Zanim przeprowadzisz się na drugi koniec świata

Rzucenie wszystkiego i przeprowadzenie się na drugi koniec świata brzmią kusząco. Zwłaszcza kiedy za oknem szaro, chęci do działania brak, a na zdjęciach widać soczystą zieleń trawy, błękit oceanu i słońce. Ale zanim przeprowadzisz się na drugi koniec świata, pamiętaj, że: 1. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Albo: trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Wszędzie ludzie żyją, wszędzie przeżywają radości i wszędzie mają problemy. Nie widać tego z daleka, ale można odczuć, kiedy jest się dłużej w danym miejscu. Jeśli masz dość wszystkiego, to zmiana może pomóc, ale tylko na chwilę. Tropikalne plaże poprawią Ci nastrój podczas urlopu, ale życie na nich może się okazać nierealne. Przeprowadzka w daleki świat jest najlepsza wtedy, kiedy faktycznie jesteśmy ciekawi nowego miejsca i otwarci na przygodę. Bo to, co spotkamy na miejscu, niejednokrotnie nas zaskoczy. 2. Choćbyś był nie wiadomo jak bardzo otwarty na świat, zawsze ktoś lub coś Cię zaskoczy. Jedziesz w nowe miejsce z otwartym umysłem i otwartym sercem. Chcesz się dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć jak najwięcej. Chłoniesz wszystkimi zmysłami. Aż nagle spotyka Cię sytuacja, której się nie spodziewasz (na początku średnio 3 do 5 razy na dobę, po kilku miesiącach częstotliwość zaczyna stopniowo spadać). I co? Stajesz jak wryty. Nie wiesz, jak się zachować. Wszystko, czego nauczyłeś się podczas Twojego (wstaw odpowiednią liczbę)-letniego życia, przestaje mieć zastosowanie. Chcesz dobrze, a okazuje się, że kogoś obrażasz, że niechcący podważasz czyjeś świętości – a przecież chciałeś się tylko dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Chciałeś poznać, zrozumieć. Otwarty umysł jest szalenie ważny przy poznawaniu nowego świata. Umiejętność trzymania języka na kłódkę w odpowiednich momentach – też. 3. Będzie Ci brakować znanych od lat smaków. Lokalna kuchnia może być najpyszniejsza na świecie, możesz się zajadać miejscowymi przysmakami jak szalony, ale po kilku miesiącach i tak zacznie Ci brakować kiszonych ogórków, schabowego czy pomidorowej Twojej Mamy. Można zmienić przyzwyczajenia kubków smakowych, nauczyć je nowych smaków, ale nie ma co się oszukiwać – jeśli jedliśmy w jeden sposób przez całe życie i nagle nie mamy dostępu do tego rodzaju jedzenia, nasz organizm tym bardziej zaczyna się go domagać. Nagle zaskakujemy sami siebie, próbując z lokalnych produktów przygotować klopsiki w sosie koperkowym czy pyzy. 4. Wszystko zacznie Cię denerwować. Począwszy od produktów w sklepach, gdzie nie możesz znaleźć swojego ulubionego jogurtu, bo go po prostu nie ma, poprzez inne terminy dni wolnych (jak to – mam pracować w poniedziałek wielkanocny?), skończywszy na ludziach, którzy są życzliwi i chcą Ci pomóc, ale nigdy nie byli w Twojej sytuacji i nie potrafią zrozumieć, o co Ci chodzi, a Ty nie potrafisz im wyjaśnić, bo do bariery interpersonalnej dochodzi bariera kulturowa i językowa. Jeśli zostaniesz w danym miejscu wystarczająco długo, dotrzesz do momentu, kiedy zacznie Cię denerwować nawet to, co w pierwszym okresie wydawało się