z kotletem, dostępna w prawie każdej taszce, czyli takim foodtrucku). I żeby zobaczyć touradę à corda i pokibicować capinhas. To read an English version of this article click HERE. W tym roku z wiadomych powodów nie zorganizowano wielkiego święta. Zwykle są taszki, muzyka i fajerwerki. W tym roku – tylko pielgrzymi wędrujący pieszo ulicami Terceiry przez cały tydzień. I pan z żelem do dezynfekcji rąk na wejściu do kościoła. Nossa Senhora dos Milagres – Nasza Pani od Cudów Na Azorach i w Portugalii bardzo czczona jest Nossa Senhora dos Milagres, czyli Nasza Pani od Cudów. W Serrecie znajduje się sanktuarium jej imienia. Znajduje się w nim obraz pod tym samym wezwaniem. Mówi się, że obraz ten ocalił w XVII w. uciekającego przed niebezpieczeństwem księdza. W ramach podziękowania za opiekę ksiądz wybudował kapliczkę, w której umieścił obraz. Było to na terenie dzisiejszej Serrety. Po śmierci księdza obraz przeniesiono do kościoła w pobliskiej wioski Doze Ribeiras. Obraz ten służył terceirczykom podobnie jak obraz Matki Boskiej Częstochowskiej Polakom. W XVII w. Portugalia była zaangażowana w wojnę między Francją i Hiszpanią a Wielką Brytanią. Terceira, mała wyspa, była w tej wojnie praktycznie bezbronna. Mieszkańcy zwrócili się do Naszej Pani od Cudów z prośbą o ochronę. Obiecali, że jeśli wyspa nie doświadczy żadnego ataku ze strony nieprzyjaciół, zorganizują coroczne święto ku czci Naszej Pani od Cudów. Co zrobili. Święta ku czci Naszej Pani od Cudów Pierwsze święto z cyklu Festas da Nossa Senhora dos Milagres odbyło się 11 września 1764 r. W 1842 r. wybudowano kościół w Serrecie, przeniesiono do niego z powrotem cudowny obraz – i od tego czasu święta odbywają się już regularnie. A od 2006 r., kiedy to kościół został podniesiony do rangi sanktuarium, święta mają jeszcze bardziej podniosły charakter. To święta religijno-świeckie, które bardzo wtapiają się w obraz wyspy. W dniu mojej zaplanowanej pielgrzymki kolega zapytał mnie, czemu nie zostaję dłużej na plaży. Przecież jest przepiękna pogoda, a w domu można się ugotować. Odpowiedziałam: „Bo idę do Serrety”. I wszystko było jasne. Serreta to lokalny kod, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Serreta łączy ludzi Weekend Serrety to jedno z największych wydarzeń w ciągu terceirskiego lata. Łączy starych i młodych, wierzących i niewierzących, rozrywkowych i spokojnych. Fenomenem Terceiry jest to, że można tu naprawdę poczuć równość wszystkich ludzi. Święta w Serrecie są jedną z okazji do doświadczenia tej jedności. Nie ma lepszych i gorszych, wszyscy są tak samo ważni i tak samo serdecznie witani. Czy nie o takie więzi społeczne nam chodzi? Blogosfera Przeczytaj więcej artykułów w tej kategorii 2018-01-25 Polka na Azorach 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie… 2019-07-29 Polka na Azorach Pamiątki z Azorów Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że… 2020-03-08 Polka na Azorach Azory – jakie wyspy wybrać Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić,…
Marralhinha – najpopularniejsza gra na Terceirze

Kiedy spotkałam się ze znajomymi po raz pierwszy po kwarantannie, na stół wjechała marralhinha. Ja zwykle ziewająca o 23:00 siedziałam przy grze do 2 w nocy, reszta towarzystwa zakończyła turniej o 5 nad ranem. To read an English version of this article click HERE. Tak, dobrze myślicie – marralhinha wciąga. Na szczęście nie tak, jak Jumanji (chociaż… jak tak spojrzeć na rok 2020…), ale wciąga! Marralhinha to gra z Terceiry. Poznałam ją paradoksalnie w Lizbonie, kiedy wracałam z Polski po świętach Bożego Narodzenia. (Wtedy też po raz pierwszy odczułam, jak koszmarnie zimno jest w domach w Lizbonie zimą). Do znajomych wpadli znajomi, na stole pojawiła się marralhinha. Drewniana „plansza” z wgłębieniami, szklane kulki – i wieczór nie miał końca. To gra, która wzbudza emocje W spokojnych na co dzień osobach budzi się duch walki. Każdy chce wygrać, każdy tworzy w głowie strategię. I zmienia ją po każdym rzucie kostką. Bo to gra, w której strategia miesza się ze statystyką. Kto przegrał, chętnie staje do rewanżu. Kto wygrał, jeszcze chętniej rozpoczyna kolejne rozgrywki. I tak aż do rana. Marralhinha to tradycyjna gra z Terceiry Istnieją dwie wersje historii popularności tej gry na Terceirze. Jedna mówi o tym, że przywiózł ją ze Stanów Zjednoczonych terceirski emigrant – w wersji nieco innej od obecnej. Druga wersja mówi o tym, że podobna gra była bardzo popularna w jednym z rejonów Francji i stamtąd dotarła na Terceirę. Jak było naprawdę – może kiedyś się dowiemy. A może nie. Brak pewności co do pochodzenia gry nie przeszkadza mieszkańcom wyspy w namiętnym rozgrywaniu kolejnych i kolejnych partii. Powstało nawet Stowarzyszenie Gier Towarzyskich na Terceirze! Stowarzyszenie regularnie (oczywiście poza rokiem Jumanji, tj. 2020) organizuje turnieje, w których w marralhinhę gra nawet po dwadzieścia kilka drużyn (gra się parami). Jak na Terceirę to naprawdę dużo osób. Marralhinhę możecie kupić w niemal każdym sklepie z pamiątkami. Albo bezpośrednio u rękodzielników, na przykład na różnych targach rękodzieła (są organizowane np. przy okazji Sanjoaninas LINK i Festas da Praia). Jeśli macie tylko bagaż podręczny, upewnijcie się, że wybraliście taki rozmiar gry, który zmieści się w tym bagażu. Moi znajomi pierwszą imprezę po kwarantannie zakończyli wyraźnym podziałem na wygranych (a raczej wygrane) i całą resztę, która udawała, że się nie przejmuje przegraną. Żartuję. Częściowo. Bo wyraźne wygrane były. Ale reszta też się dobrze bawiła. Ja też. Dopóki nie zmógł mnie sen, ale to już inna historia. A tymczasem – zasady marralhinhi! Gdybyście przypadkiem kupili i nie wiedzieli, jak w to grać. Albo dostali marralhinhę w prezencie. Jak moja rodzinka ode mnie. Z instrukcją po portugalsku. Półtora roku temu… Marralhinha – zasady gry (Oryginalne zasady po portugalsku TUTAJ. Poniżej – tłumaczenie na podstawie wersji zasad dostępnej 30.07.2020 r.) Przyjemnej gry!
Andreia i jej najlepsze przekąski w Biscoitos

Podchodzę do budki i widzę, że Andreia uśmiecha się do mnie z daleka. I komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” Andreia to przesympatyczna właścicielka budki z lokalnymi przysmakami w Biscoitos. Trzecia budka od kąpieliska. Znają ją tam wszyscy. Przychodzą do niej po gotowaną kukurydzę, karmelki, prażone orzeszki ziemne czy donuty. I po dobre słowo i uśmiech, którymi chętnie wszystkich obdarza. To read an English version of this article click HERE. Poznałam ją ponad trzy lata temu. Zawsze wita mnie uśmiechem i pyta, jak się czuję. Tym razem widzi mnie i komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” I opowiada, że któregoś dnia przyszedł do niej turysta i powiedział, że znają ją w Polsce. I pokazał jej zdjęcie, które udostępniłam na Facebooku i Instagramie. „Widzisz, jesteś sławna w Polsce!” – zaczynam się śmiać. I wpadam na pomysł, żeby przeprowadzić z Andreią wywiad. I na jego podstawie napisać artykuł. W artykule można przecież powiedzieć o wiele więcej niż w krótkim poście na mediach społecznościowych. Przychodzę więc w poniedziałkowy poranek z listą pytań i naładowanym telefonem, i pytam, co ona na to. Na twarzy Andrei maluje się mieszanka radości i zakłopotania. Siadamy na schodkach przed budką i zaczynamy rozmawiać. Jak to się zaczęło? 13 lat temu Andreia wybrała się na Święto emigranta (duża impreza w centrum Terceiry), żeby sprzedawać gotowaną kukurydzę. Ale że prawie ciągle padało, nie sprzedała wszystkiego. Jej tata podsunął jej pomysł, żeby poszła z tą kukurydzą w okolice kąpieliska w Biscoitos. „Może tam ci się poszczęści” – powiedział. I się poszczęściło. Andreia poszła w okolice kąpieliska w Biscoitos i tam już została. Na początku dzieliła swoją budkę z kilkoma mężczyznami, którzy nie do końca akceptowali kobietę – właścicielkę biznesu. Nie obyło się bez spięć, ale w końcu nauczyli się ze sobą funkcjonować. Każdy sprzedawał swoje produkty. Andreia zaczynała od gotowanej kukurydzy, coscorões (jedne z tradycyjnych słodyczy karnawałowych) i od orzeszków ziemnych prażonych w karmelu. Z czasem dodawała kolejne produkty: pikle, warzywa i owoce ze swojego ogródka, babeczki. Po ok. 5-6 latach zaczęła sprzedawać donuty, które dziś wszyscy tak uwielbiają. Z czasem też została w budce sama, bez wspomnianych wcześniej mężczyzn. Jedynymi mężczyznami, którzy od czasu do czasu pojawiają w jej budce po stronie sprzedawcy, są jej mąż i syn. Biznes rozwijał się powoli Najpierw przychodzili do Andrei mieszkańcy Biscoitos. Zadowoleni, opowiadali o jej produktach swoim znajomym. Stopniowo więc zaczęło pojawiać się u niej coraz więcej mieszkańców wyspy. Przyjeżdżali do Biscoitos na spacer, spędzić wolne popołudnie z rodziną. Byli zadowoleni, że mogą przekąsić coś dobrego. Stopniowo na wyspie rozwijała się również turystyka. Liczba turystów wzrastała z roku na rok aż do 2019 roku. (Choć Andreia mówi, że pod względem zawodowym najlepszym dla niej rokiem był 2018). Kto przylatuje na wyspę, jest zachwycony jej pięknem, soczystą zielenią, błękitem nieba i oceanu. I chce wracać, chce odwiedzać inne wyspy. „Coraz więcej osób odkrywa nasz raj na środku oceanu” – mówi Andreia. A co można odkryć w budce Andrei? Dla mnie budka Andrei to róg obfitości. Jest tam mnóstwo pyszności i z Terceiry, i takich, które na Terceirze się je. Co to oznacza? Że obok tradycyjnej terceirskiej babeczki Dona Amélia leży amerykański donut, również uwielbiany przez mieszkańców wyspy. Głodni pomijają ten fragment. Dary ziemi U Andrei znajdziecie wszystkie „dary ziemi”: ziemniaki, pomidory, cukinię, fasolkę szparagowę, czosnek, śliwki, jabłka, banany, arbuzy, marakuję, pomarańcze, mandarynki… Na Azorach są różne pory owocowania, więc o każdej porze roku znajdzie się coś świeżego. Przekąski Dla wielbicieli słonych przekąsek są różne rodzaje orzeszków ziemnych (np. z czosnkiem), smażony bób, chipsy, gotowana kukurydza, rissóis (rodzaj pierożków z nadzieniem, pieczonych lub smażonych w głębokim tłuszczu), empadas (coś a la nadziewane paszteciki). Jeśli ktoś lubi słodkie przekąski, znajdzie u Andrei tradycyjne terceirskie babeczki Donas Amélias, cały wybór innych babeczek (np. kokosowe, migdałowe lub… fasolowe), orzeszki ziemne z karmelem i cynamonem, amerykańskie donuty z cukrem albo lukrem, ciasta, tarty czy ciastka – cynamonowe, cytrynowe, kokosowe i in. Są też filhadinhos – typowe słodkości z Alentejo. I oczywiście nie mogło zabraknąć caramelos, czyli karmelków. Dla mieszkańców wyspy to smak dzieciństwa. Słodycze, które robiła ich babcia, kiedy inne słodycze nie były dostępne. Karmelki trudno przygotować, sama Andreia mówi, że miała wiele nieudanych prób. Wyniki pierwszych prób lądowały w koszu. Aż się nauczyła. I dziś i dzieci, i dorośli chętnie wychodzą od niej ze swoją paczką karmelków. Trochę karnawału Andreia dzieli się z mieszkańcami i turystami również smakami terceirskiego karnawału. Karnawał na Terceirze świętuje się o wiele huczniej i radośniej niż Boże Narodzenie. Są z nim związane przeróżne tradycje i przekąski. Najważniejsze z kwestii jedzeniowych są trzy rodzaje słodkości: filhoses do forno z budyniowym nadzieniem o smaku cytrynowym, filhoses fritas – coś a la płaski pączek, oraz coscorões – przypominają faworki, są cienkie i chrupiące. Wszyscy chętnie się nimi zajadają podczas karnawału. Słoiki W końcu, Andreia przygotowuje też pikle i inne produkty zamknięte w słoikach. Można znaleźć u niej miód wytworzony przez lokalne pszczoły. Pikle z kopru morskiego, gotowanych jaj przepiórczych i przeróżnych warzyw. Dużym zainteresowaniem cieszy się massa de malagueta, czyli sos z ostrej papryki – jedna z najbardziej popularnych pikantnych przypraw na wyspie. Andreia robi też dżemy: figowe, jeżynowe, winogronowe, z batatów, cukinii, gujawy truskawkowej czy uwielbiany przeze mnie dżem z ostrej papryki (doce de malagueta). Kiedy lecę do Polski, zawsze zabieram go dla mojej siostry. Smakuje przepysznie z tostami i z queijo fresco, czyli świeżym serem. Tego sera nie da się przewieźć, trzeba przyjechać po niego tutaj! Głodni mogą znów zacząć czytać. Skąd pomysły na produkty? Pytam Andreię, skąd bierze pomysły na produkty. Zaczyna się śmiać: „Z mojej szalonej głowy”. Mówi, że chce, żeby jej klienci byli usatysfakcjonowani. Dlatego sprawdza, co im smakuje, po co wracają. Od lat największym powodzeniem cieszą się gotowana kukurydza i donuty, ale pozostałe produkty też mają swoich klientów. Kto idzie na plażę, chętnie do niej zagląda czy to rano, czy po południu. Jest też sporo osób, które wybierają się na niedzielne spacery z rodziną. W czasie świąt, imprez czy tourad (których w „normalnym”,
Pięć lat temu

Pięć lat temu przyleciałam po raz pierwszy na Terceirę Mój znajomy zabrał mnie prosto z lotniska na wycieczkę po wyspie. Co 5 minut prosiłam go, żeby się zatrzymał. Nie mogłam się napatrzeć. Wszystko mnie zachwycało. To była moja pierwsza wizyta na Azorach To read an English version of this article click HERE. Zaczynałam zwiedzanie wysp zaginionej Atlantydy od Terceiry. Dowiedziałam się o istnieniu tej wyspy kilka miesięcy wcześniej. I przez długi czas nie byłam w stanie wymówić jej nazwy. Dla tych, którzy mają podobne trudności: Terceira wymawia się „ter-sej-ra”. Kiedy tu leciałam, myślałam, że zwariowałam. Leciałam na środek Atlantyku. Na małą wyspę. Na 10 dni. Co ja tu będę robić przez 10 dni? Potem okazało się, że było to stanowczo za mało. Na Terceirze po raz pierwszy w życiu… 5 lat temu na Terceirze po raz pierwszy w życiu widziałam delfiny w ich naturalnym środowisku. Po raz pierwszy jadłam ośmiornicę, ślimaki, lapas (skałoczepy) i cracas (pąkle). Piłam vinho verde (zielone wino). Zrywałam banany w przydomowym ogródku. Jechałam motocyklem. Oglądałam byki biegające po ulicach. Byłam w środku wulkanu. Zwiedzałam tunele lawowe. Brałam udział w Sanjoaninas. Piłam caipirinhę. Prałam jeszcze raz rzeczy, które zmokły w trakcie suszenia się. Pływałam w oceanie. Spacerowałam pustym korytem rzeki. Piłam wino w winnicy. Codziennie pytałam, co będziemy robić następnego dnia. I codziennie słyszałam, że to zależy od pogody. Nie rozumiałam tego. Wydawało mi się, że przecież zawsze trzeba mieć plan. Dziś już wiem, że na Azorach warto mieć plan, ale później trzeba go dostosować do rzeczywistości. Cóż… Nie tylko na Azorach. Terceira była dla mnie odkryciem Zobaczyłam świat inny niż ten, który znałam wcześniej. Zobaczyłam, że można myśleć inaczej. Że można się uśmiechać do nieznajomych. Cieszyć tym, co się ma. Mimo że ma się niewiele. Nawet gdybym tu nigdy nie wróciła – nigdy bym nie zapomniała tego miejsca. Pozostałyby we mnie soczyste kolory nieskażonej przyrody. Szum fal. Ćwierkanie ptaków. Ludzka życzliwość. Umiejętność cieszenia się życiem. Wizyta na Azorach to doświadczenie, które zostawia swój trwały ślad Oczywiście namawiam Cię do zobaczenia wszystkich wysp w archipelagu! Ale nawet jeśli odwiedzisz tylko część z nich, a może nawet tylko jedną – wrócisz do domu ze szczególnym śladem w Twoim sercu. I mam do Ciebie prośbę – dbaj o ten ślad. O doświadczone na Azorach piękno i dobro. O szacunek do przyrody i do siebie nawzajem. Dbaj o to. Zanieś kawałek Azorów ze sobą w świat!
Hortensje – symbol Azorów?

