Niedawno, po siedmiu latach, odezwała się do mnie koleżanka. Zapytała, czy chciałabym wziąć udział w wywiadzie do Radia Nowy Świat na temat marzeń.
Powiedziała, że nieustannie jest pełna podziwu dla mojej odwagi, żeby spełniać swoje marzenia, i chciałaby ze mną porozmawiać właśnie na temat marzeń. A że 8 września przypada Dzień Marzyciela, to wszystko się zgadza.
To read an English version of this article click HERE.
Zaczęłyśmy rozmowę od samych pozytywów. Od tego, że marzenia są potrzebne i żadna z nas nie wyobraża sobie bez nich życia. Że stanowią naszą siłę napędową. Że zmieniają nasze postrzeganie rzeczywistości. Ale z czasem robiło się coraz poważniej i poważniej. Aż w pewnym momencie któraś z nas przywołała frazę:
I ja dziś w tym właśnie temacie. W temacie ceny marzeń. Na przykładzie mojego pobytu na Terceirze.
W październiku 2014 roku po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu Terceiry. W czerwcu 2015 roku po raz pierwszy poleciałam na nią na wakacje. I się w niej zakochałam. W styczniu 2016 roku (w środku azorskiej zimy) poleciałam na kolejne wakacje. A w styczniu 2017 roku się przeprowadziłam. Początkowo z planem pozostania na środku Atlantyku 3 miesiące. Jestem już ponad 3 lata.
Uwielbiam marzyć. Ale marzenie bez woli jego spełnienia i bez ciężkiej pracy pozostaje często tylko marzeniem. I to jest w porządku, nie wszystkie marzenia trzeba spełniać. Ale jeśli na jakimś nam naprawdę zależy, zamiast czeka na gwiazdkę z nieba, lepiej zakasać rękawy. Otworzyć szeroko oczy, zacząć szukać sposobności, rozmawiać z ludźmi, działać. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Jeśli chcemy coś osiągnąć, musimy zacząć działać w tym kierunku już dziś.
Czy działanie na rzecz naszego marzenia zajmie czas? Jasne, że zajmie. Ale ten czas minie niezależnie od tego, czy będziemy działać, czy siedzieć z założonymi rękami. Jeśli będziemy działać, upływający czas będzie nas przybliżał do upragnionego celu, a nie oddalał.
Pięknie brzmią frazy, że „możesz wszystko”, że „jeśli tylko chcesz, jesteś w stanie sięgnąć gwiazd”. Bullshit. Nie wszystko jest możliwe, nie wszystko możemy osiągnąć. Ale możemy osiągnąć naprawdę wiele. Jeśli chcemy i jeśli działamy. I jeśli sprawdzimy, jak nasze marzenia mają się do rzeczywistości.
Co się działo u mnie między czerwcem 2015 a styczniem 2017? Cóż, przede wszystkim u mnie w pracy wszyscy wiedzieli już, że wzdycham za Azorami. Że fizycznie byłam w Polsce, ale moje myśli krążyły wokół małej wyspy na Atlantyku. A od stycznia 2016 roku – jeszcze bardziej. Ale wiedziałam, że pracy na Azorach jest jak na lekarstwo, że nie mogę się przeprowadzić bez pewności zatrudnienia. Odpowiadałam na różne ogłoszenia o pracę, ale nigdy nie dostałam nawet potwierdzenia, że moja wiadomość dotarła. Nie mówiłam po portugalsku, mieszkałam na drugim krańcu Europy – czego się spodziewałam?
Przeczytałam u znajomej na Facebooku ogłoszenie o pracę, wzięłam udział w rozmowie rekrutacyjnej, zostałam zaakceptowana – i następnego dnia złożyłam wypowiedzenie w mojej pracy w Polsce. (Pisałam o tym w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok”).
