Portugalski spokój

Milena i ocean, fot. Carla Silveira, calma, calmness

Portugalski spokój nie jest tak słynny na świecie jak duńskie hygge, choć powinien być. Ale może najpierw przydałaby się na ten spokój osobna nazwa. W końcu to, co nienazwane, nie istnieje. Użyjmy więc słowa calma. Calma [czyt. kalma] to po portugalsku właśnie spokój, opanowanie. To umiejętność podejścia do sytuacji z dystansem i zaakceptowania rzeczywistości taką, jaka jest. To umiejętność cieszenia się życiem mimo tego, że daleko mu do doskonałości. To read an English version of this article click HERE. Portugalczycy to nie Hiszpanie. Mimo że żyją na jednym kontynencie (no, może poza wyspiarzami), są różni. Portugalczycy mają w sobie dużo radości, ale też pewną dozę melancholii. W końcu to w tym kraju zrodziło się słynne fado, czyli portugalski blues, wpisany w 2011 roku na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. To w tym kraju wszechobecne jest saudade, czyli mieszkanka tęsknoty i melancholii za tym, co na zawsze utracone. Saudade i fado mają w sobie dużą dozę smutku, artyści fado często są bardzo dramatyczni w przekazie. Śpiewają o rozdartym sercu, tęsknocie za ojczyzną, za matką, o żalu za tym, co już nie wróci. A jednocześnie są z tą stratą i tęsknotą, z tym pogodzeni. Portugalczycy zgadzają się na rzeczywistość. Akceptują ją taką, jaka jest. Dużo się o tym mówi we wszystkich ruchach mindfulnessowych, podkreśla się przy okazji praktyk medytacyjnych – ale jeszcze nie spotkałam innej europejskiej nacji, która bez górnolotnych słów i odwołań do filozofii Wschodu faktycznie by wcielała tę ideę w życie. Portugalska zgoda na rzeczywistość może czasem drażnić osobę taką, jak ja – wychowaną i żyjącą wcześniej w świecie, w którym trzeba się rozwijać, wychodzić poza swoją strefę komfortu, wchodzić coraz wyżej po szczeblach różnych drabin. A tu jest calma. Znajomy nauczyciel niedawno stracił pracę, bo pojawiła się (na chwilę) osoba, którą zastępował. Portugalski system oświaty przypomina trochę wojsko – idziesz tam, gdzie cię wyślą. Znajomy stracił więc z dnia na dzień pracę i w styczniu (kolejne „rozdanie” miejsc pracy) się dowie, czy wróci na Terceirę, czy wyślą go na Corvo (najmniejsza wyspa na Azorach, na której mieszka ok. 400 osób), czy może gdzieś na kontynent. W sensie – do Portugalii kontynentalnej. Tu tak się mówi: „na kontynent”. Albo wręcz: „do Portugalii”. Stracił pracę, był załamany, ale i tak podkreślał, że może to szansa dla niego na coś lepszego. Może w ten sposób zostanie wysłany tam, gdzie w tej chwili przebywa jego rodzina. Może jeszcze podziękuje koleżance z pracy za to, że się pojawiła. Pewna dziewczyna w dodatkowej pracy zarobiła całkiem niezłą kwotę, wydała ją, po czym się dowiedziała, że ktoś źle policzył jej wynagrodzenie i musi oddać ok. 300 Euro. Nie