miłe i przyjazne – serdeczni, pomocni ludzie (bo chciałbyś w końcu móc zrobić coś sam, a nie w kółko korzystać z czyjejś pomocy), kierowcy zatrzymujący się na środku drogi, żeby zapytać znajomego, jak się czuje (bo przecież blokują drogę i nie da się przejechać, a Ty się spieszysz), czy nawet zapierająca dech w piersiach przyroda (bo jak może tak sobie spokojnie istnieć, kiedy u Ciebie w środku się gotuje). Na pocieszenie: ta faza mija. Przynajmniej częściowo. Ale kiedy trwa, jest wyjątkowo nieznośna. A Ty jesteś nieznośny dla otoczenia, bo podważasz rzeczywistość ludzi, którzy Cię otaczają, a to nigdy nie jest mile widziane. 5. Zorientujesz się, że porozumiewanie się w Twoim ojczystym języku to błogosławieństwo. Mówienie po angielsku, niemiecku, portugalsku czy koreańsku może sprawiać Ci wielką frajdę. I będzie. Dopóki będziesz opowiadać, skąd jesteś, czym się zajmujesz, skąd pomysł na przeprowadzkę i jakie masz plany na najbliższą przyszłość. Ale kiedy zaczniesz zacieśniać znajomości, kiedy będziesz chciał wymienić się poglądami na świat, podyskutować o sensie życia czy, odpukać, pokłócisz się z kimś (przy różnicach kulturowych i językowych o nieporozumienie bardzo łatwo) – zaczniesz przeklinać konieczność rozmawiania w języku, który nie jest Twoim językiem ojczystym. Nie będziesz w stanie wyrazić w pełni siebie. Odkryjesz, że gramatyka ma znaczenie, bo pozwala przekazać coś maksymalnie precyzyjnie. A brak jej znajomości, delikatnie mówiąc, nie ułatwia życia. Zauważysz, jaki ogromny wpływ na porozumienie lub jego brak mają drobne różnice w nazywaniu spraw, niuanse w wydźwięku danych słów. I dostrzeżesz, że zwykła codzienna rozmowa stanowi o wiele większe wyzwanie niż w kraju, bo brakuje nie tylko wspólnego słownictwa, ale i wspólnego kontekstu kulturowego. Trzeba stworzyć nowy, a to wymaga czasu i cierpliwości i od Ciebie, i od Twojego otoczenia. 6. Będzie Ci brakować rodziny i przyjaciół. Nawet jeśli jesteś niezależny i wydaje Ci się, że wszystko robisz sam – zrozumiesz, jak wielkie wsparcie miałeś w rodzinie i przyjaciołach, kiedy nie będzie ich koło Ciebie na co dzień. Te wszystkie denerwujące telefony typu: „a co jadłeś na obiad? A kiedy sobie znajdziesz chłopaka/ dziewczynę? Przyjdź tu szybko, musisz mi pomóc wybrać sukienkę na wieczór/ przestawić meble/ posprzątać łazienkę” nagle okażą się czymś, na co czekasz z utęsknieniem. Rodzina i przyjaciele to wspólne doświadczenia, wspólny kontekst, wspólnie spędzony czas. To pełen przekrój przez wszystkie dostępne emocje. To kolory życia. To wsparcie w każdej sytuacji, ale to też poczucie, że jesteśmy potrzebni. Że możemy dać komuś coś od siebie, że wnosimy coś wartościowego do czyjegoś życia. A przecież wszyscy chcemy czuć się potrzebni i wartościowi. 7. Święta nie będą takie same. Polskie święta, czy to Bożego Narodzenia, czy wielkanocne, są wyjątkowe. To czas ciepła i radości, to czas dla bliskich. To też czas tradycji, które są wrośnięte w naszą kulturę. Święta za granicą mogą być ciekawe, mogą być inne, ale to nie będzie to samo. Czasem możesz nawet przestać mieć ochotę obchodzić te święta – bo skoro to nie to samo, to po co? Zawsze rozwiązaniem jest krzewienie polskich tradycji w nowym miejscu zamieszkania, ale to zadanie dla wytrwałych. Trudne, choć nie niemożliwe. 8. Nie będziesz umiał wyjaśnić swojej decyzji najbliższym. Będziesz tęsknił, będziesz się mierzył z wyzwaniami dnia codziennego i będziesz płakał w słuchawkę, a najbliżsi, pełni troski o Ciebie, będą
