Serreta, czyli dokąd co wrzesień wędrują mieszkańcy Terceiry

Serreta, Nossa Senhora dos Milagres, kościół, tradycja, pielgrzymka, pilgrimage

„W ten weekend jest Serreta, chcesz iść z nami?” – zapytała mnie kilka dni temu koleżanka. Chciałam. Założyłam wygodne buty, okulary przeciwsłoneczne, spakowałam do plecaka jedzenie, zapas wody, bluzę i kurtkę przeciwdeszczową – i w drogę. Serreta to taka terceirska Częstochowa Do Serrety co roku odbywają się pielgrzymki. Mieszkańcy Terceiry wędrują do sanktuarium w Serrecie z każdej części wyspy. Niektórzy wręcz obchodzą wyspę dookoła, robiąc przy tym pieszo ok. 80 km. Jedni wędrują, żeby o coś prosić. Inni, żeby podziękować za miniony rok. Jeszcze inni, żeby spotkać się ze znajomymi, napić się piwa i zjeść bifanę. (Bifana to wspominana przeze mnie często bułka z kotletem, dostępna w prawie każdej taszce, czyli takim foodtrucku). I żeby zobaczyć touradę à corda i pokibicować capinhas. To read an English version of this article click HERE.   W tym roku z wiadomych powodów nie zorganizowano wielkiego święta. Zwykle są taszki, muzyka i fajerwerki. W tym roku – tylko pielgrzymi wędrujący pieszo ulicami Terceiry przez cały tydzień. I pan z żelem do dezynfekcji rąk na wejściu do kościoła. Nossa Senhora dos Milagres – Nasza Pani od Cudów Na Azorach i w Portugalii bardzo czczona jest Nossa Senhora dos Milagres, czyli Nasza Pani od Cudów. W Serrecie znajduje się sanktuarium jej imienia. Znajduje się w nim obraz pod tym samym wezwaniem. Mówi się, że obraz ten ocalił w XVII w. uciekającego przed niebezpieczeństwem księdza. W ramach podziękowania za opiekę ksiądz wybudował kapliczkę, w której umieścił obraz. Było to na terenie dzisiejszej Serrety. Po śmierci księdza obraz przeniesiono do kościoła w pobliskiej wioski Doze Ribeiras. Obraz ten służył terceirczykom podobnie jak obraz Matki Boskiej Częstochowskiej Polakom. W XVII w. Portugalia była zaangażowana w wojnę między Francją i Hiszpanią a Wielką Brytanią. Terceira, mała wyspa, była w tej wojnie praktycznie bezbronna. Mieszkańcy zwrócili się do Naszej Pani od Cudów z prośbą o ochronę. Obiecali, że jeśli wyspa nie doświadczy żadnego ataku ze strony nieprzyjaciół, zorganizują coroczne święto ku czci Naszej Pani od Cudów. Co zrobili. Święta ku czci Naszej Pani od Cudów Pierwsze święto z cyklu Festas da Nossa Senhora dos Milagres odbyło się 11 września 1764 r. W 1842 r. wybudowano kościół w Serrecie, przeniesiono do niego z powrotem cudowny obraz – i od tego czasu święta odbywają się już regularnie. A od 2006 r., kiedy to kościół został podniesiony do rangi sanktuarium, święta mają jeszcze bardziej podniosły charakter. To święta religijno-świeckie, które bardzo wtapiają się w obraz wyspy. W dniu mojej zaplanowanej pielgrzymki kolega zapytał mnie, czemu nie zostaję dłużej na plaży. Przecież jest przepiękna pogoda, a w domu można się ugotować. Odpowiedziałam: „Bo idę do Serrety”. I wszystko było jasne. Serreta to lokalny kod, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Serreta łączy ludzi Weekend Serrety to jedno z największych wydarzeń w ciągu terceirskiego lata. Łączy starych i młodych, wierzących i niewierzących, rozrywkowych i spokojnych. Fenomenem Terceiry jest to, że można tu naprawdę poczuć równość wszystkich ludzi. Święta w Serrecie są jedną z okazji do doświadczenia tej jedności. Nie ma lepszych i gorszych, wszyscy są tak samo ważni i tak samo serdecznie witani. Czy nie o takie więzi społeczne nam chodzi? Blogosfera Przeczytaj więcej artykułów w tej kategorii 2018-01-25 Polka na Azorach 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie… 2019-07-29 Polka na Azorach Pamiątki z Azorów Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że… 2020-03-08 Polka na Azorach Azory – jakie wyspy wybrać Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić,…

Capinha, tourada i byki, czyli terceirska tradycja od kuchni

capinha, capinhas, bull, byk, byki, touro, touros, tourada, tourada, festival de capinhas, festiwal, festiwal capinhas, festival, arena, Joao, João, Joao Ramos, João Ramos,

Capinha, tourada i byki, czyli terceirska tradycja od kuchni Pisałam Wam niedawno, że wzięłam udział w wydarzeniu, w którym nie spodziewałam się uczestniczyć. Ktoś zgadł, że to coś związanego z bykami. To coś – to był Festival de capinhas. Festiwal capinhas. Zaczęło się od tego, że mój znajomy, João, powiedział: „W piątek mamy festiwal capinhas, chcesz przyjść?”   To read an English version of this article click HERE. Ku własnemu zdziwieniu – chciałam. Oglądałam swobodnie biegające po arenie byki i capinhas [czyt. kapińjasz], czyli osoby, które – jak się tu zwykło mawiać – bawią się z bykami. W tym mojego znajomego, João. Zrozumiałam, co tylu mieszkańców Terceiry może widzieć w tego typu wydarzeniach. Adrenalina i emocje Pojawia się podziw dla byków i dla capinhas. Adrenalina i emocje, które idą w górę jeszcze bardziej, kiedy byk przeskakuje przez barierki. Albo kiedy na środku areny widzi się kogoś znajomego. Spoglądającego prosto w oczy biegnącego na niego byka. Byłam już na kilku tradycyjnych terceirskich touradach à corda. (To wydarzenia, podczas których byki biegają po ulicach; pisałam o tym dokładniej w artykule „Tourada à corda”). Ale na festiwalu capinhas byłam po raz pierwszy. Nawet musiałam dopytać, kim są capinhas, nie znałam tego słowa. Dowiedziałam się, że capinhas to osoby, które podczas tourad pojawiają się na drodze biegu byka i zwracają na siebie jego uwagę. Drażnią go, wołają w inne miejsce. Używają do tego płachty, parasolki albo rąk. Tak, rąk. Niektórzy kładą je na głowie byka i zataczają z nim kółka. Mój znajomy João znany jest wielbicielom tourad właśnie jako capinha Po festiwalu pomyślałam, że może Was zainteresować, jak wygląda „świat byków” od środka. W końcu wiele osób przylatuje na Terceirę właśnie ze względu na tourady! Przeprowadziłam więc wywiad z João i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Jak to się zaczęło? Siadamy i zaczynamy rozmawiać. Na początek pytam João o jego historię z touradą i z bykami. „Jestem z Terceiry, byki mam we krwi” – odpowiada. I zaczyna mówić o tym, że już jako dziecko chodził na tourady, żeby oglądać na nich swojego dziadka. Jego dziadek był capinhą, on też chciał. Zawsze był ciekaw, jak to jest – stanąć z bykiem oko w oko. Aż w końcu nadszedł ten pierwszy raz. „Poszedłem raz – i tak już zostało”. Pytam João, jaka jest rola capinhas podczas tourady „Capinha ma za zadanie ożywić touradę. Bez capinhas nie ma tourady. Byk biega w tę i z powrotem na ulicy, nic się nie dzieje. Osoby, które lubią tourady, lubią też capinhas i to, co robimy. Rolą capinhas jest zabawienie uczestników tourady”. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. Wydawało mi się, że capinhas chodzą na tourady bardziej dla siebie niż dla widowni. A tu niespodzianka. Chociaż nie da się zaprzeczyć, że w tej roli pojawiają się osoby, które lubią adrenalinę. „Czujemy adrenalinę. Wystrzał z racy – i po prostu się to czuje. Bawimy się z bykiem, ale to niebezpieczna zabawa. Czujemy oddech byka blisko siebie. To niebezpieczeństwo, ale takie… dobre niebezpieczeństwo.” Żeby zostać capinhą, trzeba po prostu chcieć I pojawić się na touradzie. Nie trzeba nikogo uprzedzać, tourada to wydarzenie otwarte dla wszystkich. Wiele nowych osób zwraca się jednak z prośbą o pomoc do capinhas lepiej obeznanych w temacie. Byk potrafi ważyć nawet tonę, budzi strach i respekt. Początkującym śmiałkom towarzyszą więc czasem capinhas z większym doświadczeniem. Turystom czasem też, ale to zwykle turyści zostają ranieni przez byka. Bo nie wiedzą, jak się zachować. A przypominam (patrz: artykuł „Tourada à corda”), że ubezpieczenia nie obejmują szkód wyrządzonych przez byka. Dla własnego bezpieczeństwa zostawcie więc zabawy z bykiem osobom z większym doświadczeniem. Podstawową zasadą na touradach jest bezpieczeństwo Ludzi i byków. Capinhas bawią się z bykiem, biegają. Ale kiedy widzą, że byk jest bardzo groźny, nie ryzykują życiem. „To nie jest nasze źródło utrzymania” – mówi João. „Idziemy na touradę, żeby się dobrze bawić i zabawić publiczność, ale każdy z nas chce wrócić do domu. Co innego profesjonaliści, np. w Hiszpanii. Całe ich życie to byki. My idziemy do swojej pracy, wychodzimy z niej wieczorem i idziemy na touradę. I chcemy wrócić z tourady cali i zdrowi. Miałem już cztery poważne wypadki, raz zaliczyłem uderzenie w głowę i straciłem przytomność. Im mniej wypadków, tym lepiej.” Dopytuję o byki. Dowiaduję się, że capinhas i organizatorzy tourad dbają również o bezpieczeństwo byków. Kiedyś zdarzało się, że byk uderzył rogiem w mur, złamał róg i biegł dalej. Teraz już nie, teraz w takiej sytuacji byk jest natychmiast zabierany z ulicy i opatrywany. João opowiada też, że kiedy capinhas widzą, że ktoś z publiczności naraża byka na niebezpieczeństwo, natychmiast reagują i odciągają byka w inną stronę. „Chcemy bezpieczeństwa również dla byka, nie tylko dla siebie. Byk też ma swoje prawa.” Zaczynam się zastanawiać, jak capinhas przygotowują się do tourad Słyszę, że ich jedynym przygotowaniem są ewentualne „tourady” z krowami – matkami byków. Grenadierzy, czyli hodowcy bydła, chcą wiedzieć, która krowa będzie dobrą matką kolejnego dobrego byka. Dobrego, czyli dużego i odważnego, którego z dumą będzie można wystawić na touradzie. Zapraszają więc capinhas na takie „krowie tourady”. Capinhas trenują, a grenadierzy dowiadują się, w którą krowę warto zainwestować. Byki na tourady wybiera się jak najlepsze Czasem są to sławne byki. Takie, które wzięły już udział w wielu touradach i wiedzą, jak reagować na capinhas i na innych ludzi na ulicach. Kiedy indziej wybierane są byki, które nigdy wcześniej nie opuściły pastwiska i tourada jest dla nich zupełnie nowym doświadczeniem. Ale często wybór byka na touradę zależy od pieniędzy. Za dobrego byka trzeba dobrze zapłacić. Organizatorzy tourad to zwykle grupy prywatnych osób, które organizują wiele wydarzeń (działających podobnie do opisanych przeze mnie festiwali zup), żeby zebrać pieniądze na touradę. Opłaca im się sprowadzić na touradę dobrego byka. Dobry byk przyciąga uwagę większej liczby osób, a większa liczba osób to lepsza reklama dla organizatorów i większa sprzedaż w taszkach (pisałam o nich w artykule „Tourada à corda”). I wszystko się zgadza. Festiwal capinhas, na który ostatnio poszłam, jest również organizowany przez prywatne osoby Dokładniej mówiąc – przez grupę capinhas. To oni rezerwują arenę, wynajmują policję, lekarza, zajmują się promocją

