Winobranie, winnice i wino, czyli odkrywam raj w Biscoitos

Winobranie, winnice i wino, czyli odkrywam raj w Biscoitos Kilka dni temu poszłam po raz pierwszy w życiu na winobranie. Tym samym spełniłam swoje marzenie sprzed kilkunastu lat. Co się działo kilkanaście lat temu? Otóż kilkanaście lat temu spacerowałam wśród winnic w Niemczech. Zachwycona. Rozległe wzgórza wypełnione rzędami dojrzewających w słońcu winogron. Delikatny szum liści. Coś pięknego! Myślałam wtedy: też chcę! Też chcę wziąć udział w winobraniu. Chcę się przyczynić do powstania wina! To read an English version of this article click HERE. Mijały lata, a ja podziwiałam kolejne winnice jako gość Podziwiałam winnice w Biscoitos, podziwiałam winnice na Pico, słuchałam opowieści o wytwarzaniu wina w Porto, czytałam nawet artykuły o winie w Polsce! A w tym roku zaczęłam regularnie spacerować wśród winnic. Nie żebym robiła to celowo. Po prostu moja droga na plażę przebiegała przez winnice. Widziałam je codziennie. A po jakimś czasie – zaczęłam o nich rozmawiać. Z różnymi osobami. Jedną z tych osób był – jak się okazało – właściciel jednej z winnic w Biscoitos. Po kilku rozmowach zaproponował mi udział w winobraniu. Prawie podskoczyłam z radości! Co najmniej raz w tygodniu dopytywałam, czy to już. Aż w końcu kilka dni temu odbyło się winobranie. Z moim udziałem. Nie posiadałam się ze szczęścia! Wstałam skoro świt, ubrałam się na czarno od stóp do głów (żeby nie było widać plam od ciemnych winogron) i ruszyłam ku przygodzie. Na miejscu dostałam wiadro, parę rękawiczek i sekator. I krótką instrukcję, które winogrona obcinać, a które nie nadają się do użytku. I już byłam gotowa do pracy! Na Azorach wino hoduje się inaczej niż w winnicy, którą widziałam w Niemczech. Winorośle nie są tu podwieszane na pionowych konstrukcjach, ale rosną poziomo na czarnych skałach wulkanicznych. O tym, dlaczego tak jest, pisałam w artykule „Wino z Biscoitos”. Winogrona kryją się pod liśćmi Przed rozpoczęciem pracy rozejrzałam się po winnicy. I przypomniała mi się opowieść kolegi o jego pierwszym winobraniu. Mówił: „Spojrzałem z góry na winorośl i pomyślałem, że nie ma tam żadnych winogron. Ale kiedy podniosłem gałąź, zdziwiłem się”. Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia i przykucnęłam przy mojej pierwszej winorośli. Podniosłam gałąź i zobaczyłam raj. Piękne fioletowe grona czekały bezpiecznie pod liśćmi, aż ktoś się nimi zainteresuje. Zabrałam się do pracy. Wiadra wypełniały się jedno po drugim Musiałam bardzo uważać, gdzie stawiam stopy na luźnych wulkanicznych kamieniach. Żeby nie połamać nóg. A moje odsłonięte kostki szybko zaczęły się pokrywać zadrapaniami od ostrych gałęzi winorośli. Ale pracowałam. Ja i kilkunastu panów o średniej wieku ok. 60-65 lat. Wiadra wypełniały się jedno po drugim. Przesypywaliśmy ich zawartość do wielkich pojemników, które kilku co silniejszych panów zanosiło na przyczepy samochodów. I tak przez kilka godzin. Aż wszystkie winogrona były zebrane, wszystkie pojemniki pełne i można było zawieźć owoce do adegi, czyli miejsca produkcji wina. Następnego dnia było oddzielanie winogron od szypułek i wyciskanie soku z owoców. Ten etap już tylko obserwowałam. Do szypułkowania winogron panowie używali specjalnie w tym celu zbudowanej maszyny. Sok zaś wyciskany był w wielkiej drewnianej prasie. Winogrona były ładowane do czegoś na kształt beczki, która dociskana była z góry kawałkami drewna. Wyobraźcie sobie ręczny lewarek, tylko działający w dół, nie w górę. To było coś w tym stylu. Sok płynął do wielkiej miednicy, a stamtąd specjalnym urządzeniem przepompowywany był do olbrzymich pojemników ze stali nierdzewnej. Takich po 500 czy po 1000 litrów. Oczywiście nie działo się to samo. Wymagało ogromu pracy i potu, i wielu plam od soku z winogron na koszulach pracujących przy tym mężczyzn. W przyszłym roku to wino pojawi się na stołach podczas Festas do Espírito Santo Zawsze się zastanawiałam, skąd się bierze wino serwowane podczas obchodów świąt Ducha Świętego. Teraz już wiem! I w przyszłym roku będę wypatrywać „naszego” wina! Część soku z winogron zostanie przerobiona na lokalny alkohol zwany angelica. Dostałam niedawno butelkę takiego, niebo w gębie! A co się stanie z szypułkami? Szypułki wrócą do ziemi jako nawóz. W tym procesie nic się nie może zmarnować! Nigdy nie wiadomo W winobraniu poza mną brał udział jeszcze jeden chłopak mniej więcej w moim wieku. I moją, i jego uwagę przykuł fakt, że wszystkie pozostałe osoby mają ok. 60-65 lat, może więcej. To osoby z ogromną wiedzą i ogromnym doświadczeniem. Mam nadzieję, że jeszcze długo pożyją, ale zastanowiło mnie, co się stanie z winoroślami na Terceirze, kiedy ich zabraknie. Mówią wprost, że na lokalnych winoroślach prawie się nie zarabia. Zajmują się winoroślami, bo to całe ich życie. Cała ich wiedza jest w ich głowach. Nie mają mądrych książek, tylko słuchają roślin. Wiedzą, kiedy trzeba je nawieźć, kiedy przyciąć, kiedy zebrać plony. Wiedzą, które odmiany są odporne na zmorę winorośli, filokserę, a które trzeba zaszczepić. Nie wynajmują osób na winobranie, tylko pomagają sobie nawzajem. Kochają ziemię, kochają winorośle. I mimo swojej siły i olbrzymiej energii, mają coraz więcej, nie coraz mniej lat. Zapytali mnie, pół żartem, pół serio, czy planuję kupić winnicę. Odpowiedziałam: „Nigdy nie wiadomo”. Azory Przeczytaj więcej artykułów o Azorach 2016-11-03 Blogosfera | Polka na Azorach W podróży przez życie liczy się każdy krok Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury! Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i… 2017-01-30 Blogosfera | Polka na Azorach Terceira – oto jestem! Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy… 2017-05-19 Blogosfera | Polka na Azorach Cztery miesiące na środku Atlantyku Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym…
Serreta, czyli dokąd co wrzesień wędrują mieszkańcy Terceiry

„W ten weekend jest Serreta, chcesz iść z nami?” – zapytała mnie kilka dni temu koleżanka. Chciałam. Założyłam wygodne buty, okulary przeciwsłoneczne, spakowałam do plecaka jedzenie, zapas wody, bluzę i kurtkę przeciwdeszczową – i w drogę. Serreta to taka terceirska Częstochowa Do Serrety co roku odbywają się pielgrzymki. Mieszkańcy Terceiry wędrują do sanktuarium w Serrecie z każdej części wyspy. Niektórzy wręcz obchodzą wyspę dookoła, robiąc przy tym pieszo ok. 80 km. Jedni wędrują, żeby o coś prosić. Inni, żeby podziękować za miniony rok. Jeszcze inni, żeby spotkać się ze znajomymi, napić się piwa i zjeść bifanę. (Bifana to wspominana przeze mnie często bułka z kotletem, dostępna w prawie każdej taszce, czyli takim foodtrucku). I żeby zobaczyć touradę à corda i pokibicować capinhas. To read an English version of this article click HERE. W tym roku z wiadomych powodów nie zorganizowano wielkiego święta. Zwykle są taszki, muzyka i fajerwerki. W tym roku – tylko pielgrzymi wędrujący pieszo ulicami Terceiry przez cały tydzień. I pan z żelem do dezynfekcji rąk na wejściu do kościoła. Nossa Senhora dos Milagres – Nasza Pani od Cudów Na Azorach i w Portugalii bardzo czczona jest Nossa Senhora dos Milagres, czyli Nasza Pani od Cudów. W Serrecie znajduje się sanktuarium jej imienia. Znajduje się w nim obraz pod tym samym wezwaniem. Mówi się, że obraz ten ocalił w XVII w. uciekającego przed niebezpieczeństwem księdza. W ramach podziękowania za opiekę ksiądz wybudował kapliczkę, w której umieścił obraz. Było to na terenie dzisiejszej Serrety. Po śmierci księdza obraz przeniesiono do kościoła w pobliskiej wioski Doze Ribeiras. Obraz ten służył terceirczykom podobnie jak obraz Matki Boskiej Częstochowskiej Polakom. W XVII w. Portugalia była zaangażowana w wojnę między Francją i Hiszpanią a Wielką Brytanią. Terceira, mała wyspa, była w tej wojnie praktycznie bezbronna. Mieszkańcy zwrócili się do Naszej Pani od Cudów z prośbą o ochronę. Obiecali, że jeśli wyspa nie doświadczy żadnego ataku ze strony nieprzyjaciół, zorganizują coroczne święto ku czci Naszej Pani od Cudów. Co zrobili. Święta ku czci Naszej Pani od Cudów Pierwsze święto z cyklu Festas da Nossa Senhora dos Milagres odbyło się 11 września 1764 r. W 1842 r. wybudowano kościół w Serrecie, przeniesiono do niego z powrotem cudowny obraz – i od tego czasu święta odbywają się już regularnie. A od 2006 r., kiedy to kościół został podniesiony do rangi sanktuarium, święta mają jeszcze bardziej podniosły charakter. To święta religijno-świeckie, które bardzo wtapiają się w obraz wyspy. W dniu mojej zaplanowanej pielgrzymki kolega zapytał mnie, czemu nie zostaję dłużej na plaży. Przecież jest przepiękna pogoda, a w domu można się ugotować. Odpowiedziałam: „Bo idę do Serrety”. I wszystko było jasne. Serreta to lokalny kod, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Serreta łączy ludzi Weekend Serrety to jedno z największych wydarzeń w ciągu terceirskiego lata. Łączy starych i młodych, wierzących i niewierzących, rozrywkowych i spokojnych. Fenomenem Terceiry jest to, że można tu naprawdę poczuć równość wszystkich ludzi. Święta w Serrecie są jedną z okazji do doświadczenia tej jedności. Nie ma lepszych i gorszych, wszyscy są tak samo ważni i tak samo serdecznie witani. Czy nie o takie więzi społeczne nam chodzi? Blogosfera Przeczytaj więcej artykułów w tej kategorii 2018-01-25 Polka na Azorach 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie… 2019-07-29 Polka na Azorach Pamiątki z Azorów Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że… 2020-03-08 Polka na Azorach Azory – jakie wyspy wybrać Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić,…