Być kobietą

Być kobietą, być kobietą – marzę ciągle będąc dzieckiem, być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie… …śpiewała Alicja Majewska. Swoją drogą, przedstawiała ciekawą wizję kobiety. Z piosenki wyłaniał się obraz kobiety-wampa, o którym śni żona z końcówki lat 70’ w trakcie wykonywania codziennych obowiązków domowych. Ciekawe, jak dziś zostałaby przyjęta ta piosenka. Z uśmiechem? Jako żart? Jako obraza wizerunku kobiety i uwłaczanie jej godności? Zapędziłam się? Czy może niekoniecznie? To read an English version of this article click HERE. W okolicach Dnia Kobiet krążyło po Facebooku zdjęcie planszy, na której uzupełniono zdanie „Chcę, żeby dziewczynki na całym świecie wiedziały, że…” Jeśli nie znacie, poszukajcie koniecznie. Pojawiły się tam m.in. takie sformułowania, jak: „nie muszą się uśmiechać”, „mogą się złościć”, „mogą być odważne”. Jesteśmy rozwiniętym społeczeństwem, a jednak stereotypy na temat kobiet nadal istnieją. I tak, wiem z zajęć z psychologii, że stereotypy to w pewnym sensie naturalne funkcjonowanie mózgu, któremu łatwiej się pracuje, kiedy ma schematy niż kiedy próbuje rozpracować każdy element rzeczywistości od zera. Ale po to też mamy mózgi, żeby myśleć po swojemu. I żeby zobaczyć, jak bardzo smutne jest to, że musimy przypominać społeczeństwu o tym, że dziewczynki mogą być odważne. Chłopcy wychowywani są do ryzyka w imię oczekiwanej nagrody, dziewczynki – do posłuszeństwa i uległości. Chłopcy dostają w prezencie na Gwiazdkę wyścigówki, dziewczynki – lalki Barbie. I nie, nie mam nic przeciwko wyścigówkom ani lalkom Barbie. Ale w dzisiejszym świecie nie ma już miejsca na szufladki, które sprawdzały się kilka tysięcy lat temu. Dawno temu, kiedy żyliśmy jeszcze w jaskiniach, mężczyzna wyruszał na polowanie i nie było go przez kilka dni. Musiał być odważny i skupiony na celu, żeby go mamut nie staranował. Nie mógł zastanawiać się, czy jego ukochana wznieciła już ogień w jaskini i czy ich dzieciątko wypowiedziało już pierwsze słowo, bo każdą chwilę nieuwagi mógł przypłacić życiem lub, w najlepszym przypadku, brakiem pożywienia na najbliższy tydzień. Kobiety natomiast dbały o domowe ognisko (również dosłownie) i wspólnie z innymi kobietami z wioski zajmowały się potomstwem. Ich dzień upływał na kontaktach społecznych i trosce o siebie nawzajem. Trosce o ten milion spraw, o którym polujący na mamuta mężczyzna nie miał pojęcia. W pojedynkę trudno by im było podołać wszystkim obowiązkom ciążącym na ich ramionach, tworzyły więc grupy. Relacje z członkami społeczności i uzyskanie wsparcia wymagały od nich dobrej komunikacji, nauczyły się więc rozmawiać z innymi o wszelkich aspektach życia. Ewolucji zawdzięczamy więc to, że zwykle mężczyźni są bardziej skupieni na celu, a kobiety – na relacjach. I zanim dostanę za to