Laserowa korekcja wzroku – nie taki diabeł straszny

with Brak komentarzy
Poleć innym:

Dokładnie pół roku temu otworzyłam rano kalendarz, a w nim jak wół stało: laserowa korekcja wzroku.

Podniosłam się dzielnie z łóżka i ruszyłam na spotkanie nieznanego. Oddawałam się w ręce specjalistów, którzy decydowali o tym, jak będzie wyglądało moje dalsze życie. Dosłownie – wyglądało. Ale zanim do tego doszło…

Okulary nosiłam od podstawówki. Było to dla mnie zupełnie naturalne i się tym nie przejmowałam. W szóstej klasie dostałam swoje pierwsze soczewki. Na wycieczce szkolnej stałam przed lustrem, a wszyscy moi znajomi stali za mną i patrzyli, jak zakładam te małe, przezroczyste „coś” na swoje oczy. W tamtym czasie chwilę mi to zajmowało, zwłaszcza że zwijałam się ze śmiechu, widząc wszystkie zaciekawione spojrzenia. Byłam sensacją! Po latach praktyki do zakładania soczewek nie potrzebowałam już ani lustra, ani całego poranka. W końcu – praktyka czyni mistrza.

Pobierz e-book „Azory – co zobaczyć na środku Atlantyku”

Wybierasz się na Azory? Chcesz wiedzieć, co warto zobaczyć na każdej z wysp?
Pobierz bezpłatny e-book!

Pobierając e-book, wyrażasz zgodę na zapis na newsletter Mileny Dąbrowskiej, a tym samym na otrzymywanie maili dotyczących Azorów oraz nowości, produktów i usług Mileny Dąbrowskiej. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

O laserowej korekcji wzroku słyszałam i czytałam dużo.

Nawet mój optyk szczerze mnie na nią namawiał, mimo że wiedział, że jeśli się zdecyduję – straci stałą klientkę. Miałam ok. -8 dioptrii, czyli dużą wadę wzroku. Przynajmniej według ogólnej klasyfikacji, bo dla mnie prywatnie moja wada wzroku była normalna. Póki mogłam nosić soczewki – wszystko było w porządku. W ciągu dnia funkcjonowałam bez zarzutu, wieczorami, jak zdejmowałam soczewki czy okulary – po prostu szłam spać. Bywało też, że celowo zdejmowałam okulary, żeby się „wyłączyć” ze świata, mieć święty spokój. Żeby przez chwilę odpocząć.

O tym, żeby się poddać operacji, poważnie pomyślałam dopiero kiedy w nowym miejscu pracy suche, przemielone przez klimatyzację powietrze bardzo dało się we znaki moim oczom. Pojawiły się zakażenia, zapalenia, nie mogłam nosić soczewek, musiałam zainwestować w nowe okulary. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą, jak krótkowidz widzi przez okulary – na wprost widzi się świetnie, ale przy dużej wadzie nie można delikatnie zerknąć na przechodzącego obok przystojnego faceta, trzeba obrócić całą głowę. Mało praktyczne. Podobnie na ściance wspinaczkowej – w okularach trudno dostrzec odpowiednie miejsce na stopę. Przez większość życia nosiłam soczewki, więc przerzucenie się na okulary nie było dla mnie oczywiste. Miałam bardzo ładne oprawki i cienkie szkła, ale coraz częściej myślałam o laserowej korekcji wzroku.

Któregoś pięknego dnia w końcu podjęłam decyzję: operuję sobie oczy!

Nie potrafię powiedzieć, co konkretnego się wydarzyło. Wiedziałam tylko tyle, że w końcu „kliknęło”. A jak próbowało „odkliknąć”, rodzice wsparli mnie w decyzji kliknięcia. Poszukałam klinik w internecie, popytałam rodzinę i znajomych, przejrzałam wszystkie fora, jakie znalazłam, pozamęczałam pytaniami kolejnych lekarzy-okulistów, których odwiedzałam, obejrzałam mnóstwo filmików na YouTube, na widok których niektórych skręca, i wybrałam klinikę. Zadzwoniłam i umówiłam się na badanie wstępne – i od razu na zabieg. Jedno badanie wstępne miałam już robione kilka lat wcześniej w konkurencyjnej klinice i dostałam informację, że kwalifikuję się do zabiegu, więc byłam pewna, że tak będzie i tym razem. Ustaliłam z szefem kwestię mojej nieobecności w pracy, przekazałam na ten czas moje obowiązki – i z niecierpliwością czekałam, aż zacznie się dziać.