Andreia i jej najlepsze przekąski w Biscoitos

Andreia, Andreia Simas, Biscoitos, tasca, Calheta

Podchodzę do budki i widzę, że Andreia uśmiecha się do mnie z daleka. I komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” Andreia to przesympatyczna właścicielka budki z lokalnymi przysmakami w Biscoitos. Trzecia budka od kąpieliska. Znają ją tam wszyscy. Przychodzą do niej po gotowaną kukurydzę, karmelki, prażone orzeszki ziemne czy donuty. I po dobre słowo i uśmiech, którymi chętnie wszystkich obdarza. To read an English version of this article click HERE. Poznałam ją ponad trzy lata temu. Zawsze wita mnie uśmiechem i pyta, jak się czuję. Tym razem widzi mnie i komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” I opowiada, że któregoś dnia przyszedł do niej turysta i powiedział, że znają ją w Polsce. I pokazał jej zdjęcie, które udostępniłam na Facebooku i Instagramie. „Widzisz, jesteś sławna w Polsce!” – zaczynam się śmiać. I wpadam na pomysł, żeby przeprowadzić z Andreią wywiad. I na jego podstawie napisać artykuł. W artykule można przecież powiedzieć o wiele więcej niż w krótkim poście na mediach społecznościowych. Przychodzę więc w poniedziałkowy poranek z listą pytań i naładowanym telefonem, i pytam, co ona na to. Na twarzy Andrei maluje się mieszanka radości i zakłopotania. Siadamy na schodkach przed budką i zaczynamy rozmawiać. Jak to się zaczęło? 13 lat temu Andreia wybrała się na Święto emigranta (duża impreza w centrum Terceiry), żeby sprzedawać gotowaną kukurydzę. Ale że prawie ciągle padało, nie sprzedała wszystkiego. Jej tata podsunął jej pomysł, żeby poszła z tą kukurydzą w okolice kąpieliska w Biscoitos. „Może tam ci się poszczęści” – powiedział. I się poszczęściło. Andreia poszła w okolice kąpieliska w Biscoitos i tam już została. Na początku dzieliła swoją budkę z kilkoma mężczyznami, którzy nie do końca akceptowali kobietę – właścicielkę biznesu. Nie obyło się bez spięć, ale w końcu nauczyli się ze sobą funkcjonować. Każdy sprzedawał swoje produkty. Andreia zaczynała od gotowanej kukurydzy, coscorões (jedne z tradycyjnych słodyczy karnawałowych) i od orzeszków ziemnych prażonych w karmelu. Z czasem dodawała kolejne produkty: pikle, warzywa i owoce ze swojego ogródka, babeczki. Po ok. 5-6 latach zaczęła sprzedawać donuty, które dziś wszyscy tak uwielbiają. Z czasem też została w budce sama, bez wspomnianych wcześniej mężczyzn. Jedynymi mężczyznami, którzy od czasu do czasu pojawiają w jej budce po stronie sprzedawcy, są jej mąż i syn. Biznes rozwijał się powoli Najpierw przychodzili do Andrei mieszkańcy Biscoitos. Zadowoleni, opowiadali o jej produktach swoim znajomym. Stopniowo więc zaczęło pojawiać się u niej coraz więcej mieszkańców wyspy. Przyjeżdżali do Biscoitos na spacer, spędzić wolne popołudnie z rodziną. Byli zadowoleni, że mogą przekąsić coś dobrego. Stopniowo na wyspie rozwijała się również turystyka. Liczba turystów wzrastała z roku na rok aż do 2019 roku. (Choć Andreia mówi, że pod względem zawodowym najlepszym dla niej rokiem był 2018). Kto przylatuje na wyspę, jest zachwycony jej pięknem, soczystą zielenią, błękitem nieba i oceanu. I chce wracać, chce odwiedzać inne wyspy. „Coraz więcej osób odkrywa nasz raj na środku oceanu” – mówi Andreia. A co można odkryć w budce Andrei? Dla mnie budka Andrei to róg obfitości. Jest tam mnóstwo pyszności i z Terceiry, i takich, które na Terceirze się je. Co to oznacza? Że obok tradycyjnej terceirskiej babeczki Dona Amélia leży amerykański donut, również uwielbiany przez mieszkańców wyspy. Głodni pomijają ten fragment. Dary ziemi U Andrei znajdziecie wszystkie „dary ziemi”: ziemniaki, pomidory, cukinię, fasolkę szparagowę, czosnek, śliwki, jabłka, banany, arbuzy, marakuję, pomarańcze, mandarynki… Na Azorach są różne pory owocowania, więc o każdej porze roku znajdzie się coś świeżego. Przekąski Dla wielbicieli słonych przekąsek są różne rodzaje orzeszków ziemnych (np. z czosnkiem), smażony bób, chipsy, gotowana kukurydza, rissóis (rodzaj pierożków z nadzieniem, pieczonych lub smażonych w głębokim tłuszczu), empadas (coś a la nadziewane paszteciki). Jeśli ktoś lubi słodkie przekąski, znajdzie u Andrei tradycyjne terceirskie babeczki Donas Amélias, cały wybór innych babeczek (np. kokosowe, migdałowe lub… fasolowe), orzeszki ziemne z karmelem i cynamonem, amerykańskie donuty z cukrem albo lukrem, ciasta, tarty czy ciastka – cynamonowe, cytrynowe, kokosowe i in. Są też filhadinhos – typowe słodkości z Alentejo. I oczywiście nie mogło zabraknąć caramelos, czyli karmelków. Dla mieszkańców wyspy to smak dzieciństwa. Słodycze, które robiła ich babcia, kiedy inne słodycze nie były dostępne. Karmelki trudno przygotować, sama Andreia mówi, że miała wiele nieudanych prób. Wyniki pierwszych prób lądowały w koszu. Aż się nauczyła. I dziś i dzieci, i dorośli chętnie wychodzą od niej ze swoją paczką karmelków. Trochę karnawału Andreia dzieli się z mieszkańcami i turystami również smakami terceirskiego karnawału. Karnawał na Terceirze świętuje się o wiele huczniej i radośniej niż Boże Narodzenie. Są z nim związane przeróżne tradycje i przekąski. Najważniejsze z kwestii jedzeniowych są trzy rodzaje słodkości: filhoses do forno z budyniowym nadzieniem o smaku cytrynowym, filhoses fritas – coś a la płaski pączek, oraz coscorões – przypominają faworki, są cienkie i chrupiące. Wszyscy chętnie się nimi zajadają podczas karnawału. Słoiki W końcu, Andreia przygotowuje też pikle i inne produkty zamknięte w słoikach. Można znaleźć u niej miód wytworzony przez lokalne pszczoły. Pikle z kopru morskiego, gotowanych jaj przepiórczych i przeróżnych warzyw. Dużym zainteresowaniem cieszy się massa de malagueta, czyli sos z ostrej papryki – jedna z najbardziej popularnych pikantnych przypraw na wyspie. Andreia robi też dżemy: figowe, jeżynowe, winogronowe, z batatów, cukinii, gujawy truskawkowej czy uwielbiany przeze mnie dżem z ostrej papryki (doce de malagueta). Kiedy lecę do Polski, zawsze zabieram go dla mojej siostry. Smakuje przepysznie z tostami i z queijo fresco, czyli świeżym serem. Tego sera nie da się przewieźć, trzeba przyjechać po niego tutaj! Głodni mogą znów zacząć czytać. Skąd pomysły na produkty? Pytam Andreię, skąd bierze pomysły na produkty. Zaczyna się śmiać: „Z mojej szalonej głowy”. Mówi, że chce, żeby jej klienci byli usatysfakcjonowani. Dlatego sprawdza, co im smakuje, po co wracają. Od lat największym powodzeniem cieszą się gotowana kukurydza i donuty, ale pozostałe produkty też mają swoich klientów. Kto idzie na plażę, chętnie do niej zagląda czy to rano, czy po południu. Jest też sporo osób, które wybierają się na niedzielne spacery z rodziną. W czasie świąt, imprez czy tourad (których w „normalnym”,

Hortensje – symbol Azorów?

hortensje, hortensja, hydrangeas

Hortensje to kwiaty, które stały się symbolem Azorów. Kiedy myślimy o Azorach, widzimy ocean, to na pewno. I mnóstwo zieleni. Ale widzimy też rozległe pola poprzecinane wulkanicznymi murkami i „płotami” z hortensji. Widzimy długie, wąskie drogi otoczone rzędem potężnych hortensji. Widzimy hortensje w ogrodzie i na środku pola. Białe, niebieskie, fioletowe, różowe, czerwone. Hortensje stały się symbolem Azorów. To read an English version of this article click HERE. Przywędrowały na Azory z Japonii Z faktu, że hortensje stały się symbolem Azorów, nie są zadowoleni lokalni biolodzy. Hortensje to bowiem gatunek inwazyjny, wypierający lokalną florę. Przypuszcza się, że przywędrował na Azory z Japonii w XIX wieku jako gatunek ozdobny. Hydrangea macrophylla, bo taka jest nazwa gatunkowa hortensji, lubi klimat umiarkowany i wilgotne gleby, więc na Azorach czuje się jak w raju. Nie da się ukryć, że wkomponowały się w krajobraz znakomicie. Azorskie hortensje na eksport Na Faial powstał nawet biznes związany z hortensjami. Hortensje są tam zbierane i suszone na eksport. Oczywiście te najpiękniejsze, o najlepszym kształcie. Od prawie 30 lat są sprzedawane są do Niemiec, Hiszpanii i Włoch. Tam są używane jako pojedyncze kwiaty ozdobne lub jako fragmenty większych kompozycji. Kiedy można zobaczyć hortensje? Mieszkam na Terceirze od 2017 roku i powiem Wam, że mam wrażenie, że hortensje kwitną tu niemal non stop. Widziałam je i w kwietniu, i w październiku. Natomiast najlepszy czas na ich oglądanie to okres od czerwca do sierpnia. Jeśli chcecie je podziwiać na żywo, przylećcie na Azory podczas wakacji letnich. I koniecznie przygotujcie się na sesję zdjęciową – będziecie mieć pamiątkę na całe życie! (Jeśli potrzebujesz kontaktu do dobrego lokalnego fotografa, daj znać!) Zapraszam do galerii azorskich hortensji!

Angra do Heroísmo – stolica Terceiry na Liście światowego dziedzictwa UNESCO

Angra do Heroísmo, Angra do Heroismo, Angra, UNESCO, Monte Brasil

Angra do Heroísmo to stolica Terceiry. Spokojna, urokliwa, pełna skarbów do odkrycia. Jej centrum historyczne jest wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jeśli byliście na Terceirze, na pewno spacerowaliście oczarowani uliczkami Angry do Heroísmo. Jeśli nie byliście – wszystko przed Wami! Ale zanim tu dotrzecie, możecie nacieszyć oczy zdjęciami Angry. Znajdziecie je na przykład u mnie na Facebooku i Instagramie. To read an English version of this article click HERE. W Angrze można się poczuć tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Terceira została odkryta i zasiedlona w drugiej połowie XV wieku, a niektóre budynki w Angrze pamiętają początki XVI wieku! Czyli po ich korytarzach mogli chodzić jeszcze pierwsi odkrywcy lub ich dzieci! Angra do Heroísmo na Liście światowego dziedzictwa UNESCO Angra do Heroísmo została wpisana na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1983 r. Podstawę stanowiły dwa kryteria kulturowe: Kiedy rozejrzymy się po Angrze, zobaczymy, że historia jest tam obecna na każdym kroku. Angra do Heroísmo to pierwsza osada na Azorach, która dostała prawa miejskie. Od 1534 r. jest ona uznawana za miasto. W tym samym roku została siedzibą diecezji, co również wpłynęło na jej rozwój. Od XVI do XIX w. była najważniejszym portem przeładunkowym na Atlantyku. Zatrzymywały się tu przede wszystkim statki płynące do i z Indii, jak również inne przepływające przez Atlantyk. Statki pełne były skarbów z Indii i ze świata Zachodu: złota, srebra, orientalnych przypraw. Stawały się celem ataków piratów. Zatoka Angry, osłaniana przez półwysep Monte Brasil, stanowiła świetne schronienie. Przed atakami zewnętrznymi chroniły wyspę dwie fortece: forteca São João Baptista zlokalizowana u podnóża Monte Brazil i fort São Sebastião (znany jako Castelinho) w Porto de Pipas („port beczek”). Angra się rozwijała, co znajdowało odzwierciedlenie w jej architekturze. Katedra Sé, budynek Urzędu Celnego, kościół Misericórdia (miłosierdzia), klasztor franciszkański – to tylko jedne z wielu zabytków, które potwierdzają ówczesne znaczenie stolicy Terceiry. Angra do Heroísmo została też mądrze zbudowana Angra jest nie tylko pełna niezwykłych zabytków, lecz także bardzo mądrze zbudowana. Kiedy pierwsi odkrywcy dotarli na Terceirę, zobaczyli wyspę z dużym półwyspem przylegającym do jej południowego wybrzeża. Półwysep tworzył dwie zatoki i stanowił naturalną ochronę przed wiatrem i silnymi falami oceanicznymi. Nic dziwnego, że właśnie w tym miejscu postanowili się osiedlić. Siatka miasta jest nieco przesunięta w stosunku do ówczesnej tradycyjnej zabudowy. Pierwsi osadnicy budowali ją, uwzględniając lokalne wiatry, co świadczy o ich świetnym dostosowaniu do istniejących warunków geograficznych. Angra do Heroísmo przetrwała już trzęsienie Ziemi, oby przetrwała i kolejne lata 1 stycznia 1980 roku Terceirę nawiedziło trzęsienie Ziemi o sile 7,2 w skali Richtera. Połowa Angry legła w gruzach – dosłownie. Większość budynków zrekonstruowano jednak zgodnie z ich oryginalnymi planami. Dlatego dziś możemy podziwiać niezmieniony kształt historycznego centrum stolicy Terceiry. Dla tych, którzy mają dom w historycznej części Angry, prace remontowe mogą być uciążliwe. Trzeba uzyskać stos pozwoleń, trzeba zachować oryginalną fasadę, trzeba pamiętać o specyficznych technikach budowlanych. Ale kiedy spaceruję uliczkami Angry, jestem wdzięczna mieszkańcom za ich wysiłek. Tu jest po prostu pięknie. I niech tak zostanie!