Miesiące do wylotu spędziłam, rozważając moją decyzję. I z każdą chwilą bojąc się coraz bardziej, co będzie. Zostawiałam moją rodzinę, przyjaciół, pracę, miejsce zamieszkania, hobby. Zostawiałam wszystko, co było mi znajome i co lubiłam, na rzecz jednej wielkiej niewiadomej. I najgorsze było to, że nie umiałam racjonalnie wytłumaczyć mojej decyzji. Nie umiałam uspokoić mojej rodziny, nie umiałam wyjaśnić przyjaciołom, dlaczego to robię.
I będę się do końca życia zastanawiać: „Co by było, gdyby?” Nie chciałam tak żyć. Nie chciałam żyć ze świadomością, że nie skorzystałam z szansy, którą dało mi życie. Bo jedna rzecz praca na rzecz marzenia, druga – oczy szeroko otwarte na to, co podsuwa nam życie. „Łapanie fali”, jak mówił mi znajomy surfer.
Po pierwsze, miałam świadomość, że zupełnie wbrew własnej woli zraniłam swoich bliskich. Moja decyzja niosła ból dla najważniejszych dla mnie osób, których nie chciałam zranić za nic w świecie. Niosłam ciężar świadomości ich bólu na swoich barkach. (Aż do czasu, kiedy i ja poczułam, i oni poczuli, że na Azorach jestem po prostu szczęśliwsza. I mogę dać im z siebie o wiele więcej niż byłam w stanie dać w Polsce. Bo jestem w stanie dać to z głębi mojego radosnego serca).
Po drugie, ja sama szalenie tęskniłam. Tak, jak wspominałam w artykule „Na huśtawce” – byłam w rozkroku. Jedną nogą w Polsce, drugą na Terceirze. De facto ani tu, ani tu. Tęsknota za bliskimi była tak ogromna, że nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. I jednocześnie zamykała mnie na relacje z osobami mieszkającymi na wyspie. Zawierając nowe znajomości, czułam się, jakbym zdradzała moich przyjaciół z Polski. I mimo że dziś wiem, że zupełnie to tak nie wygląda – długo żyłam z poczuciem winy. (Swoją drogą, czy też macie wrażenie, że poczucie winy to bardzo polska cecha?)
Po trzecie, znalazłam się w miejscu, którego nie znałam, bez języka, z zaledwie kilkoma życzliwymi mi osobami. „Nie umiałam w życie na wyspie”, tak to można najprościej nazwać. Uczyłam się wszystkiego od nowa. Tęskniłam za znajomymi produktami w sklepach, za metrem działającym do późnych godzin nocnych, za działającymi przez cały dzień kinami, za ludźmi, którym nie muszę za każdym razem tłumaczyć wszystkiego od początku.
W Polsce miałam bardzo ciekawe prace. Tutaj nagle na początku dostawałam najbardziej podstawowe zadania, no bo przecież byłam nowa i nie znałam się na temacie. Na spotkaniach ze znajomymi rozmowy po angielsku płynnie przechodziły w rozmowy po portugalsku. A ja siedziałam z głupim uśmiechem. I z wdzięcznością przyjmowałam każdą pomoc w tłumaczeniu z portugalskiego na angielski.
Podobnie jak nie spodziewałam się przytłaczającej azorskiej zimy – mimo że spędziłam już wcześniej jedne zimowe wakacje na wyspie. Nie spodziewałam się grzyba na ścianie. Nie spodziewałam się chodzenia zimą po domu w kurtce i czekania 10 minut na ciepłą wodę pod prysznicem. Nie spodziewałam się uczucia klaustrofobii pojawiającego się po kilku miesiącach na wyspie. Ani tego, że latem będzie mi czasem ciężko oddychać. Dosłownie. Przez poziom wilgoci w powietrzu.