Hortensje to kwiaty, które stały się symbolem Azorów. Kiedy myślimy o Azorach, widzimy ocean, to na pewno. I mnóstwo zieleni. Ale widzimy też rozległe pola poprzecinane wulkanicznymi murkami i „płotami” z hortensji. Widzimy długie, wąskie drogi otoczone rzędem potężnych hortensji. Widzimy hortensje w ogrodzie i na środku pola. Białe, niebieskie, fioletowe, różowe, czerwone. Hortensje stały się symbolem Azorów. To read an English version of this article click HERE. Przywędrowały na Azory z Japonii Z faktu, że hortensje stały się symbolem Azorów, nie są zadowoleni lokalni biolodzy. Hortensje to bowiem gatunek inwazyjny, wypierający lokalną florę. Przypuszcza się, że przywędrował na Azory z Japonii w XIX wieku jako gatunek ozdobny. Hydrangea macrophylla, bo taka jest nazwa gatunkowa hortensji, lubi klimat umiarkowany i wilgotne gleby, więc na Azorach czuje się jak w raju. Nie da się ukryć, że wkomponowały się w krajobraz znakomicie. Azorskie hortensje na eksport Na Faial powstał nawet biznes związany z hortensjami. Hortensje są tam zbierane i suszone na eksport. Oczywiście te najpiękniejsze, o najlepszym kształcie. Od prawie 30 lat są sprzedawane są do Niemiec, Hiszpanii i Włoch. Tam są używane jako pojedyncze kwiaty ozdobne lub jako fragmenty większych kompozycji. Kiedy można zobaczyć hortensje? Mieszkam na Terceirze od 2017 roku i powiem Wam, że mam wrażenie, że hortensje kwitną tu niemal non stop. Widziałam je i w kwietniu, i w październiku. Natomiast najlepszy czas na ich oglądanie to okres od czerwca do sierpnia. Jeśli chcecie je podziwiać na żywo, przylećcie na Azory podczas wakacji letnich. I koniecznie przygotujcie się na sesję zdjęciową – będziecie mieć pamiątkę na całe życie! (Jeśli potrzebujesz kontaktu do dobrego lokalnego fotografa, daj znać!) Zapraszam do galerii azorskich hortensji!
Wielkanoc na Terceirze

To już moja czwarta Wielkanoc na Terceirze Pytacie mnie czasem, jak wygląda Wielkanoc na Terceirze. Powiem Wam, że dość podobnie, jak w Polsce. Jest to święto przede wszystkim religijne, ale też rodzinne. To czas na spotkania w dużym gronie, z bliskimi. Triduum Paschalne Wielkanoc to święto religijne, najważniejsze w Kościele katolickim. Celebrowane jest więc przede wszystkim w kościele. To read an English version of this article click HERE. Wielki Czwartek – wspomnienie Ostatniej Wieczerzy W Wielki Czwartek odprawiana jest Msza Wieczerzy Pańskiej. Przypomina ona o Ostatniej Wieczerzy i ustanowieniu sakramentu kapłaństwa. Obrzęd obmycia nóg z kolei przywołuje przykazanie miłości. Na koniec mszy Najświętszy Sakrament przenosi się z ołtarza w inne, odosobnione miejsce. Wielki Piątek to w Portugalii święto Również w tym sensie, że jest to dzień wolny od pracy. Wyobrażacie sobie moje zdziwienie, kiedy jeszcze w 2017 r. poszłam w Wielki Piątek w poszukiwaniu żurku do sklepu międzynarodowego, a ten był zamknięty? Nie wyobrażacie sobie? To spróbujcie znaleźć ten żurek w Poniedziałek wielkanocny. Wrażenia będą podobne. Tak poza tym, że w Portugalii nikt o żurku nie słyszał i sklep międzynarodowy był moją ostatnią deską ratunku. Tradycyjnie w Wielki Piątek obowiązuje „jejum e abstinência”, czyli post i abstynencja. Co one oznaczają? Post oznacza ograniczenie ilości spożywanych posiłków. Obecnie mówi się, że można zjeść jeden posiłek do syta i niewielkie ilości pozostałych posiłków. Abstynencja to zaś ograniczenie jakościowe spożywanych posiłków, ze wskazaniem na unikanie mięsa. Ryby są dozwolone. (Ciekawe jest to, że według Kościoła w Portugalii, abstynencja od mięsa dotyczy wszystkich piątków w roku, ale jeszcze nie spotkałam Portugalczyka, który by tego przestrzegał. Ba, jeszcze nie spotkałam Portugalczyka, który by w ogóle o tym zaleceniu wiedział. Wszyscy się za to dziwią, że taka tradycja przestrzegana jest w Polsce). W Wielki Piątek osoby wierzące starają się również utrzymywać abstynencję od innych posiłków i aktywności, które mogą im sprawiać przyjemność. Wielki Piątek to dzień bez mszy świętej. Odbywa się za to liturgia słowa i adoracja krzyża jako symbolu śmierci Chrystusa. A późnym wieczorem – Via-sacra, czyli Droga Krzyżowa na ulicach miasta czy wsi. Wielka Sobota – bez święcenia jajek W Polsce Wielka Sobota kojarzy nam się z przygotowywaniem pisanek i święceniem koszyczków. W Portugalii, na Azorach, na Terceirze – nie ma takiej tradycji. Wielka Sobota jest dniem ciszy, bez mszy świętej. Dopiero wieczorem, po zapadnięciu zmroku, wierni wybierają się na najważniejszą w roku liturgicznym Eucharystię – Wieczerzę Paschalną. Wieczerza Paschalna składa się, podobnie jak w Polsce, z czterech liturgii. Są to: Niedziela wielkanocna to czas dla bliskich W niedzielę wielkanocną dzwony kościołów biją na znak Zmartwychwstania Chrystusa, a rodziny gromadzą się na wspólnym obiedzie. Tradycyjnym daniem wielkanocnym na Terceirze jest jagnię. I typowy dla Portugalii słodki chleb massa sovada z jajkiem na wierzchu. Nikt nie słyszał o sałatce jarzynowej, o jajkach z majonezem ani o żurku na śniadanie. Wszyscy za to wiedzą, że Wielkanoc na Terceirze to czas dla rodziny. To czas na spotkania z najbliższymi. I obdarowanie ich czekoladowymi jajkami/kulkami (amendoins doces) w przeróżnych wersjach. I w dużych ilościach. Tutaj również dzieci ochoczo szukają jajek i słodyczy ukrytych w domu lub ogrodzie (caça aos ovos), tutaj również wszyscy się cieszą swoją obecnością. Odwiedza się rodziny, przyjaciół. To czas na zacieśnianie więzi. Zwłaszcza że w niedzielę kończy się świętowanie, w poniedziałek trzeba już iść do pracy. Kiedyś w końcu trzeba odpracować wolny Wielki Piątek. A potem – Festas do Espírito Santo Tak naprawdę Wielkanoc na Terceirze to wstęp do Festas do Espírito Santo, czyli celebracji Ducha Świętego. To typowa dla Terceiry tradycja, którą świętuje się po dziś dzień. Zainteresowani? Poczytajcie o niej więcej. I koniecznie przyjedźcie zobaczyć to na żywo! To już moja czwarta Wielkanoc na Terceirze Każda była inna. Raz zrobiłam znajomym z Terceiry typowo polskie śniadanie wielkanocne i zadziwiłam ich ilością dań z jajkami. Tak, tak, polska Wielkanoc jajkami stoi. Raz miałam polsko-hiszpańsko-włoskie śniadanie i miałam okazję poznać tradycje innych krajów. Moi koledzy nawet przygotowali pisanki! A w zeszłym roku niedzielę wielkanocną spędziłam bardzo aktywnie, ze znajomymi na szlaku. 8000 kroków zaliczone przy pierwszej górce. Normalnie jak króliczki Duracella. Teraz mamy rok 2020 i etap koronawirusa Wszystko zamknięte, a od 9 do 13 kwietnia w Portugalii nie można się przemieszczać pomiędzy gminami. Na Terceirze też. Kto mieszka w Angrze, nie może w tym czasie jechać do Prai – i odwrotnie. Chodzi o to, żeby ludzie nie jeździli na Wielkanoc do rodziny i się wzajemnie nie zarażali. W tym roku po raz pierwszy moja Wielkanoc na Terceirze będzie przebiegała w zamknięciu. Podobnie jak wszystkie inne dni w tym momencie. Ale żurek w paczce mam, jestem przygotowana! A poza żurkiem mam też nadzieję, że sytuacja, w której jesteśmy, się niedługo poprawi. Żebyśmy chociaż ostatnie niedziele Festas do Espírito Santo mogli świętować na całego. Czego sobie i Wam wszystkim życzę.
Angra do Heroísmo – stolica Terceiry na Liście światowego dziedzictwa UNESCO

Angra do Heroísmo to stolica Terceiry. Spokojna, urokliwa, pełna skarbów do odkrycia. Jej centrum historyczne jest wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jeśli byliście na Terceirze, na pewno spacerowaliście oczarowani uliczkami Angry do Heroísmo. Jeśli nie byliście – wszystko przed Wami! Ale zanim tu dotrzecie, możecie nacieszyć oczy zdjęciami Angry. Znajdziecie je na przykład u mnie na Facebooku i Instagramie. To read an English version of this article click HERE. W Angrze można się poczuć tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Terceira została odkryta i zasiedlona w drugiej połowie XV wieku, a niektóre budynki w Angrze pamiętają początki XVI wieku! Czyli po ich korytarzach mogli chodzić jeszcze pierwsi odkrywcy lub ich dzieci! Angra do Heroísmo na Liście światowego dziedzictwa UNESCO Angra do Heroísmo została wpisana na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1983 r. Podstawę stanowiły dwa kryteria kulturowe: Kiedy rozejrzymy się po Angrze, zobaczymy, że historia jest tam obecna na każdym kroku. Angra do Heroísmo to pierwsza osada na Azorach, która dostała prawa miejskie. Od 1534 r. jest ona uznawana za miasto. W tym samym roku została siedzibą diecezji, co również wpłynęło na jej rozwój. Od XVI do XIX w. była najważniejszym portem przeładunkowym na Atlantyku. Zatrzymywały się tu przede wszystkim statki płynące do i z Indii, jak również inne przepływające przez Atlantyk. Statki pełne były skarbów z Indii i ze świata Zachodu: złota, srebra, orientalnych przypraw. Stawały się celem ataków piratów. Zatoka Angry, osłaniana przez półwysep Monte Brasil, stanowiła świetne schronienie. Przed atakami zewnętrznymi chroniły wyspę dwie fortece: forteca São João Baptista zlokalizowana u podnóża Monte Brazil i fort São Sebastião (znany jako Castelinho) w Porto de Pipas („port beczek”). Angra się rozwijała, co znajdowało odzwierciedlenie w jej architekturze. Katedra Sé, budynek Urzędu Celnego, kościół Misericórdia (miłosierdzia), klasztor franciszkański – to tylko jedne z wielu zabytków, które potwierdzają ówczesne znaczenie stolicy Terceiry. Angra do Heroísmo została też mądrze zbudowana Angra jest nie tylko pełna niezwykłych zabytków, lecz także bardzo mądrze zbudowana. Kiedy pierwsi odkrywcy dotarli na Terceirę, zobaczyli wyspę z dużym półwyspem przylegającym do jej południowego wybrzeża. Półwysep tworzył dwie zatoki i stanowił naturalną ochronę przed wiatrem i silnymi falami oceanicznymi. Nic dziwnego, że właśnie w tym miejscu postanowili się osiedlić. Siatka miasta jest nieco przesunięta w stosunku do ówczesnej tradycyjnej zabudowy. Pierwsi osadnicy budowali ją, uwzględniając lokalne wiatry, co świadczy o ich świetnym dostosowaniu do istniejących warunków geograficznych. Angra do Heroísmo przetrwała już trzęsienie Ziemi, oby przetrwała i kolejne lata 1 stycznia 1980 roku Terceirę nawiedziło trzęsienie Ziemi o sile 7,2 w skali Richtera. Połowa Angry legła w gruzach – dosłownie. Większość budynków zrekonstruowano jednak zgodnie z ich oryginalnymi planami. Dlatego dziś możemy podziwiać niezmieniony kształt historycznego centrum stolicy Terceiry. Dla tych, którzy mają dom w historycznej części Angry, prace remontowe mogą być uciążliwe. Trzeba uzyskać stos pozwoleń, trzeba zachować oryginalną fasadę, trzeba pamiętać o specyficznych technikach budowlanych. Ale kiedy spaceruję uliczkami Angry, jestem wdzięczna mieszkańcom za ich wysiłek. Tu jest po prostu pięknie. I niech tak zostanie!
Ten karnawał był inny