była zadowolona, ale nie kłóciła się. Stwierdziła, że szkoda jej chłopaka, który źle wszystko policzył i bardzo się wstydził, że musi prosić o zwrot – i po prostu oddała pieniądze. We wszelkich miejscach pracy jedynymi osobami buntującymi się przeciwko zastanym zasadom są obcokrajowcy. Ci, którzy są przyzwyczajeni do tego, że pracuje się określoną ilość godzin, a za dodatkowe dostaje się ekstra wynagrodzenie lub czas wolny. Ci, którzy domagają się sprawiedliwości i uznania dla swojego działania. Portugalczycy mają swoją calma i siedzą cicho. I tylko między sobą czasem szepczą, że coś jest nie tak. A czasem nie. Czasem po prostu to akceptują. Z jednej strony – kraj się przez to nie rozwija tak, jak mógłby się rozwijać. Portugalia dopiero teraz powoli wygrzebuje się z kryzysu, który ją dotknął. Z drugiej strony – ludzie są zdrowsi. Koleżanka, która jest na wyspie od kilku miesięcy, opowiadała mi o swoich niedawnych zmaganiach z lokalną administracją. I o tym, że jeśli chciała coś załatwić, sama musiała walczyć o to na każdym kroku, bo nikomu się z niczym nie spieszyło, a ją goniły terminy. Słuchałam jej i widziałam siebie sprzed dwóch lat, kiedy opieszałość tutejszych pracowników wyprowadzała mnie z równowagi. Dziś nadal uważam, że można pracować o wiele lepiej. Ja sama lubię pracować i pracuję intensywnie. I dalej mam w sobie zakorzenione poczucie, że właśnie tak powinno się pracować i działać Ale co kogo interesuje moje „powinno się”? Każdy człowiek ma swoje podejście do tematu. I swój kontekst kulturowy. I w momencie, kiedy przestaję od innych wymagać tego, co „powinni”, a po prostu czerpię z tego, co chcą mi dać – ogarnia mnie spokój. Czuję, że szacunek do tego, że ktoś jest inny, zmniejsza u mnie poziom stresu. To, co „musi” być „koniecznie dziś” zrobione – nie zawsze jest aż takie pilne. Pan, który zamknął sklep przed czasem, mógł mieć ku temu ważny powód, a dla mnie świat się przecież nie zawali, jeśli kupię prezent jutro, a nie dziś. Ktoś się zatrzymał na środku drogi, bo spotkał znajomego, i zatamował cały ruch? Nie szkodzi, relacje interpersonalne są ważniejsze niż pośpiech. Pani za barem zamiast obsłużyć ciebie, wdaje się w długą pogawędkę ze znajomym stojącym obok? Zamiast się denerwować, uśmiechnij się do faktu, że ludzie cenią sobie jeszcze rozmowę i bycie razem. „Tylko spokój może nas uratować”. Coś w tym jest. W tym szalonym świecie, w którym nie mamy czasu cieszyć się chwilą i sobą nawzajem, za to poganiamy się i denerwujemy, kiedy ktoś działa nie według naszej myśli, warto wybrać się do Portugalii i poczuć ich calma. Być tu i teraz, i akceptować wszystkie, nawet najsilniejsze emocje, ale nie dać się im ponieść. Czerpać z chwili. Przeżywać, jak tu często usłyszycie, jeden dzień na raz. Spróbujcie! Jak to mówią informatycy – u mnie działa!