Nie spodziewałam się, że bliskie mi osoby będą przechodziły operacje w czasie mojej nieobecności. Że mój kuzyn umrze, a ja nie będę mogła lecieć na pogrzeb. Że dzieci mojej przyjaciółki zobaczę już wyrośnięte, a nie w beciku. Że nie będzie mnie na wieczorze panieńskim mojej siostry. Że przegapię niezliczoną liczbę urodzin, spotkań, świąt. Że moi bliscy będą wspominali wydarzenia, w których nie brałam udziału. Że będąc na święta z rodziną, będę się bała zezłościć o cokolwiek, bo przecież jestem na krótko i wszystko powinno być przez ten czas idealnie.
Naprawdę się tego nie spodziewałam. Widziałam oczami wyobraźni małą piękną wyspę na środku Atlantyku i spokojne, sielankowe życie. Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że każde marzenie ma swoją cenę. I swoje mroczne oblicze.
Tak. Bez mrugnięcia okiem. Przeżyłam tu wiele trudnych, ale też wiele dobrych chwil. Nauczyłam się przez ten czas więcej niż nauczyłabym się w ciągu 10 lat w Polsce, żyjąc moim „normalnym” życiem*.
Nie zawsze było przyjemnie i sielankowo. Nie zawsze było łatwo (do tej pory nie jest). Ale było warto. Cieszę się, że posłuchałam swojej intuicji. Że posłuchałam wewnętrznego głosu, który mówił mi: „Spróbuj”. Gdybym nie spróbowała, żałowałabym do końca życia.
Czy marzenia wiążą się z ryzykiem? Wiążą się. Czy wszystko może pójść źle? Może. Ale czy to znaczy, że powinniśmy przestać marzyć? Absolutnie nie!
Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury! Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i…
Dokładnie pół roku temu otworzyłam rano kalendarz, a w nim jak wół stało: laserowa korekcja wzroku. Podniosłam się dzielnie z łóżka i ruszyłam na spotkanie nieznanego. Oddawałam się w ręce specjalistów, którzy decydowali o tym, jak będzie wyglądało moje dalsze życie. Dosłownie – wyglądało. Ale zanim do tego doszło… Okulary…
Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy…
Niedawno, po siedmiu latach, odezwała się do mnie koleżanka. Zapytała, czy chciałabym wziąć udział w wywiadzie do Radia Nowy Świat na temat marzeń.
To read an English version of this article click HERE.
Powiedziała, że nieustannie jest pełna podziwu dla mojej odwagi, żeby spełniać swoje marzenia, i chciałaby ze mną porozmawiać właśnie na temat marzeń. A że 8 września przypada Dzień Marzyciela, to wszystko się zgadza.
Zaczęłyśmy rozmowę od samych pozytywów. Od tego, że marzenia są potrzebne i żadna z nas nie wyobraża sobie bez nich życia. Że stanowią naszą siłę napędową. Że zmieniają nasze postrzeganie rzeczywistości. Ale z czasem robiło się coraz poważniej i poważniej. Aż w pewnym momencie któraś z nas przywołała frazę:
I ja dziś w tym właśnie temacie. W temacie ceny marzeń. Na przykładzie mojego pobytu na Terceirze.
W październiku 2014 roku po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu Terceiry. W czerwcu 2015 roku po raz pierwszy poleciałam na nią na wakacje. I się w niej zakochałam. W styczniu 2016 roku (w środku azorskiej zimy) poleciałam na kolejne wakacje. A w styczniu 2017 roku się przeprowadziłam. Początkowo z planem pozostania na środku Atlantyku 3 miesiące. Jestem już ponad 3 lata.
Uwielbiam marzyć. Ale marzenie bez woli jego spełnienia i bez ciężkiej pracy pozostaje często tylko marzeniem. I to jest w porządku, nie wszystkie marzenia trzeba spełniać. Ale jeśli na jakimś nam naprawdę zależy, zamiast czeka na gwiazdkę z nieba, lepiej zakasać rękawy. Otworzyć szeroko oczy, zacząć szukać sposobności, rozmawiać z ludźmi, działać. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Jeśli chcemy coś osiągnąć, musimy zacząć działać w tym kierunku już dziś.
Czy działanie na rzecz naszego marzenia zajmie czas? Jasne, że zajmie. Ale ten czas minie niezależnie od tego, czy będziemy działać, czy siedzieć z założonymi rękami. Jeśli będziemy działać, upływający czas będzie nas przybliżał do upragnionego celu, a nie oddalał.
Pięknie brzmią frazy, że „możesz wszystko”, że „jeśli tylko chcesz, jesteś w stanie sięgnąć gwiazd”. Bullshit. Nie wszystko jest możliwe, nie wszystko możemy osiągnąć. Ale możemy osiągnąć naprawdę wiele. Jeśli chcemy i jeśli działamy. I jeśli sprawdzimy, jak nasze marzenia mają się do rzeczywistości.
Co się działo u mnie między czerwcem 2015 a styczniem 2017? Cóż, przede wszystkim u mnie w pracy wszyscy wiedzieli już, że wzdycham za Azorami. Że fizycznie byłam w Polsce, ale moje myśli krążyły wokół małej wyspy na Atlantyku. A od stycznia 2016 roku – jeszcze bardziej. Ale wiedziałam, że pracy na Azorach jest jak na lekarstwo, że nie mogę się przeprowadzić bez pewności zatrudnienia. Odpowiadałam na różne ogłoszenia o pracę, ale nigdy nie dostałam nawet potwierdzenia, że moja wiadomość dotarła. Nie mówiłam po portugalsku, mieszkałam na drugim krańcu Europy – czego się spodziewałam?
Przeczytałam u znajomej na Facebooku ogłoszenie o pracę, wzięłam udział w rozmowie rekrutacyjnej, zostałam zaakceptowana – i następnego dnia złożyłam wypowiedzenie w mojej pracy w Polsce. (Pisałam o tym w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok”).
Miesiące do wylotu spędziłam, rozważając moją decyzję. I z każdą chwilą bojąc się coraz bardziej, co będzie. Zostawiałam moją rodzinę, przyjaciół, pracę, miejsce zamieszkania, hobby. Zostawiałam wszystko, co było mi znajome i co lubiłam, na rzecz jednej wielkiej niewiadomej. I najgorsze było to, że nie umiałam racjonalnie wytłumaczyć mojej decyzji. Nie umiałam uspokoić mojej rodziny, nie umiałam wyjaśnić przyjaciołom, dlaczego to robię.
I będę się do końca życia zastanawiać: „Co by było, gdyby?” Nie chciałam tak żyć. Nie chciałam żyć ze świadomością, że nie skorzystałam z szansy, którą dało mi życie. Bo jedna rzecz praca na rzecz marzenia, druga – oczy szeroko otwarte na to, co podsuwa nam życie. „Łapanie fali”, jak mówił mi znajomy surfer.
Po pierwsze, miałam świadomość, że zupełnie wbrew własnej woli zraniłam swoich bliskich. Moja decyzja niosła ból dla najważniejszych dla mnie osób, których nie chciałam zranić za nic w świecie. Niosłam ciężar świadomości ich bólu na swoich barkach. (Aż do czasu, kiedy i ja poczułam, i oni poczuli, że na Azorach jestem po prostu szczęśliwsza. I mogę dać im z siebie o wiele więcej niż byłam w stanie dać w Polsce. Bo jestem w stanie dać to z głębi mojego radosnego serca).
Po drugie, ja sama szalenie tęskniłam. Tak, jak wspominałam w artykule „Na huśtawce” – byłam w rozkroku. Jedną nogą w Polsce, drugą na Terceirze. De facto ani tu, ani tu. Tęsknota za bliskimi była tak ogromna, że nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. I jednocześnie zamykała mnie na relacje z osobami mieszkającymi na wyspie. Zawierając nowe znajomości, czułam się, jakbym zdradzała moich przyjaciół z Polski. I mimo że dziś wiem, że zupełnie to tak nie wygląda – długo żyłam z poczuciem winy. (Swoją drogą, czy też macie wrażenie, że poczucie winy to bardzo polska cecha?)