Ten karnawał był inny. To był pierwszy prawdziwy karnawał w moim życiu. Mieszkam na Terceirze od stycznia 2017, więc tegoroczny karnawał był czwartym w mojej wyspiarskiej historii. Do dziś pamiętam pierwszy. Wszyscy mówili „Musisz iść na karnawał”, a ja sztywniałam na słowo „musisz”. Nie było mi do śmiechu. Koszmarnie tęskniłam za rodziną i miałam ochotę raczej usiąść i płakać niż świętować. To read an English version of this article click HERE. Ale w końcu pomalowałam się jak na Halloween i poszłam. Przeszłam się między poprzebieranymi, roześmianymi ludźmi, porobiłam kilka zdjęć. Pojechałam też zobaczyć balinhos, mimo że mój portugalski wówczas leżał i kwiczał, więc nie rozumiałam ani słowa z przedstawień. Spróbowałam, co to filhos do forno i filhos frita. I stwierdziłam, że bailinhos i filhoses tak, ale przebierane imprezy – to nie dla mnie. A w tym roku pomyślałam: karnawał = impreza A przecież imprezy lubię. Lubię spotykać się ze znajomymi, lubię się dobrze bawić. Koleżanka zaproponowała, żebyśmy w kilka osób się spotkali i poszli na imprezę na Rua de Sāo Joāo. (Która ponoć jest wynalazkiem ostatnich lat, ale bardzo szybka znalazła swoich zwolenników.) I spotkaliśmy się, przebraliśmy się i poszliśmy. Okazało się, że można! I można się dobrze bawić! Ok, tutaj małe wyjaśnienie – dla mnie impreza na ulicy jest ciekawa przez pierwsze dwie godziny. Później robi się nudno, bo ani potańczyć (muzyka pozostawia wiele do życzenia, może dlatego tutaj nikt nie tańczy), ani pogadać (bo za głośno). Ale te dwie pierwsze godziny są warte doświadczenia. Karnawał – co to znaczy? No dobrze, impreza imprezą, ale co to tak właściwie jest, ten karnawał? Szukałam ostatnio informacji o karnawale, żeby opowiedzieć Wam o nim na Facebooku i na Instagramie. No i tutaj, na blogu. Dowiedziałam się, że słowo „karnawał” pochodzi od włoskiego słowa „carnevale”. To słowo ma zaś swoje łacińskie korzenie – oczywiście! Jak przeczytacie, co oznacza, Wasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Gotowi? „Karnawał” to z łaciny „usuwać mięso” lub „żegnaj mięso”. Wyobrażacie sobie? Befsztyki rodem z „Madagaskaru” zamiast weneckich masek. Takie przygotowanie do Wielkiego Postu. Zostawię Was z tym wyobrażeniem. Jak dojdziecie do siebie, możecie czytać dalej. Karnawał na Terceirze Jesteście jeszcze, oddychacie? Dobrze, to teraz będzie trochę spokojniej. Też się zagłębimy w historię, ale trochę bliższą. Końcówka XIX w./ początek XX w. W tym czasie z tradycyjnych pokazów tanecznych, popularnych wówczas w całej Europie, wyewoluowały grupy znane dziś jako bailinhos. Są różne teorie na temat tego, jak dokładnie powstały. Jedna z nich mówi, że fabułę do tańców wprowadzili emigranci wracający z Brazylii. Czy właśnie tak było? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Ale miło pomyśleć, że tutejsze zwyczaje mają coś wspólnego ze słynnym karnawałem w Rio. Bailinhos – unikalna tradycja Terceiry Wiemy natomiast, że balinhos to tradycja istniejąca wyłącznie na Terceirze. To grupy estradowe przygotowujące przedstawienia specjalnie na okres karnawału. Większość grup złożona jest z 20-24 osób, najczęściej amatorów. Każda grupa pisze swój scenariusz i przygotowuje aranżację do typowej karnawałowej muzyki (rzadziej – pisze własną). Każdy zespół jest też odpowiedzialny za swoje stroje, makijaże, scenografię, rekwizyty, logistykę. Nie wspominając już o choreografii i reżyserii. Próby zaczyna się kilka tygodni wcześniej. Wszystko po to, żeby podczas karnawału przez cztery dni grać przed tysiącami ludzi. – Pedro, wy tu na tej wyspie w ogóle byście nie pracowali, tylko ciągle jakieś imprezy przygotowywali!– A ty wiesz, ile to pracy, przygotować taką imprezę?? O czym mówią bailinhos? Przedstawienia bailinhos cieszą się olbrzymią popularnością. Ok. 60 różnych grup odwiedza corocznie ok. 40 ośrodków kultury zlokalizowanych na całej wyspie i gra przed tysiącami osób. O czym opowiadają? O wszystkim, co w danym czasie dotyka lokalną i międzynarodową społeczność. Może się pojawić temat rządu, służby zdrowia, uprzedzeń rasowych, tanich linii lotniczych. Przedstawiane są też takie kwestie, jak homoseksualizm, równouprawnienie, zdrada, alkohol, ograniczony transport w archipelagu, rywalizacja pomiędzy wyspami, polityka, niewydolność sądów, spory sąsiedzkie, zmiany klimatyczne. I wiele, wiele innych. Zrozumieć bailinhos to zrozumieć wyspę Żeby zrozumieć dobrze bailinhos, trzeba po pierwsze dobrze mówić po portugalsku, po drugie – rozumieć lokalną społeczność. Żarty są często proste, ale trafiające w to, co interesuje odbiorców. Z tych przedstawień można doskonale wyczytać, czym żyje społeczność wyspy. To lustro rzeczywistości, warto w nie zajrzeć. W artykule „Carnaval na Terceirze” pisałam o tym, jak bardzo mnie dziwił na początku brak jakiegokolwiek planu i „rozkładu jazdy” przedstawień. Dziś już mnie to nie dziwi. Dziś widzę, że to jest część kultury. Podobnie jak jeżdżenie za jedną grupą bailinhos jak za ulubionym zespołem rockowym. Czy jedzenie bifany, bobu i filhoses w przerwach. Przedstawienia bailinhos to największe „zgromadzenie” teatru powszechnego w języku portugalskim w całym świecie. A to wszystko na małej wyspie. Na karnawał czeka się cały rok Mieszkańcy wyspy w trakcie karnawału świętują ochoczo Dia de Amigos, Amigas, Compadres i Comadres, od niedawna popularne są również bailinhos osób starszych, które odbywają się przed głównym weekendem karnawału. Ale to te 4 ostatnie dni są najważniejsze. Czeka się na nie cały rok. Świętowanie karnawału zaczyna się w ostatnią sobotę przed Środą Popielcową i kończy we wtorek, w polskie Ostatki. Wtorek jest dniem wolnym od pracy. Wyobrażacie sobie? Dostać wolne tylko po to, żeby odespać imprezę. Jest to jakiś pomysł. Kiedyś robiono imprezy karnawałowe w zamkniętych przestrzeniach. Teraz w sobotę i w poniedziałek jest impreza na świeżym powietrzu, na Rua de Sāo Joāo w Angrze. Wszyscy przychodzą w fantazyjnych strojach i bawią się przy dźwiękach muzyki (jak wspomniałam, wiele pozostawiającej do życzenia, ale niewielu osobom zdaje się to przeszkadzać). Można spotkać piratów, marynarzy, postaci z bajek, herosów, księżniczki, zwierzęta, księży, rycerzy, żołnierzy, policjantów, pawie, baletnice, potwory, kościotrupy… Mogłabym tak długo wymieniać, ale myślę, że jest to już jasne. Jedynym ograniczeniem jest Twoja wyobraźnia. A przez wszystkie cztery dni (długie wieczory, a w sobotę i poniedziałek również noce, aż do świtu) ludzie zbierają się w ośrodkach kultury i oglądają bailinhos. Są tam nie tylko po to, żeby zobaczyć przedstawienia, ale też po to, żeby spotkać się ze znajomymi, porozmawiać, pośmiać się, zjeść coś dobrego. Karnawał zwiastuje koniec zimy Kiedyś karnawał był celebrowany jako pożegnanie z okresem zabawy i przywitaniem Wielkiego Postu. Dziś już nie ma aż
Jachtem po Azorach

Kiedy rok temu moja koleżanka, rozglądając się po Terceirze, stwierdziła, że chciałaby się wybrać w podróż jachtem po Azorach – uśmiechnęłam się. Pomyślałam, że to świetny pomysł – ale kto to zorganizuje? Przecież jachtów na wynajem tutaj tyle co kot napłakał, a i Atlantyk średnio przyjazny żeglarzom. Do tego – kto znajdzie grupę ochotników, którzy faktycznie chcieliby się zmierzyć z falami oceanu i poznać Azory od strony wody? Kto mógłby to wszystko zrobić? To read an English version of this article click HERE. Kimś takim okazał się Tomek Piotrowski. Tomek na co dzień zajmuje się fotografią, można go znaleźć na jego stronie na Facebooku, a kilka razy w roku zakłada czapkę kapitana i razem z załogą wypływa na coraz to ciekawsze wyprawy. Jedną z nich była wyprawa jachtem po Azorach. Tomek wraz z załogą, w tym – z moją marzącą rok temu o podróży jachtem po Azorach koleżanką Kasią, poznali Azory od strony, od której ja sama ich nie znam. Zafascynowała mnie ich podróż, chciałam Wam o niej opowiedzieć. Osobą, która jest w stanie powiedzieć o niej najwięcej, jest oczywiście sam kapitan. Zapraszam zatem do wywiadu! Cześć, Tomek! Dziękuję, że zgodziłeś się na ten wywiad. Powiedz mi – jesteś bardziej fotografem czy żeglarzem? Jestem fotografującym żeglarzem. Zawodowo zajmuję się fotografią, ale łączę ją z żeglowaniem przynajmniej kilka razy w roku. Jakie jest Twoje doświadczenie jako kapitana? Ciągle za małe. Wiele mórz jeszcze przede mną zostało do okrycia. Na szczęście każdego roku poznaję nowe destynacje i moja „lista” się sukcesywnie skraca. Takim kolejnym małym kroczkiem były Azory. Doświadczenie w żeglarstwie mierzy się często milami i godzinami. Do tej pory na rejsach spędziłem ok. 100 tygodni, przepłynąłem 30.000 mil morskich w czasie 6.000 godzin. Co takiego Cię pociąga w żeglowaniu? Chciałbym powiedzieć, że wiatr, sport i wolność. Od dłuższego czasu jest to jednak przyjemność przemieszczania się pięknym środkiem transportu jakim jest jacht po nierównej, niepewnej, często nieprzewidywalnej nawierzchni w celach turystycznych. Żeglarstwo może być sportem, turystyką lub połączeniem tych dwóch dyscyplin. Ostatnio skupiam się na zwiedzaniu i podróżowaniu i jacht jest tutaj idealnym wyborem. W zależności od regionu można codziennie zwiedzać inne miejsce, inny port/miasto/zatokę od zupełnie innej strony niż jest to dostępne dla „szczurów lądowych”. Można przemieszczać się promem lub samolotem np. pomiędzy wyspami, ale zrobienie tego z Załogą daje zdecydowanie większą satysfakcję. Dlaczego wybrałeś Azory? Azory od dawna były na mojej żeglarskiej liście. Kilka razy przepływałem obok (Madera, Wyspy Kanaryjskie), ale nigdy nie zaglądałem w te regiony. Decyzja o rejsie zapadła jednak na wcześniejszym rejsie z tą samą Załogą. Ktoś rzucił hasło „Azory”. Wszyscy zaklaskali z radości. Azory wydają się być daleko, ale jednak blisko. Kiedykolwiek napotyka się na jakąś wzmiankę o Azorach wszystko jest zilustrowane w pozytywny sposób. Chyba jest to jedyna „idealna” destynacja turystyczno-żeglarska na świecie! 😀 A przynajmniej jedyna mi znana. Byłem w wielu pięknych miejscach na świecie. Ale zawsze jest małe „ale”. Zawsze Polak może ponarzekać. A to za dużo turystów, a to za ciepło, a to za drogo itd. Tutaj jest idealnie 🙂 Piękne widoki, fantastyczni ludzie, różnorodność wysp, genialna kuchnia (moim faworytem są steki, choć owoce morza są na najwyższym światowym poziomie), ciekawe miejsca do zwiedzania, niezbyt dużo turystów. Można by rzec, że małym minusem jest niepewna pogoda. Jest to jednak zmieniająca się pogoda. Dzięki temu można doświadczyć pięknych widoków, innych każdego dnia, a nawet godziny. Mgła, deszcze, pełne słońce. Jak można wszędzie przeczytać o Azorach – tutaj można przeżyć cztery roku jednego dnia. Jak zbierałeś załogę? Stara, sprawdzona ekipa. Niemalże sama się zebrała. Jakie wyspy odwiedziliście? São Miguel, Terceirę, Pico, São Jorge, Graciosę i Faial. Czym się kierowałeś przy ustalaniu trasy? Preferencjami Załogi. Część chciała więcej pożeglować i odwiedzić tym samym wyspy zachodnie – Flores i Corvo, ale w głosowaniu wygrała opcja na umiarkowane żeglowanie i dużo zwiedzania i aktywności. Jakie są Twoje i załogi wrażenia z Azorów? Wszyscy byli przeszczęśliwi. Po opiniach, przeczytaniu przewodników, forów mieliśmy bardzo duże oczekiwania. Nic nie zawiodło. Było jeszcze lepiej. Same pozytywne wrażenia się cisną na usta. Co Was najbardziej urzekło? Ciężko się zdecydować. Osobiście uwielbiam naturę – widoki i fauna i flora są powalające. To połączenie znanych nam lasów strefy umiarkowanej z tropikalnymi lasami deszczowymi. Bujna roślinność, wszystko zielone i całoroczny okres wegetacyjny tworzą niesamowite widoki. Każda wyspa oferuje co innego, ale przyroda, ludzie i kuchnia to to, co je wszystkie łączy. Społeczność jest bardzo miła i przyjazna nieznajomym turystom. Smakołyki czekają na nas w restauracjach z owocami morza i stekami. Nie sposób nie wspomnieć o wspaniałych kawiarniach z różnorakimi pasteis. A co Was najbardziej zaskoczyło? Pogoda. Miało często padać i wiać i czasami miało być nieprzyjemnie na zwiedzanie czy żeglowanie. Niemalże wszystkie te historie nas ominęły szerokim łukiem. Jak Was przywitał Atlantyk? Jak się ma do akwenów, po których dotychczas żeglowałeś? Wielokrotnie byłem na Atlantyku. Stąd ocean ten jest mi znany. Kilkoro Załogantów też zaznało smaku tego akwenu. Stąd zaskoczeń nie było. Morze przywitało nas całkiem łaskawie. Jedynie pierwszy przelot z São Miguel na Faial trochę wybujał Załogę. Co trzeba wziąć pod uwagę przy organizacji wyprawy jachtem po Azorach? Ograniczoną liczbę portów oraz miejsc w tych portach. Azory nie oferują pełnej bazy czarterowej. Nie ma też zbyt wielu marin. Każda wyspa oferuje jedno, maksymalnie dwa schronienia. Warto spytać wcześniej/przedzwonić z poprzedniej mariny, czy jest dla nas miejsce. Zatoki też potrafią być nieosłonięte. Wolisz perspektywę wodną czy lądową? Dlaczego? I to i to. Zdecydowanie. Jak na każdym rejsie. Wpływamy jachtem do portu. Podziwiamy widoki z innej perspektywy. Często oglądamy wschód i zachód słońca na tafli wody. Ale zwiedzanie samochodami części lądowej daje dużo frajdy i lepszej możliwości poznania Azorów. Jakie są Twoje najbliższe projekty? Baleary na przełomie sierpnia i września. Kuba w grudniu i Gwadelupa i okolice na Sylwestra. Mam też kilka innych pomysłów, ale wspomniane to pewniaki. Powoli też planuję ponownie rejs na Azory. Wygląda na to, że odwiedzę je rok do roku. Tym razem z osobami, które pozazdrościły „Pionierom” 😉 Jeśli ktoś chciałby się wybrać z Tobą w rejs – gdzie Cię może znaleźć? Głównie żegluję z firmą TheBoatTrip. Firmę tę tworzą moi
Wino z Biscoitos

Kto odwiedza Terceirę, musi koniecznie poznać wino z Biscoitos. Biscoitos to jedyny obszar na Terceirze przeznaczony do produkcji wina. Charakterystyczny krajobraz czarnych kamiennych murków i leżących na nich jasnozielonych liści winorośli znalazł się nawet pod ochroną azorskiego rządu. Wino z Biscoitos to ważny element dziedzictwa wyspy. To read an English version of this article click HERE. Historia wina na Terceirze sięga XV wieku… …czyli czasów kolonizacji wyspy. Już pierwsi osadnicy wykorzystywali wulkaniczną ziemię do uprawy winorośli. W 1647 r. na szeroką skalę zaczęto uprawiać szczep Verdelho jako najlepiej przystosowany do wilgotnych warunków wyspy. Ten szczep charakteryzuje się m.in. dość luźno ułożonymi w gronie winogronami, dzięki czemu jest mniej niż inne narażony na gnicie. Nic jednak nie jest w 100% odporne na inne plagi. W XVIII i XIX wieku różne plagi zaatakowały winnice na Terceirze, w tym – niszczycielska filoksera, która spustoszyła też wiele innych winnic na świecie. Dopiero w 1890 roku szaleniec – jak wówczas myślano – lub marzyciel – jak dziś można na to spojrzeć – Francisco Maria Brum zdecydował się reaktywować produkcję wina. Założył winnicę! Początkowo w Fontinhas, następnie w Biscoitos. Ta winnica do dziś jest znana jako Casa Agrícola Brum. Działa nieprzerwanie od prawie 130 lat, prowadzi ją już piąte pokolenie tej samej rodziny. Ciągle z tą samą pasją! Wino z Biscoitos to wino wulkaniczne Szczepy Verdelho rosną na wulkanicznej ziemi wśród tak zwanych „biscoitos” („ciasteczka”), czyli wśród drobnych kamieni wulkanicznych. Ich sposób uprawy różni się od tych znanych nam np. z Francji czy Włoch. Na Terceirze przyszłe wino z Biscoitos dojrzewa na małych kwadratach lub prostokątach otoczonych murkami z czarnych kamieni wulkanicznych. Winorośle nie pną się do góry po linkach, lecz rozprzestrzeniają po rozłożonych wokół nich kolejnych kamieniach. Kamienne murki chronią winorośle przed zimnym słonym wiatrem wiejącym od oceanu, a murki w połączeniu z kamieniami na podłożu wytwarzają specjalny mikroklimat. Kamienie nagrzewają się w ciągu dnia i oddają ciepło w ciągu nocy. Dzięki temu winogrona szybciej dojrzewają i produkują więcej cukru. Wino z Biscoitos, nawet to wytrawne, nigdy nie wywoła skrzywienia na Waszej twarzy. Widok ścielących się nad oceanem winorośli może być za to powodem rozmarzonego uśmiechu. W Biscoitos można przejść się szlakiem wśród winnic, jak również odwiedzić Muzem Wina z Biscoitos (Museu do Vinho dos Biscoitos) Rodzina Brum w 1990 r., na stulecie swojej winnicy, otworzyła Muzeum Wina z Biscoitos. W muzeum tym znajdują się eksponaty przedstawiające nie tylko historię rodziny Brum i ich winnicy, ale również historię wyspy i winiarstwa. Można również na własne oczy zobaczyć szczep Verdelho (na potrzeby muzeum wyjątkowo rosnący pionowo) oraz spróbować pysznego wina. Tradycyjnie w tejże winnicy produkuje się wino likierowe Chico Maria (wytrawne, półwytrawne i słodkie). Na miłośników wina stołowego czekają zaś Da Resistência i Donatário. Wszystkie leżakowały sobie w dębowych beczkach zanim zostały zabutelkowane i przeznaczone do degustacji i do sprzedaży. Tak, tak, jeśli Wam jakieś wino zasmakuje, możecie je od razu na miejscu kupić i potem delektować się długo wspomnieniami z Terceiry. Co roku w Muzeum Wina z Biscoitos odbywa się Święto Winorośli i Wina z Biscoitos W wybranych dzień pod koniec sierpnia na terenie Muzeum Wina można zobaczyć osoby w tradycyjnych strojach zbierające winogrona do tradycyjnych wiklinowych koszy, wziąć udział w deptaniu winogron, napić się wina z glinianych naczyń czy spróbować tradycyjnych azorskich przekąsek. Nigdy nie brakuje też świętowania z muzyką i tańcami. Muzeum Wina z Biscoitos odwiedziłam niedawno z koleżanką. Zostałyśmy oprowadzone po muzeum przez przesympatycznych przedstawicieli czwartego pokolenia rodziny Brum. Razem z nimi podziwiałyśmy grona proszące o każdy promień słońca, prasy do tłoczenia miazgi winnej i wielkie beczki dające nadzieję na kolejne litry tego pysznego trunku. Oczywiście nie mogło się też obejść bez degustacji win! Skosztowałyśmy pysznych win likierowych i stołowych przy akompaniamencie massa sovada, czyli tradycyjnego portugalskiego słodkiego chleba. Rozmowom i uśmiechom nie było końca. Nie bez powodu Muzeum Wina z Biscoitos pojawiło się na liście 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze. Przydatne informacje Miejsce: Museu do Vinho dos Biscoitos znajduje się na północy wyspy, w Biscoitos, przy Canada do Caldeiro 3. Dni i godziny otwarcia: wtorek-sobota, 13:30-16:00 Dojazd: ze względu na degustację proponuję transport publiczny; dojedziecie tam autobusem nr 1 z Angry (powiedzcie kierowcy: „Biscoitos, Museu do Vinho”); rozkład autobusów na Terceirze znajdziesz TUTAJ. Wstęp wolny Ceny win: w zależności od gatunku i rocznika od ok. 10 do ok. 40 EUR Rekomendacje: wino likierowe Przyjemnego zwiedzania i degustowania! Niech wino z Biscoitos będzie z Wami!
Souvenirs from the Azores

What are the souvenirs from the Azores that won’t occupy a lot of space in your luggage? Or even no space. Moreover, you can take these souvenirs from the Azores wherever you go. Wherever life leads you. I’ve prepared a list for you. I limited it to five items, but remember that this list doesn’t really have an end. You can add as many items as you can only imagine. So, shall we begin? 1. Slower pace. In the Azores life goes on at its own pace. When you go to a bar, a waiter will serve you only after having finished a conversation with a friend. Do you mind? Sit comfortable and inhale the smell of coffee and peace. Accept the reality as it is. Time goes slowly on the island and the interpersonal relationships are much more important here than business. If you switch on a flight mode, slow down a bit and let the island reality reorder your priorities – I can guarantee you that you will save a pleasant dose of the holiday freeness after having come back to the earth. 2. A memory of the ubiquitous greenery and sunsets over the ocean. The Azores are green. On 8 out of 9 islands of the archipelago there is a million shades of green. We owe it to high humidity and a big amount of rain. Yes, you’re reading correctly – this rain that can surprise you in every season the year is a direct reason of the breathtaking views of the fields and forests as from the scenery of “The Lord of the Rings”. The purest relief for the eyes and the heart. And the sunsets… There are never too many sunsets. One is enough for you to create a memory which will warm your heart. And each next will make the feeling stronger. Sometimes you may feel longing, but it’s worth longing such sunsets. 3. Flavour of fresh fish and sea food. Flavours are one of the souvenirs that stay with us for long years. Delicious codfish (a Portuguese national dish), grilled squids, freshly caught lapas (limpets) or boca negra (blackbelly rosefish) won’t let you forget about them. And if you add to them an octopus, cracas (not sure of an English name, probably barnacles – check their appearance at the photo below) and local tuna – you may not want to eat fish and sea food in any other place until the end of life. Maybe it’s not the best forecast for the future, but an experience – one of a kind. 4. Ocean. No, I’m not recommending packing the ocean into a backpack. But to take with you a soothing touch of water cuddling the whole body. To take its salty taste. A view of the waves crashing against the black volcanic rocks. A sound of the always alive, always flowing water. Ocean means life. Life for the marine fauna and flora, life for us. From your holidays take a bit of life with you! 5. Energy to start a new day. Regardless of the circumstances. Regardless of the plans. Of following them or making another revolution in your day. In the Azores the weather changes very often. Not without a reason there’s a saying that in the Azores you can have 4 seasons in one day. When it starts raining, nobody starts crying that they have to change their plans because of it. They just do it. And start a new activity with new energy. And it transfers to life. Changes of weather in the Azores can show you that it’s worth making plans but it’s not worth worrying when they don’t work out. It’s enough to stop for a new and make new ones. And start a new day with new energy. Or sometimes start a new phase of your life. Because if we already have a life, we’d better live it well. Even if it’s raining. There are my souvenirs from the Azores. The same that I brought from my first visit in the middle of the Atlantic Ocean. The same that I take with me whenever I’m leaving this place. They are with me. They help me live and enjoy life. These are the souvenirs from the Azores, which are in abundance for everybody. You just need to open your eyes and heart. There’s more than meets the eye. Have a good day! Have good memories!
Pamiątki z Azorów

Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że ta lista tak naprawdę nie ma końca. Możesz dopisać tyle punktów, ile tylko przyjdzie Ci do głowy. To jak, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wolniejsze tempo. Na Azorach życie toczy się w swoim rytmie. Kiedy pójdziesz do baru, kelner obsłuży Cię dopiero jak skończy rozmawiać ze swoim znajomym. Przeszkadza ci to? Rozsiądź się wygodnie i wciągnij w płuca zapach kawy i spokoju. Zaakceptuj rzeczywistość taką, jaka jest. Czas płynie na wyspach powoli, a relacje międzyludzkie są tu o wiele ważniejsze niż biznes. Jeśli włączysz tryb offline, wyhamujesz choć odrobinę i pozwolisz wyspiarskiej rzeczywistości poprzestawiać Twoje priorytety – gwarantuję Ci, że zachowasz przyjemną dawkę wakacyjnego luzu po powrocie na stały ląd. 2. Wspomnienie wszechobecnej zieleni i zachodów słońca nad oceanem. Azory są zielone. Na 8 z 9 wysp w archipelagu króluje milion odcieni zieleni. Zawdzięczamy to dużej wilgotności i dużej ilości opadów. Tak, dobrze czytasz – ten deszcz, na który możesz się natknąć o każdej porze roku, jest bezpośrednim sprawcą zapierających dech w piersiach widoków na pola i lasy jak ze scenografii „Władcy pierścieni”. Ukojenie dla oczu i serca w najczystszej postaci. A zachody słońca… Zachodów słońca nigdy nie za dużo. Wystarczy jeden, żebyś zabrał(a) ze sobą wspomnienie, na które będzie Ci się robiło ciepłej na sercu. A każdy kolejny tylko będzie to ciepło wzmacniał. Pewnie czasem najdzie Cię tęsknota, ale za takimi zachodami warto tęsknić. 3. Smak świeżych ryb i owoców morza. Smaki to jedna z pamiątek, które zostają z nami na długie lata. Pyszny dorsz (narodowa potrawa Portugalczyków), grillowane kałamarnice, świeżo wyłowione lapas (skałoczepy) czy boca negra (dosł. „czarne usta”, ryba z gatunku Helicolenus dactylopterus) nie chcą dać o sobie zapomnieć. A jak do tego dołożysz ośmiornicę, cracas (pąkle) i lokalnego tuńczyka – możesz nie chcieć jeść ryb i owoców morza nigdzie indziej do końca życia. Może słaba to prognoza na przyszłość, ale za to doświadczenie – jedyne w swoim rodzaju. 4. Ocean. Nie, nie podpowiadam, żeby spakować ocean w plecak. Ale żeby zabrać ze sobą kojący dotyk wody otulającej całe ciało. Żeby zabrać jej słony smak. Widok fal rozbijających się o czarne wulkaniczne skały. Szum wiecznie żywej, wiecznie płynącej wody. Ocean to życie. Życie dla fauny i flory morskiej, życie dla nas. Zabierz ze sobą z wakacji odrobinę życia! 5. Energia do rozpoczęcia nowego dnia. Niezależnie od okoliczności. Niezależnie od planów. Od tego, czy działasz zgodnie z nimi, czy może w Twoim dniu wydarzyła się kolejna rewolucja. Na Azorach pogoda zmienia się często. Nie bez powodu mówi się, że można tu przeżyć 4 pory roku w ciągu jednego dnia. Kiedy nagle zaczyna padać, nikt nie zaczyna płakać, że przez to musi zmienić swoje plany. Po prostu – zmienia je. I z nową energią zaczyna nowe działanie. I to się przekłada na życie. Zmiany pogody na Azorach mogą Ci pokazać, że warto robić plany, ale nie warto się martwić, kiedy nie wypalają. Wystarczy się zatrzymać na chwilę i zrobić nowe. I wejść z nową energią w nowy dzień. A czasem w nowy etap życia. Bo skoro już mamy to życie, to lepiej przeżyć je dobrze niż słabo. Nawet jeśli pada. To są moje pamiątki z Azorów. Takie, które przywiozłam ze sobą już po pierwszej wizycie na środku Atlantyku. Które zabieram ze sobą, kiedykolwiek stąd wyjeżdżam. Są ze mną. Pomagają mi żyć i cieszyć się życiem. To pamiątki z Azorów, których jest pod dostatkiem dla każdego. Wystarczy otworzyć oczy i serce. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie…”* Dobrego dnia! Dobrych wspomnień! *Adam Mickiewicz, „Romantyczność”
Na huśtawce

Wczoraj przeczytałam w artykule Janiny Daily, że osoby żyjące pomiędzy dwoma krajami nazywa się osobami na huśtawce. Nie chcę wchodzić w szczegóły definicji. Moje intuicyjne rozumienie tematu lekko się z nią rozminęło. A co zrozumiałam? Ot, że jesteś trochę tu, trochę tu. Niekoniecznie fizycznie. Bardziej mentalnie. To read an English version of this article click HERE. Masz rodzinę i przyjaciół w kraju pochodzenia – i masz nowych przyjaciół i znajomych w nowym kraju. Masz swoje ulubione miejsce w ojczyźnie – i nowe ulubione miejsca w kraju goszczącym. Zdjęcie z pradziadkiem i prababcią w pokoju w domu rodzinnym – i zdjęcie z rodzeństwem i kuzynostwem w pokoju na środku Atlantyku. Jak na huśtawce… …lawirujesz pomiędzy telefonami do domu i piwem ze znajomymi na miejscu. Tu za wcześnie, żeby zadzwonić, tu za późno, tu ktoś nie odbiera, tu jesteś bez zasięgu, a tu już nieważne, już kryzys minął. Na miejscu najpierw poznajesz ludzi i cieszysz się, że są tacy mili i otwarci. Ale kiedy skończy się wymiana zdań w stylu „Skąd jesteś?” i „Co cię tu sprowadziło?”, zaczyna się frustracja. Że do zbudowania przyjaźni potrzeba czasu. Że nikt cię nie rozumie. Że nie rozumiesz żartów. Dzwonisz do swoich wieloletnich przyjaciół i skarżysz się na to, że nigdzie nie ma mozzarelli, a na ciepłą wodę w kranie musisz czekać 10 minut. I że pracujesz w rękawiczkach, bo w budynku jest zimą zimniej niż na zewnątrz. A oni starają się pomóc. Starają się, ale nie rozumieją. Żyją w innej rzeczywistości. Na innej planecie. Chcą dla ciebie jak najlepiej, ale ich zasady nie pasują do tej gry. Bo ty już wiesz, co wolno, czego nie wolno, choć nie ze wszystkim się zgadzasz. Machasz ręką na te rzeczy, które nadal bulwersują nowo przybyłych. I ze zdumienia otwierasz szeroko oczy na rzeczywistość w ojczyźnie. Bo przecież nie tak się traktuje ludzi. Bo przecież nie tak się odpowiada przyjaciołom. Bo przecież są w życiu ważniejsze rzeczy niż obiad za 400 zł. I wtedy przypomina ci się, jak twoja przyjaciółka mówiła: „Ty się urwałaś z choinki, życie nie jest takie piękne”. I rozglądasz się wokół, i myślisz: „Ale przecież jest!” I rozglądasz się jeszcze raz, i widzisz wszystko to, co cię denerwuje, co nie pozwala ci oddychać. Co cię wtłacza w sztywne ramy i ogranicza. I myślisz sobie, że gdzie indziej miałaś więcej możliwości. Że gdzie indziej wystarczyło złapać pierwszy lepszy pociąg czy samolot – i mogłaś być gdziekolwiek. Że gdzie indziej była w sklepie mozzarella i twoje ulubione płatki. I nieważne, że jadłaś je raz na rok, bo niezdrowe – ale były. I jednocześnie myślisz, że już tam nie pasujesz. Bo za bardzo kochasz to, co teraz. Bo nowa rzeczywistość, mimo że frustrująca, jest bliższa twojemu wyobrażeniu o dobrym świecie niż jakakolwiek innej do tej pory poznana. Ale wiesz, że tu nie pasujesz. Już zawsze będziesz „tą Polką”. Choćbyś została tu całe życie, zawsze będziesz w pewnym sensie obca. Nigdy nie wnikniesz w pełni w kulturę, nie powspominasz wspólnego dzieciństwa, nie będziesz miała głębokich korzeni, jak wszyscy wokół. I tak, jednocześnie myślisz, że u siebie w ojczyźnie też już nie pasujesz. Myślisz inaczej, działasz inaczej, zachowujesz się inaczej. Tęsknisz za swoim łóżkiem, które jest już w nowym domu. Za pogodą, na którą przestałaś kląć, a którą zaczęłaś doceniać. Za innym tempem życia, za innymi wartościami. Czujesz, że nie pasujesz to żadnej układanki. I wtedy wkracza znajoma i mówi: „Kochana, ty już nigdy nie będziesz pasowała ani tu, ani tam! Dziewczyno, zrozum, teraz jesteś obywatelem świata!” I pozamiatane. Dziękuję za uwagę. Wracam na moją huśtawkę.
Sanjoaninas – największe święto na Azorach

Sanjoaninas to największe świeckie święto na całych Azorach. To 10 dni świętowania skupione wokół św. Jana (św. Jan to po portugalsku São João) i wokół Angry. I tutaj dwa wyjaśnienia. Pierwsze wyjaśnienie – tak, święto świeckie, i tak, skupione wokół św. Jana. Trochę jak w Polsce noc świętojańska, która wywodzi się z tradycji pogańskich. Drugie wyjaśnienie – Sanjoaninas to święto Angry, stolicy Terceiry. Ale biorą w nim udział wszyscy. Cała wyspa, cały archipelag, Portugalczycy z kontynentu, turyści z różnych stron świata. Dla nikogo nie zabraknie miejsca. To read an English version of this article click HERE. Sanjoaninas to święto pełne radości i lokalnego folkloru. Jego początki sięgają XVI wieku. Czytaj: niedługo po osiedleniu pierwsi mieszkańcy Terceiry zaczęli świętować. Forma naturalnie ewoluowała. W 1934 r. po raz pierwszy pojawiła się otwierająca Sanjoaninas parada z orszakiem królewskim. I ten element tradycji przetrwał po dziś dzień. Co roku wybierany jest nowy temat parady, związany z historią i tradycją wyspy. Co roku też wśród lokalnych dziewcząt wybierana jest nowa królowa Sanjoaninas, która jedzie na specjalnie przygotowanej platformie i pozdrawia publiczność. Wokół niej, również na wymyślnych platformach, zgromadzone są dwórki, przed nią i za nią idzie cały orszak. Podczas Sanjoaninas można też zobaczyć liczne grupy taneczne i orkiestry filharmoniczne. Poprzebierani w fantazyjne i/lub tradycyjne stroje ochotnicy najpierw ćwiczą tygodniami, a potem prezentują się w pierwszą noc Sanjoaninas. Przemieszczają się ulicami Angry, tańcząc i śpiewając pieśni przygotowane specjalnie na Sanjoaninas. Za nimi zwykle idzie orkiestra, również złożona z ochotników, która przygrywa im do tańca i śpiewu. W tych paradach, znanych jako marchas, może wziąć udział każdy – i to jest piękne! Spotka się tam starych, młodych, grubych, chudych, ładnych, brzydkich, wysokich, niskich, umiejących śpiewać czy tańczyć i muzyczne beztalencia… Dla każdego jest miejsce! Sanjoaninas łączą tradycję, kulturę i kuchnię. Na każdym kroku widać tzw. tascas (l.poj. tasca), czyli taszki – miejsca, gdzie można kupić coś do jedzenia lub/i do picia. Zazwyczaj są to lokalne tradycyjne przysmaki: morcela (lokalna kaszanka), linguiça (lokalna kiełbasa), alcatra (coś a la gulasz), bifana (bułka z kotletem), tremoços (ziarna łubinu), lapas (skałoczepy), steki, ryby… Tak, dobrze widzicie – głównie mięso. Jest też dużo piwa. Mikropiwa. Lokalne małe piwo ma 0,2 l. Pije się też wino i sangrię. I caipirinhę – pyszny brazylijski drink , którego bazą jest cachaça – alkohol z trzciny cukrowej. (Jeśli chcecie wypić świetną caipirinhę, pytajcie o taszkę prowadzoną przez João). A co z tą kulturą i tradycją? Tak się skupiłam na jedzeniu (chyba jestem głodna!), że zapomniałabym o tradycji i kulturze. Tradycja i kultura są w zasadzie widoczne na każdym kroku. Sanjoaninas to bowiem nie tylko parady, ale też przystrojone ulice, wywieszone przez balkony koce i mnóstwo wydarzeń. Są koncerty, wydarzenia sportowe (regaty, wyścigi kajakarskie, wspinaczka uliczna, turnieje tenisowe i in.), parady różnych grup (np. harcerzy), spektakle teatralne na scenach i na ulicach, wystawy, targi rękodzieła… W noc św. Jana, już nad ranem, jest też skakanie przez ogniska i jedzenie sardynek – ryb prawie tak typowych dla Portugalii jak dorsz. Oczywiście nie może zabraknąć również atrakcji związanych z bykami. Podczas Sanjoaninas odbywają się tradycyjne tourady (pisałam o nich w tekście Tourada à corda), w tym tourada à corda w Porto Pipas – porcie w Angrze, uliczne biegi byków oraz tourady na arenie – z toreadorami na koniach lub bez. Te ostatnie to najbardziej kontrowersyjna forma rozrywki. Byków w Portugalii się nie zabija, nie da się jednak ukryć, że są ranione. Przeciwników tourad jest jednak nadal mniej niż ich zwolenników. Jak wspominałam – tourady to wciąż jedne z najważniejszych wydarzeń społecznych na wyspie. Pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. Mieszkańcy Terceiry lubią się bawić. Okazji do świętowania na wyspie nie brakuje, a Sanjoaninas wręcz idealnie wpasowują się w filozofię, że pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. (Dzień św. Jana to tutaj dzień wolny!) Jako że to niewielka wyspa z bardzo ograniczonymi możliwościami rozwoju zawodowego, mało kto poświęca się karierze. Praca stanowi raczej źródło dochodu i relacji społecznych niż samorealizacji. W związku z tym większość osób skupia się na życiu pozazawodowym. Sanjoaninas, Festas da Praia, karnawał, tourady, Festas do Espírito Santo, święta poszczególnych wiosek – to okazje do wyrażenia radości i zacieśnienia więzi społecznych. A jak się żyje w małej społeczności, więzi są ważne. W sumie jak się żyje w dużej społeczności, też są ważne, tylko o tym zapominamy. A szkoda. Bo – jak mówi moja ciotka – w kupie raźniej. Co doskonale widać na Sanjoaninas, kiedy czasem nie można przejść z jednego końca ulicy na drugi. Nie, nie dlatego, że ulice są tak długie jak Aleje Jerozolimskie. Chodzi raczej o to, że co 5 kroków spotyka się kogoś znajomego. I ucina pogawędkę. I od razu wiadomo, skąd na Sanjoaninas tyle radości! Polecam gorąco i mam nadzieję, że do zobaczenia! PS Program Sanjoaninas możecie sprawdzić TUTAJ. Gdybyście mieli problem z rozszyfrowaniem języka portugalskiego, śmiało dawajcie znać, w miarę możliwości będę Wam pomagać! 🙂
Carnaval na Terceirze