Najpierw było badanie wstępne. Przesympatyczna pielęgniarka zrobiła mi tyle badań, że chyba przez całe dotychczasowe życie tylu nie miałam. Później nastąpiły kolejne badania z panią doktor – i rozmowa z nią. Pani doktor objaśniła mi, co znaczą poszczególne wyniki, na co zwraca uwagę przy kwalifikacji pacjenta do zabiegu, jakie są potencjalne ryzyka związane z ingerencją w zdrową tkankę oczną i jakie ma dla mnie propozycje dotyczące metod operacji.

(Jako laik stosuję słowo „operacja” i „zabieg” zamiennie, ale wiem, że prawidłowe sformułowanie w tym przypadku to „zabieg”. Po szczegóły odsyłam do internetu lub do lekarzy).

Razem z panią doktor wybrałyśmy metodę EBK. Była najlepsza dla mojego oka, a jednocześnie w miarę przystępna cenowo. Inna równie dobra była dwa razy droższa – zrezygnowałam z niej jeszcze przed wysłuchaniem, na czym polega.

W końcu nadszedł ten dzień!

Podniosłam się z łóżka i pojechałam do kliniki. Zanim zdołałam się zameldować w recepcji, pielęgniarka podeszła do mnie, zapytała, czy ja to ja, i kazała połknąć tabletkę. Była to tabletka uspokajająca, każdy pacjent dostaje taką przed zabiegiem. Znów zabrano mnie do pokojów z toną sprzętu do badań, pielęgniarka i lekarka znów oglądały moje oczy z każdej strony. „Pani Mileno, zapraszamy do sali operacyjnej” – usłyszałam w końcu. I ruszyłam jak zaczarowana.

Osobom wrażliwym na opisy zabiegów chirurgicznych radzę nie czytać kilku najbliższych akapitów.

Postanowiłam jednak opisać mój zabieg, bo wiem, jak to jest, kiedy szuka się odpowiedzi na pytania w stylu „Jak przebiega zabieg EBK?”, „Co to jest EBK?”, „Jak w praktyce wygląda laserowa korekcja wzroku?” – i nie dostaje się konkretnej odpowiedzi.

Przed zabiegiem dostałam krople na bazie atropiny na rozszerzenie źrenic. Zostałam ubrana w zielony jednorazowy szpitalny fartuch, zielone kapcie i zielony czepek. Podawanie kolejnych kropli rozszerzających źrenice, przeciwbólowych i hamujących odruchy trwało ok. 15 minut. Kiedy wszystkie krople zadziałały, pielęgniarka zaprowadziła mnie na białą salę operacyjną, na której czekała już moja pani doktor i kilka dodatkowych osób obsługujących cały sprzęt.

Położyłam się na białym łóżku, pani doktor lekko osłoniła mi twarz, założyła rozwórkę na oczy (tak, zapewne wyglądałam jak w „Mechanicznej pomarańczy”) i specjalnymi plastrami przykleiła rzęsy. Największa zagadka, o którą wcześniej zapomniałam dopytać, a która mnie nurtowała, została w tym momencie rozwiązana – nie miałam odruchu mrugania. Nie miałam odruchu zamykania oczu. W ogóle nie miałam żadnych odruchów w oku, leżałam i wykonywałam polecenia.

Rozpoczął się zabieg.

W wielu metodach laserowej korekcji wzroku tworzy się tzw. płatek rogówki, tj. nacina się i odchyla fragment naturalnego nabłonka pacjenta – tak, jak otwiera się konserwę. Po wyrzeźbieniu oka nakrywa się wszystko tym nabłonkiem – i proszę bardzo, wszystko się pod spodem goi.

U mnie tak nie było. Miałam zbyt cienką rogówkę jak na moją wadę, żeby można było utworzyć płatek rogówki. W metodzie EBK używa się specjalnej szpatułki (fachowo nazywa się to szczoteczką, ale nie wiem, co ma to wspólnego ze szczoteczką) – takiej szpatułki użyła i moja pani doktor, i zeskrobała mi tą szpatułką nabłonek na obszarze, na którym za chwilę miał zadziałać laser. Nie bolało, nie denerwowało, tylko lekko dziwiło, czemu ktoś mi jeździ po oku. Ale bardziej dziwiło to, że nie boli, niż to, że coś nietypowego się dzieje.