Po trzecie, znalazłam się w miejscu, którego nie znałam, bez języka, z zaledwie kilkoma życzliwymi mi osobami. „Nie umiałam w życie na wyspie”, tak to można najprościej nazwać. Uczyłam się wszystkiego od nowa. Tęskniłam za znajomymi produktami w sklepach, za metrem działającym do późnych godzin nocnych, za działającymi przez cały dzień kinami, za ludźmi, którym nie muszę za każdym razem tłumaczyć wszystkiego od początku.
W Polsce miałam bardzo ciekawe prace. Tutaj nagle na początku dostawałam najbardziej podstawowe zadania, no bo przecież byłam nowa i nie znałam się na temacie. Na spotkaniach ze znajomymi rozmowy po angielsku płynnie przechodziły w rozmowy po portugalsku. A ja siedziałam z głupim uśmiechem. I z wdzięcznością przyjmowałam każdą pomoc w tłumaczeniu z portugalskiego na angielski.
Podobnie jak nie spodziewałam się przytłaczającej azorskiej zimy – mimo że spędziłam już wcześniej jedne zimowe wakacje na wyspie. Nie spodziewałam się grzyba na ścianie. Nie spodziewałam się chodzenia zimą po domu w kurtce i czekania 10 minut na ciepłą wodę pod prysznicem. Nie spodziewałam się uczucia klaustrofobii pojawiającego się po kilku miesiącach na wyspie. Ani tego, że latem będzie mi czasem ciężko oddychać. Dosłownie. Przez poziom wilgoci w powietrzu.
Nie spodziewałam się, że bliskie mi osoby będą przechodziły operacje w czasie mojej nieobecności. Że mój kuzyn umrze, a ja nie będę mogła lecieć na pogrzeb. Że dzieci mojej przyjaciółki zobaczę już wyrośnięte, a nie w beciku. Że nie będzie mnie na wieczorze panieńskim mojej siostry. Że przegapię niezliczoną liczbę urodzin, spotkań, świąt. Że moi bliscy będą wspominali wydarzenia, w których nie brałam udziału. Że będąc na święta z rodziną, będę się bała zezłościć o cokolwiek, bo przecież jestem na krótko i wszystko powinno być przez ten czas idealnie.
Naprawdę się tego nie spodziewałam. Widziałam oczami wyobraźni małą piękną wyspę na środku Atlantyku i spokojne, sielankowe życie. Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że każde marzenie ma swoją cenę. I swoje mroczne oblicze.
Tak. Bez mrugnięcia okiem. Przeżyłam tu wiele trudnych, ale też wiele dobrych chwil. Nauczyłam się przez ten czas więcej niż nauczyłabym się w ciągu 10 lat w Polsce, żyjąc moim „normalnym” życiem*.
Nie zawsze było przyjemnie i sielankowo. Nie zawsze było łatwo (do tej pory nie jest). Ale było warto. Cieszę się, że posłuchałam swojej intuicji. Że posłuchałam wewnętrznego głosu, który mówił mi: „Spróbuj”. Gdybym nie spróbowała, żałowałabym do końca życia.
Czy marzenia wiążą się z ryzykiem? Wiążą się. Czy wszystko może pójść źle? Może. Ale czy to znaczy, że powinniśmy przestać marzyć? Absolutnie nie!

* Wzięłam „normalne” w cudzysłów, bo już widzę komentarze: „Mili, te twoje dwa kierunki studiów, ciągłe podróże, praca z muzykami, praca z uchodźcami i teatr to naprawdę takie normalne życie?” Dla mnie tak, dla mnie to było moje normalne życie. Choć teraz z perspektywy widzę, że było bardziej wypełnione marzeniami, które jedno za drugim spełniałam, niż mi się wówczas wydawało.