Ten karnawał był inny

karnawał, Carnival, Carnaval

Ten karnawał był inny. To był pierwszy prawdziwy karnawał w moim życiu. Mieszkam na Terceirze od stycznia 2017, więc tegoroczny karnawał był czwartym w mojej wyspiarskiej historii. Do dziś pamiętam pierwszy. Wszyscy mówili „Musisz iść na karnawał”, a ja sztywniałam na słowo „musisz”. Nie było mi do śmiechu. Koszmarnie tęskniłam za rodziną i miałam ochotę raczej usiąść i płakać niż świętować. To read an English version of this article click HERE. Ale w końcu pomalowałam się jak na Halloween i poszłam. Przeszłam się między poprzebieranymi, roześmianymi ludźmi, porobiłam kilka zdjęć. Pojechałam też zobaczyć balinhos, mimo że mój portugalski wówczas leżał i kwiczał, więc nie rozumiałam ani słowa z przedstawień. Spróbowałam, co to filhos do forno i filhos frita. I stwierdziłam, że bailinhos i filhoses tak, ale przebierane imprezy – to nie dla mnie. A w tym roku pomyślałam: karnawał = impreza A przecież imprezy lubię. Lubię spotykać się ze znajomymi, lubię się dobrze bawić. Koleżanka zaproponowała, żebyśmy w kilka osób się spotkali i poszli na imprezę na Rua de Sāo Joāo. (Która ponoć jest wynalazkiem ostatnich lat, ale bardzo szybka znalazła swoich zwolenników.) I spotkaliśmy się, przebraliśmy się i poszliśmy. Okazało się, że można! I można się dobrze bawić! Ok, tutaj małe wyjaśnienie – dla mnie impreza na ulicy jest ciekawa przez pierwsze dwie godziny. Później robi się nudno, bo ani potańczyć (muzyka pozostawia wiele do życzenia, może dlatego tutaj nikt nie tańczy), ani pogadać (bo za głośno). Ale te dwie pierwsze godziny są warte doświadczenia. Karnawał – co to znaczy? No dobrze, impreza imprezą, ale co to tak właściwie jest, ten karnawał? Szukałam ostatnio informacji o karnawale, żeby opowiedzieć Wam o nim na Facebooku i na Instagramie. No i tutaj, na blogu. Dowiedziałam się, że słowo „karnawał” pochodzi od włoskiego słowa „carnevale”. To słowo ma zaś swoje łacińskie korzenie – oczywiście! Jak przeczytacie, co oznacza, Wasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Gotowi? „Karnawał” to z łaciny „usuwać mięso” lub „żegnaj mięso”. Wyobrażacie sobie? Befsztyki rodem z „Madagaskaru” zamiast weneckich masek. Takie przygotowanie do Wielkiego Postu. Zostawię Was z tym wyobrażeniem. Jak dojdziecie do siebie, możecie czytać dalej. Karnawał na Terceirze Jesteście jeszcze, oddychacie? Dobrze, to teraz będzie trochę spokojniej. Też się zagłębimy w historię, ale trochę bliższą. Końcówka XIX w./ początek XX w. W tym czasie z tradycyjnych pokazów tanecznych, popularnych wówczas w całej Europie, wyewoluowały grupy znane dziś jako bailinhos. Są różne teorie na temat tego, jak dokładnie powstały. Jedna z nich mówi, że fabułę do tańców wprowadzili emigranci wracający z Brazylii. Czy właśnie tak było? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Ale miło pomyśleć, że tutejsze zwyczaje mają coś wspólnego ze słynnym karnawałem w Rio. Bailinhos – unikalna tradycja Terceiry Wiemy natomiast, że balinhos to tradycja istniejąca wyłącznie na Terceirze. To grupy estradowe przygotowujące przedstawienia specjalnie na okres karnawału. Większość grup złożona jest z 20-24 osób, najczęściej amatorów. Każda grupa pisze swój scenariusz i przygotowuje aranżację do typowej karnawałowej muzyki (rzadziej – pisze własną). Każdy zespół jest też odpowiedzialny za swoje stroje, makijaże, scenografię, rekwizyty, logistykę. Nie wspominając już o choreografii i reżyserii. Próby zaczyna się kilka tygodni wcześniej. Wszystko po to, żeby podczas karnawału przez cztery dni grać przed tysiącami ludzi. – Pedro, wy tu na tej wyspie w ogóle byście nie pracowali, tylko ciągle jakieś imprezy przygotowywali!– A ty wiesz, ile to pracy, przygotować taką imprezę?? O czym mówią bailinhos? Przedstawienia bailinhos cieszą się olbrzymią popularnością. Ok. 60 różnych grup odwiedza corocznie ok. 40 ośrodków kultury zlokalizowanych na całej wyspie i gra przed tysiącami osób. O czym opowiadają? O wszystkim, co w danym czasie dotyka lokalną i międzynarodową społeczność. Może się pojawić temat rządu, służby zdrowia, uprzedzeń rasowych, tanich linii lotniczych. Przedstawiane są też takie kwestie, jak homoseksualizm, równouprawnienie, zdrada, alkohol, ograniczony transport w archipelagu, rywalizacja pomiędzy wyspami, polityka, niewydolność sądów, spory sąsiedzkie, zmiany klimatyczne. I wiele, wiele innych. Zrozumieć bailinhos to zrozumieć wyspę Żeby zrozumieć dobrze bailinhos, trzeba po pierwsze dobrze mówić po portugalsku, po drugie – rozumieć lokalną społeczność. Żarty są często proste, ale trafiające w to, co interesuje odbiorców. Z tych przedstawień można doskonale wyczytać, czym żyje społeczność wyspy. To lustro rzeczywistości, warto w nie zajrzeć. W artykule „Carnaval na Terceirze” pisałam o tym, jak bardzo mnie dziwił na początku brak jakiegokolwiek planu i „rozkładu jazdy” przedstawień. Dziś już mnie to nie dziwi. Dziś widzę, że to jest część kultury. Podobnie jak jeżdżenie za jedną grupą bailinhos jak za ulubionym zespołem rockowym. Czy jedzenie bifany, bobu i filhoses w przerwach. Przedstawienia bailinhos to największe „zgromadzenie” teatru powszechnego w języku portugalskim w całym świecie. A to wszystko na małej wyspie. Na karnawał czeka się cały rok Mieszkańcy wyspy w trakcie karnawału świętują ochoczo Dia de Amigos, Amigas, Compadres i Comadres, od niedawna popularne są również bailinhos osób starszych, które odbywają się przed głównym weekendem karnawału. Ale to te 4 ostatnie dni są najważniejsze. Czeka się na nie cały rok. Świętowanie karnawału zaczyna się w ostatnią sobotę przed Środą Popielcową i kończy we wtorek, w polskie Ostatki. Wtorek jest dniem wolnym od pracy. Wyobrażacie sobie? Dostać wolne tylko po to, żeby odespać imprezę. Jest to jakiś pomysł. Kiedyś robiono imprezy karnawałowe w zamkniętych przestrzeniach. Teraz w sobotę i w poniedziałek jest impreza na świeżym powietrzu, na Rua de Sāo Joāo w Angrze. Wszyscy przychodzą w fantazyjnych strojach i bawią się przy dźwiękach muzyki (jak wspomniałam, wiele pozostawiającej do życzenia, ale niewielu osobom zdaje się to przeszkadzać). Można spotkać piratów, marynarzy, postaci z bajek, herosów, księżniczki, zwierzęta, księży, rycerzy, żołnierzy, policjantów, pawie, baletnice, potwory, kościotrupy… Mogłabym tak długo wymieniać, ale myślę, że jest to już jasne. Jedynym ograniczeniem jest Twoja wyobraźnia. A przez wszystkie cztery dni (długie wieczory, a w sobotę i poniedziałek również noce, aż do świtu) ludzie zbierają się w ośrodkach kultury i oglądają bailinhos. Są tam nie tylko po to, żeby zobaczyć przedstawienia, ale też po to, żeby spotkać się ze znajomymi, porozmawiać, pośmiać się, zjeść coś dobrego. Karnawał zwiastuje koniec zimy Kiedyś karnawał był celebrowany jako pożegnanie z okresem zabawy i przywitaniem Wielkiego Postu. Dziś już nie ma aż

Jachtem po Azorach

Jachtem po Azorach fot. Tomas Piotrowski

Kiedy rok temu moja koleżanka, rozglądając się po Terceirze, stwierdziła, że chciałaby się wybrać w podróż jachtem po Azorach – uśmiechnęłam się. Pomyślałam, że to świetny pomysł – ale kto to zorganizuje? Przecież jachtów na wynajem tutaj tyle co kot napłakał, a i Atlantyk średnio przyjazny żeglarzom. Do tego – kto znajdzie grupę ochotników, którzy faktycznie chcieliby się zmierzyć z falami oceanu i poznać Azory od strony wody? Kto mógłby to wszystko zrobić? To read an English version of this article click HERE. Kimś takim okazał się Tomek Piotrowski. Tomek na co dzień zajmuje się fotografią, można go znaleźć na jego stronie na Facebooku, a kilka razy w roku zakłada czapkę kapitana i razem z załogą wypływa na coraz to ciekawsze wyprawy. Jedną z nich była wyprawa jachtem po Azorach. Tomek wraz z załogą, w tym – z moją marzącą rok temu o podróży jachtem po Azorach koleżanką Kasią, poznali Azory od strony, od której ja sama ich nie znam. Zafascynowała mnie ich podróż, chciałam Wam o niej opowiedzieć. Osobą, która jest w stanie powiedzieć o niej najwięcej, jest oczywiście sam kapitan. Zapraszam zatem do wywiadu! Cześć, Tomek! Dziękuję, że zgodziłeś się na ten wywiad. Powiedz mi – jesteś bardziej fotografem czy żeglarzem? Jestem fotografującym żeglarzem. Zawodowo zajmuję się fotografią, ale łączę ją z żeglowaniem przynajmniej kilka razy w roku. Jakie jest Twoje doświadczenie jako kapitana? Ciągle za małe. Wiele mórz jeszcze przede mną zostało do okrycia. Na szczęście każdego roku poznaję nowe destynacje i moja „lista” się sukcesywnie skraca. Takim kolejnym małym kroczkiem były Azory. Doświadczenie w żeglarstwie mierzy się często milami i godzinami. Do tej pory na rejsach spędziłem ok. 100 tygodni, przepłynąłem 30.000 mil morskich w czasie 6.000 godzin. Co takiego Cię pociąga w żeglowaniu? Chciałbym powiedzieć, że wiatr, sport i wolność. Od dłuższego czasu jest to jednak przyjemność przemieszczania się pięknym środkiem transportu jakim jest jacht po nierównej, niepewnej, często nieprzewidywalnej nawierzchni w celach turystycznych. Żeglarstwo może być sportem, turystyką lub połączeniem tych dwóch dyscyplin. Ostatnio skupiam się na zwiedzaniu i podróżowaniu i jacht jest tutaj idealnym wyborem. W zależności od regionu można codziennie zwiedzać inne miejsce, inny port/miasto/zatokę od zupełnie innej strony niż jest to dostępne dla „szczurów lądowych”. Można przemieszczać się promem lub samolotem np. pomiędzy wyspami, ale zrobienie tego z Załogą daje zdecydowanie większą satysfakcję. Dlaczego wybrałeś Azory? Azory od dawna były na mojej żeglarskiej liście. Kilka razy przepływałem obok (Madera, Wyspy Kanaryjskie), ale nigdy nie zaglądałem w te regiony. Decyzja o rejsie zapadła jednak na wcześniejszym rejsie z tą samą Załogą. Ktoś rzucił hasło „Azory”. Wszyscy zaklaskali z radości. Azory wydają się być daleko, ale jednak blisko. Kiedykolwiek napotyka się na jakąś wzmiankę o Azorach wszystko jest zilustrowane w pozytywny sposób. Chyba jest to jedyna „idealna” destynacja turystyczno-żeglarska na świecie! 😀 A przynajmniej jedyna mi znana. Byłem w wielu pięknych miejscach na świecie. Ale zawsze jest małe „ale”. Zawsze Polak może ponarzekać. A to za dużo turystów, a to za ciepło, a to za drogo itd. Tutaj jest idealnie 🙂 Piękne widoki, fantastyczni ludzie, różnorodność wysp, genialna kuchnia (moim faworytem są steki, choć owoce morza są na najwyższym światowym poziomie), ciekawe miejsca do zwiedzania, niezbyt dużo turystów. Można by rzec, że małym minusem jest niepewna pogoda. Jest to jednak zmieniająca się pogoda. Dzięki temu można doświadczyć pięknych widoków, innych każdego dnia, a nawet godziny. Mgła, deszcze, pełne słońce. Jak można wszędzie przeczytać o Azorach – tutaj można przeżyć cztery roku jednego dnia. Jak zbierałeś załogę? Stara, sprawdzona ekipa. Niemalże sama się zebrała. Jakie wyspy odwiedziliście? São Miguel, Terceirę, Pico, São Jorge, Graciosę i Faial. Czym się kierowałeś przy ustalaniu trasy? Preferencjami Załogi. Część chciała więcej pożeglować i odwiedzić tym samym wyspy zachodnie – Flores i Corvo, ale w głosowaniu wygrała opcja na umiarkowane żeglowanie i dużo zwiedzania i aktywności. Jakie są Twoje i załogi wrażenia z Azorów? Wszyscy byli przeszczęśliwi. Po opiniach, przeczytaniu przewodników, forów mieliśmy bardzo duże oczekiwania. Nic nie zawiodło. Było jeszcze lepiej. Same pozytywne wrażenia się cisną na usta. Co Was najbardziej urzekło? Ciężko się zdecydować. Osobiście uwielbiam naturę – widoki i fauna i flora są powalające. To połączenie znanych nam lasów strefy umiarkowanej z tropikalnymi lasami deszczowymi. Bujna roślinność, wszystko zielone i całoroczny okres wegetacyjny tworzą niesamowite widoki. Każda wyspa oferuje co innego, ale przyroda, ludzie i kuchnia to to, co je wszystkie łączy. Społeczność jest bardzo miła i przyjazna nieznajomym turystom. Smakołyki czekają na nas w restauracjach z owocami morza i stekami. Nie sposób nie wspomnieć o wspaniałych kawiarniach z różnorakimi pasteis. A co Was najbardziej zaskoczyło? Pogoda. Miało często padać i wiać i czasami miało być nieprzyjemnie na zwiedzanie czy żeglowanie. Niemalże wszystkie te historie nas ominęły szerokim łukiem. Jak Was przywitał Atlantyk? Jak się ma do akwenów, po których dotychczas żeglowałeś? Wielokrotnie byłem na Atlantyku. Stąd ocean ten jest mi znany. Kilkoro Załogantów też zaznało smaku tego akwenu. Stąd zaskoczeń nie było. Morze przywitało nas całkiem łaskawie. Jedynie pierwszy przelot z São Miguel na Faial trochę wybujał Załogę. Co trzeba wziąć pod uwagę przy organizacji wyprawy jachtem po Azorach? Ograniczoną liczbę portów oraz miejsc w tych portach. Azory nie oferują pełnej bazy czarterowej. Nie ma też zbyt wielu marin. Każda wyspa oferuje jedno, maksymalnie dwa schronienia. Warto spytać wcześniej/przedzwonić z poprzedniej mariny, czy jest dla nas miejsce. Zatoki też potrafią być nieosłonięte. Wolisz perspektywę wodną czy lądową? Dlaczego? I to i to. Zdecydowanie. Jak na każdym rejsie. Wpływamy jachtem do portu. Podziwiamy widoki z innej perspektywy. Często oglądamy wschód i zachód słońca na tafli wody. Ale zwiedzanie samochodami części lądowej daje dużo frajdy i lepszej możliwości poznania Azorów. Jakie są Twoje najbliższe projekty? Baleary na przełomie sierpnia i września. Kuba w grudniu i Gwadelupa i okolice na Sylwestra. Mam też kilka innych pomysłów, ale wspomniane to pewniaki. Powoli też planuję ponownie rejs na Azory. Wygląda na to, że odwiedzę je rok do roku. Tym razem z osobami, które pozazdrościły „Pionierom” 😉 Jeśli ktoś chciałby się wybrać z Tobą w rejs – gdzie Cię może znaleźć? Głównie żegluję z firmą TheBoatTrip. Firmę tę tworzą moi

Wino z Biscoitos

Wino z Biscoitos

Kto odwiedza Terceirę, musi koniecznie poznać wino z Biscoitos. Biscoitos to jedyny obszar na Terceirze przeznaczony do produkcji wina. Charakterystyczny krajobraz czarnych kamiennych murków i leżących na nich jasnozielonych liści winorośli znalazł się nawet pod ochroną azorskiego rządu. Wino z Biscoitos to ważny element dziedzictwa wyspy. To read an English version of this article click HERE. Historia wina na Terceirze sięga XV wieku… …czyli czasów kolonizacji wyspy. Już pierwsi osadnicy wykorzystywali wulkaniczną ziemię do uprawy winorośli. W 1647 r. na szeroką skalę zaczęto uprawiać szczep Verdelho jako najlepiej przystosowany do wilgotnych warunków wyspy. Ten szczep charakteryzuje się m.in. dość luźno ułożonymi w gronie winogronami, dzięki czemu jest mniej niż inne narażony na gnicie. Nic jednak nie jest w 100% odporne na inne plagi. W XVIII i XIX wieku różne plagi zaatakowały winnice na Terceirze, w tym – niszczycielska filoksera, która spustoszyła też wiele innych winnic na świecie. Dopiero w 1890 roku szaleniec – jak wówczas myślano – lub marzyciel – jak dziś można na to spojrzeć – Francisco Maria Brum zdecydował się reaktywować produkcję wina. Założył winnicę! Początkowo w Fontinhas, następnie w Biscoitos. Ta winnica do dziś jest znana jako Casa Agrícola Brum. Działa nieprzerwanie od prawie 130 lat, prowadzi ją już piąte pokolenie tej samej rodziny. Ciągle z tą samą pasją! Wino z Biscoitos to wino wulkaniczne Szczepy Verdelho rosną na wulkanicznej ziemi wśród tak zwanych „biscoitos” („ciasteczka”), czyli wśród drobnych kamieni wulkanicznych. Ich sposób uprawy różni się od tych znanych nam np. z Francji czy Włoch. Na Terceirze przyszłe wino z Biscoitos dojrzewa na małych kwadratach lub prostokątach otoczonych murkami z czarnych kamieni wulkanicznych. Winorośle nie pną się do góry po linkach, lecz rozprzestrzeniają po rozłożonych wokół nich kolejnych kamieniach. Kamienne murki chronią winorośle przed zimnym słonym wiatrem wiejącym od oceanu, a murki w połączeniu z kamieniami na podłożu wytwarzają specjalny mikroklimat. Kamienie nagrzewają się w ciągu dnia i oddają ciepło w ciągu nocy. Dzięki temu winogrona szybciej dojrzewają i produkują więcej cukru. Wino z Biscoitos, nawet to wytrawne, nigdy nie wywoła skrzywienia na Waszej twarzy. Widok ścielących się nad oceanem winorośli może być za to powodem rozmarzonego uśmiechu. W Biscoitos można przejść się szlakiem wśród winnic, jak również odwiedzić Muzem Wina z Biscoitos (Museu do Vinho dos Biscoitos) Rodzina Brum w 1990 r., na stulecie swojej winnicy, otworzyła Muzeum Wina z Biscoitos. W muzeum tym znajdują się eksponaty przedstawiające nie tylko historię rodziny Brum i ich winnicy, ale również historię wyspy i winiarstwa. Można również na własne oczy zobaczyć szczep Verdelho (na potrzeby muzeum wyjątkowo rosnący pionowo) oraz spróbować pysznego wina. Tradycyjnie w tejże winnicy produkuje się wino likierowe Chico Maria (wytrawne, półwytrawne i słodkie). Na miłośników wina stołowego czekają zaś Da Resistência i Donatário. Wszystkie leżakowały sobie w dębowych beczkach zanim zostały zabutelkowane i przeznaczone do degustacji i do sprzedaży. Tak, tak, jeśli Wam jakieś wino zasmakuje, możecie je od razu na miejscu kupić i potem delektować się długo wspomnieniami z Terceiry. Co roku w Muzeum Wina z Biscoitos odbywa się Święto Winorośli i Wina z Biscoitos W wybranych dzień pod koniec sierpnia na terenie Muzeum Wina można zobaczyć osoby w tradycyjnych strojach zbierające winogrona do tradycyjnych wiklinowych koszy, wziąć udział w deptaniu winogron, napić się wina z glinianych naczyń czy spróbować tradycyjnych azorskich przekąsek. Nigdy nie brakuje też świętowania z muzyką i tańcami. Muzeum Wina z Biscoitos odwiedziłam niedawno z koleżanką. Zostałyśmy oprowadzone po muzeum przez przesympatycznych przedstawicieli czwartego pokolenia rodziny Brum. Razem z nimi podziwiałyśmy grona proszące o każdy promień słońca, prasy do tłoczenia miazgi winnej i wielkie beczki dające nadzieję na kolejne litry tego pysznego trunku. Oczywiście nie mogło się też obejść bez degustacji win! Skosztowałyśmy pysznych win likierowych i stołowych przy akompaniamencie massa sovada, czyli tradycyjnego portugalskiego słodkiego chleba. Rozmowom i uśmiechom nie było końca. Nie bez powodu Muzeum Wina z Biscoitos pojawiło się na liście 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze. Przydatne informacje Miejsce: Museu do Vinho dos Biscoitos znajduje się na północy wyspy, w Biscoitos, przy Canada do Caldeiro 3. Dni i godziny otwarcia: wtorek-sobota, 13:30-16:00 Dojazd: ze względu na degustację proponuję transport publiczny; dojedziecie tam autobusem nr 1 z Angry (powiedzcie kierowcy: „Biscoitos, Museu do Vinho”); rozkład autobusów na Terceirze znajdziesz TUTAJ. Wstęp wolny Ceny win: w zależności od gatunku i rocznika od ok. 10 do ok. 40 EUR Rekomendacje: wino likierowe Przyjemnego zwiedzania i degustowania! Niech wino z Biscoitos będzie z Wami!

Pamiątki z Azorów

Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że ta lista tak naprawdę nie ma końca. Możesz dopisać tyle punktów, ile tylko przyjdzie Ci do głowy. To jak, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wolniejsze tempo. Na Azorach życie toczy się w swoim rytmie. Kiedy pójdziesz do baru, kelner obsłuży Cię dopiero jak skończy rozmawiać ze swoim znajomym. Przeszkadza ci to? Rozsiądź się wygodnie i wciągnij w płuca zapach kawy i spokoju. Zaakceptuj rzeczywistość taką, jaka jest. Czas płynie na wyspach powoli, a relacje międzyludzkie są tu o wiele ważniejsze niż biznes. Jeśli włączysz tryb offline, wyhamujesz choć odrobinę i pozwolisz wyspiarskiej rzeczywistości poprzestawiać Twoje priorytety – gwarantuję Ci, że zachowasz przyjemną dawkę wakacyjnego luzu po powrocie na stały ląd. 2. Wspomnienie wszechobecnej zieleni i zachodów słońca nad oceanem. Azory są zielone. Na 8 z 9 wysp w archipelagu króluje milion odcieni zieleni. Zawdzięczamy to dużej wilgotności i dużej ilości opadów. Tak, dobrze czytasz – ten deszcz, na który możesz się natknąć o każdej porze roku, jest bezpośrednim sprawcą zapierających dech w piersiach widoków na pola i lasy jak ze scenografii „Władcy pierścieni”. Ukojenie dla oczu i serca w najczystszej postaci. A zachody słońca… Zachodów słońca nigdy nie za dużo. Wystarczy jeden, żebyś zabrał(a) ze sobą wspomnienie, na które będzie Ci się robiło ciepłej na sercu. A każdy kolejny tylko będzie to ciepło wzmacniał. Pewnie czasem najdzie Cię tęsknota, ale za takimi zachodami warto tęsknić. 3. Smak świeżych ryb i owoców morza. Smaki to jedna z pamiątek, które zostają z nami na długie lata. Pyszny dorsz (narodowa potrawa Portugalczyków), grillowane kałamarnice, świeżo wyłowione lapas (skałoczepy) czy boca negra (dosł. „czarne usta”, ryba z gatunku Helicolenus dactylopterus) nie chcą dać o sobie zapomnieć. A jak do tego dołożysz ośmiornicę, cracas (pąkle) i lokalnego tuńczyka – możesz nie chcieć jeść ryb i owoców morza nigdzie indziej do końca życia. Może słaba to prognoza na przyszłość, ale za to doświadczenie – jedyne w swoim rodzaju. 4. Ocean. Nie, nie podpowiadam, żeby spakować ocean w plecak. Ale żeby zabrać ze sobą kojący dotyk wody otulającej całe ciało. Żeby zabrać jej słony smak. Widok fal rozbijających się o czarne wulkaniczne skały. Szum wiecznie żywej, wiecznie płynącej wody. Ocean to życie. Życie dla fauny i flory morskiej, życie dla nas. Zabierz ze sobą z wakacji odrobinę życia! 5. Energia do rozpoczęcia nowego dnia. Niezależnie od okoliczności. Niezależnie od planów. Od tego, czy działasz zgodnie z nimi, czy może w Twoim dniu wydarzyła się kolejna rewolucja. Na Azorach pogoda zmienia się często. Nie bez powodu mówi się, że można tu przeżyć 4 pory roku w ciągu jednego dnia. Kiedy nagle zaczyna padać, nikt nie zaczyna płakać, że przez to musi zmienić swoje plany. Po prostu – zmienia je. I z nową energią zaczyna nowe działanie. I to się przekłada na życie. Zmiany pogody na Azorach mogą Ci pokazać, że warto robić plany, ale nie warto się martwić, kiedy nie wypalają. Wystarczy się zatrzymać na chwilę i zrobić nowe. I wejść z nową energią w nowy dzień. A czasem w nowy etap życia. Bo skoro już mamy to życie, to lepiej przeżyć je dobrze niż słabo. Nawet jeśli pada. To są moje pamiątki z Azorów. Takie, które przywiozłam ze sobą już po pierwszej wizycie na środku Atlantyku. Które zabieram ze sobą, kiedykolwiek stąd wyjeżdżam. Są ze mną. Pomagają mi żyć i cieszyć się życiem. To pamiątki z Azorów, których jest pod dostatkiem dla każdego. Wystarczy otworzyć oczy i serce. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie…”* Dobrego dnia! Dobrych wspomnień! *Adam Mickiewicz, „Romantyczność”

Sanjoaninas – największe święto na Azorach

Sanjoaninas Tercera Azores marchas

Sanjoaninas to największe świeckie święto na całych Azorach. To 10 dni świętowania skupione wokół św. Jana (św. Jan to po portugalsku São João) i wokół Angry. I tutaj dwa wyjaśnienia. Pierwsze wyjaśnienie – tak, święto świeckie, i tak, skupione wokół św. Jana. Trochę jak w Polsce noc świętojańska, która wywodzi się z tradycji pogańskich. Drugie wyjaśnienie – Sanjoaninas to święto Angry, stolicy Terceiry. Ale biorą w nim udział wszyscy. Cała wyspa, cały archipelag, Portugalczycy z kontynentu, turyści z różnych stron świata. Dla nikogo nie zabraknie miejsca. To read an English version of this article click HERE. Sanjoaninas to święto pełne radości i lokalnego folkloru. Jego początki sięgają XVI wieku. Czytaj: niedługo po osiedleniu pierwsi mieszkańcy Terceiry zaczęli świętować. Forma naturalnie ewoluowała. W 1934 r. po raz pierwszy pojawiła się otwierająca Sanjoaninas parada z orszakiem królewskim. I ten element tradycji przetrwał po dziś dzień. Co roku wybierany jest nowy temat parady, związany z historią i tradycją wyspy. Co roku też wśród lokalnych dziewcząt wybierana jest nowa królowa Sanjoaninas, która jedzie na specjalnie przygotowanej platformie i pozdrawia publiczność. Wokół niej, również na wymyślnych platformach, zgromadzone są dwórki, przed nią i za nią idzie cały orszak. Podczas Sanjoaninas można też zobaczyć liczne grupy taneczne i orkiestry filharmoniczne. Poprzebierani w fantazyjne i/lub tradycyjne stroje ochotnicy najpierw ćwiczą tygodniami, a potem prezentują się w pierwszą noc Sanjoaninas. Przemieszczają się ulicami Angry, tańcząc i śpiewając pieśni przygotowane specjalnie na Sanjoaninas. Za nimi zwykle idzie orkiestra, również złożona z ochotników, która przygrywa im do tańca i śpiewu. W tych paradach, znanych jako marchas, może wziąć udział każdy – i to jest piękne! Spotka się tam starych, młodych, grubych, chudych, ładnych, brzydkich, wysokich, niskich, umiejących śpiewać czy tańczyć i muzyczne beztalencia… Dla każdego jest miejsce! Sanjoaninas łączą tradycję, kulturę i kuchnię. Na każdym kroku widać tzw. tascas (l.poj. tasca), czyli taszki – miejsca, gdzie można kupić coś do jedzenia lub/i do picia. Zazwyczaj są to lokalne tradycyjne przysmaki: morcela (lokalna kaszanka), linguiça (lokalna kiełbasa), alcatra (coś a la gulasz), bifana (bułka z kotletem), tremoços (ziarna łubinu), lapas (skałoczepy), steki, ryby… Tak, dobrze widzicie – głównie mięso. Jest też dużo piwa. Mikropiwa. Lokalne małe piwo ma 0,2 l. Pije się też wino i sangrię. I caipirinhę – pyszny brazylijski drink , którego bazą jest cachaça – alkohol z trzciny cukrowej. (Jeśli chcecie wypić świetną caipirinhę, pytajcie o taszkę prowadzoną przez João). A co z tą kulturą i tradycją? Tak się skupiłam na jedzeniu (chyba jestem głodna!), że zapomniałabym o tradycji i kulturze. Tradycja i kultura są w zasadzie widoczne na każdym kroku. Sanjoaninas to bowiem nie tylko parady, ale też przystrojone ulice, wywieszone przez balkony koce i mnóstwo wydarzeń. Są koncerty, wydarzenia sportowe (regaty, wyścigi kajakarskie, wspinaczka uliczna, turnieje tenisowe i in.), parady różnych grup (np. harcerzy), spektakle teatralne na scenach i na ulicach, wystawy, targi rękodzieła… W noc św. Jana, już nad ranem, jest też skakanie przez ogniska i jedzenie sardynek – ryb prawie tak typowych dla Portugalii jak dorsz. Oczywiście nie może zabraknąć również atrakcji związanych z bykami. Podczas Sanjoaninas odbywają się tradycyjne tourady (pisałam o nich w tekście Tourada à corda), w tym tourada à corda w Porto Pipas – porcie w Angrze, uliczne biegi byków oraz tourady na arenie – z toreadorami na koniach lub bez. Te ostatnie to najbardziej kontrowersyjna forma rozrywki. Byków w Portugalii się nie zabija, nie da się jednak ukryć, że są ranione. Przeciwników tourad jest jednak nadal mniej niż ich zwolenników. Jak wspominałam – tourady to wciąż jedne z najważniejszych wydarzeń społecznych na wyspie. Pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. Mieszkańcy Terceiry lubią się bawić. Okazji do świętowania na wyspie nie brakuje, a Sanjoaninas wręcz idealnie wpasowują się w filozofię, że pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. (Dzień św. Jana to tutaj dzień wolny!) Jako że to niewielka wyspa z bardzo ograniczonymi możliwościami rozwoju zawodowego, mało kto poświęca się karierze. Praca stanowi raczej źródło dochodu i relacji społecznych niż samorealizacji. W związku z tym większość osób skupia się na życiu pozazawodowym. Sanjoaninas, Festas da Praia, karnawał, tourady, Festas do Espírito Santo, święta poszczególnych wiosek – to okazje do wyrażenia radości i zacieśnienia więzi społecznych. A jak się żyje w małej społeczności, więzi są ważne. W sumie jak się żyje w dużej społeczności, też są ważne, tylko o tym zapominamy. A szkoda. Bo – jak mówi moja ciotka – w kupie raźniej. Co doskonale widać na Sanjoaninas, kiedy czasem nie można przejść z jednego końca ulicy na drugi. Nie, nie dlatego, że ulice są tak długie jak Aleje Jerozolimskie. Chodzi raczej o to, że co 5 kroków spotyka się kogoś znajomego. I ucina pogawędkę. I od razu wiadomo, skąd na Sanjoaninas tyle radości! Polecam gorąco i mam nadzieję, że do zobaczenia! PS Program Sanjoaninas możecie sprawdzić TUTAJ. Gdybyście mieli problem z rozszyfrowaniem języka portugalskiego, śmiało dawajcie znać, w miarę możliwości będę Wam pomagać! 🙂