Portuguese calmness

Milena i ocean, fot. Carla Silveira, calma, calmness

Portuguese calmness is not as famous in the world as Dutch hygge, although it should be. But maybe first we would need a separate name for this calmness. After all, the unnamed does not exist. So let’s use the word calma. Calma is a Portuguese word for calmness, composure. It is an ability to approach the situation from a distance and accept reality as it is. It is the ability to enjoy life despite the fact that it is far from being perfect. Portuguese are not Spanish. Although they live on one continent (well, maybe except islanders), they are different. The Portuguese have a lot of joy, but also a certain amount of melancholy. After all, it was in this country that the famous fado, or Portuguese blues, was born. (In 2011, fado entered the UNESCO list of intangible heritage). It is in this country that saudade is ubiquitous, a mixture of longing and melancholy for what is forever lost. Saudade and fado have a lot of sadness in them, fado artists are often very dramatic in the message. They sing about a torn heart, longing for homeland, mother, and grief over what will never come back. And at the same time they are reconciled with this loss and longing. The Portuguese consent to the reality They accept it as it is. There is a lot of talk about it in all mindfulness movements, it is emphasized during meditation practices – but I have not yet met another European nation that, without lofty words and references to Eastern philosophy, would actually put this idea into practice. Portuguese consent to reality can sometimes irritate a person like me – brought up and living earlier in a world in which you need to develop, go beyond your comfort zone, go up the ladder rungs. And here is calma. A familiar teacher recently lost his job because the person he was replacing appeared for a moment. The Portuguese education system is a bit like the military – you go where they send you. So, that friend lost his job overnight and in January (another „distribution” of jobs) he will find out whether he will return to Terceira or maybe will be sent to Corvo (the smallest island in the Azores, with about 400 people), or maybe somewhere on continent. In the sense – to mainland Portugal. Here people say: „to the continent”. Or even: „to Portugal”. He lost his job, was depressed, but he emphasized that maybe it was a chance for him to do something better. Maybe this way he would be sent to where his family is at the moment. Maybe he’ll be thankful to his colleague from work for having appeared. One girl earned quite a good amount of money in extra work, spent it, and then found out that someone had calculated her salary incorrectly and she had to give back about 300 Euro. She wasn’t happy, but she didn’t argue. She said she was sorry for the guy who had counted everything wrong and was very ashamed that he had to ask for a refund. And she simply gave the money back. In all workplaces, the only people who rebel against the existing rules are foreigners. Those who are accustomed to working a certain number of hours, and receiving extra pay or extra time for working overtime. Those who demand justice and recognition for their actions. The Portuguese have their calma and sit quietly. And they only whisper to each other that something is wrong. And sometimes not. Sometimes they just accept it. On the one hand, the country is not developing as it would develop. Portugal is only now slowly digging out of the crisis that has hit it. On the other hand, people are healthier. A friend who has been on the island for several months told me about her recent struggles with the local administration. And about the fact that if she wanted to arrange something, she had to fight for it at every step, because nobody was in a hurry with anything, and her dates were chasing her. I listened to her and saw myself two years ago, when the tardiness of the local employees would still upset me. Today, I still think that you can work a lot better. I like to work and I work intensively. And I still have a deep rooted feeling that this is how work should be done. But who’s interested in my “it should be”? Everyone has their own approach to the subject. And their cultural context. And at the moment when I stop demanding from others what they „should” and I simply draw from what they want to give me – I feel calm. I feel that respecting the fact that someone is different reduces my stress level. What „has to” be „necessarily done today” is not always so urgent. The gentleman who closed the shop ahead of time could have a good reason, and for me the world won’t collapse if I buy a gift tomorrow, not today. Someone stopped in the middle of the road because they met a friend and stopped all traffic? Doesn’t matter, interpersonal relationships are more important than hurry. The lady behind the bar instead of serving you, makes a long chat with a friend standing next to you? Instead of getting nervous, smile at the fact that people still value talking and being together. In Poland we have that saying that only calmness can save us There is something about it. In this crazy world, in which we don’t have time to enjoy the moment and each other, we rush and get nervous when someone acts not according to our thoughts, it is worth going to Portugal and feel their calma. Be here and now and accept all, even the strongest emotions, but not get carried away. Take advantage of the moment. Live, as you often hear here, one day at a time. Try it! As IT say

Zanim przeprowadzisz się na drugi koniec świata

widok z okna samolotu

Rzucenie wszystkiego i przeprowadzenie się na drugi koniec świata brzmią kusząco. Zwłaszcza kiedy za oknem szaro, chęci do działania brak, a na zdjęciach widać soczystą zieleń trawy, błękit oceanu i słońce. Ale zanim przeprowadzisz się na drugi koniec świata, pamiętaj, że:   1. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Albo: trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Wszędzie ludzie żyją, wszędzie przeżywają radości i wszędzie mają problemy. Nie widać tego z daleka, ale można odczuć, kiedy jest się dłużej w danym miejscu. Jeśli masz dość wszystkiego, to zmiana może pomóc, ale tylko na chwilę. Tropikalne plaże poprawią Ci nastrój podczas urlopu, ale życie na nich może się okazać nierealne. Przeprowadzka w daleki świat jest najlepsza wtedy, kiedy faktycznie jesteśmy ciekawi nowego miejsca i otwarci na przygodę. Bo to, co spotkamy na miejscu, niejednokrotnie nas zaskoczy.   2. Choćbyś był nie wiadomo jak bardzo otwarty na świat, zawsze ktoś lub coś Cię zaskoczy. Jedziesz w nowe miejsce z otwartym umysłem i otwartym sercem. Chcesz się dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć jak najwięcej. Chłoniesz wszystkimi zmysłami. Aż nagle spotyka Cię sytuacja, której się nie spodziewasz (na początku średnio 3 do 5 razy na dobę, po kilku miesiącach częstotliwość zaczyna stopniowo spadać). I co? Stajesz jak wryty. Nie wiesz, jak się zachować. Wszystko, czego nauczyłeś się podczas Twojego (wstaw odpowiednią liczbę)-letniego życia, przestaje mieć zastosowanie. Chcesz dobrze, a okazuje się, że kogoś obrażasz, że niechcący podważasz czyjeś świętości – a przecież chciałeś się tylko dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Chciałeś poznać, zrozumieć. Otwarty umysł jest szalenie ważny przy poznawaniu nowego świata. Umiejętność trzymania języka na kłódkę w odpowiednich momentach – też.   3. Będzie Ci brakować znanych od lat smaków. Lokalna kuchnia może być najpyszniejsza na świecie, możesz się zajadać miejscowymi przysmakami jak szalony, ale po kilku miesiącach i tak zacznie Ci brakować kiszonych ogórków, schabowego czy pomidorowej Twojej Mamy. Można zmienić przyzwyczajenia kubków smakowych, nauczyć je nowych smaków, ale nie ma co się oszukiwać – jeśli jedliśmy w jeden sposób przez całe życie i nagle nie mamy dostępu do tego rodzaju jedzenia, nasz organizm tym bardziej zaczyna się go domagać. Nagle zaskakujemy sami siebie, próbując z lokalnych produktów przygotować klopsiki w sosie koperkowym czy pyzy.   4. Wszystko zacznie Cię denerwować. Począwszy od produktów w sklepach, gdzie nie możesz znaleźć swojego ulubionego jogurtu, bo go po prostu nie ma, poprzez inne terminy dni wolnych (jak to – mam pracować w poniedziałek wielkanocny?), skończywszy na ludziach, którzy są życzliwi i chcą Ci pomóc, ale nigdy nie byli w Twojej sytuacji i nie potrafią zrozumieć, o co Ci chodzi, a Ty nie potrafisz im wyjaśnić, bo do bariery interpersonalnej dochodzi bariera kulturowa i językowa. Jeśli zostaniesz w danym miejscu wystarczająco długo, dotrzesz do momentu, kiedy zacznie Cię denerwować nawet to, co w pierwszym okresie wydawało się miłe i przyjazne – serdeczni, pomocni ludzie (bo chciałbyś w końcu móc zrobić coś sam, a nie w kółko korzystać z czyjejś pomocy), kierowcy zatrzymujący się na środku drogi, żeby zapytać znajomego, jak się czuje (bo przecież blokują drogę i nie da się przejechać, a Ty się spieszysz), czy nawet zapierająca dech w piersiach przyroda (bo jak może tak sobie spokojnie istnieć, kiedy u Ciebie w środku się gotuje). Na pocieszenie: ta faza mija. Przynajmniej częściowo. Ale kiedy trwa, jest wyjątkowo nieznośna. A Ty jesteś nieznośny dla otoczenia, bo podważasz rzeczywistość ludzi, którzy Cię otaczają, a to nigdy nie jest mile widziane.   