Capinha, tourada i byki, czyli terceirska tradycja od kuchni

Capinha, tourada i byki, czyli terceirska tradycja od kuchni Pisałam Wam niedawno, że wzięłam udział w wydarzeniu, w którym nie spodziewałam się uczestniczyć. Ktoś zgadł, że to coś związanego z bykami. To coś – to był Festival de capinhas. Festiwal capinhas. Zaczęło się od tego, że mój znajomy, João, powiedział: „W piątek mamy festiwal capinhas, chcesz przyjść?” To read an English version of this article click HERE. Ku własnemu zdziwieniu – chciałam. Oglądałam swobodnie biegające po arenie byki i capinhas [czyt. kapińjasz], czyli osoby, które – jak się tu zwykło mawiać – bawią się z bykami. W tym mojego znajomego, João. Zrozumiałam, co tylu mieszkańców Terceiry może widzieć w tego typu wydarzeniach. Adrenalina i emocje Pojawia się podziw dla byków i dla capinhas. Adrenalina i emocje, które idą w górę jeszcze bardziej, kiedy byk przeskakuje przez barierki. Albo kiedy na środku areny widzi się kogoś znajomego. Spoglądającego prosto w oczy biegnącego na niego byka. Byłam już na kilku tradycyjnych terceirskich touradach à corda. (To wydarzenia, podczas których byki biegają po ulicach; pisałam o tym dokładniej w artykule „Tourada à corda”). Ale na festiwalu capinhas byłam po raz pierwszy. Nawet musiałam dopytać, kim są capinhas, nie znałam tego słowa. Dowiedziałam się, że capinhas to osoby, które podczas tourad pojawiają się na drodze biegu byka i zwracają na siebie jego uwagę. Drażnią go, wołają w inne miejsce. Używają do tego płachty, parasolki albo rąk. Tak, rąk. Niektórzy kładą je na głowie byka i zataczają z nim kółka. Mój znajomy João znany jest wielbicielom tourad właśnie jako capinha Po festiwalu pomyślałam, że może Was zainteresować, jak wygląda „świat byków” od środka. W końcu wiele osób przylatuje na Terceirę właśnie ze względu na tourady! Przeprowadziłam więc wywiad z João i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Jak to się zaczęło? Siadamy i zaczynamy rozmawiać. Na początek pytam João o jego historię z touradą i z bykami. „Jestem z Terceiry, byki mam we krwi” – odpowiada. I zaczyna mówić o tym, że już jako dziecko chodził na tourady, żeby oglądać na nich swojego dziadka. Jego dziadek był capinhą, on też chciał. Zawsze był ciekaw, jak to jest – stanąć z bykiem oko w oko. Aż w końcu nadszedł ten pierwszy raz. „Poszedłem raz – i tak już zostało”. Pytam João, jaka jest rola capinhas podczas tourady „Capinha ma za zadanie ożywić touradę. Bez capinhas nie ma tourady. Byk biega w tę i z powrotem na ulicy, nic się nie dzieje. Osoby, które lubią tourady, lubią też capinhas i to, co robimy. Rolą capinhas jest zabawienie uczestników tourady”. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. Wydawało mi się, że capinhas chodzą na tourady bardziej dla siebie niż dla widowni. A tu niespodzianka. Chociaż nie da się zaprzeczyć, że w tej roli pojawiają się osoby, które lubią adrenalinę. „Czujemy adrenalinę. Wystrzał z racy – i po prostu się to czuje. Bawimy się z bykiem, ale to niebezpieczna zabawa. Czujemy oddech byka blisko siebie. To niebezpieczeństwo, ale takie… dobre niebezpieczeństwo.” Żeby zostać capinhą, trzeba po prostu chcieć I pojawić się na touradzie. Nie trzeba nikogo uprzedzać, tourada to wydarzenie otwarte dla wszystkich. Wiele nowych osób zwraca się jednak z prośbą o pomoc do capinhas lepiej obeznanych w temacie. Byk potrafi ważyć nawet tonę, budzi strach i respekt. Początkującym śmiałkom towarzyszą więc czasem capinhas z większym doświadczeniem. Turystom czasem też, ale to zwykle turyści zostają ranieni przez byka. Bo nie wiedzą, jak się zachować. A przypominam (patrz: artykuł „Tourada à corda”), że ubezpieczenia nie obejmują szkód wyrządzonych przez byka. Dla własnego bezpieczeństwa zostawcie więc zabawy z bykiem osobom z większym doświadczeniem. Podstawową zasadą na touradach jest bezpieczeństwo Ludzi i byków. Capinhas bawią się z bykiem, biegają. Ale kiedy widzą, że byk jest bardzo groźny, nie ryzykują życiem. „To nie jest nasze źródło utrzymania” – mówi João. „Idziemy na touradę, żeby się dobrze bawić i zabawić publiczność, ale każdy z nas chce wrócić do domu. Co innego profesjonaliści, np. w Hiszpanii. Całe ich życie to byki. My idziemy do swojej pracy, wychodzimy z niej wieczorem i idziemy na touradę. I chcemy wrócić z tourady cali i zdrowi. Miałem już cztery poważne wypadki, raz zaliczyłem uderzenie w głowę i straciłem przytomność. Im mniej wypadków, tym lepiej.” Dopytuję o byki. Dowiaduję się, że capinhas i organizatorzy tourad dbają również o bezpieczeństwo byków. Kiedyś zdarzało się, że byk uderzył rogiem w mur, złamał róg i biegł dalej. Teraz już nie, teraz w takiej sytuacji byk jest natychmiast zabierany z ulicy i opatrywany. João opowiada też, że kiedy capinhas widzą, że ktoś z publiczności naraża byka na niebezpieczeństwo, natychmiast reagują i odciągają byka w inną stronę. „Chcemy bezpieczeństwa również dla byka, nie tylko dla siebie. Byk też ma swoje prawa.” Zaczynam się zastanawiać, jak capinhas przygotowują się do tourad Słyszę, że ich jedynym przygotowaniem są ewentualne „tourady” z krowami – matkami byków. Grenadierzy, czyli hodowcy bydła, chcą wiedzieć, która krowa będzie dobrą matką kolejnego dobrego byka. Dobrego, czyli dużego i odważnego, którego z dumą będzie można wystawić na touradzie. Zapraszają więc capinhas na takie „krowie tourady”. Capinhas trenują, a grenadierzy dowiadują się, w którą krowę warto zainwestować. Byki na tourady wybiera się jak najlepsze Czasem są to sławne byki. Takie, które wzięły już udział w wielu touradach i wiedzą, jak reagować na capinhas i na innych ludzi na ulicach. Kiedy indziej wybierane są byki, które nigdy wcześniej nie opuściły pastwiska i tourada jest dla nich zupełnie nowym doświadczeniem. Ale często wybór byka na touradę zależy od pieniędzy. Za dobrego byka trzeba dobrze zapłacić. Organizatorzy tourad to zwykle grupy prywatnych osób, które organizują wiele wydarzeń (działających podobnie do opisanych przeze mnie festiwali zup), żeby zebrać pieniądze na touradę. Opłaca im się sprowadzić na touradę dobrego byka. Dobry byk przyciąga uwagę większej liczby osób, a większa liczba osób to lepsza reklama dla organizatorów i większa sprzedaż w taszkach (pisałam o nich w artykule „Tourada à corda”). I wszystko się zgadza. Festiwal capinhas, na który ostatnio poszłam, jest również organizowany przez prywatne osoby Dokładniej mówiąc – przez grupę capinhas. To oni rezerwują arenę, wynajmują policję, lekarza, zajmują się promocją
Marralhinha – najpopularniejsza gra na Terceirze

Kiedy spotkałam się ze znajomymi po raz pierwszy po kwarantannie, na stół wjechała marralhinha. Ja zwykle ziewająca o 23:00 siedziałam przy grze do 2 w nocy, reszta towarzystwa zakończyła turniej o 5 nad ranem. To read an English version of this article click HERE. Tak, dobrze myślicie – marralhinha wciąga. Na szczęście nie tak, jak Jumanji (chociaż… jak tak spojrzeć na rok 2020…), ale wciąga! Marralhinha to gra z Terceiry. Poznałam ją paradoksalnie w Lizbonie, kiedy wracałam z Polski po świętach Bożego Narodzenia. (Wtedy też po raz pierwszy odczułam, jak koszmarnie zimno jest w domach w Lizbonie zimą). Do znajomych wpadli znajomi, na stole pojawiła się marralhinha. Drewniana „plansza” z wgłębieniami, szklane kulki – i wieczór nie miał końca. To gra, która wzbudza emocje W spokojnych na co dzień osobach budzi się duch walki. Każdy chce wygrać, każdy tworzy w głowie strategię. I zmienia ją po każdym rzucie kostką. Bo to gra, w której strategia miesza się ze statystyką. Kto przegrał, chętnie staje do rewanżu. Kto wygrał, jeszcze chętniej rozpoczyna kolejne rozgrywki. I tak aż do rana. Marralhinha to tradycyjna gra z Terceiry Istnieją dwie wersje historii popularności tej gry na Terceirze. Jedna mówi o tym, że przywiózł ją ze Stanów Zjednoczonych terceirski emigrant – w wersji nieco innej od obecnej. Druga wersja mówi o tym, że podobna gra była bardzo popularna w jednym z rejonów Francji i stamtąd dotarła na Terceirę. Jak było naprawdę – może kiedyś się dowiemy. A może nie. Brak pewności co do pochodzenia gry nie przeszkadza mieszkańcom wyspy w namiętnym rozgrywaniu kolejnych i kolejnych partii. Powstało nawet Stowarzyszenie Gier Towarzyskich na Terceirze! Stowarzyszenie regularnie (oczywiście poza rokiem Jumanji, tj. 2020) organizuje turnieje, w których w marralhinhę gra nawet po dwadzieścia kilka drużyn (gra się parami). Jak na Terceirę to naprawdę dużo osób. Marralhinhę możecie kupić w niemal każdym sklepie z pamiątkami. Albo bezpośrednio u rękodzielników, na przykład na różnych targach rękodzieła (są organizowane np. przy okazji Sanjoaninas LINK i Festas da Praia). Jeśli macie tylko bagaż podręczny, upewnijcie się, że wybraliście taki rozmiar gry, który zmieści się w tym bagażu. Moi znajomi pierwszą imprezę po kwarantannie zakończyli wyraźnym podziałem na wygranych (a raczej wygrane) i całą resztę, która udawała, że się nie przejmuje przegraną. Żartuję. Częściowo. Bo wyraźne wygrane były. Ale reszta też się dobrze bawiła. Ja też. Dopóki nie zmógł mnie sen, ale to już inna historia. A tymczasem – zasady marralhinhi! Gdybyście przypadkiem kupili i nie wiedzieli, jak w to grać. Albo dostali marralhinhę w prezencie. Jak moja rodzinka ode mnie. Z instrukcją po portugalsku. Półtora roku temu… Marralhinha – zasady gry (Oryginalne zasady po portugalsku TUTAJ. Poniżej – tłumaczenie na podstawie wersji zasad dostępnej 30.07.2020 r.) Przyjemnej gry!
Andreia i jej najlepsze przekąski w Biscoitos

Podchodzę do budki i widzę, że Andreia uśmiecha się do mnie z daleka. I komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” Andreia to przesympatyczna właścicielka budki z lokalnymi przysmakami w Biscoitos. Trzecia budka od kąpieliska. Znają ją tam wszyscy. Przychodzą do niej po gotowaną kukurydzę, karmelki, prażone orzeszki ziemne czy donuty. I po dobre słowo i uśmiech, którymi chętnie wszystkich obdarza. To read an English version of this article click HERE. Poznałam ją ponad trzy lata temu. Zawsze wita mnie uśmiechem i pyta, jak się czuję. Tym razem widzi mnie i komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” I opowiada, że któregoś dnia przyszedł do niej turysta i powiedział, że znają ją w Polsce. I pokazał jej zdjęcie, które udostępniłam na Facebooku i Instagramie. „Widzisz, jesteś sławna w Polsce!” – zaczynam się śmiać. I wpadam na pomysł, żeby przeprowadzić z Andreią wywiad. I na jego podstawie napisać artykuł. W artykule można przecież powiedzieć o wiele więcej niż w krótkim poście na mediach społecznościowych. Przychodzę więc w poniedziałkowy poranek z listą pytań i naładowanym telefonem, i pytam, co ona na to. Na twarzy Andrei maluje się mieszanka radości i zakłopotania. Siadamy na schodkach przed budką i zaczynamy rozmawiać. Jak to się zaczęło? 13 lat temu Andreia wybrała się na Święto emigranta (duża impreza w centrum Terceiry), żeby sprzedawać gotowaną kukurydzę. Ale że prawie ciągle padało, nie sprzedała wszystkiego. Jej tata podsunął jej pomysł, żeby poszła z tą kukurydzą w okolice kąpieliska w Biscoitos. „Może tam ci się poszczęści” – powiedział. I się poszczęściło. Andreia poszła w okolice kąpieliska w Biscoitos i tam już została. Na początku dzieliła swoją budkę z kilkoma mężczyznami, którzy nie do końca akceptowali kobietę – właścicielkę biznesu. Nie obyło się bez spięć, ale w końcu nauczyli się ze sobą funkcjonować. Każdy sprzedawał swoje produkty. Andreia zaczynała od gotowanej kukurydzy, coscorões (jedne z tradycyjnych słodyczy karnawałowych) i od orzeszków ziemnych prażonych w karmelu. Z czasem dodawała kolejne produkty: pikle, warzywa i owoce ze swojego ogródka, babeczki. Po ok. 5-6 latach zaczęła sprzedawać donuty, które dziś wszyscy tak uwielbiają. Z czasem też została w budce sama, bez wspomnianych wcześniej mężczyzn. Jedynymi mężczyznami, którzy od czasu do czasu pojawiają w jej budce po stronie sprzedawcy, są jej mąż i syn. Biznes rozwijał się powoli Najpierw przychodzili do Andrei mieszkańcy Biscoitos. Zadowoleni, opowiadali o jej produktach swoim znajomym. Stopniowo więc zaczęło pojawiać się u niej coraz więcej mieszkańców wyspy. Przyjeżdżali do Biscoitos na spacer, spędzić wolne popołudnie z rodziną. Byli zadowoleni, że mogą przekąsić coś dobrego. Stopniowo na wyspie rozwijała się również turystyka. Liczba turystów wzrastała z roku na rok aż do 2019 roku. (Choć Andreia mówi, że pod względem zawodowym najlepszym dla niej rokiem był 2018). Kto przylatuje na wyspę, jest zachwycony jej pięknem, soczystą zielenią, błękitem nieba i oceanu. I chce wracać, chce odwiedzać inne wyspy. „Coraz więcej osób odkrywa nasz raj na środku oceanu” – mówi Andreia. A co można odkryć w budce Andrei? Dla mnie budka Andrei to róg obfitości. Jest tam mnóstwo pyszności i z Terceiry, i takich, które na Terceirze się je. Co to oznacza? Że obok tradycyjnej terceirskiej babeczki Dona Amélia leży amerykański donut, również uwielbiany przez mieszkańców wyspy. Głodni pomijają ten fragment. Dary ziemi U Andrei znajdziecie wszystkie „dary ziemi”: ziemniaki, pomidory, cukinię, fasolkę szparagowę, czosnek, śliwki, jabłka, banany, arbuzy, marakuję, pomarańcze, mandarynki… Na Azorach są różne pory owocowania, więc o każdej porze roku znajdzie się coś świeżego. Przekąski Dla wielbicieli słonych przekąsek są różne rodzaje orzeszków ziemnych (np. z czosnkiem), smażony bób, chipsy, gotowana kukurydza, rissóis (rodzaj pierożków z nadzieniem, pieczonych lub smażonych w głębokim tłuszczu), empadas (coś a la nadziewane paszteciki). Jeśli ktoś lubi słodkie przekąski, znajdzie u Andrei tradycyjne terceirskie babeczki Donas Amélias, cały wybór innych babeczek (np. kokosowe, migdałowe lub… fasolowe), orzeszki ziemne z karmelem i cynamonem, amerykańskie donuty z cukrem albo lukrem, ciasta, tarty czy ciastka – cynamonowe, cytrynowe, kokosowe i in. Są też filhadinhos – typowe słodkości z Alentejo. I oczywiście nie mogło zabraknąć caramelos, czyli karmelków. Dla mieszkańców wyspy to smak dzieciństwa. Słodycze, które robiła ich babcia, kiedy inne słodycze nie były dostępne. Karmelki trudno przygotować, sama Andreia mówi, że miała wiele nieudanych prób. Wyniki pierwszych prób lądowały w koszu. Aż się nauczyła. I dziś i dzieci, i dorośli chętnie wychodzą od niej ze swoją paczką karmelków. Trochę karnawału Andreia dzieli się z mieszkańcami i turystami również smakami terceirskiego karnawału. Karnawał na Terceirze świętuje się o wiele huczniej i radośniej niż Boże Narodzenie. Są z nim związane przeróżne tradycje i przekąski. Najważniejsze z kwestii jedzeniowych są trzy rodzaje słodkości: filhoses do forno z budyniowym nadzieniem o smaku cytrynowym, filhoses fritas – coś a la płaski pączek, oraz coscorões – przypominają faworki, są cienkie i chrupiące. Wszyscy chętnie się nimi zajadają podczas karnawału. Słoiki W końcu, Andreia przygotowuje też pikle i inne produkty zamknięte w słoikach. Można znaleźć u niej miód wytworzony przez lokalne pszczoły. Pikle z kopru morskiego, gotowanych jaj przepiórczych i przeróżnych warzyw. Dużym zainteresowaniem cieszy się massa de malagueta, czyli sos z ostrej papryki – jedna z najbardziej popularnych pikantnych przypraw na wyspie. Andreia robi też dżemy: figowe, jeżynowe, winogronowe, z batatów, cukinii, gujawy truskawkowej czy uwielbiany przeze mnie dżem z ostrej papryki (doce de malagueta). Kiedy lecę do Polski, zawsze zabieram go dla mojej siostry. Smakuje przepysznie z tostami i z queijo fresco, czyli świeżym serem. Tego sera nie da się przewieźć, trzeba przyjechać po niego tutaj! Głodni mogą znów zacząć czytać. Skąd pomysły na produkty? Pytam Andreię, skąd bierze pomysły na produkty. Zaczyna się śmiać: „Z mojej szalonej głowy”. Mówi, że chce, żeby jej klienci byli usatysfakcjonowani. Dlatego sprawdza, co im smakuje, po co wracają. Od lat największym powodzeniem cieszą się gotowana kukurydza i donuty, ale pozostałe produkty też mają swoich klientów. Kto idzie na plażę, chętnie do niej zagląda czy to rano, czy po południu. Jest też sporo osób, które wybierają się na niedzielne spacery z rodziną. W czasie świąt, imprez czy tourad (których w „normalnym”,
Wielkanoc na Terceirze

To już moja czwarta Wielkanoc na Terceirze Pytacie mnie czasem, jak wygląda Wielkanoc na Terceirze. Powiem Wam, że dość podobnie, jak w Polsce. Jest to święto przede wszystkim religijne, ale też rodzinne. To czas na spotkania w dużym gronie, z bliskimi. Triduum Paschalne Wielkanoc to święto religijne, najważniejsze w Kościele katolickim. Celebrowane jest więc przede wszystkim w kościele. To read an English version of this article click HERE. Wielki Czwartek – wspomnienie Ostatniej Wieczerzy W Wielki Czwartek odprawiana jest Msza Wieczerzy Pańskiej. Przypomina ona o Ostatniej Wieczerzy i ustanowieniu sakramentu kapłaństwa. Obrzęd obmycia nóg z kolei przywołuje przykazanie miłości. Na koniec mszy Najświętszy Sakrament przenosi się z ołtarza w inne, odosobnione miejsce. Wielki Piątek to w Portugalii święto Również w tym sensie, że jest to dzień wolny od pracy. Wyobrażacie sobie moje zdziwienie, kiedy jeszcze w 2017 r. poszłam w Wielki Piątek w poszukiwaniu żurku do sklepu międzynarodowego, a ten był zamknięty? Nie wyobrażacie sobie? To spróbujcie znaleźć ten żurek w Poniedziałek wielkanocny. Wrażenia będą podobne. Tak poza tym, że w Portugalii nikt o żurku nie słyszał i sklep międzynarodowy był moją ostatnią deską ratunku. Tradycyjnie w Wielki Piątek obowiązuje „jejum e abstinência”, czyli post i abstynencja. Co one oznaczają? Post oznacza ograniczenie ilości spożywanych posiłków. Obecnie mówi się, że można zjeść jeden posiłek do syta i niewielkie ilości pozostałych posiłków. Abstynencja to zaś ograniczenie jakościowe spożywanych posiłków, ze wskazaniem na unikanie mięsa. Ryby są dozwolone. (Ciekawe jest to, że według Kościoła w Portugalii, abstynencja od mięsa dotyczy wszystkich piątków w roku, ale jeszcze nie spotkałam Portugalczyka, który by tego przestrzegał. Ba, jeszcze nie spotkałam Portugalczyka, który by w ogóle o tym zaleceniu wiedział. Wszyscy się za to dziwią, że taka tradycja przestrzegana jest w Polsce). W Wielki Piątek osoby wierzące starają się również utrzymywać abstynencję od innych posiłków i aktywności, które mogą im sprawiać przyjemność. Wielki Piątek to dzień bez mszy świętej. Odbywa się za to liturgia słowa i adoracja krzyża jako symbolu śmierci Chrystusa. A późnym wieczorem – Via-sacra, czyli Droga Krzyżowa na ulicach miasta czy wsi. Wielka Sobota – bez święcenia jajek W Polsce Wielka Sobota kojarzy nam się z przygotowywaniem pisanek i święceniem koszyczków. W Portugalii, na Azorach, na Terceirze – nie ma takiej tradycji. Wielka Sobota jest dniem ciszy, bez mszy świętej. Dopiero wieczorem, po zapadnięciu zmroku, wierni wybierają się na najważniejszą w roku liturgicznym Eucharystię – Wieczerzę Paschalną. Wieczerza Paschalna składa się, podobnie jak w Polsce, z czterech liturgii. Są to: Niedziela wielkanocna to czas dla bliskich W niedzielę wielkanocną dzwony kościołów biją na znak Zmartwychwstania Chrystusa, a rodziny gromadzą się na wspólnym obiedzie. Tradycyjnym daniem wielkanocnym na Terceirze jest jagnię. I typowy dla Portugalii słodki chleb massa sovada z jajkiem na wierzchu. Nikt nie słyszał o sałatce jarzynowej, o jajkach z majonezem ani o żurku na śniadanie. Wszyscy za to wiedzą, że Wielkanoc na Terceirze to czas dla rodziny. To czas na spotkania z najbliższymi. I obdarowanie ich czekoladowymi jajkami/kulkami (amendoins doces) w przeróżnych wersjach. I w dużych ilościach. Tutaj również dzieci ochoczo szukają jajek i słodyczy ukrytych w domu lub ogrodzie (caça aos ovos), tutaj również wszyscy się cieszą swoją obecnością. Odwiedza się rodziny, przyjaciół. To czas na zacieśnianie więzi. Zwłaszcza że w niedzielę kończy się świętowanie, w poniedziałek trzeba już iść do pracy. Kiedyś w końcu trzeba odpracować wolny Wielki Piątek. A potem – Festas do Espírito Santo Tak naprawdę Wielkanoc na Terceirze to wstęp do Festas do Espírito Santo, czyli celebracji Ducha Świętego. To typowa dla Terceiry tradycja, którą świętuje się po dziś dzień. Zainteresowani? Poczytajcie o niej więcej. I koniecznie przyjedźcie zobaczyć to na żywo! To już moja czwarta Wielkanoc na Terceirze Każda była inna. Raz zrobiłam znajomym z Terceiry typowo polskie śniadanie wielkanocne i zadziwiłam ich ilością dań z jajkami. Tak, tak, polska Wielkanoc jajkami stoi. Raz miałam polsko-hiszpańsko-włoskie śniadanie i miałam okazję poznać tradycje innych krajów. Moi koledzy nawet przygotowali pisanki! A w zeszłym roku niedzielę wielkanocną spędziłam bardzo aktywnie, ze znajomymi na szlaku. 8000 kroków zaliczone przy pierwszej górce. Normalnie jak króliczki Duracella. Teraz mamy rok 2020 i etap koronawirusa Wszystko zamknięte, a od 9 do 13 kwietnia w Portugalii nie można się przemieszczać pomiędzy gminami. Na Terceirze też. Kto mieszka w Angrze, nie może w tym czasie jechać do Prai – i odwrotnie. Chodzi o to, żeby ludzie nie jeździli na Wielkanoc do rodziny i się wzajemnie nie zarażali. W tym roku po raz pierwszy moja Wielkanoc na Terceirze będzie przebiegała w zamknięciu. Podobnie jak wszystkie inne dni w tym momencie. Ale żurek w paczce mam, jestem przygotowana! A poza żurkiem mam też nadzieję, że sytuacja, w której jesteśmy, się niedługo poprawi. Żebyśmy chociaż ostatnie niedziele Festas do Espírito Santo mogli świętować na całego. Czego sobie i Wam wszystkim życzę.
Carnaval na Terceirze

Carnaval na Terceirze, czyli wielki karnawał na małej wyspie. Carnaval (czyli karnawał) jest jednym z wydarzeń, na które mieszkańcy wyspy czekają przez cały rok. A ledwo się skończy – leczą przeziębienie i czekają na następny. I następny. I następny. To tradycja, której zdecydowanie warto się przyjrzeć. Przeprowadzę Was przez nią moimi oczami. To read an English version of this article click HERE. „Musisz iść na karnawał!” – słyszę. Ale jak to „muszę”? Karnawał jak karnawał, każda okazja do świętowania jest dobra, a ja w tej chwili nie mam ochoty świętować. No i jak to – że karnawał trwa od soboty aż do wtorku? I że wtorek (polskie Ostatki) to niby dzień wolny tylko dlatego, że jest impreza? I część instytucji publicznych ma też wolny poniedziałek? No jak to? Ale dobrze. Zakładam skórzaną sukienkę, maluję czarną pajęczynę wokół oczu i wychodzę. Później słyszę, że mój strój bardziej pasował do Halloween niż do karnawału. Że to na Halloween jest mrocznie, a na karnawał dziko i kolorowo. Ale nie szkodzi, idę sprawdzić, wokół czego tyle zamieszania. Przed wyjściem z baru znajomego jeszcze widzę chłopaka w różowej baletowej spódniczce i różowych tiulowych skrzydłach. Wychodzę. Idę na Rua de São João. A tam impreza na całego. Rua de São João to jedna z ulic prowadzących od głównej Rua da Sé do mariny w Angrze. Podczas karnawału (podobnie jak podczas Sanjoaninas) staje się imprezowym centrum wyspy. Wszyscy, którzy kochają zabawy kostiumowe, docierają właśnie tutaj. Zwłaszcza w ostatnią sobotę i… poniedziałek karnawału. Tak, poniedziałek – w końcu wtorek jest wolny i można odespać. Stworzenie wymyślnego, oryginalnego kostiumu to wyzwanie, którego wiele osób z radością się podejmuje. Kombinują, kupują, zamawiają, szyją, dziergają, tną, kleją, malują… Im bardziej wyraziście i kolorowo, tym lepiej. Na ulicach widać czarownice, piratów, żaby, rycerzy, drzewa, a nawet Fridę Kahlo. „To po to w sklepach te kostiumy Spidermana i pokojówki, i maski, i kapelusze w przeróżnych kolorach i kształtach” – myślę. I obserwuję grupki roześmianych ludzi, którzy bawią się, jakby to była najlepsza impreza ich życia. Kto wie, może jest. Kolejna najlepsza będzie w poniedziałek. Kolejna – podczas Sanjoaninas. A potem znów karnawał. Chodzę i przyglądam się ludziom. Sama jestem w nastroju mało zabawowym, to w końcu luty 2017, początki mojego pobytu na wyspie, kiedy jeszcze nie wiem, co i jak, za to czuję, jak bardzo jestem inna. Niby na ulicy jest tłum, ale jakoś nie umiem się w tym tłumie zgubić. Wracam do domu z poczuciem, że to fantastyczna tradycja, ale nie moja. Może kiedyś się do niej przekonam, może nie. Ale na pewno jest to impreza, którą warto zobaczyć. Za to bailinhos podbijają moje serce. O bailinhos też mówią wszyscy wokół. I wszyscy się dziwią, że nie wiem, co to jest. Cóż, to tradycja typowa dla Terceiry, więc nic dziwnego, że jej nie znam. Ale szybko poznaję. Bailinhos to grupy teatralno-muzyczno-taneczne, złożone głównie z amatorów, które są tworzone specjalnie na okres karnawału (ostatni weekend, od soboty do wtorku). Autorskie scenariusze, muzyka, układy choreograficzne, specjalnie szyte kostiumy we wszystkich kolorach tęczy, długie weekendowe i wieczorne próby… To wszystko po to, żeby przez cztery dni jeździć od ośrodka kultury do ośrodka kultury i komentować ze sceny współczesną społeczną i polityczną rzeczywistość. Zarówno lokalną, zrozumiałą tylko dla mieszkańców wyspy czy wręcz gminy, jak i ogólnoświatową. Czasem w grupach znajdują się profesjonaliści, ale zwykle bailinhos zostają osoby, które mają swoje inne prace i zajęcia – i tylko na okres karnawału przywdziewają barwny kostium i wchodzą na scenę. Niektórzy niezmiennie co roku od dwóch dekad. Albo i dłużej. Bo to zajęcie, które wciąga. Zanim to jednak nastąpi, bailinhos czekają długie tygodnie przygotowań. Karnawał to wydarzenie na tyle ważne, że w szkołach przekładają terminy sprawdzianów z jego powodu! Moje pierwsze zetknięcie z bailinhos składa się głównie z pytań zaczynających się od „Ale jak to?” Ale jak to nie ma żadnego harmonogramu? Ale jak to nie wiadomo, kiedy przyjedzie następna grupa? I kto będzie tą następną grupą? Ale jak to nie macie pojęcia, ile będzie trwało? Ale jak to macie jedzenie i picie, i koce? Naprawdę macie zamiar siedzieć tu od popołudnia aż do rana?? Podczas pierwszego spotkania z bailinhos nie rozumiałam nie tylko ani słowa ze sceny, ale też nie rozumiałam całego kontekstu kulturowego. W małych i większych ośrodkach kultury ludzie przychodzą jak najwcześniej, zajmują sobie miejsca, obkładają się kocem i siedzą faktycznie od popołudnia aż do świtu. Oglądają przedstawienie za przedstawieniem, komentują, porównują do tego, co dana grupa pokazała w zeszłym roku. Zastanawiają się, którzy bailinhos są w tym roku najciekawsi, oceniają scenografie i kostiumy, czekają z niecierpliwością, aż na scenie pojawi się ich sąsiad, córka albo sprzedawca ryb. Chodzą do baru na bifany i częstują się nawzajem ciastkami. Tak, przy każdym ośrodku kultury na czas karnawału jest otwarty bar, w którym można kupić bifanę (wspominana już przeze mnie kilka razy bułka z kotletem, absolutny hit każdego wydarzenia), piwo oraz inne napoje i przekąski. Poza tym, każdy jest zazwyczaj dobrze zaopatrzony w chipsy, ciastka i oranżady. Karnawał to nie jest czas na zdrowe odżywianie, zresztą na wyspę niestety jeszcze ten trend nie dotarł. Na karnawał docierają za to liczne bakterie i wirusy. Nic dziwnego, że po całonocnych imprezach na ulicach i siedzeniu do rana na salach pełnych ludzi duża część osób później chodzi i kaszle, kicha i kuli się z zimna. Niektóre osoby, chcąc uniknąć choroby, wybierają oglądanie występów bailinhos w wygodnym fotelu we własnym domu. Tak, niektóre występy są nadawane na żywo przez lokalną telewizję. To nie to samo, co uczestniczenie w tym wielkim wydarzeniu społecznym na żywo, ale zawsze jest to opcja dla tych, którzy nad emocje na żywo przekładają swój komfort i zdrowie. Lub po prostu nie mają możliwości wyjścia z domu. Ale wracając do moich „Ale jak to?” – to wszystko, czego nie byłam pojąć przy pierwszym moim zetknięciu z bailinhos, stało się całkowicie normalnym już w następnym roku. Nuciłam do karnawałowych piosenek lecących w kółko w radiu, siedziałam ze znajomymi na twardej ławce w ośrodku kultury, śmiałam się z lokalnych żartów, głośno klaskałam w rytm skocznej muzyki i komentowałam wyjątkowo piękne
Dia de Amigos, czyli Dzień Przyjaciół na Azorach

Dia de Amigos, Dia de Amigas, Dia de Compadres, Dia de Comadres… Na Azorach wyjątkowo intensywnie świętuje się ostatnie cztery czwartki karnawału. Dzień Przyjaciół, Dzień Przyjaciółek, Dzień „Współojców” i Dzień „Współmatek” to święta wyjątkowe, typowe dla archipelagu azorskiego. I nadal ważne, szczególnie te dwa pierwsze. A jak to się zaczęło? To read an English version of this article click HERE. Historia obchodów tych świąt ma prawdopodobnie około 100 lat. Sąsiedzi gromadzili się, żeby przygotować kukurydzę, pszenicę i inne zboża na zbliżające się Festas do Espirito Santo, czyli uroczystości ku czci Ducha Świętego. Żeby się nie nudzić, zajmowali sobie czas poezją i przyśpiewkami. Więzi między sąsiadami zacieśniały się, a wiersze i utwory muzyczne coraz chętniej wychwalały przyjaźń. Po jakimś czasie tradycyjne przygotowania do Festas do Espirito Santo przestały mieć aż takie znaczenie. Spotkania w niewielkich grupach zastąpiono organizacją na poziomie gminy. Przyjaciele i znajomi nadal jednak chętnie się spotykali. Wartością stało się wspólne spędzanie czasu i celebrowanie znajomości. Dziś Dzień Przyjaciół i Dzień Przyjaciółek są jednymi z najchętniej obchodzonych świąt na Terceirze. Czwarty czwartek przed końcem karnawału to Dzień Przyjaciół. Wszystkie panie zostają w domu, a na ulice wyspy wylegają grupy panów. Grupy te mogą liczyć zarówno trzy osoby, jak i trzydzieści – wedle zasady „przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem”. Takie spotkanie to okazja do wyrwania się z rutyny codziennego życia, do psychicznego odpoczynku i zobaczenia się z tymi, z którymi czasem nie widziało się od długiego czasu. A dla lokalnych lokali gastronomicznym – dla podbudowania swojego budżetu. Trzeci czwartek przed końcem karnawału należy do pań. Często fantazyjnie, karnawałowo ubrane grupy kobiet świętują Dzień Przyjaciółek, podobnie jak panowie, w restauracjach, barach i innych miejscach, gdzie można zjeść i wypić coś dobrego, a czasem potańczyć lub… pokibicować striptizerowi w jego pokazie. Tak, tak, striptiz na katolickich, konserwatywnych w poglądach wyspach to nie jest nic zaskakującego i często towarzyszy Dia de Amigos i Dia de Amigas. Jeszcze nie rozwikłałam zagadki, jak to jest możliwe, ale… stojący na ulicy automat z prezerwatywami, lubrykantami i testami ciążowymi na pewno stanowi element tej samej układanki. Dzień Współojców i Współmatek są bardziej spokojne. Zazwyczaj upamiętniane sms-em z pozdrowieniami czy drobnymi słodkościami. Ale, ale – kim jest w ogóle współojciec? Kim jest współmatka? „Współojciec” i „współmatka” to moje tłumaczenia, będące kalkami językowymi. Myślę, że w tym przypadku kalki najwierniej oddają sens tych funkcji. Współojcowie i współmatki to grupy osób tej samej płci, które mają duży wpływ na wychowanie nowego członka społeczeństwa. Współojcowie to najczęściej ojciec i ojciec chrzestny danego dziecka, współmatki – matka i matka chrzestna. Na wyspach bowiem życie nadal toczy się w grupach. Oczywiście coraz bardziej popularny robi się zachodnioeuropejski indywidualizm, ale większość życia społecznego cały czas opiera się na kontaktach międzyludzkich, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych. Rodzina to świętość, a przy okazji – wielka pomoc w codziennym życiu. Siostra podrzuci jajka i mleko od krowy, brat – pomarańcze, mama – świeżo upieczone ciasto, kuzynostwo zajmie się dzieckiem przez sobotnie popołudnie – i można funkcjonować. A w kolejną sobotę przejąć kolejkę opieki nad dziećmi kuzynostwa. I podrzucić wszystkim zainteresowanym fasolę z ogródka za domem. Fasoli za domem nie mam, ale w grupie przyjaciół faktycznie funkcjonuję. A Dia de Amigas świętowałam na wyspie już trzy razy. Jest co świętować! Przecież przyjaźń to jeden z najpiękniejszych wynalazków ludzkości! Dia de Amigas to lokale wypełnione po brzegi pełnymi dobrej energii kobietami, to ulice pełne rozgadanych spacerowiczek, to samochody, w których widać roześmiane damskie twarze… Dobrze widzieć tyle radości w jednym momencie. A jeszcze lepiej – dać się tej radości ponieść i naładować sobie nią baterie na kolejne dni. A gdyby zabrakło, wiecie – telefon do przyjaciela. Albo przyjaciółki!
Dia de São Martinho, czyli pieczone kasztany i młode wino

Dia de São Martinho to Dzień św. Marcina – święto popularne w całej Europie. Z Poznania przywoziłam w tym czasie pyszne rogale świętomarcińskie, a na Terceirze zajadam się pieczonymi kasztanami i piję wino. W całej Portugalii Dzień św. Marcina kojarzony jest z okresem dojrzewania tegorocznego wina i zbiorów kasztanów jadalnych, które właśnie w pierwszej połowie listopada zaczynają wyglądać ze swoich kolczastych skorupek. Kim był św. Marcin? Zgodnie z legendą, Marcin (obecnie znany jako Marcin z Tours) był rzymskim żołnierzem, urodzonym w 316 roku na terenie Węgier. Pewnej zimy, podczas zamieści śnieżnej, jechał właśnie na swoim koniu, kiedy ujrzał niemal nagiego żebraka. Nie miał przy sobie pieniędzy, żeby go wspomóc, więc chwycił za miecz i przeciął na pół swoją pelerynę. Połowę zostawił żebrakowi i sam wybrał się w drogę w drugiej połowie. Nagle chmury śniegowe zniknęły i wyszło piękne słońce, które pozwoliło Marcinowi spokojnie wrócić do domu. Tej samej nocy Marcin miał niezwykły sen. Ukazał mu się Jezus, który powiedział: „To jest Marcin, rzymski żołnierz, który nie był ochrzczony. To on mnie ubrał”. Niedługo po tej nocy Marcin opuścił wojsko i został zakonnikiem. Poświęcił swoje życie ewangelizacji i służbie biednym. Pieczone kasztany i młode wino W Portugalii w Dniu św. Marcina ludzie tradycyjnie gromadzą się wokół ognisk, żeby jeść pieczone kasztany (znajomo brzmiące castanhas, czyt. kasztanjas) i pić aguardente (lokalny bimber, zwykle bardzo dobrej jakości) i água-pé (napój powstały przez dodanie wody do wytłoków pozostałych z produkcji wina) – bądź po prostu młode, tegoroczne wino. Okolice 11 listopada to w Portugalii Lato św. Marcina W tym okresie w Portugalii pogoda jest zwykle bardzo dobra – co w tym roku potwierdzam, wczoraj i dziś jest o wiele cieplej niż przez ostatnie dni. Zresztą w zeszłym roku, jeśli dobrze pamiętam, też było ciepło. Tę anomalię pogodową tradycyjnie nazywa się Latem św. Marcina (Verão de São Martinho) i wiąże ją z legendą o św. Marcinie. Mówi się, że ciepło i słońce są prezentem od Boga – jak w tamtą noc, kiedy Marcin z Tours wracał do domu po spotkaniu z żebrakiem. É dia de São Martinho. Comem-se castanhas, prova-se o vinho. Jest Dzień św. Marcina. Je się kasztany, próbuje się wina. I ja postanowiłam zjeść kasztany i spróbować wina. Poszłam w Angrze na Praça Velha, czyli na rynek. Jak tylko jest okazja, zawsze coś tam się dzieje. Dziś były koncerty i rozstawione budki z lokalnymi pysznościami. Czekali na mnie znajomi, ale zanim do nich dotarłam, musiałam, po prostu musiałam zatrzymać się przy budce z kasztanami. Stoi tam od kilku dni, ale jeszcze do niej nie dotarłam. Dziś, w św. Marcina, była najwyższa pora. Poprosiłam o kasztany, dostałam torebkę gorących, zdjętych prosto z rusztu. To kasztany jadalne, o nieco innym wyglądzie niż te, które zbieramy w Polsce, żeby robić z nich ludziki. Później przeszłam się wśród budek. Tam – znane mi rissóis, czyli takie a la pierożki (choć bez ciasta, samo nadzienie), wszechobecne fasola i bób, tarty jajeczne, babeczki z tuńczykiem i oliwkami, Donas Amélias, babeczki z fasoli, karnawałowe filhoses do forno, aguardente czysta i smakowa, likiery i przeróżne rodzaje wina, w tym – vinho abafado. Vinho abafado Vinho abafado to popularny tutaj rodzaj młodego wina, którego fermentacja została przerwana poprzez dodanie do wina aguardente. W ten sposób otrzymujemy wino, które jest gęste, słodkie (cukier nie miał czasu przekształcić się w alkohol) i czasem bardzo mocne. To wino, którego nie sprzedaje się w sklepie. Można go skosztować przy okazji takich wydarzeń, jak dzisiejsze święto, czy u sąsiada, który właśnie zakończył zbiory. Przy świętach trzeba śpiewać. Kiedy skosztowałam cynamonowej aguardente (pyszna!) i zjadłam swojego „pierożka”, dotarłam w końcu do znajomych. Oni byli już po swojej porcji kasztanów. Wypiłam vinho abafado – było pyszne, ale bardzo słodkie – i zaczął się koncert. Na Praça Velha w Angrze podczas różnych świąt i wydarzeń odbywają się koncerty. Często występują regionalne grupy wykonujące tradycyjne utwory. Podoba mi się to. Czasem zespoły są lepsze, czasem słabsze, czasem grają i śpiewają dobrze, czasem niezbyt trafiają w dźwięki, ale bardzo podoba mi się fakt, że na scenie pokazują się ludzie, którzy lubią muzykę i chcą się nią dzielić. Po koncercie był czas na jeszcze trochę lokalnych smakołyków, ale kiedy zrobiło się zimno (to jednak jesień), stwierdziłam, że czas na mnie. Krótki spacer nad ocean (ach, ten spokój…) i do domu. I jako że nie mam swoich kasztanów za domem, przychodzi mi czekać na kolejny Dia de São Martinho. Albo na zaproszenie od jakichś znajomych, którym jeszcze się ostało trochę kasztanów. Cokolwiek nadejdzie pierwsze – na pewno mnie ucieszy!
Wszystkich Świętych na Terceirze

Wszystkich Świętych na Terceirze obchodziłam już drugi rok. Tym razem – bardziej świadomie. W zeszłym roku, jako że to był rok nowości, starałam się dowiadywać wszystkiego, co mogłam, ale zmaganie się z rzeczywistością pochłaniało tyle mojej uwagi, że nie do końca nadążałam za czymkolwiek innym. W tym roku jest już inaczej, na spokojniej. Teraz w końcu zaczynam dokładniej widzieć i rozumieć. I nie powiem, o wiele większa obecnie znajomość języka portugalskiego mocno zmienia moje spojrzenie i zdolność do pojmowania tutejszej rzeczywistości. W zeszłym roku zauważyłam, że cmentarze są małe. Wręcz mikroskopijne! Na części znajduje się tak ze 200-300 grobów, upakowanych ciasno jeden koło drugiego. Cmentarze w miastach są większe, jeden nawet duży, choć do Powązek mu daleko. Nie ma się co dziwić niewielkim rozmiarom cmentarzy – ziemi tu niewiele, ludzi również. Nie ma potrzeby budowania większych cmentarzy. Niewielki zdaje swoją rolę, zwłaszcza że nikt tu nie buduje nie wiadomo jakich grobów. Każdy (lub każda rodzina) ma swój ponumerowany prostokąt, przed którym nie ma miejsca na ławkę. Na cmentarzu się stoi, ławki można ewentualnie znaleźć w głównej alejce, jeśli cmentarz jest duży. Czyli prawie nigdy. Poza niewielkimi grobami na cmentarzach są rodzinne grobowce. Takie niewielkie domki z „łóżkami piętrowymi”. Wszystkie w podobnym kształcie, różnią się zwykle drzwiami. W środku są trumny, wyjątkowo ciężkie, bo ze specjalnym zabezpieczeniem, żeby smród rozkładającego się ciała nie wydostawał się na zewnątrz. Niektóre grobowce mają w środku ołtarzyk czy obrazek święty, inne – sztuczne kwiaty. Na dużym cmentarzu w Angrze jest też kolumbarium. Chyba używane od niedawna, bo jeszcze w połowie puste. Każda wnęka, podobnie jak każdy grób, ma swój numer. W sklepach nie widać zniczy. Nie ma zniczy w kształcie choinek, aniołków, z melodyjkami, nie ma nawet takich „zwykłych”. W zeszłym roku widziałam jakieś pojedyncze w jednym sklepie, w tym roku – nie. Nie widziałam żadnych nawet przed cmentarzami. Przed dużym cmentarzem w Angrze widziałam za to kwiaty. Proste, cięte gałązki kwiatów lub małe doniczki z przybraniem. Ludzie przychodzili na groby z tego typu bukietami, wszyscy z takimi samymi. Niektóre groby miały po jednym bukiecie, inne po dwa, jeszcze inne stały puste. Lub przystrojone w sztuczne kwiaty, które tutaj nie zamarzają. Wszystkich Świętych w całej Portugalii to dzień ustawowo wolny od pracy. Portugalia, jak Polska, to kraj katolicki, choć – jak w Polsce – czasem zachowała się bardziej tradycja niż religia. Niezależnie od tego, myślę, że to ważne, że na 1 listopada wszyscy mają wolne. To dzień, w którym warto pomyśleć o tych, którzy już odeszli. Ale powiem Wam, że pogoda temu nie sprzyja. Chyba jestem typowym „człowiekiem z północy”, bo brakuje mi zmiennych pór roku. Owszem, czuć jesień w powietrzu, ale ostatnie dni to czyste lato. I to mi jakoś burzy równowagę. Ale mimo że chodziłam po cmentarzach w krótkim rękawku, poczułam to święto. Było mi smutno i tęskno do tych, których już nie ma. Wróciłam do domu z czerwonymi oczami. Napisałam do kolegi z Polski, że mi smutno. Odpisał, że to naturalne – bo to święto to dzień zadumy. Pewnie bardziej dla „ludzi z północy”, ale w sumie to prawda. Potrzebujemy takich dni. Mieszkańcom wyspy tradycyjne obchody Wszystkich Świętych kojarzą się zaś z Pão-por-Deus – czyli jest tu weselej niż w Polsce. Tradycja Pão-por-Deus, czyli – w wolnym tłumaczeniu – chleb na działania boskie, w swoim obrazie przypomina nieco amerykańskie Trick or Treat (cukierek albo psikus). Jej znaczenie jest jednak dużo głębsze niż współczesne dynie i pokrwawione maski. Na czym polega Pão-por-Deus? Otóż we Wszystkich Świętych dzieci przygotowują specjalne patchworkowe torby (zwykle robione przez kogoś z rodziny), zbierają się w grupy i chodzą po wiosce czy okolicy, od drzwi do drzwi, i proszą o jedzenie lub słodycze. Po co dzieciom jedzenie lub słodycze? Oczywiście dziś głównie do jedzenia, ale tradycyjnie dzieci proszą o pożywienie dla dusz zmarłych z rodziny obdarowującego. Kiedy pukają do sąsiada i proszą o pożywienie, tak naprawdę proszą o pożywienie dla dusz z rodziny tegoż sąsiada. Jeśli sąsiad wrzuci coś do torby, żywi de facto swoich zmarłych bliskich. Jeśli nie wrzuci, zostawia te dusze na zapomnienie. Kiedyś torby dzieci wypełniały się gotowanymi kolbami kukurydzy, pieczywem, jajkami na twardo (zwłaszcza jeśli jakaś mama przyszła ze świeżo narodzonym dzieckiem – dziecko dostawało jajko na szczęście), suszonymi owocami, orzechami, kasztanami jadalnymi, pomarańczami czy mandarynkami. Obecnie można w nich znaleźć głównie cukierki, lizaki i mini-snickersy. Dzieci zaczynają też mylić Pão-por-Deus z Trick or Treat. Dla nich to w tej chwili głównie dobra rozrywka i podwójna możliwość zdobycia dużej ilości słodyczy – nie do przejedzenia przez cały rok. Różnica jest taka, że 31 października wieczorem chodzą przebrane za dynie i czarownice, z pomarańczowymi wiaderkami ze sklepu chińskiego w ręce, a 1 listopada – bardziej przypominające siebie w rzeczywistości, z patchworkowymi torbami. Jednego i drugiego dnia śpiewają specjalną piosenkę: Pão por Deus Que Deus me deu Dá-me uma esmolinha Por amor de Deus Por alma dos defuntos de vossemecês czyli (przekład w miarę wierny, czyli mało piękny ;)): Chleb dla Boga, Który Bóg mi dał, Daj mi małą jałmużnę Przez wzgląd na miłość Boga, Dla dusz waszych zmarłych Miło widzieć uśmiechnięte dzieci chodzące z torbami pełnymi pyszności. A jednocześnie przy takich okazjach stwierdzam, że jestem mocniej przywiązana do tradycji niż sądziłam. Bardzo chętnie poznaję to, co nowe – i jednocześnie cenię sobie to, co „moje”. Może nawet bardziej niż kiedyś, bo przez odkrywanie nowego, odkrywa się bardziej też to, co „własne”. Ciekawe jest to poznawanie innych kultur. Pewne rzeczy, które dla nas są oczywistością, dla innych zupełnie nią nie są – i odwrotnie. Kto wie, może któregoś dnia będę na polskim cmentarzu i będę nucić pod nosem „Pão por Deus”? Myślę, że i nasi zmarli by się nie obrazili za jakieś czekoladki!
20 sposobów na to, jak być idealnym turystą

Niejeden i niejedna z nas, wybierając się w podróż, zastanawia się, jak być idealnym turystą. Jak być turystą odpowiedzialnym. Mile widzianym. Takim, którego lokalna społeczność będzie witać ze szczerym uśmiechem, a nie z bólem głowy. Jak wdrażać w życie zasady zrównoważonej turystyki, czyli jak dbać o dobre doświadczenia z podróży przy jednoczesnym zachowaniu wartości przyrodniczych, kulturowych i społecznych miejsc, które odwiedzamy. Ile osób, tyle sposobów podróżowania, ale pewne zasady znajdą zastosowanie w niemal każdej sytuacji. To read an English version of this article click HERE. Dbaj o przyrodę 1. Staraj się nie zostawiać śladów swojej obecności. Przyroda daje nam życie – daje nam tlen i pożywienie, daje nam rozrywkę i niezwykłe wrażenia estetyczne. Postaraj się, żeby nie cierpiała przy Twoim z nią kontakcie. Nie niszcz roślin, nie płosz zwierząt, nie zostawiaj po sobie żadnych śmieci. Plastikowa butelka może się rozkładać nawet tysiąc lat, a wyrzucony niedopałek papierosa zatruwa do 1m3 gleby i do 100m3 wody. Zabierz swoje śmieci ze sobą i wyrzuć je do odpowiednich kontenerów. Nauczycielka geografii w drodze na olimpiadę puszczała mnie i moim koleżankom piosenkę ekologiczną: „Osobno papier, osobno szkło, osobno plastik, zapamiętaj to”. Zapamiętałam. Planeta będzie nam wdzięczna za segregację odpadów, a nasze wnuki będą miały szansę zobaczyć to, co my, a nie tylko pustynie betonu. 2. Chodź wyłącznie po oznaczonych szlakach. Zdarza się, że lokalne firmy, starając się dostarczyć turystom jak najbardziej oryginalnych przeżyć, zaczynają prowadzić ich w tereny rezerwatu, gdzie endemiczna roślinność narażona jest na wyginięcie. Obszary objęte ochroną są objęte ochroną z jakiegoś powodu. Ludzka obecność nie jest obojętna przyrodzie, coraz większa liczba osób pojawiająca się na danym terenie wpływa na jego niszczenie. Jeśli chcesz, żeby przepiękne, wyjątkowe miejsca, które odwiedzasz, nadal były przepiękne i wyjątkowe, szanuj przyrodę i trzymaj się wyznaczonych szlaków. 3. Uiszczaj opłaty za wstęp do obiektów naturalnych. Często za wstęp do parków, pomników przyrody etc. pobierane są opłaty. Pamiętaj, że pieniądze te są przeznaczane na utrzymanie tych elementów natury w dobrym stanie. Płacąc za wstęp, dziękujesz przyrodzie za to, że jest, i życzysz jej, żeby jeszcze długo przetrwała w niezmienionym stanie. 4. Wybieraj środki transportu przyjazne środowisku. Jeśli jest to możliwe, poruszaj się pieszo lub rowerem zamiast samochodem, ewentualnie łap stopa (sprawdź wcześniej, czy jest to przyjęte i mile widziane). Wybieraj raczej pociąg niż samolot i raczej autobus niż taksówkę. Kiedy możliwości dotarcia do danego miejsca inne niż samolot są ograniczone (patrz: Terceira), sprawdź, czy dana linia lotnicza daje możliwość dopłacenia za emisję wytworzonego dwutlenku węgla. Zazwyczaj są to symboliczne kwoty, ale ich wpływ na ochronę środowiska zdecydowanie nie jest wyłącznie symboliczny. 5. Pakuj się z głową. Pakując się na podróż, postaraj się przemyśleć swoją walizkę tak, żeby nie zostawiać śmieci w miejscu, do którego podróżujesz. Jednorazowe szampony, malutkie opakowania kremu do twarzy są wygodne, ale dużo lepsze dla naszej planety są małe opakowania wielokrotnego użytku. Jeśli przelejesz trochę własnego żelu pod prysznic w 100-mililitrową butelkę, nadal nie będziesz musiał wiele ze sobą wieźć, a butelkę zabierzesz z powrotem ze sobą i użyjesz przy kolejnej podróży zamiast zwiększać ilość śmieci w swojej wymarzonej destynacji. 6. Unikaj jednorazówek. O jednorazówkach było już wyżej, ale dodatkowo: pij prosto ze szklanki zamiast przez słomkę, chodź ze swoją torbą na zakupy, jeśli kupujesz jedno jabłko, zrezygnuj z plastikowej reklamówki. To się w zasadzie dotyczy też życia „stacjonarnego”, nie tylko podróży, ale w podróży jest to również bardzo istotne. Wyobraź sobie na przykład taką Terceirę – mała wyspa na środku Atlantyku. A teraz wyobraź sobie góry śmieci produkowane przez nas co roku. I ryby pływające wśród śmieci. Może jednak są lepsze perspektywy. Poznaj lokalną kulturę 7. Przed wyjazdem dowiedz się jak najwięcej o miejscu, do którego jedziesz. Poczytaj o jego historii, kulturze, obyczajach. Dowiedz się, jak wygląda dane miejsce, kto w nim mieszka, jakie są lokalne święta. Dzięki temu, kiedy już tam będziesz, będziesz w stanie bardziej skorzystać z doświadczenia, poznać to miejsce jeszcze lepiej. Korzystając ze swojej wiedzy, będziesz w stanie zadawać lepsze pytania i poszukiwać na żywo odpowiedzi. 8. Bierz udział w lokalnych wydarzeniach. Miejsce poznaje się przez jego ludzi. Bo miejsce to nie tylko miejsce, ale też sposób życia. Lokalne wydarzenia są jedną z możliwości podpatrzenia, jak miejscowa społeczność naprawdę żyje, jak się bawi, co świętuje. Weź udział w lokalnym święcie, pójdź do miejscowego kina, zobacz, co ludzi cieszy, a co smuci. Nie bój się zapytać osoby stojącej obok o to, w czym właśnie uczestniczycie, nie bój się poprosić osobę w informacji turystycznej lub muzeum o podpowiedź, dokąd pójść, co przeżyć. Nie bój się rozmawiać z miejscowymi. Jeśli jesteś dobrym turystą, chętnie podzielą się z Tobą swoją wiedzą i pochwalą lokalnymi zwyczajami. 9. Jedz lokalnie. Jedzenie to element kultury, to element życia w danym miejscu. Staraj się wybierać lokalne restauracje, żeby poznać prawdziwą miejscową kuchnię i żeby wspierać miejscową gospodarkę. W niektórych kulturach do jedzenia przykłada się większą, w innych mniejszą wagę, ale każdy jeść musi. W każdym miejscu warto pytać o lokalne przysmaki i o lokalne produkty, i właśnie nimi się zajadać przez okres swojego pobytu. 10. Dbaj o dziedzictwo danego miejsca. Szanuj nie tylko przyrodę, ale również dzieła rąk ludzkich. Czy dane miejsce jest na liście UNESCO lub innej, czy nie jest – to dziedzictwo Twojej wybranej destynacji podróżniczej. Podobnie jak z przyrodą – staraj się nie zostawiać śladów swojej obecności. 11. Szanuj lokalne prawo. Sprawdź przed wyjazdem prawo miejsca, do którego się wybierasz, i przestrzegaj tego prawa. W Singapurze nie wolno żuć gumy, w Danii nie wolno zasłaniać twarzy w miejscach publicznych, a w Emiratach Arabskich za leki na przeziębienie z kodeiną można wylądować za kratkami. Lepiej nie sprawdzać działania międzynarodowego prawa na sobie, tylko – dla własnego spokoju – dostosować się do prawa kraju, który odwiedzamy. Może to być nowe, cenne doświadczenie. 12. Bądź otwarty na nowości – zamiast oceniać, rozmawiaj. Bardzo ważny element – pozostań otwarty na inność. Nie jedziesz w nowe miejsce po to, żeby czuć się tak samo, jak w domu. Jedziesz, żeby poszerzyć swoje doświadczenie. Nie oczekuj więc, że wszystko będzie dokładnie takie, jakie znasz. Wiele rzeczy może Cię dziwić, niektóre nawet
Tourada à corda

Tourada à corda, czyli opowieść o tym, jak byki biegają po ulicach Byłam z kolegą-Polakiem, który był na Terceirze na Erasmusie, na touradzie. Kolega wypatrzył w tłumie kogoś w koszulce Legii. Mówi mi: „Milena, zobacz, tam jest jakiś koleś w koszulce Legii!” Ja, wielce ogarnięta, spytałam go, jak wygląda koszulka Legii. Wytłumaczył, wypatrzyłam człowieka, o którym mówił, i po chwili wahania stwierdziliśmy: „Idziemy!” To read an English version of this article click HERE. Niedaleko stała tasca (czyt. taszka; to taki foodtruck, widziany tu głównie przy touradach i innych imprezach okolicznościowych), w której zaopatrywał się nasz rodak. Powiedzieliśmy mu „Dzień dobry” i zaczęliśmy rozmowę. „Co cię sprowadziło na Terceirę?” „Przyjechałem na Terceirę specjalnie po to, żeby zobaczyć byki!” – odpowiedział nasz rozmówca. Zadziwił nas tym niezmiernie. Słuchaliśmy dalej: „Dowiedziałem się w zeszłym roku, że na Azorach są biegi byków, i chciałem je zobaczyć. Kupiłem więc sobie bilet na Azory i poleciałem, ale dotarłem na São Miguel. I dopiero na miejscu się dowiedziałem, że powinienem lecieć na Terceirę. To w tym roku przyleciałem tutaj”. Byłam bardzo zaskoczona tym, że ktoś przeleciał przez pół Europy i pół Atlantyku po to, żeby zobaczyć, jak byki biegają po ulicach, ale jak tak sobie później pomyślałam o reakcjach różnych moich znajomych na ten ewenement – przestałam się dziwić. Touradas à corda to zdecydowanie jeden z wyróżników Terceiry. Byki na ulicy to tutaj codzienność Przynajmniej od 1 maja do 15 października. Wspominałam o tym w tekście Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. W tym okresie niemal codziennie w jednym lub kilku miejscach jednocześnie odbywają się tourady. Oznacza to, że byki, które standardowo widać tłumnie na polach i pastwiskach (zaraz obok krów, których jest na Azorach więcej niż ludzi), wychodzą „na ulicę”. I mniej lub bardziej chętnie spotykają się z tłumem zgromadzonych specjalnie z ich powodu ludzi. Tourada à corda to wydarzenie, które jednoczy społeczność To powód do spotkania, do porozmawiania, do wspólnego spędzenia czasu. Zagubieni wędrowcy znajdą miejsce na czyimś murze czy nawet podwórku. W takim momencie nie ma różnic między ludźmi – wszyscy chcą być bezpieczni i mieć jak najlepszą perspektywę. Spotkać znajomych, pośmiać się, wstrzymać oddech. Pobyć ze sobą w tym ekscytującym momencie. Na czym polega tourada à corda? No dobrze, to o co tu tak właściwie chodzi? Otóż tourada à corda polega na tym, że wzdłuż ulicy biegnie byk, trzymany na linie przez dwie grupy składające się każda z 3-5 mężczyzn, zwanych pastores (pasterze). Byk jest zazwyczaj dojrzały i zaprawiony w bojach (choć zdarzają się też młodsze i niezaznajomione z tematem), a pastores – wytrzymali i spragnieni adrenaliny. I ubrani w białe koszule, szare lub czarne spodnie i czarne kapelusze. Byka drażnią śmiałkowie wyposażeni często w parasolki lub płachty, a całe widowisko ogląda ludność zgromadzona na okolicznych podwórkach i płotach. Jak się zachowywać na touradzie Zanim wspomnę Wam o tradycji, jaką jest quinto touro i która wiąże się z wielką gościnnością mieszkańców Terceiry i jednoczeniem społeczności, może kilka słów o tym, jak się zachowywać na touradzie i jak wyglądają kwestie techniczne z nią związane. Po pierwsze – dbajcie o swoje bezpieczeństwo Jeśli Wam zdrowie i życie miłe, lepiej uważajcie. Sprawdźcie wcześniej, gdzie dokładnie i o której odbywa się tourada, i pojawcie się tam co najmniej pół godziny wcześniej. Tourada może być ekscytującym, ale też groźnym wydarzeniem. Z perspektywy technicznej – ubezpieczenia nie pokrywają pierwszego stopnia spotkań z bykiem. Jeśli coś Wam się stanie, jest to wyłącznie Wasza wina, więc lepiej zadbać o siebie zawczasu i znaleźć miejsce, w którym będziecie na pewno bezpieczni. Po drugie – zostawcie samochód daleko Zostawcie samochód daleko (zwykle i tak nie będzie już miejsc blisko, całe okoliczne drogi będą zastawione) i przyjdźcie na miejsce tourady pieszo. Dlaczego? Ano dlatego, żeby przypadkiem Waszym samochodem nie zainteresował się byk. Żadne ubezpieczenie Wam tego nie pokryje. Tourada nie powinna się zacząć, jeśli są na jej trasie pojazdy, ale lepiej nie ryzykować. Po trzecie – znajdźcie sobie odpowiednie miejsce Byk zwykle biegnie po ulicy, która ma ok. 500 m długości. Jeśli chcecie mieć dobry widok, musicie znaleźć sobie miejsce albo wzdłuż tej ulicy, na bezpiecznym (wysokim!) murze albo za jakimś ogrodzeniem. Większość ogrodzeń jest w tym czasie zabezpieczona deskami – dotyczy to zarówno prywatnych posesji, jak i taszek, czyli wspomnianych foodtrucków, które cieszą się niezwykłą popularnością w trakcie tourad. (Dygresja – w taszkach kupicie piwo, lokalne likiery i aguardente, czyli tutejszy bimber, jak również bifany, czyli bułki z kotletem – najpopularniejszy lokalny fast-food – i znajdziecie wystawione do przegryzienia orzeszki ziemne, oliwki i ziarna łubinu. Właściciele taszek często sami częstują swoich gości piwem i niechętnie przyjmują odmowę). Jeśli nie wiecie, gdzie się schować – zapytajcie kogoś. Nawet jeśli nie będzie mówić po angielsku, i tak Wam wskaże bezpieczne miejsce. A jeśli byk jest już na wolności, z Wy jeszcze nie znaleźliście się w polu jego biegu – zostańcie tam, gdzie jesteście. Na końcu „trasy” byka jest policjant i trzy białe linie. Zostańcie za trzecią, która oznacza strefę bezpieczeństwa. Oczywiście o ile byk się nie zerwie z liny itp. itd., ale to już inna historia. Po czwarte – słuchajcie znaków dźwiękowych W touradzie biorą udział 4 byki, ale nie są one wypuszczane jednocześnie. Wszystkie byki czekają w klatkach na swoją kolej i są wypuszczane pojedynczo. Wypuszczenie byka z klatki obwieszczane jest jednym wystrzałem z racy. W takim momencie powinniście być w bezpiecznym miejscu. Byk biega ok. 15-30 minut, następnie jest prowadzony z powrotem do klatki. Kiedy byk jest już z powrotem w klatce, usłyszycie dwa wystrzały z racy. Obwieszczają one początek przerwy, która trwa zwykle ok. 10-15 minut. Podczas przerwy można się przejść czy pożywić w okolicznych taszkach. Kolejny byk – kolejny pojedynczy wystrzał z racy. I tak aż do czwartego. Po czwartym – tyle wystrzałów, ile rac zostało strzelającym. Z życia wzięte To może tak dla zobrazowania wszystkiego powyższego – w maju poszłam ze znajomymi na touradę w São Mateus. Nie byliśmy pewni, o której jest tourada ani gdzie dokładnie, dotarliśmy na miejsce „mniej więcej o czasie, mniej więcej tam, gdzie trzeba”. Widzieliśmy mnóstwo ludzi i wiedzieliśmy, że to musi być
Festiwal zup

Festiwal zup, czyli jak na Terceirze zbiera się pieniądze „Chcesz iść na festiwal zup?” – zapytała mnie niedawno koleżanka. „Organizujemy w przyszłym tygodniu”. Pomyślmy: lubię zupy, lubię tutejsze zupy, lubię, jak się coś dzieje, i lubię ideę festiwali zup. Pewnie, że chcę iść! Ale co ma festiwal zup do pieniędzy? My w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że zbieranie pieniędzy to przechadzka z przysłowiowym kapeluszem. Że to zbiórki publiczne, ogłoszenia w mediach społecznościowych, napisany wielką czcionką numer konta. Jesteśmy zasypywani prośbą o pomoc z każdej strony, kto może, podtyka nam swój kapelusz pod nos. Zwykle olbrzymi kapelusz – wiele zbiórek organizuje się na wielką skalę. A na Terceirze, która liczy sobie ok. 58 tysięcy mieszkańców, skala jest mniejsza. Na Terceirze raczej nie spotkacie nikogo z kapeluszem. Chyba że organizatora wydarzeń w okolicznej kapliczce ku czci Ducha Świętego – ale w jego przypadku możecie być pewni, że zwróci Wam z nawiązką, jeśli tylko pojawicie się na uroczystości w jedną z dwóch ostatnich niedziel wielkanocnych. Ale to jedna z niewielu takich sytuacji. Na Terceirze obowiązuje niepisana zasada, że jeśli chce się coś dostać, najpierw trzeba dać coś od siebie. Organizacje zbierające pieniądze na pomoc w domach starców, harcerze (jak moja koleżanka) próbujący sfinansować swoją wspinaczkę na Pico – wszyscy organizują wydarzenia dla lokalnej społeczności. Festiwal zup jest jednym z tego typu wydarzeń. Zwykle wygląda to następująco: chętne osoby kupują cały stos warzyw i przygotowują co najmniej 10 wielkich garów zupy. Alternatywnie: zainteresowane restauracje, w ramach współpracy i autopromocji, oferują swoje zupy. Organizatorzy sprzedają bilety, w ramach których każdy może delektować się dostępnymi zupami. Na miejscu jest również bar z napojami oraz słonymi i słodkimi przekąskami, za które płaci się osobno. Czasem pojawia się gra w bingo, czasem dodatkowe loterie. Cały dochód idzie na wybrany cel, a ludzie się przy tym dobrze bawią. I uczestnicy, i organizatorzy. Każdy przyjemnie spędza czas (choć organizatorzy czasem padają na twarz ze zmęczenia) i każdy ma poczucie wkładu w coś ważnego. Takie wydarzenia budują społeczność. Współczesny nadmierny indywidualizm nie ma tu zastosowania, tu chodzi o wspólnotę, o bycie razem, o działanie. „W kupie raźniej”, jak powiedziała mucha do muchy. Czas na uruchomienie konta bankowego zawsze się znajdzie. Ale jeśli można nie tylko prosić, ale też dać coś od siebie – i przy okazji dać innym możliwość podzielenia się tym, co mają, w atmosferze radości i wspólnej zabawy – czemu nie? Dobre pomysły zawsze w cenie!