Carnaval na Terceirze

Carnaval na Terceirze, czyli wielki karnawał na małej wyspie. Carnaval (czyli karnawał) jest jednym z wydarzeń, na które mieszkańcy wyspy czekają przez cały rok. A ledwo się skończy – leczą przeziębienie i czekają na następny. I następny. I następny. To tradycja, której zdecydowanie warto się przyjrzeć. Przeprowadzę Was przez nią moimi oczami. To read an English version of this article click HERE. „Musisz iść na karnawał!” – słyszę. Ale jak to „muszę”? Karnawał jak karnawał, każda okazja do świętowania jest dobra, a ja w tej chwili nie mam ochoty świętować. No i jak to – że karnawał trwa od soboty aż do wtorku? I że wtorek (polskie Ostatki) to niby dzień wolny tylko dlatego, że jest impreza? I część instytucji publicznych ma też wolny poniedziałek? No jak to? Ale dobrze. Zakładam skórzaną sukienkę, maluję czarną pajęczynę wokół oczu i wychodzę. Później słyszę, że mój strój bardziej pasował do Halloween niż do karnawału. Że to na Halloween jest mrocznie, a na karnawał dziko i kolorowo. Ale nie szkodzi, idę sprawdzić, wokół czego tyle zamieszania. Przed wyjściem z baru znajomego jeszcze widzę chłopaka w różowej baletowej spódniczce i różowych tiulowych skrzydłach. Wychodzę. Idę na Rua de São João. A tam impreza na całego. Rua de São João to jedna z ulic prowadzących od głównej Rua da Sé do mariny w Angrze. Podczas karnawału (podobnie jak podczas Sanjoaninas) staje się imprezowym centrum wyspy. Wszyscy, którzy kochają zabawy kostiumowe, docierają właśnie tutaj. Zwłaszcza w ostatnią sobotę i… poniedziałek karnawału. Tak, poniedziałek – w końcu wtorek jest wolny i można odespać. Stworzenie wymyślnego, oryginalnego kostiumu to wyzwanie, którego wiele osób z radością się podejmuje. Kombinują, kupują, zamawiają, szyją, dziergają, tną, kleją, malują… Im bardziej wyraziście i kolorowo, tym lepiej. Na ulicach widać czarownice, piratów, żaby, rycerzy, drzewa, a nawet Fridę Kahlo. „To po to w sklepach te kostiumy Spidermana i pokojówki, i maski, i kapelusze w przeróżnych kolorach i kształtach” – myślę. I obserwuję grupki roześmianych ludzi, którzy bawią się, jakby to była najlepsza impreza ich życia. Kto wie, może jest. Kolejna najlepsza będzie w poniedziałek. Kolejna – podczas Sanjoaninas. A potem znów karnawał. Chodzę i przyglądam się ludziom. Sama jestem w nastroju mało zabawowym, to w końcu luty 2017, początki mojego pobytu na wyspie, kiedy jeszcze nie wiem, co i jak, za to czuję, jak bardzo jestem inna. Niby na ulicy jest tłum, ale jakoś nie umiem się w tym tłumie zgubić. Wracam do domu z poczuciem, że to fantastyczna tradycja, ale nie moja. Może kiedyś się do niej przekonam, może nie. Ale na pewno jest to impreza, którą warto zobaczyć. Za to bailinhos podbijają moje serce. O bailinhos też mówią wszyscy wokół. I wszyscy się dziwią, że nie wiem, co to jest. Cóż, to tradycja typowa dla Terceiry, więc nic dziwnego, że jej nie znam. Ale szybko poznaję. Bailinhos to grupy teatralno-muzyczno-taneczne, złożone głównie z amatorów, które są tworzone specjalnie na okres karnawału (ostatni weekend, od soboty do wtorku). Autorskie scenariusze, muzyka, układy choreograficzne, specjalnie szyte kostiumy we wszystkich kolorach tęczy, długie weekendowe i wieczorne próby… To wszystko po to, żeby przez cztery dni jeździć od ośrodka kultury do ośrodka kultury i komentować ze sceny współczesną społeczną i polityczną rzeczywistość. Zarówno lokalną, zrozumiałą tylko dla mieszkańców wyspy czy wręcz gminy, jak i ogólnoświatową. Czasem w grupach znajdują się profesjonaliści, ale zwykle bailinhos zostają osoby, które mają swoje inne prace i zajęcia – i tylko na okres karnawału przywdziewają barwny kostium i wchodzą na scenę. Niektórzy niezmiennie co roku od dwóch dekad. Albo i dłużej. Bo to zajęcie, które wciąga. Zanim to jednak nastąpi, bailinhos czekają długie tygodnie przygotowań. Karnawał to wydarzenie na tyle ważne, że w szkołach przekładają terminy sprawdzianów z jego powodu! Moje pierwsze zetknięcie z bailinhos składa się głównie z pytań zaczynających się od „Ale jak to?” Ale jak to nie ma żadnego harmonogramu? Ale jak to nie wiadomo, kiedy przyjedzie następna grupa? I kto będzie tą następną grupą? Ale jak to nie macie pojęcia, ile będzie trwało? Ale jak to macie jedzenie i picie, i koce? Naprawdę macie zamiar siedzieć tu od popołudnia aż do rana?? Podczas pierwszego spotkania z bailinhos nie rozumiałam nie tylko ani słowa ze sceny, ale też nie rozumiałam całego kontekstu kulturowego. W małych i większych ośrodkach kultury ludzie przychodzą jak najwcześniej, zajmują sobie miejsca, obkładają się kocem i siedzą faktycznie od popołudnia aż do świtu. Oglądają przedstawienie za przedstawieniem, komentują, porównują do tego, co dana grupa pokazała w zeszłym roku. Zastanawiają się, którzy bailinhos są w tym roku najciekawsi, oceniają scenografie i kostiumy, czekają z niecierpliwością, aż na scenie pojawi się ich sąsiad, córka albo sprzedawca ryb. Chodzą do baru na bifany i częstują się nawzajem ciastkami. Tak, przy każdym ośrodku kultury na czas karnawału jest otwarty bar, w którym można kupić bifanę (wspominana już przeze mnie kilka razy bułka z kotletem, absolutny hit każdego wydarzenia), piwo oraz inne napoje i przekąski. Poza tym, każdy jest zazwyczaj dobrze zaopatrzony w chipsy, ciastka i oranżady. Karnawał to nie jest czas na zdrowe odżywianie, zresztą na wyspę niestety jeszcze ten trend nie dotarł. Na karnawał docierają za to liczne bakterie i wirusy. Nic dziwnego, że po całonocnych imprezach na ulicach i siedzeniu do rana na salach pełnych ludzi duża część osób później chodzi i kaszle, kicha i kuli się z zimna. Niektóre osoby, chcąc uniknąć choroby, wybierają oglądanie występów bailinhos w wygodnym fotelu we własnym domu. Tak, niektóre występy są nadawane na żywo przez lokalną telewizję. To nie to samo, co uczestniczenie w tym wielkim wydarzeniu społecznym na żywo, ale zawsze jest to opcja dla tych, którzy nad emocje na żywo przekładają swój komfort i zdrowie. Lub po prostu nie mają możliwości wyjścia z domu. Ale wracając do moich „Ale jak to?” – to wszystko, czego nie byłam pojąć przy pierwszym moim zetknięciu z bailinhos, stało się całkowicie normalnym już w następnym roku. Nuciłam do karnawałowych piosenek lecących w kółko w radiu, siedziałam ze znajomymi na twardej ławce w ośrodku kultury, śmiałam się z lokalnych żartów, głośno klaskałam w rytm skocznej muzyki i komentowałam wyjątkowo piękne

Co to jest Terceira?

Terceira, widok na ocean, fot. Katarzyna Ryczko

Co to jest Terceira? To mała portugalska wyspa w archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. To miejsce, w którym zamieszkałam w styczniu 2017 roku. I teraz krótkie wyjaśnienie, skąd ten dzisiejszy temat. Otóż wczoraj wzięłam udział w IV Spędzie Włóczykijów organizowanym przez moich znajomych. Spęd Włóczykijów to spotkanie podróżnicze, które do tej pory odbywało się w gronie przyjacielskim, a w tym roku „wyszło do świata”. Odbyło się w Klubokawiarni ITePe na warszawskim Grochowie. Jako że jestem 4 tysiące kilometrów od Warszawy, nie byłam w stanie tam „podjechać”, ale dzięki uprzejmości organizatorów i gospodarzy, i dzięki wsparciu technicznemu mojej siostry i jej narzeczonego mogłam się tam pojawić online. To była moja pierwsza w życiu prezentacja przeprowadzana zdalnie. Przyznam Wam, że chyba jednak łatwiej jest mi mówić, kiedy widzę odbiorców, ale cieszę się, że mogłam tam być ze znajomymi i w tej formie. Opowiedziałam im o Terceirze. I stąd temat – co to jest Terceira? Kiedy przygotowywałam się do prezentacji, przypomniałam sobie to, co ktoś mi kiedyś powiedział: „Milena, w Polsce o tym, co to jest Terceira, wiedzą chyba tylko Twoi znajomi”. Zastanowiłam się, przyznałam rację i postanowiłam to zmienić. Wczoraj opowiedziałam o Terceirze głównie znajomym, dziś krótko opowiem o niej Wam. Na tym blogu, jeśli wejdziecie w zakładkę Polka na Azorach, znajdziecie dużo tekstów o szczegółach, m.in. listę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze czy podpowiedź, co robić na Terceirze, kiedy pada, a dziś mam dla Was wprowadzenie. Co to jest Terceira? Jak wspomniałam, to mała portugalska wyspa na środku Atlantyku. Leży w archipelagu Azorów, który składa się z 9 wysp. Terceira jest na trzecim miejscu w archipelagu pod względem wielkości i na drugim miejscu pod względem liczby mieszkańców. Ze swoją powierzchnią ok. 400 km kw. stanowi ok. 80% powierzchni Warszawy – co oznacza, że nie jest duża, ale nie jest też tak mikroskopijna, jak niektórzy sobie wyobrażają. Liczba mieszkańców różni się w zależności od źródła, ale z tego, co ostatnio znalazłam, wynika, że mieszka tu ok. 56-58 tys. osób. To średniej wielkości miasto w Polsce. Azory to wyspy wulkaniczne. Widać to na każdym kroku. Krajobraz zdobią stożki wulkaniczne, w tym – najwyższy szczyt Portugalii, Pico, o wysokości 2351 m n.p.m. (czaicie to? ponad dwa kilometry wystające prosto z wody!), który znajduje się na wyspie Pico. Na Terceirze znajduje się wulkan Algar do Carvão – jeden z trzech znanych na świecie, a dwóch dostępnych dla zwiedzających wulkan, którego ściany stożka nie zapadły się, więc można zwiedzać ten wulkan od środka. Są liczne tunele lawowe, są fumarole, czyli miejsca, z których spod ziemi wydobywa się siarka. Na szlaku można znaleźć zastygłą lawę, kawałki obsydianu (tzw. szkła wulkanicznego) czy bomby wulkaniczne. A komunikaty o aktywności sejsmicznej też przypominają, czemu zawdzięczamy istnienie tego pięknego kawałka świata. Nikt tu jednak nie myśli o tym na co dzień. Tylko od czasu do czasu zastanawiamy się ze znajomymi, co właściwie trzeba by zrobić „w razie czego”. Ostatnio koleżanki zaplanowały, że wszyscy zrzucimy się na łódź i „w razie czego” stąd odpłyniemy. Jest to jakaś myśl. Byłam dwa dni temu na wykładzie o tym, kiedy będzie następna erupcja na Terceirze. Był to wykład z okazji 55. urodzin Stowarzyszenia Montanheiros – tego, co to dba o wulkan Algar do Carvão, jaskinie lawowe etc., i organizuje piesze szlaki po Terceirze. Dowiedziałam się, że erupcji nie będzie jutro. Ani w przyszłym roku. Sądząc jednak po statystykach, prawdopodobnie możemy się jej spodziewać jeszcze w tym stuleciu. Jak to mówi stare porzekadło – pożyjemy, zobaczymy. Ale wracając do tego, co to jest Terceira. Terceira to wyspa bardzo, bardzo zielona. Gdzie się nie obrócicie, tam zobaczycie zieleń. Skąd tyle zieleni? Po pierwsze, jest tu bardzo wilgotno (wokół ocean, więc trudno się dziwić) i często pada. Zieleń skądś musi się brać. Po drugie, wulkaniczne gleby są niesamowicie żyzne. Dobrze się tu przyjmuje praktycznie wszystko, co się posadzi. Roślinność jest więc bujna i zachwyca sobą na każdym kroku. Powtarzam od mojej pierwszej wizyty, że jest tu 50 odcieni zieleni. Choć im dłużej mieszkam, tym bardziej widzę, że bliżej liczbie tych odcieni do 500 niż do 50. Terceira to wyspa. To mała wyspa. I w tej chwili nie mówię tutaj o jej wielkości, ale raczej o sposobie życia. To mała wyspa, bo wszyscy się znają. Może nie w 100% wszyscy, ale w tej chwili jest już tak, że jak poznaję nową osobę, na pewno mam już z nią przynajmniej piątkę wspólnych znajomych. Jeśli nie więcej. Na początku mnie to denerwowało. Denerwował mnie brak prywatności. Teraz wiem, że o prywatność trzeba po prostu zadbać, a tym, że wszyscy się znają, można się cieszyć, bo to tworzy takie poczucie wspólnoty i przynależności. Z perspektywy turysty to, że wszyscy się znają i że wszyscy chcą wszystkim pomagać, jest bardzo sympatyczne. Może się zdarzyć, ze zostaniecie zaczepieni na ulicy, kiedy nie wiecie, dokąd iść – i ktoś Was tam po prostu poprowadzi, przy okazji dopytując, skąd jesteście, na ile przyjechaliście i jak Wam się podoba wyspa. I niepewni, czy wymawiają dobrze słowa, wspomną o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II i Robercie Lewandowskim. Niektórzy wspomną jeszcze Bońka. Od razu poczujecie się jak w domu! Terceira to raj dla krów. Szczęśliwe azorskie krowy wypasane na azorskich łąkach, z widokiem na Ocean Atlantycki – czego więcej mogą chcieć do szczęścia? Azorskie krowy dają azorskie mleko, z którego produkuje się azorski ser. Znajomy Francuz twierdzi, że jest tego sera mało, ale dla mnie jest wręcz zatrzęsienie. Terceira to nie jest raj dla wegetarian. Wegetarianie mogą iść do jednej knajpy w ogrodzie miejskim lub żywić się samodzielnie. Na Terceirze je się mięso z mięsem i do tego mięso. Fakt, mają mięso dobrej jakości, ale odrobina warzyw zdecydowanie dobrze by im tutaj zrobiła. W knajpach popularne danie to bitoque, czyli sznycel z jajkiem sadzonym, ryż i frytki. Frytki to zapewne surówka, bo przecież ziemniak jest warzywem. Jest też sporo ryb, są owoce morza, jest tradycyjna alcatra, czyli coś a la gulasz. Z wersji bezmięsnych do wyboru zupa-krem (inne rzadko się spotyka) lub surówka. Surówka zazwyczaj składa się z sałaty i startej marchewki. Czasem dochodzi do