Carnaval na Terceirze, czyli wielki karnawał na małej wyspie. Carnaval (czyli karnawał) jest jednym z wydarzeń, na które mieszkańcy wyspy czekają przez cały rok. A ledwo się skończy – leczą przeziębienie i czekają na następny. I następny. I następny. To tradycja, której zdecydowanie warto się przyjrzeć. Przeprowadzę Was przez nią moimi oczami. To read an English version of this article click HERE. „Musisz iść na karnawał!” – słyszę. Ale jak to „muszę”? Karnawał jak karnawał, każda okazja do świętowania jest dobra, a ja w tej chwili nie mam ochoty świętować. No i jak to – że karnawał trwa od soboty aż do wtorku? I że wtorek (polskie Ostatki) to niby dzień wolny tylko dlatego, że jest impreza? I część instytucji publicznych ma też wolny poniedziałek? No jak to? Ale dobrze. Zakładam skórzaną sukienkę, maluję czarną pajęczynę wokół oczu i wychodzę. Później słyszę, że mój strój bardziej pasował do Halloween niż do karnawału. Że to na Halloween jest mrocznie, a na karnawał dziko i kolorowo. Ale nie szkodzi, idę sprawdzić, wokół czego tyle zamieszania. Przed wyjściem z baru znajomego jeszcze widzę chłopaka w różowej baletowej spódniczce i różowych tiulowych skrzydłach. Wychodzę. Idę na Rua de São João. A tam impreza na całego. Rua de São João to jedna z ulic prowadzących od głównej Rua da Sé do mariny w Angrze. Podczas karnawału (podobnie jak podczas Sanjoaninas) staje się imprezowym centrum wyspy. Wszyscy, którzy kochają zabawy kostiumowe, docierają właśnie tutaj. Zwłaszcza w ostatnią sobotę i… poniedziałek karnawału. Tak, poniedziałek – w końcu wtorek jest wolny i można odespać. Stworzenie wymyślnego, oryginalnego kostiumu to wyzwanie, którego wiele osób z radością się podejmuje. Kombinują, kupują, zamawiają, szyją, dziergają, tną, kleją, malują… Im bardziej wyraziście i kolorowo, tym lepiej. Na ulicach widać czarownice, piratów, żaby, rycerzy, drzewa, a nawet Fridę Kahlo. „To po to w sklepach te kostiumy Spidermana i pokojówki, i maski, i kapelusze w przeróżnych kolorach i kształtach” – myślę. I obserwuję grupki roześmianych ludzi, którzy bawią się, jakby to była najlepsza impreza ich życia. Kto wie, może jest. Kolejna najlepsza będzie w poniedziałek. Kolejna – podczas Sanjoaninas. A potem znów karnawał. Chodzę i przyglądam się ludziom. Sama jestem w nastroju mało zabawowym, to w końcu luty 2017, początki mojego pobytu na wyspie, kiedy jeszcze nie wiem, co i jak, za to czuję, jak bardzo jestem inna. Niby na ulicy jest tłum, ale jakoś nie umiem się w tym tłumie zgubić. Wracam do domu z poczuciem, że to fantastyczna tradycja, ale nie moja. Może kiedyś się do niej przekonam, może nie. Ale na pewno jest to impreza, którą warto zobaczyć. Za to bailinhos podbijają moje serce. O bailinhos też mówią wszyscy wokół. I wszyscy się dziwią, że nie wiem, co to jest. Cóż, to tradycja typowa dla Terceiry, więc nic dziwnego, że jej nie znam. Ale szybko poznaję. Bailinhos to grupy teatralno-muzyczno-taneczne, złożone głównie z amatorów, które są tworzone specjalnie na okres karnawału (ostatni weekend, od soboty do wtorku). Autorskie scenariusze, muzyka, układy choreograficzne, specjalnie szyte kostiumy we wszystkich kolorach tęczy, długie weekendowe i wieczorne próby… To wszystko po to, żeby przez cztery dni jeździć od ośrodka kultury do ośrodka kultury i komentować ze sceny współczesną społeczną i polityczną rzeczywistość. Zarówno lokalną, zrozumiałą tylko dla mieszkańców wyspy czy wręcz gminy, jak i ogólnoświatową. Czasem w grupach znajdują się profesjonaliści, ale zwykle bailinhos zostają osoby, które mają swoje inne prace i zajęcia – i tylko na okres karnawału przywdziewają barwny kostium i wchodzą na scenę. Niektórzy niezmiennie co roku od dwóch dekad. Albo i dłużej. Bo to zajęcie, które wciąga. Zanim to jednak nastąpi, bailinhos czekają długie tygodnie przygotowań. Karnawał to wydarzenie na tyle ważne, że w szkołach przekładają terminy sprawdzianów z jego powodu! Moje pierwsze zetknięcie z bailinhos składa się głównie z pytań zaczynających się od „Ale jak to?” Ale jak to nie ma żadnego harmonogramu? Ale jak to nie wiadomo, kiedy przyjedzie następna grupa? I kto będzie tą następną grupą? Ale jak to nie macie pojęcia, ile będzie trwało? Ale jak to macie jedzenie i picie, i koce? Naprawdę macie zamiar siedzieć tu od popołudnia aż do rana?? Podczas pierwszego spotkania z bailinhos nie rozumiałam nie tylko ani słowa ze sceny, ale też nie rozumiałam całego kontekstu kulturowego. W małych i większych ośrodkach kultury ludzie przychodzą jak najwcześniej, zajmują sobie miejsca, obkładają się kocem i siedzą faktycznie od popołudnia aż do świtu. Oglądają przedstawienie za przedstawieniem, komentują, porównują do tego, co dana grupa pokazała w zeszłym roku. Zastanawiają się, którzy bailinhos są w tym roku najciekawsi, oceniają scenografie i kostiumy, czekają z niecierpliwością, aż na scenie pojawi się ich sąsiad, córka albo sprzedawca ryb. Chodzą do baru na bifany i częstują się nawzajem ciastkami. Tak, przy każdym ośrodku kultury na czas karnawału jest otwarty bar, w którym można kupić bifanę (wspominana już przeze mnie kilka razy bułka z kotletem, absolutny hit każdego wydarzenia), piwo oraz inne napoje i przekąski. Poza tym, każdy jest zazwyczaj dobrze zaopatrzony w chipsy, ciastka i oranżady. Karnawał to nie jest czas na zdrowe odżywianie, zresztą na wyspę niestety jeszcze ten trend nie dotarł. Na karnawał docierają za to liczne bakterie i wirusy. Nic dziwnego, że po całonocnych imprezach na ulicach i siedzeniu do rana na salach pełnych ludzi duża część osób później chodzi i kaszle, kicha i kuli się z zimna. Niektóre osoby, chcąc uniknąć choroby, wybierają oglądanie występów bailinhos w wygodnym fotelu we własnym domu. Tak, niektóre występy są nadawane na żywo przez lokalną telewizję. To nie to samo, co uczestniczenie w tym wielkim wydarzeniu społecznym na żywo, ale zawsze jest to opcja dla tych, którzy nad emocje na żywo przekładają swój komfort i zdrowie. Lub po prostu nie mają możliwości wyjścia z domu. Ale wracając do moich „Ale jak to?” – to wszystko, czego nie byłam pojąć przy pierwszym moim zetknięciu z bailinhos, stało się całkowicie normalnym już w następnym roku. Nuciłam do karnawałowych piosenek lecących w kółko w radiu, siedziałam ze znajomymi na twardej ławce w ośrodku kultury, śmiałam się z lokalnych żartów, głośno klaskałam w rytm skocznej muzyki i komentowałam wyjątkowo piękne
Dia de Amigos, czyli Dzień Przyjaciół na Azorach

Dia de Amigos, Dia de Amigas, Dia de Compadres, Dia de Comadres… Na Azorach wyjątkowo intensywnie świętuje się ostatnie cztery czwartki karnawału. Dzień Przyjaciół, Dzień Przyjaciółek, Dzień „Współojców” i Dzień „Współmatek” to święta wyjątkowe, typowe dla archipelagu azorskiego. I nadal ważne, szczególnie te dwa pierwsze. A jak to się zaczęło? To read an English version of this article click HERE. Historia obchodów tych świąt ma prawdopodobnie około 100 lat. Sąsiedzi gromadzili się, żeby przygotować kukurydzę, pszenicę i inne zboża na zbliżające się Festas do Espirito Santo, czyli uroczystości ku czci Ducha Świętego. Żeby się nie nudzić, zajmowali sobie czas poezją i przyśpiewkami. Więzi między sąsiadami zacieśniały się, a wiersze i utwory muzyczne coraz chętniej wychwalały przyjaźń. Po jakimś czasie tradycyjne przygotowania do Festas do Espirito Santo przestały mieć aż takie znaczenie. Spotkania w niewielkich grupach zastąpiono organizacją na poziomie gminy. Przyjaciele i znajomi nadal jednak chętnie się spotykali. Wartością stało się wspólne spędzanie czasu i celebrowanie znajomości. Dziś Dzień Przyjaciół i Dzień Przyjaciółek są jednymi z najchętniej obchodzonych świąt na Terceirze. Czwarty czwartek przed końcem karnawału to Dzień Przyjaciół. Wszystkie panie zostają w domu, a na ulice wyspy wylegają grupy panów. Grupy te mogą liczyć zarówno trzy osoby, jak i trzydzieści – wedle zasady „przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem”. Takie spotkanie to okazja do wyrwania się z rutyny codziennego życia, do psychicznego odpoczynku i zobaczenia się z tymi, z którymi czasem nie widziało się od długiego czasu. A dla lokalnych lokali gastronomicznym – dla podbudowania swojego budżetu. Trzeci czwartek przed końcem karnawału należy do pań. Często fantazyjnie, karnawałowo ubrane grupy kobiet świętują Dzień Przyjaciółek, podobnie jak panowie, w restauracjach, barach i innych miejscach, gdzie można zjeść i wypić coś dobrego, a czasem potańczyć lub… pokibicować striptizerowi w jego pokazie. Tak, tak, striptiz na katolickich, konserwatywnych w poglądach wyspach to nie jest nic zaskakującego i często towarzyszy Dia de Amigos i Dia de Amigas. Jeszcze nie rozwikłałam zagadki, jak to jest możliwe, ale… stojący na ulicy automat z prezerwatywami, lubrykantami i testami ciążowymi na pewno stanowi element tej samej układanki. Dzień Współojców i Współmatek są bardziej spokojne. Zazwyczaj upamiętniane sms-em z pozdrowieniami czy drobnymi słodkościami. Ale, ale – kim jest w ogóle współojciec? Kim jest współmatka? „Współojciec” i „współmatka” to moje tłumaczenia, będące kalkami językowymi. Myślę, że w tym przypadku kalki najwierniej oddają sens tych funkcji. Współojcowie i współmatki to grupy osób tej samej płci, które mają duży wpływ na wychowanie nowego członka społeczeństwa. Współojcowie to najczęściej ojciec i ojciec chrzestny danego dziecka, współmatki – matka i matka chrzestna. Na wyspach bowiem życie nadal toczy się w grupach. Oczywiście coraz bardziej popularny robi się zachodnioeuropejski indywidualizm, ale większość życia społecznego cały czas opiera się na kontaktach międzyludzkich, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych. Rodzina to świętość, a przy okazji – wielka pomoc w codziennym życiu. Siostra podrzuci jajka i mleko od krowy, brat – pomarańcze, mama – świeżo upieczone ciasto, kuzynostwo zajmie się dzieckiem przez sobotnie popołudnie – i można funkcjonować. A w kolejną sobotę przejąć kolejkę opieki nad dziećmi kuzynostwa. I podrzucić wszystkim zainteresowanym fasolę z ogródka za domem. Fasoli za domem nie mam, ale w grupie przyjaciół faktycznie funkcjonuję. A Dia de Amigas świętowałam na wyspie już trzy razy. Jest co świętować! Przecież przyjaźń to jeden z najpiękniejszych wynalazków ludzkości! Dia de Amigas to lokale wypełnione po brzegi pełnymi dobrej energii kobietami, to ulice pełne rozgadanych spacerowiczek, to samochody, w których widać roześmiane damskie twarze… Dobrze widzieć tyle radości w jednym momencie. A jeszcze lepiej – dać się tej radości ponieść i naładować sobie nią baterie na kolejne dni. A gdyby zabrakło, wiecie – telefon do przyjaciela. Albo przyjaciółki!
Dzień z życia wyspiarki

Jeden dzień z życia wyspiarki. Importowanej wyspiarki. Importowanej niewyspiarki. No dobrze – jeden dzień z życia na wyspie. 6:45 – dzwoni budzik. Wyciągam rękę i stukam gdzieś w środek ekranu telefonu, żeby przestał dzwonić. Przekręcam się na drugi bok. 6:55 – dzwoni budzik. Włączam kolejną drzemkę, już bardziej tego świadoma. 7:05 – dzwoni budzik. Pora otworzyć oczy. Przez zasłony nieśmiało wdziera się dzień. Jak dobrze, że nie zamknęłam okiennic, przynajmniej widać, że zaczął się dzień. Światło jest żółtawo-różowawe. To znaczy, że jest ładny poranek i trwa złota godzina. Dowiedziałam się od znajomego fotografa, że złota godzina to pierwsza godzina po wschodzie słońca i ostatnia godzina przed zachodem słońca. Podczas złotej godziny jest najlepsze światło i wychodzą najpiękniejsze zdjęcia. Znów myślę o tym, że miałam wstać na wschód słońca. Przecież do mariny mam 7 minut pieszo. „Jutro” – stwierdzam i powoli zwlekam się z łóżka. Idę do kuchni i wstawiam przygotowaną dzień wcześniej owsiankę do mikrofalówki. Wracam do pokoju, chwytam przygotowane dzień wcześniej ubrania i wchodzę po schodach do łazienki. Poranna toaleta, śniadanie, internet, żeby sprawdzić, jaką Márcio ma dziś zupę w barze. Pisałam do niego wczoraj wieczorem z tym pytaniem, ale nie widziałam wcześniej odpowiedzi. Brokułowa. Super! Zakładam kurtkę, chwytam klucze, torebkę, torbę z jedzeniem, plastikowy pojemnik na zupę – i do samochodu. Muszę zrobić nawrotkę na mieście, bo mieszkam w centrum, a tu wszędzie jednokierunkowe. Dojechałam – Pastelaria Santa Bárbara. Zatrzymuję się na awaryjnych przed wejściem, mówię głośno „Bom dia” i widzę roześmianego przyjaciela. „Good morning, how are you?” – i dwa buziaki, po portugalsku. „Dobrze” – odpowiadam – „A ty?” – pytam. Odpowiedź jest zawsze taka sama: „Świetnie!” Lubię zaglądać z rana do Márcia, bo zawsze dostaję kopa pozytywnej energii. Czasem przychodzę kwadrans wcześniej, żeby wypić kawę (zawsze galão – espresso z dużą ilością spienionego mleka) i zjeść moje ulubione ciacho Dona Amélia. A tak naprawdę – żeby popatrzeć na ten poranny rozgardiasz, posłuchać wesołych rozmów o wszystkim i o niczym, poobserwować kończących śniadanie strażaków, którzy właśnie zeszli z nocki, dowiedzieć się, nad jakim nowym projektem fotograficznym pracuje Márcio, i nacieszyć się życiem i poczuciem swojskości. Spędziłam w tej pastelarii tyle czasu, że czuję się tam jak u siebie. I nie tylko ja – 90% klientów wraca nie tyle po kawę, ale po serdeczne słowo, uśmiech, po poczucie, że jest się mile widzianym. Pełna dobrej energii mogę zacząć dzień. Wracam do samochodu, wyłączam awaryjne i jadę do pracy. Uśmiecham się do krów pasących się na łące. Jest ładny dzień, więc w drodze z parkingu do biura widzę ocean i Monte Brasil. Widok, który mi się nigdy nie nudzi. Jeśli jest mgliście, widzę biuro. Czasem las za biurem. I kawałek pól. I to by było na tyle. To Azory, najlepsza prognoza pogody to ta za oknem. Na najbliższe 5 minut. Podczas przerwy na lunch wrzucam foto na Instagrama i usiłuję odpowiedzieć na wiadomości rodziny i przyjaciół z Polski. I tych rozsianych po innych zakątkach świata. Lunch jem nie po portugalsku, w pracy. W Portugalii przerwa na lunch nie jest wliczana w czas pracy. Portugalczycy mają godzinną przerwę wpisaną w umowę. Podczas tej przerwy zwykle jadą do domu i jedzą lunch z bliskimi. Rodzice odbierają dzieci ze szkoły, znajomi spotykają się na mieście. To święty czas, w którym pracownika nie ma dla nikogo. Ja mam półgodzinną przerwę, bo tak wolę. Nie mam tutaj mamy ani cioci, do których mogę wpaść na obiadek, więc nie jest mi potrzebna godzinna przerwa, która wydłuża moje godziny w pracy. Swój posiłek zjadam w towarzystwie Messengera, WhatsAppa i Instagrama. Albo osób, które są po drugiej stronie i czekają na mój odzew. O 17 wychodzę z pracy. Kolega pyta, czy idę się dziś wspinać. „Taaak!” – rozjaśniam się od razu. Chcę go spytać o kilka kwestii, które akurat mi się przypomniały, ale zerkam na zegarek, robię w głowie rachunek rzeczy do zrobienia przed wspinaczką i czasu, który na nie potrzebuję, i stwierdzam, że praca nie zając. Ruszam. Zajeżdżam po drodze do sklepu, bo skończyły mi się pomidory, a bez nich trudno mi żyć. Uśmiecha się do mnie jeszcze bolo lêvedo, czyli pyszny chleb z São Miguel, a do tego przecenili wino, które lubię – z 2,16€ na 1,86€. Myślę o tym, jak kocham Portugalię za ceny wina, i pakuję chleb i dwie butelki. Stoję już przy kasie, sympatyczna pani kasjerka dopytuje mnie, jak tam święta, kiedy coś mi zaczyna wibrować w torebce. Odbieram telefon: „Nie mogę teraz rozmawiać, jestem w sklepie, zadzwonię do ciebie dosłownie za 5 minut, dobrze?” Słyszę „Dobrze” w odpowiedzi, chowam telefon. Pani kasjerka się śmieje: „Rozumiem polski! Właśnie powiedziałaś, że nie możesz rozmawiać, ale za chwilę oddzwonisz, prawda?” Kończymy rozmowę, życzymy sobie dobrej nocy – i wychodzę. Oddzwaniam. Słucham o tym, co w Polsce i na świecie, opowiadam, że idę się dziś wspinać i że ostatnio zrobiłam drogę, do której wcześniej nawet się nie przymierzałam. Ale miałam bardzo dobry dzień, byłam radosna i pełna wiary we własne możliwości. I miałam wsparcie koleżanki, która stanęła i mnie asekurowała tam, gdzie najbardziej bałam się spaść. Bo to był boulder, ponoć na boulderze rozwiązuje się problemy, ale mnie to nie brzmi. Ja zrobiłam drogę i tym samym rozwiązałam problem, jaki miałam z tą głową w mojej głowie. „Dobrze słyszeć cię taką pozytywną!” Cieszę się. Znajomy, przyjazny głos też zawsze dobrze słyszeć. O 17:30 wchodzę do domu i robię szybkie rozeznanie: ciuchy na wspinaczkę przygotowane dzień wcześniej czekają, zebrać pranie, rozpakować się, przebrać, zjeść, umyć – co pierwsze? Jedzenie! Raz, że jestem głodna, dwa, że muszę mieć choć chwilę na spalenie przed treningiem tego, co zjem. Nie są to przepisowe dwie godziny, wiem, ale kilka razy już poszłam głodna i nie wyszło mi to na dobre. Podczas jedzenia na zmianę słucham na YouTubie „Faith & Wine” Cristóvama i wiadomości na WhatsAppie. Odpisuję na wiadomości głosowe na bieżąco, jak trwają, bo tak mi łatwiej – na koniec długiej wiadomości już nie pamiętam, co było na jej początku. I myślę o tym, że muszę sobie chyba zgrać płytę na telefon, bo ciągłe włączanie i wyłączanie YouTube’a mnie
Transport publiczny na Terceirze

Jak wygląda transport publiczny na Terceirze? Czy da się nim poruszać po wyspie, czy trzeba koniecznie wynajmować samochód? Czy da się dotrzeć w część miejsc pieszo? Jakie są odległości? Takie pytania pojawiają się przed Waszymi podróżami na wyspę – ja sama też często takie mam przed wyjazdami. Nie zawsze mamy nieograniczony czas na poznanie danego miejsca, czasem dysponujemy tylko kilkoma dniami, które chcemy dobrze wykorzystać. W takich sytuacjach dobrze zapoznać się z warunkami transportowymi jeszcze przed wyjściem z samolotu. Na początek – jak wygląda Terceira? Terceira ma ok. 400 km kw. To ok. 80% powierzchni Warszawy. Ta informacja może Wam pomóc w wyobrażeniu sobie, jaki to obszar. Z południa na północ wyspy jest 18 km, z zachodu na wschód – 29 km. I jest to wyspa wulkaniczna, co oznacza w tym przypadku, że każda droga to góra – dół – góra – dół. Jakie są dostępne opcje? Opcji przemieszczania się po Terceirze jest kilka: chodzenie pieszo, jeżdżenie rowerem, transport publiczny, autostop, wynajęcie samochodu, taksówka, wycieczki z przewodnikami. Chodzenie pieszo jest możliwe w ramach jednego obszaru (np. Angra – stolica wyspy – i jej okolice), ale żeby zwiedzić w ten sposób całą wyspę, trzeba by zarezerwować sobie naprawdę dużo czasu. I trzeba pamiętać, że przy większości dróg na wyspie nie ma chodników (nawet w ramach miast / wsi), co przekłada się na bezpieczeństwo. Rower to opcja dla tych, którzy mają mocne nogi i płuca. Kilkusetmetrowe przewyższenia to standard. W centrum wyspy można pojeździć rekreacyjnie (jest trochę płaskich obszarów), są nawet organizowane wycieczki, np. śladami Darwina, ale najpierw trzeba się tam jakoś dostać. Opcja dla tych, którzy kochają rower i wolą poznawać świat z jego perspektywy. Transport publiczny – szybszy niż poruszanie się pieszo, mniej wysiłkowy niż rower i tańszy niż wynajęcie samochodu. Niestety, nie da się nim dojechać we wszystkie miejsca. Jednak właśnie on jest często Waszym obiektem zainteresowania, postanowiłam go Wam opisać. Szczegóły poniżej, tymczasem – kolejne ostatnie opcje przemieszczania się (nie liczę jazdy konnej, na hulajnodze etc.). Autostop – osobiście nie korzystałam, ale wiem z historii innych osób, że na wyspie widok turysty z plecakiem czasem jeszcze porusza serca mieszkańców – i w wielu niektórych będziecie mogli liczyć na uprzejmość kierowców. Pamiętajcie przy tym, że nie ma czegoś takiego jak podróżowanie za darmo. To, że Wy za coś nie płacicie, nie oznacza, że jest to za darmo. W przypadku autostopu po prostu ktoś inny płaci za paliwo. Pamiętajmy o tym i odwdzięczmy się innej osobie w innym czasie i miejscu – żeby dobro krążyło po świecie. Wynajęcie samochodu. Jest tutaj sporo firm, które proponują takie usługi. Działają one na standardowych zasadach. Samochód najlepiej zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Część firm ma swoje przedstawicielstwa również na lotnisku – i te są zwykle najbardziej godne zaufania. Jeśli chcecie być dobrymi, odpowiedzialnymi turystami, wynajmujcie samochody u firm lokalnych, nie u wielkich międzynarodowych pośredników. Taksówka. Na Terceirze postój taksówek jest na lotnisku i przy głównym rynku w Angra do Heroísmo – stolicy wyspy. Droga taksówką kosztuje ok. 1 EUR za kilometr, przy czym w niektórych przypadkach kierowca może nam policzyć drogę po nas i drogę z nami (jeśli przemieszczamy się pomiędzy miejscami, gdzie nie stoją taksówki). Nawet o podróż taksówką warto zadbać wcześniej (zrobić rezerwację na konkretną godzinę), bo liczba taksówek nie jest nieskończona. Wycieczki z przewodnikiem. Kiedy odwiedzamy nowe miejsce, nie ma to jak wycieczka z przewodnikiem. Przewodnik zna to miejsce i nie tylko oszczędzi nasz czas i odciąży nas w prowadzeniu samochodu, ale też pokaże nam wyspę z zupełnie innej perspektywy. Opowie nam o historii, przyrodzie, o życiu codziennym – i pozwoli nam naprawdę zanurzyć się w doświadczeniu wyspy. Jeśli macie ochotę na wycieczkę po Terceirze w moim towarzystwie (tak, jestem licencjonowana przewodniczką po wyspach i mówię w Twoim języku!), zapraszam serdecznie! Tutaj znajdziesz propozycję prywatnych wycieczek po Terceirze pod moją opieką. Wracając do transportu publicznego… Na wyspie istnieje transport publiczny w postaci autobusów. Warto ją rozważyć, jeśli macie dużo czasu. Czy autobusem dojedziecie wszędzie? Nie. Niestety, ale na ten moment – nie. Autobusy są przygotowane dla mieszkańców, nie dla turystów, i dojeżdżają do miejscowości. A miejscowości, jak to na wyspie, ulokowane są wzdłuż wybrzeża. Nie dojedziecie autobusem do centrum wyspy, gdzie znajdują się m.in. Algar do Carvão, Gruta do Natal i część szlaków trekkingowych. Po wybrzeżu jednak możecie się poruszać spokojnie. Dojedziecie autobusem m.in. do Prai (drugie miasto na wyspie), do Biscoitos (są tam naturalne baseny skalne i winnice) i na wszystkie szlaki zlokalizowane na wybrzeżu. Jak kursują autobusy? Autobusy jeżdżą w miarę regularnie, choć niezbyt często. W zależności od kierunku, zaczynają kursować ok. 7 rano i kończą ok. 18-19. Zwykle są to ok. 3 autobusy danej linii rano, ze 2 koło południa i kolejne 3 po południu. Autobusy te często robią kółka. Oznacza to, że autobus, który wyjeżdża z Angry do Posto Santo jest dokładnie tym samym autobusem, który pół godziny później, po wysadzeniu ostatnich pasażerów, rozpocznie kurs powrotny z Posto Santo do Angry. Rozkład jazdy autobusów znajdziecie na stronie lokalnego przewoźnika – Mobi Azores. Instrukcja użytkowania strony lokalnego przewoźnika – Mobi Azores 1. Wchodzisz na Network & Schedules, czyli Sieć i Rozkłady jazdy. 2. Wybierasz interesujący Cię autobus, np. nr 1. Możesz wybrać kierunek jazdy (Direction) i zobaczyć, jakie przystanki są po drodze. 3. Klikasz „Schedules by dates” (Rozkłady jazdy według dat) i sprawdzasz, o której godzinie autobus odjeżdża z interesującego Cię przystanku w wybranym przez Ciebie dniu. INNA OPCJA 2. Jeśli nie wiesz, który autobys Cię interesuje, możesz wpisać w wyszukiwarkę nazwę miejsca, do którego chcesz dojechać. 3. Wybierasz ten, który uznajesz za właściwy (zdaję sobie sprawę z tego, że nazwy mogą być niejasne, niestety nie ma łatwiejszego sposobu). 4. Klikasz „Schedules by dates” (Rozkłady jazdy według dat) i sprawdzasz, o której godzinie autobus odjeżdża z interesującego Cię przystanku w wybranym przez Ciebie dniu. Ile kosztuje transport publiczny? Ceny biletów, w zależności od odległości, wahają się od ok. 0,80 EUR do ok. 6 EUR. Gdzie znaleźć przystanki? W Angrze sprawa jest prosta – główny dworzec autobusowy jest przy wielkim parkingu Bailão. W innych miejscach – pytajcie mieszkańców, na
Dwa lata na środku Atlantyku

Dziś mijają moje dwa lata na środku Atlantyku. Dwa lata, odkąd wywróciłam moje życie do góry nogami i przeprowadziłam się na Terceirę. Były to dwa lata pełne radości i smutku, pełne ekscytacji i rozpaczy, nowości, odkryć, tęsknoty za tym, co znane, złości, frustracji i zachwytu. Mieszanka wybuchowa, którą zafundowałam sobie na własne życzenie. Kto by pomyślał, że tyle można przeżyć w tak małym miejscu. O tym, jak wyglądał mój pierwszy rok na Terceirze, pisałam Wam w artykule Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. A jak wyglądał drugi rok? Inaczej. O wydarzeniach opowiadam Wam na bieżąco na Facebooku i Instagramie, dziś więc będzie bardziej ogólnie, bardziej w formie podsumowania – co przeżyłam, czego się nauczyłam, co dał mi ten kolejny rok. No to zaczynamy! 1. Przestałam liczyć czas od wizyty do wizyty. W pierwszym roku czekałam na wszystkich gości jak na zbawienie. Liczyłam czas od wizyty do wizyty. Ledwo ktoś wyjechał, już wyczekiwałam kolejnej osoby. Mimo że miałam tutaj bliskie osoby, brakowało mi tych, które znam od lat. Teraz też mi ich brakuje, ale nauczyłam się żyć z ludźmi, których mam na miejscu. Ich obecność też sprawia mi radość. Może do zaprzestania liczenia czasu między wizytami przyczyniło się dodatkowo to, że w tym roku gości miałam tylko podczas pierwszej połowy roku. Drugą miałam dla siebie – i chciałam ją dobrze zagospodarować. Zawsze cieszę się z gości i na nich czekam, ale umiem też żyć bez nich. 2. Zaczęłam mówić po portugalsku. Porozumiewam się w tym języku już w miarę swobodnie i kiedy ktoś nowy mnie pyta, czy chcę rozmawiać po portugalsku, czy po angielsku, wybieram portugalski. Bo nie boję się już mówić. Bardzo mi w tym pomogli w tym roku mój fizjoterapeuta i jego asystent oraz koleżanka z pracy. Na własne życzenie (zbyt szybko chciałam się przygotować do półmaratonu…) zepsułam sobie kolano i ponad półtora miesiąca spędziłam na fizjoterapii. Jakieś 7-8 godzin tygodniowo. I co? I wszyscy mówili tam do mnie po portugalsku! Chcąc nie chcąc, oswajałam się z językiem. Koleżanka z pracy też się uparła, że będzie ze mną rozmawiała tylko po portugalsku. Kiedy czegoś nie rozumiałam, spokojnie jeszcze raz wyjaśniała. Rozmawiałyśmy o życiu i śmierci, o relacjach, o rozwoju duchowym i o polityce. Po portugalsku. Zaprzyjaźniłyśmy się – bez wymienienia między sobą słowa w języku angielskim. Nadal mam coraz więcej do czynienia z portugalskim w pracy. I na ściance. I w życiu prywatnym. Zawieram znajomości, w których mówię wyłącznie po portugalsku. I wiecie co? Wiem, że robię milion błędów, że nie znam czasów gramatycznych i mam polski akcent, ale już się tym nie martwię. Ważne jest dla mnie to, że się komunikuję z ludźmi. To znacznie (!) ułatwia mi życie. Jednak komunikacja jest istotna, wiecie? 3. Odkryłam w sobie siłę i odwagę. Mimo że mam tu na miejscu życzliwych mi ludzi, którzy pomagają mi, kiedy tego potrzebuję, i mam ciągły kontakt z moimi bliskimi po drugiej stronie Atlantyku, to jednak z wieloma kwestiami muszę się codziennie mierzyć sama. Nie wszyscy rozumieją moje trudności – i nie muszą, mają swoje. Uśmiechamy się do siebie i wspieramy. Przypominamy sobie nawzajem o swojej sile i o tym, co dobre. Dajemy sobie, ile tylko możemy. A ze swoimi wewnętrznymi demonami każdy i tak zostaje sam. Tutaj znalazłam w sobie wystarczająco siły, żeby faktycznie zacząć spoglądać im prosto w oczy. I przyznawać się do tego, że nie jestem idealna. I odważać się na nowe – ze świadomością, że może się nie udać. Znalazłam więcej odwagi do życia i zaufania do tego, że dam radę. W końcu dałam radę sama dwa lata na środku Atlantyku, to już przecież coś. 4. …i cierpliwość. Odkryłam w sobie również cierpliwość. A może raczej ją wypracowałam. Zawsze chciałam mieć wszystko na już, teraz, natychmiast – albo w ogóle. Tutaj nauczyłam się czekać. Pracować wytrwale na rezultaty. Akceptować to, że życie ma swoje pomysły, które niekoniecznie muszą być zbieżne z moimi, i albo dostosuję swój plan do planu życia, albo będę chodziła zła i sfrustrowana. Nie lubię chodzić zła i sfrustrowana, więc nauczyłam się nie kląć na życie (przynajmniej nie za długo), tylko sprawdzać, jaki jest obecny stan sytuacji i tak modyfikować swoje plany, żeby były możliwe do realizacji. 5. Zaakceptowałam to, że nie muszę lubić wszystkiego. Nie cierpię Halloween. A tu się je mocno obchodzi – w końcu kontakty wyspy z Ameryką są bardzo silne, chociażby przez fakt obecności amerykańskiej bazy wojskowej na wyspie. Lokalna tradycja Pão-por-Deus bardzo mi się podoba, ale na myśl o Halloween ciarki mnie przechodzą. Dlatego kiedy znajomi zapraszali mnie, żebym wyszła z nimi, powiedziałam jasno, że prawdopodobnie nie dotrę. Nie lubię zombie ani innych rozkładających się postaci – i nie muszę ich lubić. I mogę być wierna sobie. Miałam ochotę spotkać się ze znajomymi, ale postanowiłam zadbać o swój dobry stan psychiczny. I pojechałam na drugi koniec wyspy do innych znajomych, z którymi spędziłam bardzo miły wieczór w zgodzie z samą sobą. 6. Jestem bliżej życia. Może przez różne wyzwania dnia codziennego, może przez to, że zwolniłam tempo, może przez to, że więcej obserwuję – czuję się bliżej życia. Nie zatracam się w milionie zadań, które do niczego nie prowadzą, a mają zająć czas i myśli, nie udaję, że coś nie istnieje, nie uciekam ani przed radością, ani przed bólem. Jestem. Przyjmuję wszystko takie, jakie jest. Jak mówił Lec: „Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”. Powoli, powoli się uczę, że trudne dni to nie koniec świata, że miną, a z dobrych chwil cieszę się bez wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że one też miną – ale ja mogę się nimi „nacieszyć na zapas”, zabrać ze sobą na kolejne dni ich dobrą energię. 7. Przyznałam się sama przed sobą, że nie jestem idealna. Robię błędy, zawalam sprawy i relacje, mówię za dużo zanim pomyślę lub unikam poważnych rozmów. Jest mi potem przykro, głupio i wstyd. I nie wiem, jak coś odkręcić. Chciałabym naprawić różne sprawy, ale niektórych się nie da. I mimo że mi z tego powodu smutno – akceptuję to. To część życia. Mogę wyciągnąć wnioski i spróbować zachować
Włącz tryb offline

Jedź na Azory i włącz tryb offline. Odpocznij. Azory to dobre miejsce do odpoczynku. Bliskość natury sprawia, że można zapomnieć o całej reszcie świata. Zwłaszcza kiedy masz telefonie w trybie offline. Wczoraj na szlaku włączyłam w telefonie tryb samolotowy. Koleżanka poleciła mi go kiedyś jako tryb, który oszczędza baterię. Jak jestem w środku lasu, to przecież i tak się nikt do mnie nie dodzwoni. To było cudowne uczucie. Chłonąć przyrodę, chłonąć kontakt z ludźmi. Nie przejmować się niczym – po prostu być. To read an English version of this article click HERE. Dziś poszłam ze znajomymi popływać. Woda 18 stopni – jak Bałtyk latem. Odkopałam strój kąpielowy i ruszyłam ku przygodzie. Kiedy już byłam w wodzie, dotarło do mnie, że naprawdę mamy grudzień. W Polsce zima, tutaj dzień, którego nie powstydziłoby się najpiękniejsze lato. Pomyślałam sobie, że życie jest piękne. Wbrew temu, co się niektórym wydaje, nie jestem na wiecznych wakacjach. Ale czerpię z natury i z portugalskiego sposobu pojmowania świata, i uczę się balansu. Uczę się odpoczywać. Uczę się robić sobie moje małe, prywatne wakacje na tyle często, na ile jest mi to potrzebne. To równie ważne jak jedzenie i oddychanie. I nie chodzi o to, żeby pojechać jak najdalej – choć jakby ktoś się chciał wybrać na Terceirę, to oczywiście zapraszam. Chodzi o to, żeby uwolnić swój umysł. Pozwolić sobie pobyć tu i teraz. Bez zamartwiania się tym, co się stało lub się nie stało, i bez lęku o to, co się wydarzy lub nie wydarzy. Pobyć tu i teraz – i docenić trwającą chwilę. Bo tylko tę chwilę mamy. I tylko to życie mamy. W zależności od wierzeń, możemy mieć życie po śmierci lub kolejne wcielenia. Ale w tym momencie mamy tylko to jedno. Mamy określoną rzeczywistość, określone wydarzenia. Jeśli zamiast się na nie denerwować – zaczniemy czerpać z nich garściami, nasze zdrowie psychiczne będzie nam wdzięczne. A jeśli uśmiechniemy się do ludzi, którzy nas otaczają, może oni odwzajemnią uśmiech. I dzień stanie się lepszy. Spróbujemy?
Co to jest Terceira?

Co to jest Terceira? To mała portugalska wyspa w archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. To miejsce, w którym zamieszkałam w styczniu 2017 roku. I teraz krótkie wyjaśnienie, skąd ten dzisiejszy temat. Otóż wczoraj wzięłam udział w IV Spędzie Włóczykijów organizowanym przez moich znajomych. Spęd Włóczykijów to spotkanie podróżnicze, które do tej pory odbywało się w gronie przyjacielskim, a w tym roku „wyszło do świata”. Odbyło się w Klubokawiarni ITePe na warszawskim Grochowie. Jako że jestem 4 tysiące kilometrów od Warszawy, nie byłam w stanie tam „podjechać”, ale dzięki uprzejmości organizatorów i gospodarzy, i dzięki wsparciu technicznemu mojej siostry i jej narzeczonego mogłam się tam pojawić online. To była moja pierwsza w życiu prezentacja przeprowadzana zdalnie. Przyznam Wam, że chyba jednak łatwiej jest mi mówić, kiedy widzę odbiorców, ale cieszę się, że mogłam tam być ze znajomymi i w tej formie. Opowiedziałam im o Terceirze. I stąd temat – co to jest Terceira? Kiedy przygotowywałam się do prezentacji, przypomniałam sobie to, co ktoś mi kiedyś powiedział: „Milena, w Polsce o tym, co to jest Terceira, wiedzą chyba tylko Twoi znajomi”. Zastanowiłam się, przyznałam rację i postanowiłam to zmienić. Wczoraj opowiedziałam o Terceirze głównie znajomym, dziś krótko opowiem o niej Wam. Na tym blogu, jeśli wejdziecie w zakładkę Polka na Azorach, znajdziecie dużo tekstów o szczegółach, m.in. listę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze czy podpowiedź, co robić na Terceirze, kiedy pada, a dziś mam dla Was wprowadzenie. Co to jest Terceira? Jak wspomniałam, to mała portugalska wyspa na środku Atlantyku. Leży w archipelagu Azorów, który składa się z 9 wysp. Terceira jest na trzecim miejscu w archipelagu pod względem wielkości i na drugim miejscu pod względem liczby mieszkańców. Ze swoją powierzchnią ok. 400 km kw. stanowi ok. 80% powierzchni Warszawy – co oznacza, że nie jest duża, ale nie jest też tak mikroskopijna, jak niektórzy sobie wyobrażają. Liczba mieszkańców różni się w zależności od źródła, ale z tego, co ostatnio znalazłam, wynika, że mieszka tu ok. 56-58 tys. osób. To średniej wielkości miasto w Polsce. Azory to wyspy wulkaniczne. Widać to na każdym kroku. Krajobraz zdobią stożki wulkaniczne, w tym – najwyższy szczyt Portugalii, Pico, o wysokości 2351 m n.p.m. (czaicie to? ponad dwa kilometry wystające prosto z wody!), który znajduje się na wyspie Pico. Na Terceirze znajduje się wulkan Algar do Carvão – jeden z trzech znanych na świecie, a dwóch dostępnych dla zwiedzających wulkan, którego ściany stożka nie zapadły się, więc można zwiedzać ten wulkan od środka. Są liczne tunele lawowe, są fumarole, czyli miejsca, z których spod ziemi wydobywa się siarka. Na szlaku można znaleźć zastygłą lawę, kawałki obsydianu (tzw. szkła wulkanicznego) czy bomby wulkaniczne. A komunikaty o aktywności sejsmicznej też przypominają, czemu zawdzięczamy istnienie tego pięknego kawałka świata. Nikt tu jednak nie myśli o tym na co dzień. Tylko od czasu do czasu zastanawiamy się ze znajomymi, co właściwie trzeba by zrobić „w razie czego”. Ostatnio koleżanki zaplanowały, że wszyscy zrzucimy się na łódź i „w razie czego” stąd odpłyniemy. Jest to jakaś myśl. Byłam dwa dni temu na wykładzie o tym, kiedy będzie następna erupcja na Terceirze. Był to wykład z okazji 55. urodzin Stowarzyszenia Montanheiros – tego, co to dba o wulkan Algar do Carvão, jaskinie lawowe etc., i organizuje piesze szlaki po Terceirze. Dowiedziałam się, że erupcji nie będzie jutro. Ani w przyszłym roku. Sądząc jednak po statystykach, prawdopodobnie możemy się jej spodziewać jeszcze w tym stuleciu. Jak to mówi stare porzekadło – pożyjemy, zobaczymy. Ale wracając do tego, co to jest Terceira. Terceira to wyspa bardzo, bardzo zielona. Gdzie się nie obrócicie, tam zobaczycie zieleń. Skąd tyle zieleni? Po pierwsze, jest tu bardzo wilgotno (wokół ocean, więc trudno się dziwić) i często pada. Zieleń skądś musi się brać. Po drugie, wulkaniczne gleby są niesamowicie żyzne. Dobrze się tu przyjmuje praktycznie wszystko, co się posadzi. Roślinność jest więc bujna i zachwyca sobą na każdym kroku. Powtarzam od mojej pierwszej wizyty, że jest tu 50 odcieni zieleni. Choć im dłużej mieszkam, tym bardziej widzę, że bliżej liczbie tych odcieni do 500 niż do 50. Terceira to wyspa. To mała wyspa. I w tej chwili nie mówię tutaj o jej wielkości, ale raczej o sposobie życia. To mała wyspa, bo wszyscy się znają. Może nie w 100% wszyscy, ale w tej chwili jest już tak, że jak poznaję nową osobę, na pewno mam już z nią przynajmniej piątkę wspólnych znajomych. Jeśli nie więcej. Na początku mnie to denerwowało. Denerwował mnie brak prywatności. Teraz wiem, że o prywatność trzeba po prostu zadbać, a tym, że wszyscy się znają, można się cieszyć, bo to tworzy takie poczucie wspólnoty i przynależności. Z perspektywy turysty to, że wszyscy się znają i że wszyscy chcą wszystkim pomagać, jest bardzo sympatyczne. Może się zdarzyć, ze zostaniecie zaczepieni na ulicy, kiedy nie wiecie, dokąd iść – i ktoś Was tam po prostu poprowadzi, przy okazji dopytując, skąd jesteście, na ile przyjechaliście i jak Wam się podoba wyspa. I niepewni, czy wymawiają dobrze słowa, wspomną o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II i Robercie Lewandowskim. Niektórzy wspomną jeszcze Bońka. Od razu poczujecie się jak w domu! Terceira to raj dla krów. Szczęśliwe azorskie krowy wypasane na azorskich łąkach, z widokiem na Ocean Atlantycki – czego więcej mogą chcieć do szczęścia? Azorskie krowy dają azorskie mleko, z którego produkuje się azorski ser. Znajomy Francuz twierdzi, że jest tego sera mało, ale dla mnie jest wręcz zatrzęsienie. Terceira to nie jest raj dla wegetarian. Wegetarianie mogą iść do jednej knajpy w ogrodzie miejskim lub żywić się samodzielnie. Na Terceirze je się mięso z mięsem i do tego mięso. Fakt, mają mięso dobrej jakości, ale odrobina warzyw zdecydowanie dobrze by im tutaj zrobiła. W knajpach popularne danie to bitoque, czyli sznycel z jajkiem sadzonym, ryż i frytki. Frytki to zapewne surówka, bo przecież ziemniak jest warzywem. Jest też sporo ryb, są owoce morza, jest tradycyjna alcatra, czyli coś a la gulasz. Z wersji bezmięsnych do wyboru zupa-krem (inne rzadko się spotyka) lub surówka. Surówka zazwyczaj składa się z sałaty i startej marchewki. Czasem dochodzi do
Jak się spakować na Azory?