stwierdzenie po głowie od pseudo-feministek (czyli pań, które twierdzą, że dbają o równość płci, a de facto próbują przekonać świat, że kobiety są o wiele lepsze niż mężczyźni), a może nawet prawdziwych feministek, spieszę z przypomnieniem: Już dawno wyszliśmy z jaskiń! Ewolucja nauczyła nas dużo i sprawiła, że potrafiliśmy się znaleźć w warunkach, w jakich dane nam było żyć. Ale warunki się zmieniły. Nasze zachowania można wyjaśniać ewolucją, ale nie można ich nią usprawiedliwiać. Mężczyźni nie są już od tego, żeby zarabiać pieniądze, a kobiety od tego, żeby prasować koszule. Jesteśmy równi. Dziś i mężczyźni, i kobiety pracują. Wszyscy jesteśmy wolni, niezależni, mamy prawo do własnego zdania i do własnego pomysłu na życie. Możemy decydować, jaki rodzaj pracy chcemy wykonywać, w jakim miejscu chcemy żyć, kogo chcemy mieć w swoim kręgu znajomych, jak chcemy spędzać święta i wakacje, czy chcemy mieć dzieci. I tak, mężczyźni mogą wybrać zarabianie pieniędzy, kobiety mogą wybrać prasowanie koszul. Ale pod warunkiem, że to jest ich wybór. I oczywiście, że się różnimy. Mamy różne budowy ciała, różne budowy mózgu, odmienne funkcje fizyczne. Ale współistniejemy. Jak Słońce i Księżyc, jak dzień i noc, jak czerń i biel, jak ogień i woda. Jesteśmy różni, ale równie wartościowi. Wzajemnie się uzupełniamy. Co więcej – dwa przeciwne bieguny uzupełniają się też w każdym człowieku. Co oznacza, że siła może cechować każdego i każdą z nas. To samo z wrażliwością. Odwagą. Niepewnością. I to jest piękne – że jesteśmy różni, a jednocześnie każdy z nas jest pełnią. I ma prawo wyboru. Ukształtowały nas lata ewolucji, ukształtowały nas geny, ukształtowało nas wychowanie i środowisko. Ale ciągle jest miejsce na nas samych. Na to, czego my pragniemy. „Dziewczynki mogą być silne. Dziewczynki nie muszą mieć męża. Dziewczynki mogą się wspinać na drzewa”. Dodałabym jeszcze, że mogą decydować same o sobie i wybierać życie, jakie im się podoba. Jakie daje im szczęście i spełnienie. Jeśli chcą być gospodyniami domowymi – mogą być. Jeśli śnią o piątce dzieci – mogą je mieć. Jeśli pragną rządzić wielką firmą – niech rządzą. Jeśli chcą ruszyć w podróż dookoła świata – niech zaczną się pakować. Jeśli marzy im się „jakaś rola w głównym filmie, jakiś romans niebanalny”* – tego im życzę. Tego nam życzę. Życzę nam wyboru. Umiejętności wyłączenia się na chwilę z tego, czego oczekuje od nas społeczeństwo, i zastanowienia się, co sprawia, że naprawdę jesteśmy szczęśliwe. I choćby to szczęście miało trwać kilka minut – życzę nam otwartości i pozwolenia sobie na nie. I zaufania sobie, zaufania, że wybieramy dobrze. Bo kto wie lepiej niż my same? * również Alicja Majewska, „Być kobietą”
Terceira – Mój rok na środku Atlantyku