Po usunięciu nabłonka przyszła pora na działanie lasera. Miałam dokładnie podążać za wskazówkami pani doktor, patrzeć na zielone światełko, a jeśli nie było go widać (czasem widziałam tylko czerwień) – w środek światła. Kiedy laser zaczął działać, przestraszyłam się. Poczułam bardzo nieprzyjemny zapach, oczy zaczęły mi latać, laser się wyłączał. Laser się wyłącza, kiedy pacjent nie patrzy tam, gdzie trzeba – nie przepali nam oka ani nie wypali dziury tam, gdzie nie trzeba. Zdenerwowałam się zapachem, zdenerwowałam się tym, że nie wiem, gdzie jest środek światła, skoro widzę tylko czerwień. Starałam się współpracować z panią doktor, ale początek nie był taki łatwy.

Przed drugim okiem była chwila przerwy. W trakcie tej przerwy pani doktor uspokajała mnie i jeszcze raz powtarzała zasady. A ja powtarzałam sobie w głowie jak mantrę: „To światełko jest najważniejsze na świecie, to światełko to całe twoje życie”. I tym sposobem przy drugim oku byłam już zupełnie spokojna i jego „rzeźbienie” poszło o wiele sprawniej.

Ostatnim etapem było założenie soczewek opatrunkowych. Pod nimi moje oczy miały przez kilka najbliższych dni odbudowywać utracony nabłonek.

(Osoby wrażliwe mogą znów czytać).

Laser odjechał, ja się podniosłam. Ktoś poprosił, żebym przeczytała godzinę na zegarze – było samo południe. I tak nawet powiedziałam: „Jest samo południe, to znaczy dwunasta”. Zostałam przeprowadzona do ciemnego pokoju, w którym spędziłam najbliższe dwie godziny. Znieczulenie stopniowo puszczało, pojawiło się potworne pieczenie oczu. I ból. I światłowstręt. Trudno mi było otwierać oczy, kiedy pielęgniarka co chwilę przychodziła z kolejnymi kroplami. Chciałam zasnąć, ale nie mogłam spać. Chciałam, żeby się to skończyło.

Nie skończyło się. Ciocia zabrała mnie do domu. Jak dobrze, że uparła się, żebym u niej spędziła najbliższe dni! Sama bym sobie z pewnością nie poradziła. Ból, pieczenie, światłowstręt, niemożność skupienia wzroku choćby na jedną sekundę trwały jeszcze trzy dni. Siedziałam w ciemnym pokoju z okularami przeciwsłonecznymi na nosie – i było mi jeszcze za jasno. Dostawałam Ketonal – i nadal bolało. Mniej, ale bolało. Chciałam sprawdzić, jakie mam wziąć krople (na początku zakraplałam oczy około 20 razy dziennie) – nie byłam w stanie przeczytać nawet jednej litery. Jeśli tylko mogłam – spałam. Pomogły środki uspokajające od cioci (skonsultowane z lekarką). Przetrwałam dzięki Ketonalowi, środkom uspokajającym i dobrej, dbającej, nienarzucającej się opiece cioci.

Czwartego dnia byłam już w stanie skupić wzrok na jednym punkcie – to był ogromny sukces!

Zaczęło się pojawiać moje poczucie humoru – stwierdziłam, że w plastikowych nakładkach na oczy, które dostałam do spania, wyglądam jak mucha. I nawet kazałam tej musze zrobić zdjęcie! Okazało się, że dni, kiedy myślałam, że zacznę chodzić po ścianach, minęły. Nabłonek na moich oczach był bardzo cienki i delikatny, ale przynajmniej znów był. Mogłam już wstać, mogłam sięgnąć po krople w opakowaniu o odpowiednim kolorze, mogłam nawet w miarę spokojnie wyjść z pokoju w ciągu dnia! To był sukces.

Kiedy zaczęłam jako tako kontaktować, okazało się, że jest mi… dziwnie. Po pierwsze, oczywiste pozabiegowe sprawy – nie mogłam sprzątać, żeby mi się nie kurzyło, nie mogłam nosić ciężkich rzeczy, nie mogłam ćwiczyć, nie mogłam czytać, nie mogłam korzystać z komputera, nie mogłam pisać sms-ów, nie mogłam wychodzić na dwór, nie mogłam… długo by tak wymieniać. Moje istnienie polegało na tym, że siedziałam, odbierałam telefony, słuchałam długich wykładów psychologicznych na YouTube i ewentualnie patrzyłam w dal. Oczywiście w ciemnych okularach i tylko w pochmurny dzień. I zakraplałam oczy.

Ale na to byłam przygotowana – choć nie sądziłam, że brak aktywności będzie mi aż tak doskwierał. Że poczucie bycia „nieużyteczną” będzie aż tak wszechogarniające.

To, na co nie byłam przygotowana, to fakt, że brakowało mi mojego świata bez okularów!