Dia de São Martinho, czyli pieczone kasztany i młode wino

pieczone kasztany

Dia de São Martinho to Dzień św. Marcina – święto popularne w całej Europie. Z Poznania przywoziłam w tym czasie pyszne rogale świętomarcińskie, a na Terceirze zajadam się pieczonymi kasztanami i piję wino. W całej Portugalii Dzień św. Marcina kojarzony jest z okresem dojrzewania tegorocznego wina i zbiorów kasztanów jadalnych, które właśnie w pierwszej połowie listopada zaczynają wyglądać ze swoich kolczastych skorupek. Kim był św. Marcin? Zgodnie z legendą, Marcin (obecnie znany jako Marcin z Tours) był rzymskim żołnierzem, urodzonym w 316 roku na terenie Węgier. Pewnej zimy, podczas zamieści śnieżnej, jechał właśnie na swoim koniu, kiedy ujrzał niemal nagiego żebraka. Nie miał przy sobie pieniędzy, żeby go wspomóc, więc chwycił za miecz i przeciął na pół swoją pelerynę. Połowę zostawił żebrakowi i sam wybrał się w drogę w drugiej połowie. Nagle chmury śniegowe zniknęły i wyszło piękne słońce, które pozwoliło Marcinowi spokojnie wrócić do domu. Tej samej nocy Marcin miał niezwykły sen. Ukazał mu się Jezus, który powiedział: „To jest Marcin, rzymski żołnierz, który nie był ochrzczony. To on mnie ubrał”. Niedługo po tej nocy Marcin opuścił wojsko i został zakonnikiem. Poświęcił swoje życie ewangelizacji i służbie biednym. Pieczone kasztany i młode wino W Portugalii w Dniu św. Marcina ludzie tradycyjnie gromadzą się wokół ognisk, żeby jeść pieczone kasztany (znajomo brzmiące castanhas, czyt. kasztanjas) i pić aguardente (lokalny bimber, zwykle bardzo dobrej jakości) i água-pé (napój powstały przez dodanie wody do wytłoków pozostałych z produkcji wina) – bądź po prostu młode, tegoroczne wino. Okolice 11 listopada to w Portugalii Lato św. Marcina W tym okresie w Portugalii pogoda jest zwykle bardzo dobra – co w tym roku potwierdzam, wczoraj i dziś jest o wiele cieplej niż przez ostatnie dni. Zresztą w zeszłym roku, jeśli dobrze pamiętam, też było ciepło. Tę anomalię pogodową tradycyjnie nazywa się Latem św. Marcina (Verão de São Martinho) i wiąże ją z legendą o św. Marcinie. Mówi się, że ciepło i słońce są prezentem od Boga – jak w tamtą noc, kiedy Marcin z Tours wracał do domu po spotkaniu z żebrakiem. É dia de São Martinho. Comem-se castanhas, prova-se o vinho. Jest Dzień św. Marcina. Je się kasztany, próbuje się wina. I ja postanowiłam zjeść kasztany i spróbować wina. Poszłam w Angrze na Praça Velha, czyli na rynek. Jak tylko jest okazja, zawsze coś tam się dzieje. Dziś były koncerty i rozstawione budki z lokalnymi pysznościami. Czekali na mnie znajomi, ale zanim do nich dotarłam, musiałam, po prostu musiałam zatrzymać się przy budce z kasztanami. Stoi tam od kilku dni, ale jeszcze do niej nie dotarłam. Dziś, w św. Marcina, była najwyższa pora. Poprosiłam o kasztany, dostałam torebkę gorących, zdjętych prosto z rusztu. To kasztany jadalne, o nieco innym wyglądzie niż te, które zbieramy w Polsce, żeby robić z nich ludziki. Później przeszłam się wśród budek. Tam – znane mi rissóis, czyli takie a la pierożki (choć bez ciasta, samo nadzienie), wszechobecne fasola i bób, tarty jajeczne, babeczki z tuńczykiem i oliwkami, Donas Amélias, babeczki z fasoli, karnawałowe filhoses do forno, aguardente czysta i smakowa, likiery i przeróżne rodzaje wina, w tym – vinho abafado. Vinho abafado Vinho abafado to popularny tutaj rodzaj młodego wina, którego fermentacja została przerwana poprzez dodanie do wina aguardente. W ten sposób otrzymujemy wino, które jest gęste, słodkie (cukier nie miał czasu przekształcić się w alkohol) i czasem bardzo mocne. To wino, którego nie sprzedaje się w sklepie. Można go skosztować przy okazji takich wydarzeń, jak dzisiejsze święto, czy u sąsiada, który właśnie zakończył zbiory. Przy świętach trzeba śpiewać. Kiedy skosztowałam cynamonowej aguardente (pyszna!) i zjadłam swojego „pierożka”, dotarłam w końcu do znajomych. Oni byli już po swojej porcji kasztanów. Wypiłam vinho abafado – było pyszne, ale bardzo słodkie – i zaczął się koncert. Na Praça Velha w Angrze podczas różnych świąt i wydarzeń odbywają się koncerty. Często występują regionalne grupy wykonujące tradycyjne utwory. Podoba mi się to. Czasem zespoły są lepsze, czasem słabsze, czasem grają i śpiewają dobrze, czasem niezbyt trafiają w dźwięki, ale bardzo podoba mi się fakt, że na scenie pokazują się ludzie, którzy lubią muzykę i chcą się nią dzielić. Po koncercie był czas na jeszcze trochę lokalnych smakołyków, ale kiedy zrobiło się zimno (to jednak jesień), stwierdziłam, że czas na mnie. Krótki spacer nad ocean (ach, ten spokój…) i do domu. I jako że nie mam swoich kasztanów za domem, przychodzi mi czekać na kolejny Dia de São Martinho. Albo na zaproszenie od jakichś znajomych, którym jeszcze się ostało trochę kasztanów. Cokolwiek nadejdzie pierwsze – na pewno mnie ucieszy!    

Donas Amélias – najsłynniejsze słodycze z Terceiry

Donas Amélias

Donas Amélias to najsłynniejsze słodycze z Terceiry. Każda wyspa na Azorach ma swoją słodką tajemnicę. Na Terceirze są to Donas Amélias. Donas Amélias (czytaj: „donasz ameljas”) to babeczki, które spotkacie w niemal każdej pastelarii, czyli cukierni. Prawdopodobnie nie ma na wyspie nikogo, kto by ich nie znał, a jeśli przyjeżdżacie tu jako turyści, to tym bardziej musicie je poznać. Donas Amélias są inne niż pozostałe słodkości portugalskie czy nawet azorskie. Typowe portugalskie słodycze mają za swoją bazę jajka, a za swoją bazę, wnętrze i wykończenie – cukier. Informacja o cukrze nie jest nijak oficjalna, to moja wersja tej historii. Tak, jak lubię słodycze, tak niektórych portugalskich nie jestem w stanie zjeść. Ale Donas Amélias są inne! Są to babeczki, w których zamiast cukru wyczujemy melasę z trzciny cukrowej i cynamon. Ponoć ludzie dzielą się na wyznawców tych babeczek i na tych, którzy ich nie lubią. Ja należę do tej pierwszej grupy! Historia Donas Amélias Historia tych babeczek sięga 1901 roku, kiedy to królowa Amélia i król Carlos odwiedzili Terceirę. Grupa kobiet zajmujących się przygotowaniem wypieków na tę okazję zastanawiała się, czym poczęstować królewską parę. Wybór padł na ciasto znane wcześniej jako Bolo das Índias, czyli ciasto z Indii. I tu małe wyjaśnienie – przez długie lata Terceira była najważniejszym miejscem na Atlantyku dla statków przez niego przepływających. Odkrywcy i handlarze przywozili specjalności ze wszystkich stron świata, stąd na Terceirze pojawił się na przykład azjatycki cynamon czy brazylijska melasa z trzciny cukrowej. Wracamy do właściwej historii – kiedy królewska para dotarła na Terceirę, postanowiono poczęstować ich wspomnianym ciastem z Indii. Ciasto to zawierało w sobie to, co najlepsze Terceira miała do zaoferowania, czyli mąkę kukurydzianą, masło, jajka i cukier, a dodatkowo takie egzotyczne specjalności jak melasa z trzciny cukrowej, cynamon i rodzynki. Królowa Amélia zachwyciła się smakołykiem! Okazało się, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę. Królowa Amélia, przywykła do pełnych jajek i cukru wypieków z Portugalii kontynentalnej, zachwyciła się prostym w wyglądzie, ale jakże egzotycznym w smaku „ciastem z Indii”. Na cześć królowej ciasto zostało nazwane Dona Amélia Według niektórych doniesień, zamiast ciasta podano królowej babeczki – żeby było bardziej wykwintnie, bo przecież królewska para to nie byle kto! Moja historia z Donas Amélias Ja spróbowałam Donas Amélias po raz pierwszy w czerwcu 2015 roku, przy okazji mojego pierwszego przylotu na Terceirę. Spróbowałam – i przepadłam. W sumie szkoda, że nie przechrzczą tych ciastek na Dona Milena, też by pasowało, poziomem zachwytu z pewnością dorównuję królowej! (Oczywiście nie królowej Anglii). Lubię te babeczki na tyle, że obeszłam już całkiem sporo pastelarii w Angrze w poszukiwaniu najlepszych. I po kolejnych poszukiwaniach i tak zawsze wracam do tego samego miejsca – do pastelarii Santa Bárbara w Angrze. Mieści się ona przy Rua da Guarita 12, blisko straży pożarnej. Jest prowadzone przez mojego dobrego znajomego, Márcio. Mała dygresja – Márcio poza prowadzeniem pastelarii (poznacie go, jak tylko tam wejdziecie, to najbardziej energiczna osoba za barem) zajmuje się fotografią. Zdjęcia Donas Amélias na tej stronie są jego autorstwa. Babeczki robi, wedle ściśle strzeżonego przepisu, jego mama. I robi je najlepiej na świecie! I nie, to nie jest artykuł sponsorowany. To mój wyraz absolutnego uwielbienia dla tych pyszności! I szczególnie dla pyszności wychodzących spod ręki tej kobiety. Jeśli mam gości, zawsze ich tam prowadzę. A potem oni sami jeszcze zwykle gdzieś chodzą po Angrze i próbują tychże babeczek w innych miejscach, i wracają, i przyznają mi rację. I tak. Jeśli będziecie na Terceirze, musicie wybrać się do pastelarii Santa Bárbara i zjeść Donas Amélias. I dać mi znać, jak Wasze wrażenia smakowe! Mam nadzieję, że jak najlepsze! No, to słodkości życzę!    