„Terceira – Mój rok na środku Atlantyku”. Proste słowa, a dla mnie znaczą tak wiele. Rok temu wylądowałam na tej małej portugalskiej wyspie położonej wśród fal potężnego oceanu, stożków wulkanicznych i soczyście zielonej przyrody. (Jeśli chcesz wiedzieć, jak się tu znalazłam, zapraszam Cię do wpisu W podróży przez życie liczy się każdy krok.) Wylądowałam – i buzia mi się nie zamykała. Z zachwytu. Spełniałam swoje marzenie, zaczynałam wielką przygodę, rzucałam się w nieznane. Albo znane, ale tylko trochę. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Nigdy w życiu nie wiemy, co nas czeka. (No, może jedynie wszystkich bohaterów Grey’s Anatomy czeka śmierć, ale to inna kwestia. Nas też czeka, ale przed nią – całe życie.) Możemy planować, możemy się przygotowywać – ale nigdy nie będziemy mieć do końca pewności, że to, co sobie zaplanujemy, faktycznie się wydarzy. Możemy za to być pewni, że wydarzy się wszystko to, co nieoczekiwane. Zwłaszcza kiedy rzucamy się na głęboką wodę. Azorska kultura na pierwszy rzut oka wydaje się podobna do polskiej Woda, w którą się rzucałam – poza oceaniczną głębią – nie wydawała się szczególnie głęboka. To przecież też Europa, wspólni przodkowie przed tysiącami lat, język podobny do hiszpańskiego, krowy, byki… Zaraz, zaraz, hola! Czy ten twardy, francusko brzmiący język to na pewno krewny śpiewnego hiszpańskiego? I te krowy… Tak, ale na ulicach? Jak to? Ano tak! Idą, to trzeba się zatrzymać. Taki azorski korek na drodze. Byki? Ok, byki istnieją. Ale żeby też na ulicach? Że biegają? Że ludzie od maja do października zbierają się tłumnie i jeżdżą od wioski do wioski, żeby oglądać te gonitwy? I do tego wywieszają ozdobne koce przez okna i balkony, żeby ozdobić ulicę na czas tego święta? I przygotowują górę jedzenia, żeby każdy, kto zechce schronić się podczas takiej gonitwy w ich domu, miał co jeść? Czy to aby na pewno ta zimna, coraz bardziej indywidualistyczna Europa? Największym zaskoczeniem na Terceirze byli dla mnie ludzie. Podczas tourady (wspomnianej gonitwy byków) faktycznie chętnie przyjmują pod swój dach przybyszów i częstują, „czym chata bogata”. Kiedy zapyta się ich o wskazówkę, jak gdzieś trafić, to nawet jeśli nie potrafią wyjaśnić – zaprowadzą. Na drogach, jeśli trąbią, to zwykle po to, żeby kogoś przywitać. Na środku skrzyżowania zatrzymują się w podobnym celu. Kierowca autobusu potrafi „zgarnąć” spóźnionego pasażera kilkaset metrów przed przystankiem, na którym ten zwykle wsiada. Recepcjonistka w przychodni potrafi przez 15 minut tłumaczyć przez telefon, jak dotrzeć do przychodni, mimo że docierająca, ociekająca deszczem, już dawno chciała się poddać. Znajomy potrafi przejechać całą wyspę, żeby tylko pomóc coś załatwić, zorganizować, podrzucić, odebrać. I wszyscy się uśmiechają! Kilka dni temu zrobiłam eksperyment i poobserwowałam kierowców mijanych samochodów. Wszyscy się uśmiechali! Aż sama nie wierzyłam! Oczywiście, nie jest tak, że każdy ma tutaj uśmiech 24/7/365. Tu się normalnie toczy życie. Są radości, ale są i smutki. Są zachwyty i jest rozpacz. Ale jest też inne podejście do życia. Znakomita większość osób wybiera radość. Wybiera śmiech zamiast łez. I akceptowanie rzeczywistości zamiast próby zmienienia tego, czego zmienić się nie da. Dziś usłyszałam od znajomej, że w trudnych chwilach powtarza sobie: „Najważniejsze, że żyjemy”. I ma rację. Kolejnym zaskoczeniem były tutejsze święta i zwyczaje. Na Azorach mówi się, że w archipelagu jest 8 wysp i jeden park rozrywki. Ten park rozrywki to właśnie Terceira. Tylko tutaj można dostać dzień wolny