5. Zorientujesz się, że porozumiewanie się w Twoim ojczystym języku to błogosławieństwo. Mówienie po angielsku, niemiecku, portugalsku czy koreańsku może sprawiać Ci wielką frajdę. I będzie. Dopóki będziesz opowiadać, skąd jesteś, czym się zajmujesz, skąd pomysł na przeprowadzkę i jakie masz plany na najbliższą przyszłość. Ale kiedy zaczniesz zacieśniać znajomości, kiedy będziesz chciał wymienić się poglądami na świat, podyskutować o sensie życia czy, odpukać, pokłócisz się z kimś (przy różnicach kulturowych i językowych o nieporozumienie bardzo łatwo) – zaczniesz przeklinać konieczność rozmawiania w języku, który nie jest Twoim językiem ojczystym. Nie będziesz w stanie wyrazić w pełni siebie. Odkryjesz, że gramatyka ma znaczenie, bo pozwala przekazać coś maksymalnie precyzyjnie. A brak jej znajomości, delikatnie mówiąc, nie ułatwia życia. Zauważysz, jaki ogromny wpływ na porozumienie lub jego brak mają drobne różnice w nazywaniu spraw, niuanse w wydźwięku danych słów. I dostrzeżesz, że zwykła codzienna rozmowa stanowi o wiele większe wyzwanie niż w kraju, bo brakuje nie tylko wspólnego słownictwa, ale i wspólnego kontekstu kulturowego. Trzeba stworzyć nowy, a to wymaga czasu i cierpliwości i od Ciebie, i od Twojego otoczenia.   6. Będzie Ci brakować rodziny i przyjaciół. Nawet jeśli jesteś niezależny i wydaje Ci się, że wszystko robisz sam – zrozumiesz, jak wielkie wsparcie miałeś w rodzinie i przyjaciołach, kiedy nie będzie ich koło Ciebie na co dzień. Te wszystkie denerwujące telefony typu: „a co jadłeś na obiad? A kiedy sobie znajdziesz chłopaka/ dziewczynę? Przyjdź tu szybko, musisz mi pomóc wybrać sukienkę na wieczór/ przestawić meble/ posprzątać łazienkę” nagle okażą się czymś, na co czekasz z utęsknieniem. Rodzina i przyjaciele to wspólne doświadczenia, wspólny kontekst, wspólnie spędzony czas. To pełen przekrój przez wszystkie dostępne emocje. To kolory życia. To wsparcie w każdej sytuacji, ale to też poczucie, że jesteśmy potrzebni. Że możemy dać komuś coś od siebie, że wnosimy coś wartościowego do czyjegoś życia. A przecież wszyscy chcemy czuć się potrzebni i wartościowi.   7. Święta nie będą takie same. Polskie święta, czy to Bożego Narodzenia, czy wielkanocne, są wyjątkowe. To czas ciepła i radości, to czas dla bliskich. To też czas tradycji, które są wrośnięte w naszą kulturę. Święta za granicą mogą być ciekawe, mogą być inne, ale to nie będzie to samo. Czasem możesz nawet przestać mieć ochotę obchodzić te święta – bo skoro to nie to samo, to po co? Zawsze rozwiązaniem jest krzewienie polskich tradycji w nowym miejscu zamieszkania, ale to zadanie dla wytrwałych. Trudne, choć nie niemożliwe.   8. Nie będziesz umiał wyjaśnić swojej decyzji najbliższym. Będziesz tęsknił, będziesz się mierzył z wyzwaniami dnia codziennego i będziesz płakał w słuchawkę, a najbliżsi, pełni troski o Ciebie, będą