Algar do Carvão, czyli wulkan od środka

Algar do Carvão

Już wiele lat minęło od czasu, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam wulkan Algar do Carvão. Zapytałam wtedy znajomego: dlaczego nie macie polskich ulotek? Nie odpowiedział. Jakieś pół roku później wybrałam się tam znowu i zapytałam innego znajomego: dlaczego nie macie polskich ulotek? Nie odpowiedział. Za to kiedy wróciłam do Polski (tak, tak, te dwie wizyty to jeszcze przed zamieszkaniem na środku Atlantyku), zapytał mnie któregoś razu: jesteś w stanie przetłumaczyć coś? Zapytałam, co takiego. Ulotkę o Algar do Carvão. Podskoczyłam z radości. Oczywiście, że jestem w stanie! I do tego jestem pełna chęci i zapału do zrobienia tego. Tłumaczenie ulotki zaczęłam od… dowiedzenia się, jak działają wulkany! Jakie są typy wulkanów, jak przebiega proces wybuchu wulkanu, jak się nazywają jego poszczególne części. Tak rozległej edukacji z zakresu geografii nie miałam od kilkunastu lat. W końcu wyedukowana, przygotowana, mogłam zabrać się do pracy. Tłumaczenia. Sprawdzania. Poprawiania. Prośby o sprawdzenie i korektę (Aga, Misza – dziękuję!). Weryfikacji wersji pdf. Prośby o poprawki. Zatwierdzania poprawek. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko po to, żeby po kilku miesiącach podróżnicy z Polski mogli na końcu świata cieszyć się polską wersją ulotki. W miejscu absolutnie wyjątkowym.   Algar do Carvão to jeden z trzech znanych wulkanów na świecie, które można zobaczyć od środka! Mieści się on na Terceirze w portugalskim archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. Drugi taki wulkan (możliwy do zwiedzenia od wewnątrz) jest na Islandii, trzeci – gdzieś w Azji, ale ten akurat jest niedostępny dla zwiedzających. De facto więc, jeśli chcecie zajrzeć do wnętrza wulkanu, możecie lecieć na Islandię lub na Terceirę. Ja zapraszam oczywiście na Terceirę. Jak wygląda Algar do Carvão?  To stożek wulkaniczny, do którego można wejść dzięki specjalnie przygotowanym przez Stowarzyszenie Montanheiros schodom. U góry znajduje się otwór jaskini o wymiarach 17 m x 27 m. Przez niego do wulkanu wpada światło dzienne, które przyczynia się do rozwoju roślinności w tym obszarze. Bujnej i soczyście zielonej roślinności. Wnętrze jaskini ma około 90 metrów wysokości. Na samym dnie znajduje się jezioro z utworzone z wody opadowej. Latem niemal wysycha, zimą jego głębokość sięga kilkunastu metrów. To wszystko można oglądać od środka. Można wejść do wnętrza wulkanu. Ale co właściwie to znaczy – zajrzeć do wnętrza wulkanu? Algar do Carvão jest nie bez powodu jest Regionalnym Pomnikiem Przyrody (tak przy okazji – mieści się na obszarze sieci Natura 2000). Jak w przypadku wymienionych wyżej wulkanów – można w nim wejść do środka stożka wulkanicznego. O co chodzi z tym stożkiem? Otóż normalnie podczas erupcji wulkanu magma wydostaje się z komory magmowej poprzez stożek wulkaniczny na powierzchnię ziemi. Po takim procesie komora i duża część stożka zapadają się, cała przestrzeń wewnątrz zostaje zasypana i tworzy się kalderę – taka duża dziura na szczycie stożka, po której często można spacerować. W Algar do Carvão taki proces nie nastąpił. Dlaczego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zacząć od początku. Otóż wulkan Algar do Carvão powstał w trakcie dwóch erupcji. Pierwsza erupcja, która miała miejsce ok. 3 tysięcy lat temu, była to erupcja pobliskiego Pico Alto. W tym czasie powstał Pico do Carvão – szczyt nad obecnym wulkanem. Tysiąc lat później nastąpiła druga erupcja. Co się w jej trakcie działo? Otóż magma, kiedy postanowiła zwiedzić powierzchnię Terceiry, najpierw chciała znaleźć wyjście bezpośrednio nad komorą magmową, bo tam miała najbliżej. Niestety albo stety, trafiła nie dość, że na najtwardszą w całej górze skałę (trachyt), to jeszcze wybrała sobie najwyższy szczyt góry. Nie dała rady. Nie poddała się jednak i zaczęła szukać innego rozwiązania. Jako że tuż obok warstwy skalne były o wiele luźniejsze, a na dodatek poukrywane były w nich bańki gazowe z poprzedniej erupcji – tamtędy właśnie magma wydostała się na powierzchnię. Była już jednak zmęczona pierwotnymi poszukiwaniami, więc płynęła o wiele wolniej, pod niższym ciśnieniem. Brak odpowiedniego ciśnienia sprawił, że erupcja nie rozerwała stożka, a cofająca się lawa (magma po wypłynięciu na powierzchnię ziemi przekształca się w lawę) dodatkowo umocniła ściany stożka. Część tych umocnień widać do dziś, część dawno odpadła, ale stożek został. Takim oto sposobem dziś możemy oglądać wulkan Algar do Carvão od środka! A co możemy podziwiać w środku? Stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki! To zjawisko na skalę na pewno europejską, a zdaje się, że i światową. Tak jak w Polsce mamy stalaktyty wapienne, tak tutaj – z amorficznej krzemionki. Są olbrzymie, mlecznobiałe i przepiękne. Tworzą je glony, które z przeciekającej przez skały krzemionki tworzą sobie domki. Te niezwykłe formacje to właśnie domki glonów. Nie wiem, jak Wy, ale ja tam bym się nie powstydziła takiego pałacu. Draperie obsydianu i nacieki lawowe Obsydian to kwaśna skała wylewna, która powstaje jako wynik natychmiastowego stygnięcia lawy. Jest złożony niemal wyłącznie ze szkliwa wulkanicznego i znany jako szkło wulkaniczne – ze względu na swoją gładką, świecącą powierzchnię. Znajome próżno szukały obsydianu na Islandii. Na Terceirze, w okolicach Algar do Carvão, są jego całe złoża. A w samym wulkanie stanowi on przepiękną ozdobę ścian. Ściany zdobią też nacieki lawowe. Kojarzycie, jak wylewacie gorącą czekoladę na tort? I tak sobie swobodnie spływa po ściankach? Tak samo sobie spływała lawa po wewnętrznych ścianach stożka. Spływała i zastygała. I my dziś możemy ją podziwiać. Algar do Carvão to również inspiracja dla artystów. Pełne minerałów sklepienia niezmiennie przypominają mi swoją kolorystyką i charakterem obrazy Klimta, a wyjątkowa akustyka przyciąga chętnych do zagrania w tym wyjątkowym miejscu muzyków. W zeszłym roku w wulkanie odbył koncert ukochanej przez Portugalczyków muzyki fado, w tym roku grał w nim sitarzysta. Algar do Carvão to też dom dla roślin i owadów, a nawet ptaków. Zamieszkują go 83 gatunki roślin, w tym – gatunki endemiczne dla Azorów i Makaronezji. Do tego mamy algi, okrzemki, endemiczne żuki, pająki, a także tak oryginalne ptaki, jak na przykład wróbel domowy, kos czy zięba. I wiele innych. Faktycznie jak w domu! Kiedy i jak można zwiedzać wulkan Algar do Carvão? Algar do Carvão jest otwarty dla zwiedzających przez cały rok, ale w zależności od pory roku – w różne dni i w różnych godzinach. Dokładny grafik (i ceny biletów) znajdziecie TUTAJ. I od razu odpowiadam na pytania

Tourada à corda

Tourada à corda, fot. Davide Tognini

Tourada à corda, czyli opowieść o tym, jak byki biegają po ulicach Byłam z kolegą-Polakiem, który był na Terceirze na Erasmusie, na touradzie. Kolega wypatrzył w tłumie kogoś w koszulce Legii. Mówi mi: „Milena, zobacz, tam jest jakiś koleś w koszulce Legii!” Ja, wielce ogarnięta, spytałam go, jak wygląda koszulka Legii. Wytłumaczył, wypatrzyłam człowieka, o którym mówił, i po chwili wahania stwierdziliśmy: „Idziemy!” To read an English version of this article click HERE. Niedaleko stała tasca (czyt. taszka; to taki foodtruck, widziany tu głównie przy touradach i innych imprezach okolicznościowych), w której zaopatrywał się nasz rodak. Powiedzieliśmy mu „Dzień dobry” i zaczęliśmy rozmowę. „Co cię sprowadziło na Terceirę?” „Przyjechałem na Terceirę specjalnie po to, żeby zobaczyć byki!” – odpowiedział nasz rozmówca. Zadziwił nas tym niezmiernie. Słuchaliśmy dalej: „Dowiedziałem się w zeszłym roku, że na Azorach są biegi byków, i chciałem je zobaczyć. Kupiłem więc sobie bilet na Azory i poleciałem, ale dotarłem na São Miguel. I dopiero na miejscu się dowiedziałem, że powinienem lecieć na Terceirę. To w tym roku przyleciałem tutaj”. Byłam bardzo zaskoczona tym, że ktoś przeleciał przez pół Europy i pół Atlantyku po to, żeby zobaczyć, jak byki biegają po ulicach, ale jak tak sobie później pomyślałam o reakcjach różnych moich znajomych na ten ewenement – przestałam się dziwić. Touradas à corda to zdecydowanie jeden z wyróżników Terceiry. Byki na ulicy to tutaj codzienność Przynajmniej od 1 maja do 15 października. Wspominałam o tym w tekście Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. W tym okresie niemal codziennie w jednym lub kilku miejscach jednocześnie odbywają się tourady. Oznacza to, że byki, które standardowo widać tłumnie na polach i pastwiskach (zaraz obok krów, których jest na Azorach więcej niż ludzi), wychodzą „na ulicę”. I mniej lub bardziej chętnie spotykają się z tłumem zgromadzonych specjalnie z ich powodu ludzi. Tourada à corda to wydarzenie, które jednoczy społeczność To powód do spotkania, do porozmawiania, do wspólnego spędzenia czasu. Zagubieni wędrowcy znajdą miejsce na czyimś murze czy nawet podwórku. W takim momencie nie ma różnic między ludźmi – wszyscy chcą być bezpieczni i mieć jak najlepszą perspektywę. Spotkać znajomych, pośmiać się, wstrzymać oddech. Pobyć ze sobą w tym ekscytującym momencie. Na czym polega tourada à corda? No dobrze, to o co tu tak właściwie chodzi? Otóż tourada à corda polega na tym, że wzdłuż ulicy biegnie byk, trzymany na linie przez dwie grupy składające się każda z 3-5 mężczyzn, zwanych pastores (pasterze). Byk jest zazwyczaj dojrzały i zaprawiony w bojach (choć zdarzają się też młodsze i niezaznajomione z tematem), a pastores – wytrzymali i spragnieni adrenaliny. I ubrani w białe koszule, szare lub czarne spodnie i czarne kapelusze. Byka drażnią śmiałkowie wyposażeni często w parasolki lub płachty, a całe widowisko ogląda ludność zgromadzona na okolicznych podwórkach i płotach. Jak się zachowywać na touradzie Zanim wspomnę Wam o tradycji, jaką jest quinto touro i która wiąże się z wielką gościnnością mieszkańców Terceiry i jednoczeniem społeczności, może kilka słów o tym, jak się zachowywać na touradzie i jak wyglądają kwestie techniczne z nią związane. Po pierwsze – dbajcie o swoje bezpieczeństwo Jeśli Wam zdrowie i życie miłe, lepiej uważajcie. Sprawdźcie wcześniej, gdzie dokładnie i o której odbywa się tourada, i pojawcie się tam co najmniej pół godziny wcześniej. Tourada może być ekscytującym, ale też groźnym wydarzeniem. Z perspektywy technicznej – ubezpieczenia nie pokrywają pierwszego stopnia spotkań z bykiem. Jeśli coś Wam się stanie, jest to wyłącznie Wasza wina, więc lepiej zadbać o siebie zawczasu i znaleźć miejsce, w którym będziecie na pewno bezpieczni. Po drugie – zostawcie samochód daleko Zostawcie samochód daleko (zwykle i tak nie będzie już miejsc blisko, całe okoliczne drogi będą zastawione) i przyjdźcie na miejsce tourady pieszo. Dlaczego? Ano dlatego, żeby przypadkiem Waszym samochodem nie zainteresował się byk. Żadne ubezpieczenie Wam tego nie pokryje. Tourada nie powinna się zacząć, jeśli są na jej trasie pojazdy, ale lepiej nie ryzykować. Po trzecie – znajdźcie sobie odpowiednie miejsce Byk zwykle biegnie po ulicy, która ma ok. 500 m długości. Jeśli chcecie mieć dobry widok, musicie znaleźć sobie miejsce albo wzdłuż tej ulicy, na bezpiecznym (wysokim!) murze albo za jakimś ogrodzeniem. Większość ogrodzeń jest w tym czasie zabezpieczona deskami – dotyczy to zarówno prywatnych posesji, jak i taszek, czyli wspomnianych foodtrucków, które cieszą się niezwykłą popularnością w trakcie tourad. (Dygresja – w taszkach kupicie piwo, lokalne likiery i aguardente, czyli tutejszy bimber, jak również bifany, czyli bułki z kotletem – najpopularniejszy lokalny fast-food – i znajdziecie wystawione do przegryzienia orzeszki ziemne, oliwki i ziarna łubinu. Właściciele taszek często sami częstują swoich gości piwem i niechętnie przyjmują odmowę). Jeśli nie wiecie, gdzie się schować – zapytajcie kogoś. Nawet jeśli nie będzie mówić po angielsku, i tak Wam wskaże bezpieczne miejsce. A jeśli byk jest już na wolności, z Wy jeszcze nie znaleźliście się w polu jego biegu – zostańcie tam, gdzie jesteście. Na końcu „trasy” byka jest policjant i trzy białe linie. Zostańcie za trzecią, która oznacza strefę bezpieczeństwa. Oczywiście o ile byk się nie zerwie z liny itp. itd., ale to już inna historia. Po czwarte – słuchajcie znaków dźwiękowych W touradzie biorą udział 4 byki, ale nie są one wypuszczane jednocześnie. Wszystkie byki czekają w klatkach na swoją kolej i są wypuszczane pojedynczo. Wypuszczenie byka z klatki obwieszczane jest jednym wystrzałem z racy. W takim momencie powinniście być w bezpiecznym miejscu. Byk biega ok. 15-30 minut, następnie jest prowadzony z powrotem do klatki. Kiedy byk jest już z powrotem w klatce, usłyszycie dwa wystrzały z racy. Obwieszczają one początek przerwy, która trwa zwykle ok. 10-15 minut. Podczas przerwy można się przejść czy pożywić w okolicznych taszkach. Kolejny byk – kolejny pojedynczy wystrzał z racy. I tak aż do czwartego. Po czwartym – tyle wystrzałów, ile rac zostało strzelającym. Z życia wzięte To może tak dla zobrazowania wszystkiego powyższego – w maju poszłam ze znajomymi na touradę w São Mateus. Nie byliśmy pewni, o której jest tourada ani gdzie dokładnie, dotarliśmy na miejsce „mniej więcej o czasie, mniej więcej tam, gdzie trzeba”. Widzieliśmy mnóstwo ludzi i wiedzieliśmy, że to musi być