ze względu na gonitwę byków lub zakończenie karnawału! Tylko tutaj właściciel potrafi zamknąć sklep w ciągu dnia, bo koniecznie musi obejrzeć touradę. Tylko tutaj święto św. Jana potrafi trwać półtora tygodnia. Tylko tutaj można dostać za darmo przyniesiony przez kogoś chleb lub… reklamówkę mięsa. Bo akurat w pobliskim imperio (mała kapliczka ku czci Ducha Świętego, w której odbywają się liczne uroczystości w okresie powielkanocnym) jest święto i roznoszą wszystkim okolicznym mieszkańcom. Tylko tutaj grupa przyjaciół zbiera się, żeby odwiedzić wszystkich znajomych, popijając likier i podziwiając bożonarodzeniowe szopki. Co kraj, to obyczaj, jak mawiają. I żeby się o tym przekonać, nie trzeba – jak widać – jechać do Azji ani na Dziki Zachód. Ludzie i inna kultura to – poza przyrodą – moje największe tutejsze odkrycia. Ale miałam też kilka własnych, prywatnych odkryć. Odkryłam na przykład, że brudzenie się może być bardzo dobrym doświadczeniem. Chwytanie mokrych, pokrytych mchem gałęzi, zjeżdżanie na tyłku po mokrej trawie, wpadanie do pół łydki w błoto – to znakomita zabawa. Wiedziałam o tym jako dziecko, kiedy dopiero co przebrana na przyjazd gości w śnieżnobiałą sukienkę pędziłam do piaskownicy i wracałam równie brudna, jak byłam kilka minut wcześniej – ale dorastając, zapomniałam o tym. Wymaga się od nas czystości, elegancji, szyku. A czasem dobrze po prostu wskoczyć do kałuży i się roześmiać w głos. Sprawi nam to prawdopodobnie więcej radości niż przyciasny gorset obyczajów. A propos zjeżdżania na tyłku – odkryłam, że wszystko czyści się tu wybielaczem. W tym, schody prowadzące do oceanu na kąpieliskach. Ale tylko na tych strzeżonych. Te schody, które nie są regularnie czyszczone, szybko zarastają i stanowią zagrożenie dla życie dla osób tak nieświadomych, jak ja. Moje doświadczenie ze schodami doprowadziło mnie do wniosku, że albo strzeżone kąpielisko, albo piaszczysta plaża. Jakie było to doświadczenie? Otóż pewnego pięknego dnia wybrałam się ze znajomym nad wodę. Piękne miejsce, między skałami, z widokiem na Monte Brasil (góra złożona z trzech prawdopodobnie wygasłych wulkanów, „przylepiona” do Angry, największego miasta na wyspie). Po prostu raj! Oczywiście zdecydowałam, że do wody wchodzę pierwsza. Jeden krok, drugi – i krótka myśl: „Ja nie chcę jeszcze umierać”. Poślizgnęłam się na schodach, spadając, mocno uderzyłam tyłkiem albo o te schody, albo o podwodną skałę. Tuż przed zanurzeniem się instynktownie nabrałam powietrza, a już pod wodą powtarzałam powyższą myśl. Wynurzanie się trwało w nieskończoność. Kiedy w końcu znów znalazłam się z głową ponad falami, dziękowałam, że żyję. Kąpiel była krótka, obity i podrapany tyłek leczyłam przez dłuższy czas, a strach przed poślizgnięciem się pozostał do teraz. Cóż, jedna z moich lekcji. Kolejna lekcja brzmi: pamiętaj o ochronie przed słońcem. Nawet jeśli masz na głowie ciekawsze sprawy, takie jak wspinanie się na najwyższy szczyt Portugalii. W lipcu wybrałam się ze Stowarzyszeniem Os Montanheiros (stowarzyszenie zajmujące się tutejszą przyrodą
Cztery miesiące na środku Atlantyku

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że