Jak się spakować na Azory? – to pytanie, które często słyszę od znajomych i nieznajomych, którzy wybierają się na środek Atlantyku. Pamiętam moją pierwszą wyprawę na Terceirę. Leciałam tylko z bagażem podręcznym – moim nieśmiertelnym pomarańczowym plecakiem – i nie miałam pojęcia, co w niego spakować. Wyłożyłam chyba wszystkie możliwe rzeczy na łóżko i przebierałam w nich godzinami. W końcu posłuchałam dwóch rad – znajomego stąd, który opowiedział mi o lokalnej pogodzie, i mojej siostry, która podpowiedziała mi, żebym spakowała to, w czym dobrze się czuję, i żeby były to urozmaicone rzeczy – żebym potem nie miała wszystkich zdjęć w tym samym. Nie, w tamtym momencie nie myślałam, że tu kiedyś zamieszkam. W tamtym momencie sądziłam, że lecę na tę wyspę po raz pierwszy i ostatni w życiu – i chcę mieć z niej i dobre wspomnienia, i uwiecznienie tych wspomnień. Jeśli więc jesteście w podobnej sytuacji, proponuję Wam zacząć pakowanie od poniższej listy. A na koniec dorzucić jeszcze ukochany T-shirt czy skarpetki w kropki, bo przecież macie się czuć dobrze! 1. Okulary przeciwsłoneczne To element obowiązkowy każdej walizki. I mówię tutaj o okularach, które faktycznie mają filtry, nie o tych, które są tylko przyciemniane. Oczy to moje… oczko w głowie 😉 więc taka informacja dla Was w skrócie: jeśli nosicie okulary „przeciwsłoneczne”, które są tylko przyciemniane, Wasze źrenice się rozszerzają i w ten sposób wpuszczają więcej światła i więcej szkodliwego promieniowania do Waszych oczu. Zamiast chronić Wasze oczy, przyspieszacie ich degenerację. Zadbajcie o filtry. A teraz – dlaczego? Po pierwsze – Azory są na niższej szerokości geograficznej niż Polska, a to oznacza, że słońce jest położone wyżej na niebie. Czyli świeci mocniej. Po drugie – pogoda potrafi się tu zmieniać błyskawicznie, więc nawet w początkowo pochmurny dzień może wyjść słońce i konkretnie poświecić. Możemy też przejechać 500 metrów i wyjechać z pogody zimowej w letnią. Po trzecie – to środek oceanu. Z każdej strony jest woda. Woda odbija promienie słoneczne. Dobre okulary przeciwsłoneczne są ważne. Nie tylko ze względu na lepszy wygląd na zdjęciach 😉 2. Krem do opalania z wysokim filtrem. Dlaczego? Patrz wyżej. Dużo słońca z każdej strony. I taka krótka historia, żeby Wam nieco przybliżyć konieczność używania kremów z filtrem. W zeszłym roku płynęłam promem na Pico. Posmarowałam kremem do opalania wszystko oprócz nóg. Bo nie planowałam podciągać nogawek spodni. Ale było tak gorąco… Następnego dnia miałam na tych nogach bąble wypełnione surowicą. Leczyłam je przez kilka tygodni, blizny mam do teraz. Kolega-lekarz powiedział mi wtedy: „Oparzenie przemija, głupota zostaje”. Piotrek, ślę buziaki! I pilnuję tego, że moja głupota (przynajmniej w tym temacie) jednak nie dawała już o sobie znać. I wszystkich zachęcam do uczenia się na moim przykładzie. Bez bąbli i blizn 😉 3. Bikini No dobrze, po przestrogach przyszedł czas na przyjemności! Bikini! Albo slipy czy inny strój do pływania. O każdej porze roku! Jak wspomniałam wcześniej, pogoda może się tu zmienić wielokrotnie w ciągu jednego dnia. I nawet zimą zdarzają się słoneczne dni z temperaturą powyżej 20 stopni. Woda zimą ma około 17 stopni, czyli więcej niż Bałtyk latem. Warto wejść do oceanu np. w styczniu. Chociażby po to, żeby móc potem o tym opowiadać. (Tak, ja weszłam w tym roku i nadal jestem się tym chwalę :D) 4. Buty trekkingowe/ wygodne buty sportowe Azory to przyroda. To dużo przepięknej przyrody, którą warto zobaczyć z bliska. Jak? Najlepiej pieszo! A do chodzenia przydają się wygodne buty. Najlepiej wodoodporne, bo czasem możecie wpaść w błoto. Albo nieźle te buty zmoczyć w wysokiej trawie na pastwisku, przez które przebiega szlak. Ale warto je zabrudzić i pomoczyć! Buty wysuszycie, wspomnień nikt Wam nie zabierze! 5. Kurtka przeciwdeszczowa Tak, kurtka przeciwdeszczowa, podobnie jak bikini, może się przydać o każdej porze dnia i o każdej porze roku. Pogoda na Azorach jest zmienna. Mówi się tutaj, że na Azorach można przeżyć cztery pory roku w ciągu jednego dnia – i coś w tym jest. Wszystko przez ten ocean – albo dzięki niemu. Wszechobecna woda sprawia, że na wyspach jest wilgotno (no, może poza Santa Maria, która jest wysunięta najbardziej na południowy wschód) i często pada. Dzięki temu możemy podziwiać tę soczystą zieleń, dla mnie nieporównywalną do czego innego. Tak więc obowiązkowo do plecaka – kurtka przeciwdeszczowa! 6. Ciepły polar lub sweter Tak, ten element też jest związany ze zmienną azorską pogodą. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że latem po gorącym dniu nastaje gorąca noc. Tu jest nieco inaczej. Kiedy zachodzi słońce, często robi się zimniej. Dla wrażliwych na temperaturę osób różnica jest mocno odczuwalna. Lepiej być przygotowanym niż marznąć. No i oczywiście nawet w środku lata w innej części wyspy akurat może być pogodowa zima. (Albo lato – pamiętajcie o stroju do pływania!) To jest podstawowa lista rzeczy absolutnie niezbędnych. A co jeszcze (poza majtkami, skarpetkami i szczoteczką do zębów) może być przydatne? Plecak – dużo wygodniejszy niż torba czy torebka. Zwłaszcza jeśli będziecie chcieli chodzić po szlakach trekkingowych. Aparat fotograficzny – bo jest co fotografować. Dodatkowa bateria też się przyda, bo nie ma co wracać w środku dnia do domu tylko po to, żeby naładować baterię. I dodatkowa karta pamięci też nie zaszkodzi. W przypadku dłuższej podróży nie zawadzi też pen drive, na którego w razie czego zgracie to, co nie mieści się już na wszystkich zabranych przez Was kartach pamięci. Buty na zmianę – jak pomoczycie jedne, warto mieć drugie, które pomogą Wam przetrwać do momentu, kiedy te pierwsze wyschną. Buty do wody – na Azorach w większości miejsc dno jest nierówne, skaliste, takie buty mogą zwiększyć komfort kąpieli w oceanie. Szal i coś na uszy – na Azorach niemal zawsze wieje, więc warto chronić gardło i uszy, szczególnie zimą. I ręce też – nie zobaczycie tu niemal nikogo w rękawiczkach, ale w niektóre zimowe dni są one bardzo przydatne. Maska do snorkelingu – jeśli uwielbiasz podwodny świat i masz taką maskę, weź ją koniecznie ze sobą! Azory to jedno z najlepszych na świecie miejsc do nurkowania. Ale nie trzeba schodzić nisko pod wodę. Już tuż pod powierzchnią widać tak bogate życie oceaniczne, że brakuje
Dia de São Martinho, czyli pieczone kasztany i młode wino

Dia de São Martinho to Dzień św. Marcina – święto popularne w całej Europie. Z Poznania przywoziłam w tym czasie pyszne rogale świętomarcińskie, a na Terceirze zajadam się pieczonymi kasztanami i piję wino. W całej Portugalii Dzień św. Marcina kojarzony jest z okresem dojrzewania tegorocznego wina i zbiorów kasztanów jadalnych, które właśnie w pierwszej połowie listopada zaczynają wyglądać ze swoich kolczastych skorupek. Kim był św. Marcin? Zgodnie z legendą, Marcin (obecnie znany jako Marcin z Tours) był rzymskim żołnierzem, urodzonym w 316 roku na terenie Węgier. Pewnej zimy, podczas zamieści śnieżnej, jechał właśnie na swoim koniu, kiedy ujrzał niemal nagiego żebraka. Nie miał przy sobie pieniędzy, żeby go wspomóc, więc chwycił za miecz i przeciął na pół swoją pelerynę. Połowę zostawił żebrakowi i sam wybrał się w drogę w drugiej połowie. Nagle chmury śniegowe zniknęły i wyszło piękne słońce, które pozwoliło Marcinowi spokojnie wrócić do domu. Tej samej nocy Marcin miał niezwykły sen. Ukazał mu się Jezus, który powiedział: „To jest Marcin, rzymski żołnierz, który nie był ochrzczony. To on mnie ubrał”. Niedługo po tej nocy Marcin opuścił wojsko i został zakonnikiem. Poświęcił swoje życie ewangelizacji i służbie biednym. Pieczone kasztany i młode wino W Portugalii w Dniu św. Marcina ludzie tradycyjnie gromadzą się wokół ognisk, żeby jeść pieczone kasztany (znajomo brzmiące castanhas, czyt. kasztanjas) i pić aguardente (lokalny bimber, zwykle bardzo dobrej jakości) i água-pé (napój powstały przez dodanie wody do wytłoków pozostałych z produkcji wina) – bądź po prostu młode, tegoroczne wino. Okolice 11 listopada to w Portugalii Lato św. Marcina W tym okresie w Portugalii pogoda jest zwykle bardzo dobra – co w tym roku potwierdzam, wczoraj i dziś jest o wiele cieplej niż przez ostatnie dni. Zresztą w zeszłym roku, jeśli dobrze pamiętam, też było ciepło. Tę anomalię pogodową tradycyjnie nazywa się Latem św. Marcina (Verão de São Martinho) i wiąże ją z legendą o św. Marcinie. Mówi się, że ciepło i słońce są prezentem od Boga – jak w tamtą noc, kiedy Marcin z Tours wracał do domu po spotkaniu z żebrakiem. É dia de São Martinho. Comem-se castanhas, prova-se o vinho. Jest Dzień św. Marcina. Je się kasztany, próbuje się wina. I ja postanowiłam zjeść kasztany i spróbować wina. Poszłam w Angrze na Praça Velha, czyli na rynek. Jak tylko jest okazja, zawsze coś tam się dzieje. Dziś były koncerty i rozstawione budki z lokalnymi pysznościami. Czekali na mnie znajomi, ale zanim do nich dotarłam, musiałam, po prostu musiałam zatrzymać się przy budce z kasztanami. Stoi tam od kilku dni, ale jeszcze do niej nie dotarłam. Dziś, w św. Marcina, była najwyższa pora. Poprosiłam o kasztany, dostałam torebkę gorących, zdjętych prosto z rusztu. To kasztany jadalne, o nieco innym wyglądzie niż te, które zbieramy w Polsce, żeby robić z nich ludziki. Później przeszłam się wśród budek. Tam – znane mi rissóis, czyli takie a la pierożki (choć bez ciasta, samo nadzienie), wszechobecne fasola i bób, tarty jajeczne, babeczki z tuńczykiem i oliwkami, Donas Amélias, babeczki z fasoli, karnawałowe filhoses do forno, aguardente czysta i smakowa, likiery i przeróżne rodzaje wina, w tym – vinho abafado. Vinho abafado Vinho abafado to popularny tutaj rodzaj młodego wina, którego fermentacja została przerwana poprzez dodanie do wina aguardente. W ten sposób otrzymujemy wino, które jest gęste, słodkie (cukier nie miał czasu przekształcić się w alkohol) i czasem bardzo mocne. To wino, którego nie sprzedaje się w sklepie. Można go skosztować przy okazji takich wydarzeń, jak dzisiejsze święto, czy u sąsiada, który właśnie zakończył zbiory. Przy świętach trzeba śpiewać. Kiedy skosztowałam cynamonowej aguardente (pyszna!) i zjadłam swojego „pierożka”, dotarłam w końcu do znajomych. Oni byli już po swojej porcji kasztanów. Wypiłam vinho abafado – było pyszne, ale bardzo słodkie – i zaczął się koncert. Na Praça Velha w Angrze podczas różnych świąt i wydarzeń odbywają się koncerty. Często występują regionalne grupy wykonujące tradycyjne utwory. Podoba mi się to. Czasem zespoły są lepsze, czasem słabsze, czasem grają i śpiewają dobrze, czasem niezbyt trafiają w dźwięki, ale bardzo podoba mi się fakt, że na scenie pokazują się ludzie, którzy lubią muzykę i chcą się nią dzielić. Po koncercie był czas na jeszcze trochę lokalnych smakołyków, ale kiedy zrobiło się zimno (to jednak jesień), stwierdziłam, że czas na mnie. Krótki spacer nad ocean (ach, ten spokój…) i do domu. I jako że nie mam swoich kasztanów za domem, przychodzi mi czekać na kolejny Dia de São Martinho. Albo na zaproszenie od jakichś znajomych, którym jeszcze się ostało trochę kasztanów. Cokolwiek nadejdzie pierwsze – na pewno mnie ucieszy!
Wszystkich Świętych na Terceirze

Wszystkich Świętych na Terceirze obchodziłam już drugi rok. Tym razem – bardziej świadomie. W zeszłym roku, jako że to był rok nowości, starałam się dowiadywać wszystkiego, co mogłam, ale zmaganie się z rzeczywistością pochłaniało tyle mojej uwagi, że nie do końca nadążałam za czymkolwiek innym. W tym roku jest już inaczej, na spokojniej. Teraz w końcu zaczynam dokładniej widzieć i rozumieć. I nie powiem, o wiele większa obecnie znajomość języka portugalskiego mocno zmienia moje spojrzenie i zdolność do pojmowania tutejszej rzeczywistości. W zeszłym roku zauważyłam, że cmentarze są małe. Wręcz mikroskopijne! Na części znajduje się tak ze 200-300 grobów, upakowanych ciasno jeden koło drugiego. Cmentarze w miastach są większe, jeden nawet duży, choć do Powązek mu daleko. Nie ma się co dziwić niewielkim rozmiarom cmentarzy – ziemi tu niewiele, ludzi również. Nie ma potrzeby budowania większych cmentarzy. Niewielki zdaje swoją rolę, zwłaszcza że nikt tu nie buduje nie wiadomo jakich grobów. Każdy (lub każda rodzina) ma swój ponumerowany prostokąt, przed którym nie ma miejsca na ławkę. Na cmentarzu się stoi, ławki można ewentualnie znaleźć w głównej alejce, jeśli cmentarz jest duży. Czyli prawie nigdy. Poza niewielkimi grobami na cmentarzach są rodzinne grobowce. Takie niewielkie domki z „łóżkami piętrowymi”. Wszystkie w podobnym kształcie, różnią się zwykle drzwiami. W środku są trumny, wyjątkowo ciężkie, bo ze specjalnym zabezpieczeniem, żeby smród rozkładającego się ciała nie wydostawał się na zewnątrz. Niektóre grobowce mają w środku ołtarzyk czy obrazek święty, inne – sztuczne kwiaty. Na dużym cmentarzu w Angrze jest też kolumbarium. Chyba używane od niedawna, bo jeszcze w połowie puste. Każda wnęka, podobnie jak każdy grób, ma swój numer. W sklepach nie widać zniczy. Nie ma zniczy w kształcie choinek, aniołków, z melodyjkami, nie ma nawet takich „zwykłych”. W zeszłym roku widziałam jakieś pojedyncze w jednym sklepie, w tym roku – nie. Nie widziałam żadnych nawet przed cmentarzami. Przed dużym cmentarzem w Angrze widziałam za to kwiaty. Proste, cięte gałązki kwiatów lub małe doniczki z przybraniem. Ludzie przychodzili na groby z tego typu bukietami, wszyscy z takimi samymi. Niektóre groby miały po jednym bukiecie, inne po dwa, jeszcze inne stały puste. Lub przystrojone w sztuczne kwiaty, które tutaj nie zamarzają. Wszystkich Świętych w całej Portugalii to dzień ustawowo wolny od pracy. Portugalia, jak Polska, to kraj katolicki, choć – jak w Polsce – czasem zachowała się bardziej tradycja niż religia. Niezależnie od tego, myślę, że to ważne, że na 1 listopada wszyscy mają wolne. To dzień, w którym warto pomyśleć o tych, którzy już odeszli. Ale powiem Wam, że pogoda temu nie sprzyja. Chyba jestem typowym „człowiekiem z północy”, bo brakuje mi zmiennych pór roku. Owszem, czuć jesień w powietrzu, ale ostatnie dni to czyste lato. I to mi jakoś burzy równowagę. Ale mimo że chodziłam po cmentarzach w krótkim rękawku, poczułam to święto. Było mi smutno i tęskno do tych, których już nie ma. Wróciłam do domu z czerwonymi oczami. Napisałam do kolegi z Polski, że mi smutno. Odpisał, że to naturalne – bo to święto to dzień zadumy. Pewnie bardziej dla „ludzi z północy”, ale w sumie to prawda. Potrzebujemy takich dni. Mieszkańcom wyspy tradycyjne obchody Wszystkich Świętych kojarzą się zaś z Pão-por-Deus – czyli jest tu weselej niż w Polsce. Tradycja Pão-por-Deus, czyli – w wolnym tłumaczeniu – chleb na działania boskie, w swoim obrazie przypomina nieco amerykańskie Trick or Treat (cukierek albo psikus). Jej znaczenie jest jednak dużo głębsze niż współczesne dynie i pokrwawione maski. Na czym polega Pão-por-Deus? Otóż we Wszystkich Świętych dzieci przygotowują specjalne patchworkowe torby (zwykle robione przez kogoś z rodziny), zbierają się w grupy i chodzą po wiosce czy okolicy, od drzwi do drzwi, i proszą o jedzenie lub słodycze. Po co dzieciom jedzenie lub słodycze? Oczywiście dziś głównie do jedzenia, ale tradycyjnie dzieci proszą o pożywienie dla dusz zmarłych z rodziny obdarowującego. Kiedy pukają do sąsiada i proszą o pożywienie, tak naprawdę proszą o pożywienie dla dusz z rodziny tegoż sąsiada. Jeśli sąsiad wrzuci coś do torby, żywi de facto swoich zmarłych bliskich. Jeśli nie wrzuci, zostawia te dusze na zapomnienie. Kiedyś torby dzieci wypełniały się gotowanymi kolbami kukurydzy, pieczywem, jajkami na twardo (zwłaszcza jeśli jakaś mama przyszła ze świeżo narodzonym dzieckiem – dziecko dostawało jajko na szczęście), suszonymi owocami, orzechami, kasztanami jadalnymi, pomarańczami czy mandarynkami. Obecnie można w nich znaleźć głównie cukierki, lizaki i mini-snickersy. Dzieci zaczynają też mylić Pão-por-Deus z Trick or Treat. Dla nich to w tej chwili głównie dobra rozrywka i podwójna możliwość zdobycia dużej ilości słodyczy – nie do przejedzenia przez cały rok. Różnica jest taka, że 31 października wieczorem chodzą przebrane za dynie i czarownice, z pomarańczowymi wiaderkami ze sklepu chińskiego w ręce, a 1 listopada – bardziej przypominające siebie w rzeczywistości, z patchworkowymi torbami. Jednego i drugiego dnia śpiewają specjalną piosenkę: Pão por Deus Que Deus me deu Dá-me uma esmolinha Por amor de Deus Por alma dos defuntos de vossemecês czyli (przekład w miarę wierny, czyli mało piękny ;)): Chleb dla Boga, Który Bóg mi dał, Daj mi małą jałmużnę Przez wzgląd na miłość Boga, Dla dusz waszych zmarłych Miło widzieć uśmiechnięte dzieci chodzące z torbami pełnymi pyszności. A jednocześnie przy takich okazjach stwierdzam, że jestem mocniej przywiązana do tradycji niż sądziłam. Bardzo chętnie poznaję to, co nowe – i jednocześnie cenię sobie to, co „moje”. Może nawet bardziej niż kiedyś, bo przez odkrywanie nowego, odkrywa się bardziej też to, co „własne”. Ciekawe jest to poznawanie innych kultur. Pewne rzeczy, które dla nas są oczywistością, dla innych zupełnie nią nie są – i odwrotnie. Kto wie, może któregoś dnia będę na polskim cmentarzu i będę nucić pod nosem „Pão por Deus”? Myślę, że i nasi zmarli by się nie obrazili za jakieś czekoladki!