Festas do Espirito Santo

Festas do Espirito Santo – co to takiego? Festas do Espirito Santo, czyli uroczystości ku czci Ducha Świętego, są jedną z najbardziej rozpoznawalnych azorskich tradycji. Ich historia sięga XII wieku, kiedy to kult Ducha Świętego pojawił się w Portugalii kontynentalnej. Źródła nie podają żadnej pewnej daty, wskazują na różne możliwości – ale mówią o tym, że kult zawędrował się również tam, gdzie wędrowali Portugalczycy, czyli na Azory, do Brazylii czy do Kanady. Pierwsze doniesienia dotyczące obchodów święta na Terceirze pochodzą z 1492 roku. To read an English version of this article click HERE. Dziś Festas do Espirito Santo obchodzi się wyłącznie na Azorach W Portugalii kontynentalnej, być może ze względu na większy kontakt z „zewnętrznym światem” niż na wyspach, tradycja nie przetrwała. Na Azorach natomiast można nadal zaobserwować pochody z koronami czy poczęstunki dla całej wioski. Uroczystości skupione są zawsze wokół império, czyli małej, kolorowej kapliczki ku czci Ducha Świętego. Na Terceirze jest ich ponad 70, nie dziwi więc, że to właśnie tutaj wyjątkowo hucznie się świętuje. Festas do Espirito Santo obejmują cały okres wielkanocny… …czyli okres od Wigilii Paschalnej do niedzieli Zesłania Ducha Świętego, a następnie – Święto Trójcy Świętej (niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego). Każda wioska czy dzielnica zgromadzona wokół império ma swoje własne tradycje. W wielu z nich przez pierwsze sześć niedziel popularny widok stanowią procesje z koronami Ducha Świętego. Wybrane osoby ze społeczności są korowane, dostają srebrną tacę jako symbol Ducha Świętego i idą w orszaku do domu uprzywilejowanej rodziny. W domu tym spocznie na tydzień Duch Święty, zaś rodzina i przyjaciele będą się przez tydzień zbierać na modlitwie – oczywiście przy suto zastawionym stole. Nierzadki widok stanowią też przystrojone niczym panny młode krowy, które – przy akompaniamencie muzyki i śpiewów, i udziale zgromadzonych licznie mieszkańców wioski – zostaną poświęcone, by w niedzielę stanowić pożywienie dla swoich dotychczasowych żywicieli i wszystkich ich sąsiadów. Jeśli pojawicie się na Terceirze w okresie wielkanocnym, nie zdziwcie się, jeśli którejś niedzieli ktoś zapuka do Waszych drzwi i wręczy Wam bochenek chleba albo worek z mięsem. Kiedyś pożywienie rozdawane było biednym, dziś – wszystkim członkom społeczności. Należy uśmiechnąć się, grzecznie podziękować i przyjąć prezent. Festas do Espirito Santo to czas dzielenia się, wspólnego ucztowania i wspólnej radości. Ostatnia niedziela wielkanocna, a czasem i Święto Trójcy Świętej, to jedna wielka uczta dla całej społeczności. Wokół kapliczek gromadzą się tłumy, można dostać chleb (zwykły lub popularny tutaj słodki) na wynos, w ilościach niemalże hurtowych, i wyrobić roczną normę spożycia wina. Albo sera. Albo gotowanego bobu i fasoli. Można zajrzeć do ustawionych przed império przystrojonych na biało wozów i sprawdzić, czy nie ma w nich czegoś ciekawego do zjedzenia. Albo czy nie można w nich odpocząć – z chlebem w jednej i winem w drugiej ręce. Przy akompaniamencie lokalnej orkiestry. Można też usiąść przy długim stole i się załapać na sopa do Espirito Santo, czyli zupę Ducha Świętego. To jedna z typowych dla tego regionu zup, gotowana na wywarze mięsnym z dodatkiem czosnku i mięty, zawierająca głównie chleb i kapustę. Czasem na stołach pojawia się też cozido à portuguesa – gotowane danie, składające się z warzyw (głównie ziemniaki, w mniejszych ilościach marchew, kapusta i wszechobecna fasola) i różnych rodzajów mięsa (głównie kurczak, wieprzowina, wołowina, tutejsze chouriço, morcela, czyli lokalna kaszanka, i kostki ugotowanej krwi – tak, dobrze przeczytaliście). W ramach deseru można spotkać arroz doce, czyli słodki ryż gotowany na mleku, z dodatkiem cynamonu. Albo sok. Albo jeszcze więcej wina. Festas do Espirito Santo to jedne z tradycji, które spajają lokalną społeczność. Wyróżniony przyjęciem Ducha Świętego do swojego domu może być każdy, przy długim stole pełnym jedzenia również znajdzie się miejsce dla każdego. Także dla zbłąkanych i zaciekawionych turystów. I nikt na wstępie nie zapyta nikogo o wiarę ani obrządek (nikt w ogóle o to nie pyta, chyba że w ramach ciekawostki kulturowej: „A jak to jest u was w Polsce?”), goście są witani z szeroko otwartymi ramionami. Celebracja kultu Ducha Świętego to bowiem celebracja jedności i równości. Jak przy wspomnianym stole, tak i w życiu wszyscy są sobie równi i tak samo ważni. Azorczycy wiedzą, jak sobie o tym przypominać. PS Oczywiście Festas do Espírito Santo jako kontynuacja Wielkanocy nie byłyby możliwe bez… Wielkanocy.

Festiwal zup

Festiwal zup, czyli jak na Terceirze zbiera się pieniądze „Chcesz iść na festiwal zup?” – zapytała mnie niedawno koleżanka. „Organizujemy w przyszłym tygodniu”. Pomyślmy: lubię zupy, lubię tutejsze zupy, lubię, jak się coś dzieje, i lubię ideę festiwali zup. Pewnie, że chcę iść!   Ale co ma festiwal zup do pieniędzy? My w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że zbieranie pieniędzy to przechadzka z przysłowiowym kapeluszem. Że to zbiórki publiczne, ogłoszenia w mediach społecznościowych, napisany wielką czcionką numer konta. Jesteśmy zasypywani prośbą o pomoc z każdej strony, kto może, podtyka nam swój kapelusz pod nos. Zwykle olbrzymi kapelusz – wiele zbiórek organizuje się na wielką skalę.   A na Terceirze, która liczy sobie ok. 58 tysięcy mieszkańców, skala jest mniejsza. Na Terceirze raczej nie spotkacie nikogo z kapeluszem. Chyba że organizatora wydarzeń w okolicznej kapliczce ku czci Ducha Świętego – ale w jego przypadku możecie być pewni, że zwróci Wam z nawiązką, jeśli tylko pojawicie się na uroczystości w jedną z dwóch ostatnich niedziel wielkanocnych. Ale to jedna z niewielu takich sytuacji.   Na Terceirze obowiązuje niepisana zasada, że jeśli chce się coś dostać, najpierw trzeba dać coś od siebie. Organizacje zbierające pieniądze na pomoc w domach starców, harcerze (jak moja koleżanka) próbujący sfinansować swoją wspinaczkę na Pico – wszyscy organizują wydarzenia dla lokalnej społeczności. Festiwal zup jest jednym z tego typu wydarzeń. Zwykle wygląda to następująco: chętne osoby kupują cały stos warzyw i przygotowują co najmniej 10 wielkich garów zupy. Alternatywnie: zainteresowane restauracje, w ramach współpracy i autopromocji, oferują swoje zupy. Organizatorzy sprzedają bilety, w ramach których każdy może delektować się dostępnymi zupami. Na miejscu jest również bar z napojami oraz słonymi i słodkimi przekąskami, za które płaci się osobno. Czasem pojawia się gra w bingo, czasem dodatkowe loterie.   Cały dochód idzie na wybrany cel, a ludzie się przy tym dobrze bawią. I uczestnicy, i organizatorzy. Każdy przyjemnie spędza czas (choć organizatorzy czasem padają na twarz ze zmęczenia) i każdy ma poczucie wkładu w coś ważnego. Takie wydarzenia budują społeczność. Współczesny nadmierny indywidualizm nie ma tu zastosowania, tu chodzi o wspólnotę, o bycie razem, o działanie.   „W kupie raźniej”, jak powiedziała mucha do muchy. Czas na uruchomienie konta bankowego zawsze się znajdzie. Ale jeśli można nie tylko prosić, ale też dać coś od siebie – i przy okazji dać innym możliwość podzielenia się tym, co mają, w atmosferze radości i wspólnej zabawy – czemu nie? Dobre pomysły zawsze w cenie!

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze

Terceira, Biscoitos - widok na zatokę

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma przywilej spędzenia tu tyle czasu, co ja. Spośród wielu wybrałam więc miejsca „must see”, a przy tym takie, na szukaniu których nie spędzicie pół dnia. To co, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wulkan Algar do Carvão Jako że to moje ulubione miejsce na całej wyspie, to oczywiście musi być na pierwszym miejscu. Na Azorach wulkanów Ci pod dostatkiem, ale ten jest wyjątkowy. Dlaczego? Bo ten można odwiedzać od środka! Od środka stożka wulkanicznego!  O co chodzi? Otóż w większości wulkanów ściany stożka po erupcji zapadają się, tworząc kalderę. Tu było inaczej. Tutaj podczas drugiej erupcji tworzącej ten wulkan lawa wypływała pod tak niskim ciśnieniem, że w pewnym momencie zaczęła się cofać. Cofając się, umacniała ściany stożka. Dzięki temu wulkan (prócz naturalnych zmian) przetrwał w formie, którą możemy podziwiać do dziś. W Europie znane są tylko dwa puste wulkany (a na całym świecie – trzy), które można oglądać od wewnątrz. To Algar do Carvão na Terceirze i Thrihnukagigur na Islandii. Jak widać, Atlantyk sprzyja nietypowym wydarzeniom geologicznym. W Algar do Carvão spotkacie tak wyjątkowe dzieła natury jak stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki. Są mlecznobiałe, piękne i mogą osiągać długość ok. 1 metra i średnicę ok. 40-50 cm. Wejście do Algar do Carvão możliwe jest obecnie przez cały rok. Zimą – w wybrane dni tygodnia, od wiosny do jesieni – codziennie. Warto się ciepło ubrać, bo w środku jest zimno i kapie woda (która tworzy na dnie jaskini jezioro). Wizyta trwa średnio pół godziny, choć w moim odczuciu warto na to doświadczenie przeznaczyć co najmniej godzinę. Na miejscu jest przewodnik, który Wam wszystko wytłumaczy i odpowie na pytania. Są też ulotki w różnych językach, w tym – po polsku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o wulkanie, zajrzyjcie na stronę Stowarzyszenia Os Montanheiros, które się tym wulkanem zajmuje. Strona Stowarzyszenia Os Montaheiros: TUTAJWięcej informacji o wulkanie Algar do Carvão: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 2. Tunel lawowy Gruta do Natal Jak już jesteśmy pod ziemią, to zajrzyjmy również do tunelu lawowego o nazwie Gruta do Natal. Niektórzy przewodnicy, chcąc ułatwić turystom życie, używają angielskiej nazwy Christmas Cave. Po polsku to po prostu Jaskinia Bożego Narodzenia. Skąd nazwa? Ano stąd, że wspomniane Stowarzyszenie Os Montanheiros, które zajmuje się też tym miejscem, zorganizowało tu w 1969 r. mszę z okazji Bożego Narodzenia. Od tego czasu odbywają się tu czasem ważne historyczne i społeczne wydarzenia. Gruta do Natal to jaskinia wyrzeźbiona przez płynącą lawę. W jej wnętrzu zobaczycie takie lawowe ciekawostki jak stafility (nie mamy czegoś takiego w Polsce – to „stalagmity” utworzone z kapiącej lawy), potoki lawowe czy boczne tarasy lawowe. Są też różne rodzaje lawy, w tym lawa aa. Usłyszałam kiedyś komentarz, że nazwa pochodzi stąd, że jak się po tej lawie chodzi, to się mówi: „Aa!” Jej chropowata nawierzchnia w zasadzie sprzyja takim dźwiękom, bosą stopą nie chciałabym na niej stanąć. Ważna informacja logistyczno-płatnicza: do wulkanu Algar do Carvão i do Gruta do Natal można kupić jeden wspólny bilet, w ten sposób zapłacicie mniej. Biletu nie trzeba wykorzystywać tego samego dnia, ale warto przed wybraniem się tam sprawdzić dni i godziny otwarcia, żeby nie pocałować klamki. Więcej informacji o tunelu lawowym Gruta do Natal: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 3. Furnas do Enxofre Między pustym wulkanem a grotą lawową znajduje się miejsce znane jako Furnas do Enxofre. Jak będziecie jechali z Algar do Carvão do Gruta do Natal, skręćcie w prawo, znak Was poprowadzi. „Furna” to inaczej grota lub jaskinia, „enxofre” – siarka, więc teoretycznie Furnas do Enxofre to groty siarki, ale w rzeczywistości to obszar wtórnej aktywności wulkanicznej na Terceirze. Możecie na nim zobaczyć i poczuć wydobywające się spod ziemi gazowe związki siarki. Kto pamięta z lekcji chemii, jak pachnie na przykład siarkowodór?  Jak na obszar wulkaniczny przystało, Furnas do Enxofre to soczyście zielony, cieszący oczy teren. (Gleby wulkaniczne są bardzo żyzne, a azorski klimat sprzyja rozwojowi roślinności wszelakiej). Poza fumarolami – miejscami, w których spod ziemi wydobywa się gaz. Tam, ze względu na zawartość żelaza i siarki, ziemia jest goła i w kolorze biało-żółto-brunatnym. Może to budzić lekki niepokój, ale dużego nie powinno. Dzięki temu, że gazy mają możliwość ulotnienia się, wewnątrz ziemi jest nieco spokojniej. Woda w garnku się gotuje, ale lekko dziurawa pokrywka pozwala na uchodzenie pary, więc zawartość garnka nie powinna nagle wykipieć. 4. Serra da Santa Bárbara – najwyższy szczyt na Tereirze Z nizin i podziemi przenieśmy się na chwilę wyżej, może nawet w chmury. Góra Santa Bárbara to najwyższy szczyt Terceiry. Wznosi się ona na wysokość 1021 m n.p.m. i można z niej oglądać znakomitą część Terceiry, wszechobecny ocean i niezwykły zachód słońca. O ile oczywiście będzie się miało szczęście i św. Barbara nie będzie ukryta w chmurach. Prawda jest taka, że to środek Atlantyku i szybko przepływające chmury są zatrzymywane właśnie przez góry. Proponuję Wam więc obserwowanie pogody i kiedy tylko zobaczycie szczyt tejże góry (jest bardzo charakterystyczny, z licznymi antenami i przekaźnikami) – natychmiast na nią wjeżdżajcie. Warto! Ach, zapomniałabym dodać – tak, oczywiście to też jest wulkan. W końcu jesteśmy na wyspach wulkanicznych. To wulkan nieaktywny, drzemiący. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1761 roku. Była to pierwsza i ostatnia lądowa erupcja na Terceirze od czasu zasiedlenia wyspy. Na tej górze nie obowiązują bilety wstępu, za to obowiązuje strój cieplejszy niż w niższych partiach – zimą potrafi tu spaść śnieg (może na milimetr, ale to zawsze ciekawostka w tych stronach), więc nic dziwnego, że i latem na tych wysokościach jest chłodno i wieje. 5. Serra do Cume Kolejnym miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić, jeśli tylko nie jest spowite chmurami, jest Serra do Cume. Moi znajomi nadali temu punktowi widokowi wdzięczną nazwę Serra do Chmure. Kiedy jednak widać coś poza chmurami – widok