Nie tego w soczewkach. Nie tego wyraźnego, który pewnie kiedyś, zanim zaczęłam nosić okulary, istniał. Tego rozmazanego, niewyraźnego, intymnego świata, w którym chowałam się, kiedy tylko potrzebowałam odetchnąć. Tego świata, w który mogłam wniknąć nawet jadąc zatłoczonym metrem – wystarczyło, że zdjęłam okulary. Tego świata, w który odpływałam wieczorem, kładąc się do łóżka. Wszystko stawało się odległe, zostawałam ja, jak w Krainie Czarów. Liczyło się tylko to, co blisko i co wewnątrz. I nagle tego mojego intymnego świata mi zabrakło.

To był ból.

I to było doświadczenie, którego nawet wielu krótkowidzów nie rozumie. Duża część osób, które mają wady wzroku, kryje się ze swoimi wadami, nie lubi ich, wstydzi się. Ja byłam z moją wadą wzroku zaprzyjaźniona. Pewnie gdybym nadal mogła bez problemu nosić soczewki, nie byłoby tego wpisu. Ale nie mogłam już nosić soczewek, a noszenie okularów było dla mnie w wielu momentach kłopotliwe. Mimo to lubiłam moją wadę – i korzyści, jakie mi oferowała. I ten równoległy świat, który był zawsze na wyciągnięcie ręki. A nawet bliżej, bo na wyciągnięcie ręki też już widziałam tylko obraz akwarelowy. I nagle ten mój świat zniknął…

Przez miesiąc nie mogłam spać – świat atakował mnie z każdej strony. Mimo że siedziałam w domu na zwolnieniu lekarskim, czułam się przestymulowana. Miałam wrażenie, że wszystko jest zbyt intensywne, że krzyczy do mnie i na mnie. Nie mogłam spać, bo nie znałam już mojego pokoju, nie w takiej formie. Nie mogłam się wyłączyć. Zdarzało się, że wieczorami płakałam i chciałam cofnąć czas.

Po miesiącu przywykłam. Przyzwyczaiłam się do nowej rzeczywistości. Ponoć potrzeba trzech tygodni, żeby wyrobić nawyk – moim nowym nawykiem było postrzeganie świata w nieznanej mi dotychczas formie. Był to świat z konturami, krzyczący, z którego nie było już ucieczki. Może paradoksalnie właśnie to mi dodało odwagi?

Postawiona pod ścianą nie miałam już dokąd uciec, więc zaczęłam śmiało spoglądać światu i życiu w oczy.

Dziś mija pół roku od mojego zabiegu. Nadal nie rozstaję się z kroplami (teraz już tylko trzema rodzajami kropli nawilżających), nadal intensywność świata potrafi mnie zaskoczyć, nadal wieczorami zdarza mi się pomyśleć: „muszę jeszcze zdjąć soczewki” (i nawet chętnie bym je zdjęła), nadal momentami boję się o moje oczy, bo teraz już nie są niczym chronione – ani soczewkami, ani okularami, nadal czasami tęsknię za moim prywatnym, intymnym światem bez okularów.

Ale jestem zadowolona. Jadąc w podróż, muszę co prawda zabrać okulary przeciwsłoneczne (promieniowanie UV!), ale nie kilka par soczewek. Pakując bagaż do samolotu, nie zastanawiam się, czy czterdzieści sztuk soczewek to płyny i muszę je wcisnąć do litrowego woreczka, czy może kontrola pozwoli mi trzymać je osobno. Nie zastanawiam się, co będzie, kiedy stłuką mi się okulary. Podróżowanie stało się o wiele łatwiejsze. Uprawianie sportów – też. Rano mam więcej czasu dla siebie. Jeśli nie chcę, to się nie maluję, okulary nie „zjadają” mi już oczu. Okazało się, że mam całkiem duże oczy, którym co niektórzy nie mogą się nadziwić. A ja bardzo chętnie oglądam tymi oczami świat.

To była jedna z kilku ważnych decyzji, które podjęłam w tym roku. I wiecie co? Jak się już podejmie decyzję, to jest łatwiej. I jak się podejmie pierwszą dużą decyzję – kolejne już nie rosną w oczach, mają w miarę przyzwoity rozmiar. Życie wymaga odwagi – ale po podjęciu pierwszej decyzji okazuje się, że tej odwagi całkiem w nas sporo. I z każdym dniem coraz więcej. W każdej decyzji jest ryzyko. Ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Odważnych decyzji Wam życzę! A jeśli macie pytania – piszcie śmiało! Ahoj!

Poleć innym: