O spotkaniu z drugim człowiekiem

Filiżanka kawy z sercem

Dziś będzie o spotkaniu z drugim człowiekiem. W końcu czy to w Polsce, czy na Terceirze, czy nawet w odległej Australii – żyjemy w społeczeństwie. Czy tego chcemy, czy nie. Współczesny człowiek jest tak skonstruowany, że unika, jak może, przyznania, że potrzebuje innych ludzi. Chce być samowystarczalny, chce mieć wielkie, przestronne mieszkanie z widokiem z góry na inne wieżowce, szybki samochód, rozwiniętą karierę i wakacje dwa razy do roku w jakimś gorącym, słonecznym zakątku, gdzie może się sfotografować w luksusowym hotelu, na tle rozstawionych dookoła basenu leżaków. Do tego często chciałby się być na tym zdjęciu z kimś, kto ma podobną pozycję w życiu i będzie się dobrze prezentował na Instagramie. Po zakończonej sesji zdjęciowej, znanej również jako wakacje, współczesny człowiek zostawia swojego modela, wraca do swojego loftu czy condo, odpala Instagrama, sprawdza ilość lajków i komentarzy, i myśli z niechęcią o tym, że w poniedziałek znów musi iść do pracy. Do pracy, której nie lubi, w której zgrywa super pewnego siebie supermana (bądź superwoman), żeby zarobić na mieszkanie, samochód i wakacje – jedyny moment, kiedy naprawdę ma czas żyć. Gdzie w tym wszystkim czas na spotkanie z drugim człowiekiem? Nie ma. W tej wersji nie ma czasu na spotkanie z drugim człowiekiem. Nie ma czasu na to, żeby usiąść i zwyczajnie z kimś pobyć. Żeby posłuchać po raz tysięczny tej samej historii i po raz tysięczny kogoś przytulić i powiedzieć, że da radę. Żeby pójść na spacer i wspólnie zadziwić się zielenią drzew. Żeby wspólnie zepsuć korek od butelki wina, no bo jakoś tak nie chciał się poddać korkociągowi. I śmiać się, wpychając ten korek do środka butelki. Żeby zorganizować grilla nie po to, żeby jeść, ale po to, żeby pobyć razem. Posłuchać siebie nawzajem, pouśmiechać się do siebie, pomilczeć. Po prostu być. Człowiek to zwierzę stadne. Potrzebujemy siebie nawzajem. Choćbyśmy nie wiem, jak się zaklinali, jesteśmy tak stworzeni, żeby żyć razem, a nie osobno. I nie chodzi mi tutaj o fakt zależności ekonomiczno-egzystencjalnych, takich jak to, że ja sumuję tabelki w Excelu, a ktoś uprawia dla mnie marchewkę. To jest chyba nadal w miarę oczywiste, choć pewnie nie wszyscy myślą o tym, że ich kiełki też ktoś musiał wyhodować. I nie mówię też o tym, że cały świat powinien się łączyć w pary. Jestem daleka od takiego myślenia. Nic na siłę, lepiej być samemu niż w nieodpowiedniej relacji. Nie ma co dawać wysysać z siebie energii. Mówię o tym, że potrzebujemy bliskości. Potrzebujemy bliskości innych ludzi. Potrzebujemy tego ciepła, które jesteśmy w stanie dostać tylko w spotkaniu z drugim człowiekiem. Tego poczucia jedności, kiedy razem oglądamy zachód słońca, kiedy pijemy razem wspólnie zrobioną kawę, kiedy razem zdobywamy szczyty (choćby te szczyty miały zaledwie kilka metrów), kiedy razem się męczymy, upadamy, płaczemy, a potem wstajemy i idziemy dalej, i próbujemy znowu i znowu, i znowu. Mówię o tym spotkaniu z człowiekiem, kiedy otwieramy nasze serce mimo świadomości, że może zaboleć. Kiedy mimo strachu decydujemy się komuś zaufać. Kiedy zrzucamy nasze maski superherosów i jesteśmy sobą. Niedoskonali, zbyt emocjonalni, zbyt mało pewni siebie, ciągle niepewni, drżący o to, czy zaraz nam się nie posypie cały świat. Ale prawdziwi. Bo tylko prawdziwi jesteśmy w stanie naprawdę spotkać drugiego człowieka. Tylko dusza jest w stanie dotknąć drugiej duszy, serce – drugiego serca. I takie spotkanie może przerażać. Może się nam wydawać, że jak to, przecież ja taki i taki, taka i taka, jak ktoś może mnie polubić w takiej wersji? Przecież muszę udawać, że to, że tamto. I się zapętlamy. Bo później mamy świadomość tego, że ktoś polubił nie nas, ale naszą maskę. I stajemy się jeszcze bardziej zamknięci w sobie i samotni. A tymczasem rozwiązanie jest jedno – zaufać. Oczywiście nie ślepo, nie pierwszej napotkanej osobie, ale jednak – zaufać. Z pełną świadomością tego, że może zaboleć. Że ktoś może się okazać niegodny naszego zaufania. Że ktoś może nas zranić, odejść z hukiem z naszego życia, a my zostaniemy z wielką raną w sercu. Ale może też utulić nasz niepokój i sprawić, że rozkwitniemy. Że trudne chwile życia nie będą tak trudne, a piękne będą jeszcze piękniejsze. Przeczytałam kiedyś, że przyjaciele pomagają żyć i przeszkadzają pracować. Pomagają żyć – na pewno. Czy przeszkadzają pracować? Niekoniecznie. Jeśli wprowadzają w nasze życie ład, to dlaczego mieliby przeszkadzać nam pracować? Jeśli są w stanie wesprzeć nas w chwilach trudnych i motywować nas do rozwoju, to tylko dobrze i dla naszego życia, i dla naszej pracy. Bo to w końcu jedno kontinuum. Przez całe życie kochałam ludzi. I teraz, na mojej małej wyspie, poznaję kolejnych. Niektórzy zostają, niektórzy pojawiają się na chwilę, niektórzy zostawiają wyraźny ślad w moim sercu i zajmują w nim na stałe kawałek miejsca. Część osób pojawia się na wyspie na kilka miesięcy i wyjeżdża. Dziś odwiozłam na lotnisko przyjaciół, z którymi spędziłam tutaj pięć miesięcy. Pięć miesięcy pracy, pięć miesięcy życia. Pięć miesięcy przelotnych spotkań i machania do siebie z daleka, pięć miesięcy wspólnego rozumienia i nierozumienia rzeczywistości, pięć miesięcy szczerego śmiechu, pięć miesięcy głębokich rozmów i pozwalania sobie na to, żeby płynęły łzy. I pomagania tym łzom ciepłym słowem, ramieniem i sercem. I choć dziś też płakałam, i choć nadal ciężko mi uwierzyć, że zniknęli z mojej codzienności – cieszę się, że w niej byli. Że wnieśli w moje życie i życie innych osób tyle ciepła, tyle słońca, tyle radości. I wiem, że nadal w moim życiu będą, mimo że nie będę ich już widywała codziennie. Mam w życiu szczęście do ludzi. I tych tutaj, i tych, którym to ja zniknęłam z codzienności w Polsce. I jeśli mam mieć w życiu jakiś pomysł i jakiś cel – poza milionem pomysłów, które kłębią mi się w głowie i wydają zupełnie nierealne – to jest to bliskość z ludźmi. Czasem wymagająca, czasem zaskakująca i sprawdzająca moje człowieczeństwo, moją wrażliwość – ale prawdziwa. Bo to jest to, co jest dla mnie w życiu najważniejsze – spotkanie z drugim człowiekiem. Mimo moich niepewności, mimo moich tendencji do znikania, mimo moich lęków – to jest to, co ma dla mnie znaczenie. A dla Ciebie

Zanim przeprowadzisz się na drugi koniec świata

widok z okna samolotu

Rzucenie wszystkiego i przeprowadzenie się na drugi koniec świata brzmią kusząco. Zwłaszcza kiedy za oknem szaro, chęci do działania brak, a na zdjęciach widać soczystą zieleń trawy, błękit oceanu i słońce. Ale zanim przeprowadzisz się na drugi koniec świata, pamiętaj, że:   1. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Albo: trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Wszędzie ludzie żyją, wszędzie przeżywają radości i wszędzie mają problemy. Nie widać tego z daleka, ale można odczuć, kiedy jest się dłużej w danym miejscu. Jeśli masz dość wszystkiego, to zmiana może pomóc, ale tylko na chwilę. Tropikalne plaże poprawią Ci nastrój podczas urlopu, ale życie na nich może się okazać nierealne. Przeprowadzka w daleki świat jest najlepsza wtedy, kiedy faktycznie jesteśmy ciekawi nowego miejsca i otwarci na przygodę. Bo to, co spotkamy na miejscu, niejednokrotnie nas zaskoczy.   2. Choćbyś był nie wiadomo jak bardzo otwarty na świat, zawsze ktoś lub coś Cię zaskoczy. Jedziesz w nowe miejsce z otwartym umysłem i otwartym sercem. Chcesz się dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć jak najwięcej. Chłoniesz wszystkimi zmysłami. Aż nagle spotyka Cię sytuacja, której się nie spodziewasz (na początku średnio 3 do 5 razy na dobę, po kilku miesiącach częstotliwość zaczyna stopniowo spadać). I co? Stajesz jak wryty. Nie wiesz, jak się zachować. Wszystko, czego nauczyłeś się podczas Twojego (wstaw odpowiednią liczbę)-letniego życia, przestaje mieć zastosowanie. Chcesz dobrze, a okazuje się, że kogoś obrażasz, że niechcący podważasz czyjeś świętości – a przecież chciałeś się tylko dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Chciałeś poznać, zrozumieć. Otwarty umysł jest szalenie ważny przy poznawaniu nowego świata. Umiejętność trzymania języka na kłódkę w odpowiednich momentach – też.   3. Będzie Ci brakować znanych od lat smaków. Lokalna kuchnia może być najpyszniejsza na świecie, możesz się zajadać miejscowymi przysmakami jak szalony, ale po kilku miesiącach i tak zacznie Ci brakować kiszonych ogórków, schabowego czy pomidorowej Twojej Mamy. Można zmienić przyzwyczajenia kubków smakowych, nauczyć je nowych smaków, ale nie ma co się oszukiwać – jeśli jedliśmy w jeden sposób przez całe życie i nagle nie mamy dostępu do tego rodzaju jedzenia, nasz organizm tym bardziej zaczyna się go domagać. Nagle zaskakujemy sami siebie, próbując z lokalnych produktów przygotować klopsiki w sosie koperkowym czy pyzy.   4. Wszystko zacznie Cię denerwować. Począwszy od produktów w sklepach, gdzie nie możesz znaleźć swojego ulubionego jogurtu, bo go po prostu nie ma, poprzez inne terminy dni wolnych (jak to – mam pracować w poniedziałek wielkanocny?), skończywszy na ludziach, którzy są życzliwi i chcą Ci pomóc, ale nigdy nie byli w Twojej sytuacji i nie potrafią zrozumieć, o co Ci chodzi, a Ty nie potrafisz im wyjaśnić, bo do bariery interpersonalnej dochodzi bariera kulturowa i językowa. Jeśli zostaniesz w danym miejscu wystarczająco długo, dotrzesz do momentu, kiedy zacznie Cię denerwować nawet to, co w pierwszym okresie wydawało się miłe i przyjazne – serdeczni, pomocni ludzie (bo chciałbyś w końcu móc zrobić coś sam, a nie w kółko korzystać z czyjejś pomocy), kierowcy zatrzymujący się na środku drogi, żeby zapytać znajomego, jak się czuje (bo przecież blokują drogę i nie da się przejechać, a Ty się spieszysz), czy nawet zapierająca dech w piersiach przyroda (bo jak może tak sobie spokojnie istnieć, kiedy u Ciebie w środku się gotuje). Na pocieszenie: ta faza mija. Przynajmniej częściowo. Ale kiedy trwa, jest wyjątkowo nieznośna. A Ty jesteś nieznośny dla otoczenia, bo podważasz rzeczywistość ludzi, którzy Cię otaczają, a to nigdy nie jest mile widziane.   5. Zorientujesz się, że porozumiewanie się w Twoim ojczystym języku to błogosławieństwo. Mówienie po angielsku, niemiecku, portugalsku czy koreańsku może sprawiać Ci wielką frajdę. I będzie. Dopóki będziesz opowiadać, skąd jesteś, czym się zajmujesz, skąd pomysł na przeprowadzkę i jakie masz plany na najbliższą przyszłość. Ale kiedy zaczniesz zacieśniać znajomości, kiedy będziesz chciał wymienić się poglądami na świat, podyskutować o sensie życia czy, odpukać, pokłócisz się z kimś (przy różnicach kulturowych i językowych o nieporozumienie bardzo łatwo) – zaczniesz przeklinać konieczność rozmawiania w języku, który nie jest Twoim językiem ojczystym. Nie będziesz w stanie wyrazić w pełni siebie. Odkryjesz, że gramatyka ma znaczenie, bo pozwala przekazać coś maksymalnie precyzyjnie. A brak jej znajomości, delikatnie mówiąc, nie ułatwia życia. Zauważysz, jaki ogromny wpływ na porozumienie lub jego brak mają drobne różnice w nazywaniu spraw, niuanse w wydźwięku danych słów. I dostrzeżesz, że zwykła codzienna rozmowa stanowi o wiele większe wyzwanie niż w kraju, bo brakuje nie tylko wspólnego słownictwa, ale i wspólnego kontekstu kulturowego. Trzeba stworzyć nowy, a to wymaga czasu i cierpliwości i od Ciebie, i od Twojego otoczenia.   6. Będzie Ci brakować rodziny i przyjaciół. Nawet jeśli jesteś niezależny i wydaje Ci się, że wszystko robisz sam – zrozumiesz, jak wielkie wsparcie miałeś w rodzinie i przyjaciołach, kiedy nie będzie ich koło Ciebie na co dzień. Te wszystkie denerwujące telefony typu: „a co jadłeś na obiad? A kiedy sobie znajdziesz chłopaka/ dziewczynę? Przyjdź tu szybko, musisz mi pomóc wybrać sukienkę na wieczór/ przestawić meble/ posprzątać łazienkę” nagle okażą się czymś, na co czekasz z utęsknieniem. Rodzina i przyjaciele to wspólne doświadczenia, wspólny kontekst, wspólnie spędzony czas. To pełen przekrój przez wszystkie dostępne emocje. To kolory życia. To wsparcie w każdej sytuacji, ale to też poczucie, że jesteśmy potrzebni. Że możemy dać komuś coś od siebie, że wnosimy coś wartościowego do czyjegoś życia. A przecież wszyscy chcemy czuć się potrzebni i wartościowi.   7. Święta nie będą takie same. Polskie święta, czy to Bożego Narodzenia, czy wielkanocne, są wyjątkowe. To czas ciepła i radości, to czas dla bliskich. To też czas tradycji, które są wrośnięte w naszą kulturę. Święta za granicą mogą być ciekawe, mogą być inne, ale to nie będzie to samo. Czasem możesz nawet przestać mieć ochotę obchodzić te święta – bo skoro to nie to samo, to po co? Zawsze rozwiązaniem jest krzewienie polskich tradycji w nowym miejscu zamieszkania, ale to zadanie dla wytrwałych. Trudne, choć nie niemożliwe.   8. Nie będziesz umiał wyjaśnić swojej decyzji najbliższym. Będziesz tęsknił, będziesz się mierzył z wyzwaniami dnia codziennego i będziesz płakał w słuchawkę, a najbliżsi, pełni troski o Ciebie, będą

Cztery miesiące na środku Atlantyku

Terceira Atlantyk

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że

Terceira – oto jestem!

Polka na Azorach Milena Dąbrowska

Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy po portugalsku „trzecia”. Dla mnie to trzecia wizyta tutaj. Pierwszy raz bez daty powrotu. (O tym, skąd się mi się wzięła ta Terceira, przeczytasz w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok„.) Wylądowałam prawie dwa tygodnie temu w środę 18 stycznia, tuż przed godziną 11:00 tutejszego czasu. Przesunięcie czasowe w stosunku do Polski to dwie godziny. Przynajmniej administracyjnie, bo jak mi niedawno mądry kolega podpowiedział – według słońca są tak naprawdę trzy godziny. Wylądowałam i… nie mogłam uwierzyć, że tu faktycznie jestem. Znajomi odebrali mnie z lotniska, wyściskałam ich i nie przestawałam rozglądać się wokół i śmiać się od ucha do ucha. Znajomy mnie szczypał, żebym uwierzyła, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze wieczór wcześniej w Lizbonie Terceira nadal wydawała się odległa. Nocowałam w Lizbonie u znajomej, ale zanim do niej dotarłam, spotkałam się jeszcze z jednym poznanym przypadkiem znajomym. Pochodzi z sąsiedniej wyspy, mieszka od wielu lat w Lizbonie, ale tęskni za Azorami. Mówił mi, że pamięta, jak półtora roku temu wróciłam pierwszy raz z Terceiry i zafascynowana opowiadałam mu, jak bardzo mi się tam podobało i jak bardzo chcę tam wrócić. Najlepiej natychmiast. Ale 17 stycznia wieczorem nie bardzo wiedziałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jestem już za połową drogi, że tylko nocleg i będę tam, gdzie chciałam być od półtora roku. Ale jednocześnie jedną nogą byłam jeszcze w Polsce. I jedną nogą, i ogromnym kawałkiem serca. Przed wyjazdem spotkałam się z bliskimi mi ludźmi, zrobiłam dwie imprezy pożegnalne – firmową i prywatną, nagadałam się za wszystkie czasy… Mimo pośpiechu w przekazywaniu obowiązków w pracy, w pakowaniu, w wywożeniu wszystkiego do domu – miałam coś, co się pięknie nazywa „quality time”. A w rzeczywistości jest jeszcze piękniejsze niż sama nazwa. Zdołałam spędzić fantastyczne chwile z ważnymi dla mnie osobami… ….a tu nagle Lizbona! I wielka tęsknota za wszystkimi, których zostawiłam tysiące kilometrów za sobą. Siedziałam na Praça do Comércio, patrzyłam na Tag, rozmawiałam ze znajomym, który mi przypominał, jak po pierwszym i drugim powrocie z Terceiry chciałam się tam natychmiast znaleźć z powrotem, który mówił ze zdumieniem i z podziwem, że spełniam swoje marzenie – i zwyczajnie tęskniłam. Następnego dnia rano miałam pobudkę – i na lotnisko. Rok temu, kiedy ta sama znajoma odwoziła mnie na lotnisko, wracałam do Polski. Znajoma powiedziała wtedy: „Jeszcze wrócisz na Terceirę, na dłużej, jestem pewna”. Miała rację. W samolocie nie mogłam spać. Zwykle zasypiam, ledwo zapnę pas, a tym razem kręciłam się nerwowo w tę i z powrotem. Tak do połowy lotu. Kiedy od dłuższego czasu lecieliśmy nad wodą, kiedy dotarło do mnie, dokąd lecę – uspokoiłam się i zasnęłam. I wylądowałam 18 stycznia tuż przed 11. Na początku miałam kilka dni wakacji. Znajomi „przechowali” mnie u siebie, karmili pysznościami i zabierali na długie wycieczki – tam, gdzie się dało, szliśmy pieszo, gdzie się nie dało, jechaliśmy jeepem. Albo odwrotnie, jak kto woli. Przeszliśmy dwa duże, piękne szlaki. Jeden jest jeszcze w trakcie przygotowań, ale znajomy z racji miejsca pracy jest osobiście zaangażowany w jego otwarcie, więc „przecieraliśmy szlak”. Dosłownie. Drugi szlak istnieje od dawna, czasem trzeba się na nim wspinać wysoko, czasem idzie się piękną połoniną. Wrażenia fantastyczne. O szlakach będzie osobny wpis, na razie tyle, że warto. Warto przyjechać tu i ruszyć w las – jest co podziwiać. Moje wakacyjne dni pełne były wrażeń, pozytywnych emocji, serdecznych rozmów, śmiechu, radości. Wieczorem pomagałam zrywać mandarynki, rano oglądałam wykluwające się ze skorupek pisklaki. A w ciągu słonecznych, prawie letnich dni coraz szerzej otwierałam oczy na to, co widzę. W końcu w sobotę uwierzyłam, że tu naprawdę jestem. Po kilku dniach wakacji przyszedł czas na przeprowadzkę i rozpoczęcie pracy. Przeprowadziłam się do domu, w którym spędzę co najmniej najbliższe kilka miesięcy. Dom ma kominek, elektryczne piecyki i widok na ocean. Jest położony na południu wyspy, kilka kilometrów od Angry, czyli największego miasta na wyspie. Widok na ocean, zwłaszcza w słoneczne dni, jest obłędny. Ale jak się tam przeprowadziłam, dwa pierwsze dni nie były słoneczne. Lało od rana do wieczora, a w nocy jeszcze bardziej, temperatura spadła, chodziłam w dwóch polarach i jeszcze marzł mi nos. I do tego wiatr, który zdawał się wywiewać z człowieka resztki nadziei na ujrzenie jeszcze raz słońca. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dowiedziałam się, że – pewnie ku rozczarowaniu co niektórych – przy wykopkach jednak nie będę pracować. Firma, w której pracuję, na razie nie sadzi sama warzyw. Yacón, którym się na początek zajmujemy (na początek, bo są plany rozwinięcia firmy), wyhodowali tutejsi organiczni farmerzy. Ja na razie pracuję w biurze, robię „risercze”, zestawienia, rzucam pomysły. Jak się zacznie etap produkcji, będę też pracowała przy wytwarzaniu produktu docelowego, czyli suszonych plastrów wspomnianego słodkiego ziemniaka. Pierwszy raz w życiu będę pracować przy maszynach, sama jestem ciekawa, co to będzie. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dużo się działo, poznawałam wszystko i wszystkich, dowiedziałam się wiele o firmie, o jej działalności, o planach na przyszłość, o sposobie pracy. W wieczornych rozmowach z rodziną i znajomymi byłam nadal spięta, ale jednocześnie pozytywnie nastawiona do rzeczywistości. Niepokoił mnie duży dom, do którego się przeprowadziłam, ale starałam się patrzeć jasno w przyszłość i czekać spokojnie na to, co przyniesie kolejny dzień. Niestety, we wtorek rano moje nastawienie do świata było równie pochmurne jak pogoda za oknem. Mieszkałam w zupełnie nowym miejscu, daleko od moich tutejszych znajomych, nie mogłam nigdzie wyjść, bo lało… Trudno w takich warunkach o jasny ogląd sytuacji. Kiedy znajomy zaproponował, że zgarną mnie po pracy do siebie, nie wahałam się ani chwili. Spędziłam z nimi świetny wieczór, a od następnego ranka wszystko już było w porządku. Moje pozytywne podejście do świata i nowości wróciło, znów się uśmiechałam do ludzi i do życia, mogłam działać dalej. I tak działam już prawie tydzień. Wszelkie trudności przekładam