Terceira – Mój rok na środku Atlantyku

Milena Dąbrowska, fot. Michał Pakalski

„Terceira – Mój rok na środku Atlantyku”. Proste słowa, a dla mnie znaczą tak wiele. Rok temu wylądowałam na tej małej portugalskiej wyspie położonej wśród fal potężnego oceanu, stożków wulkanicznych i soczyście zielonej przyrody. (Jeśli chcesz wiedzieć, jak się tu znalazłam, zapraszam Cię do wpisu W podróży przez życie liczy się każdy krok.) Wylądowałam – i buzia mi się nie zamykała. Z zachwytu. Spełniałam swoje marzenie, zaczynałam wielką przygodę, rzucałam się w nieznane. Albo znane, ale tylko trochę. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Nigdy w życiu nie wiemy, co nas czeka. (No, może jedynie wszystkich bohaterów Grey’s Anatomy czeka śmierć, ale to inna kwestia. Nas też czeka, ale przed nią – całe życie.) Możemy planować, możemy się przygotowywać – ale nigdy nie będziemy mieć do końca pewności, że to, co sobie zaplanujemy, faktycznie się wydarzy. Możemy za to być pewni, że wydarzy się wszystko to, co nieoczekiwane. Zwłaszcza kiedy rzucamy się na głęboką wodę. Azorska kultura na pierwszy rzut oka wydaje się podobna do polskiej Woda, w którą się rzucałam – poza oceaniczną głębią – nie wydawała się szczególnie głęboka. To przecież też Europa, wspólni przodkowie przed tysiącami lat, język podobny do hiszpańskiego, krowy, byki… Zaraz, zaraz, hola! Czy ten twardy, francusko brzmiący język to na pewno krewny śpiewnego hiszpańskiego? I te krowy… Tak, ale na ulicach? Jak to? Ano tak! Idą, to trzeba się zatrzymać. Taki azorski korek na drodze. Byki? Ok, byki istnieją. Ale żeby też na ulicach? Że biegają? Że ludzie od maja do października zbierają się tłumnie i jeżdżą od wioski do wioski, żeby oglądać te gonitwy? I do tego wywieszają ozdobne koce przez okna i balkony, żeby ozdobić ulicę na czas tego święta? I przygotowują górę jedzenia, żeby każdy, kto zechce schronić się podczas takiej gonitwy w ich domu, miał co jeść? Czy to aby na pewno ta zimna, coraz bardziej indywidualistyczna Europa? Największym zaskoczeniem na Terceirze byli dla mnie ludzie. Podczas tourady (wspomnianej gonitwy byków) faktycznie chętnie przyjmują pod swój dach przybyszów i częstują, „czym chata bogata”. Kiedy zapyta się ich o wskazówkę, jak gdzieś trafić, to nawet jeśli nie potrafią wyjaśnić – zaprowadzą. Na drogach, jeśli trąbią, to zwykle po to, żeby kogoś przywitać. Na środku skrzyżowania zatrzymują się w podobnym celu. Kierowca autobusu potrafi „zgarnąć” spóźnionego pasażera kilkaset metrów przed przystankiem, na którym ten zwykle wsiada. Recepcjonistka w przychodni potrafi przez 15 minut tłumaczyć przez telefon, jak dotrzeć do przychodni, mimo że docierająca, ociekająca deszczem, już dawno chciała się poddać. Znajomy potrafi przejechać całą wyspę, żeby tylko pomóc coś załatwić, zorganizować, podrzucić, odebrać. I wszyscy się uśmiechają! Kilka dni temu zrobiłam eksperyment i poobserwowałam kierowców mijanych samochodów. Wszyscy się uśmiechali! Aż sama nie wierzyłam! Oczywiście, nie jest tak, że każdy ma tutaj uśmiech 24/7/365. Tu się normalnie toczy życie. Są radości, ale są i smutki. Są zachwyty i jest rozpacz. Ale jest też inne podejście do życia. Znakomita większość osób wybiera radość. Wybiera śmiech zamiast łez. I akceptowanie rzeczywistości zamiast próby zmienienia tego, czego zmienić się nie da. Dziś usłyszałam od znajomej, że w trudnych chwilach powtarza sobie: „Najważniejsze, że żyjemy”. I ma rację. Kolejnym zaskoczeniem były tutejsze święta i zwyczaje. Na Azorach mówi się, że w archipelagu jest 8 wysp i jeden park rozrywki. Ten park rozrywki to właśnie Terceira. Tylko tutaj można dostać dzień wolny ze względu na gonitwę byków lub zakończenie karnawału! Tylko tutaj właściciel potrafi zamknąć sklep w ciągu dnia, bo koniecznie musi obejrzeć touradę. Tylko tutaj święto św. Jana potrafi trwać półtora tygodnia. Tylko tutaj można dostać za darmo przyniesiony przez kogoś chleb lub… reklamówkę mięsa. Bo akurat w pobliskim imperio (mała kapliczka ku czci Ducha Świętego, w której odbywają się liczne uroczystości w okresie powielkanocnym) jest święto i roznoszą wszystkim okolicznym mieszkańcom. Tylko tutaj grupa przyjaciół zbiera się, żeby odwiedzić wszystkich znajomych, popijając likier i podziwiając bożonarodzeniowe szopki. Co kraj, to obyczaj, jak mawiają. I żeby się o tym przekonać, nie trzeba – jak widać – jechać do Azji ani na Dziki Zachód. Ludzie i inna kultura to – poza przyrodą – moje największe tutejsze odkrycia. Ale miałam też kilka własnych, prywatnych odkryć. Odkryłam na przykład, że brudzenie się może być bardzo dobrym doświadczeniem. Chwytanie mokrych, pokrytych mchem gałęzi, zjeżdżanie na tyłku po mokrej trawie, wpadanie do pół łydki w błoto – to znakomita zabawa. Wiedziałam o tym jako dziecko, kiedy dopiero co przebrana na przyjazd gości w śnieżnobiałą sukienkę pędziłam do piaskownicy i wracałam równie brudna, jak byłam kilka minut wcześniej – ale dorastając, zapomniałam o tym. Wymaga się od nas czystości, elegancji, szyku. A czasem dobrze po prostu wskoczyć do kałuży i się roześmiać w głos. Sprawi nam to prawdopodobnie więcej radości niż przyciasny gorset obyczajów. A propos zjeżdżania na tyłku – odkryłam, że wszystko czyści się tu wybielaczem. W tym, schody prowadzące do oceanu na kąpieliskach. Ale tylko na tych strzeżonych. Te schody, które nie są regularnie czyszczone, szybko zarastają i stanowią zagrożenie dla życie dla osób tak nieświadomych, jak ja. Moje doświadczenie ze schodami doprowadziło mnie do wniosku, że albo strzeżone kąpielisko, albo piaszczysta plaża. Jakie było to doświadczenie? Otóż pewnego pięknego dnia wybrałam się ze znajomym nad wodę. Piękne miejsce, między skałami, z widokiem na Monte Brasil (góra złożona z trzech prawdopodobnie wygasłych wulkanów, „przylepiona” do Angry, największego miasta na wyspie). Po prostu raj! Oczywiście zdecydowałam, że do wody wchodzę pierwsza. Jeden krok, drugi – i krótka myśl: „Ja nie chcę jeszcze umierać”. Poślizgnęłam się na schodach, spadając, mocno uderzyłam tyłkiem albo o te schody, albo o podwodną skałę. Tuż przed zanurzeniem się instynktownie nabrałam powietrza, a już pod wodą powtarzałam powyższą myśl. Wynurzanie się trwało w nieskończoność. Kiedy w końcu znów znalazłam się z głową ponad falami, dziękowałam, że żyję. Kąpiel była krótka, obity i podrapany tyłek leczyłam przez dłuższy czas, a strach przed poślizgnięciem się pozostał do teraz. Cóż, jedna z moich lekcji. Kolejna lekcja brzmi: pamiętaj o ochronie przed słońcem. Nawet jeśli masz na głowie ciekawsze sprawy, takie jak wspinanie się na najwyższy szczyt Portugalii. W lipcu wybrałam się ze Stowarzyszeniem Os Montanheiros (stowarzyszenie zajmujące się tutejszą przyrodą

Cztery miesiące na środku Atlantyku

Terceira Atlantyk

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że