Donas Amélias – najsłynniejsze słodycze z Terceiry

Donas Amélias

Donas Amélias to najsłynniejsze słodycze z Terceiry. Każda wyspa na Azorach ma swoją słodką tajemnicę. Na Terceirze są to Donas Amélias. Donas Amélias (czytaj: „donasz ameljas”) to babeczki, które spotkacie w niemal każdej pastelarii, czyli cukierni. Prawdopodobnie nie ma na wyspie nikogo, kto by ich nie znał, a jeśli przyjeżdżacie tu jako turyści, to tym bardziej musicie je poznać. Donas Amélias są inne niż pozostałe słodkości portugalskie czy nawet azorskie. Typowe portugalskie słodycze mają za swoją bazę jajka, a za swoją bazę, wnętrze i wykończenie – cukier. Informacja o cukrze nie jest nijak oficjalna, to moja wersja tej historii. Tak, jak lubię słodycze, tak niektórych portugalskich nie jestem w stanie zjeść. Ale Donas Amélias są inne! Są to babeczki, w których zamiast cukru wyczujemy melasę z trzciny cukrowej i cynamon. Ponoć ludzie dzielą się na wyznawców tych babeczek i na tych, którzy ich nie lubią. Ja należę do tej pierwszej grupy! Historia Donas Amélias Historia tych babeczek sięga 1901 roku, kiedy to królowa Amélia i król Carlos odwiedzili Terceirę. Grupa kobiet zajmujących się przygotowaniem wypieków na tę okazję zastanawiała się, czym poczęstować królewską parę. Wybór padł na ciasto znane wcześniej jako Bolo das Índias, czyli ciasto z Indii. I tu małe wyjaśnienie – przez długie lata Terceira była najważniejszym miejscem na Atlantyku dla statków przez niego przepływających. Odkrywcy i handlarze przywozili specjalności ze wszystkich stron świata, stąd na Terceirze pojawił się na przykład azjatycki cynamon czy brazylijska melasa z trzciny cukrowej. Wracamy do właściwej historii – kiedy królewska para dotarła na Terceirę, postanowiono poczęstować ich wspomnianym ciastem z Indii. Ciasto to zawierało w sobie to, co najlepsze Terceira miała do zaoferowania, czyli mąkę kukurydzianą, masło, jajka i cukier, a dodatkowo takie egzotyczne specjalności jak melasa z trzciny cukrowej, cynamon i rodzynki. Królowa Amélia zachwyciła się smakołykiem! Okazało się, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę. Królowa Amélia, przywykła do pełnych jajek i cukru wypieków z Portugalii kontynentalnej, zachwyciła się prostym w wyglądzie, ale jakże egzotycznym w smaku „ciastem z Indii”. Na cześć królowej ciasto zostało nazwane Dona Amélia Według niektórych doniesień, zamiast ciasta podano królowej babeczki – żeby było bardziej wykwintnie, bo przecież królewska para to nie byle kto! Moja historia z Donas Amélias Ja spróbowałam Donas Amélias po raz pierwszy w czerwcu 2015 roku, przy okazji mojego pierwszego przylotu na Terceirę. Spróbowałam – i przepadłam. W sumie szkoda, że nie przechrzczą tych ciastek na Dona Milena, też by pasowało, poziomem zachwytu z pewnością dorównuję królowej! (Oczywiście nie królowej Anglii). Lubię te babeczki na tyle, że obeszłam już całkiem sporo pastelarii w Angrze w poszukiwaniu najlepszych. I po kolejnych poszukiwaniach i tak zawsze wracam do tego samego miejsca – do pastelarii Santa Bárbara w Angrze. Mieści się ona przy Rua da Guarita 12, blisko straży pożarnej. Jest prowadzone przez mojego dobrego znajomego, Márcio. Mała dygresja – Márcio poza prowadzeniem pastelarii (poznacie go, jak tylko tam wejdziecie, to najbardziej energiczna osoba za barem) zajmuje się fotografią. Zdjęcia Donas Amélias na tej stronie są jego autorstwa. Babeczki robi, wedle ściśle strzeżonego przepisu, jego mama. I robi je najlepiej na świecie! I nie, to nie jest artykuł sponsorowany. To mój wyraz absolutnego uwielbienia dla tych pyszności! I szczególnie dla pyszności wychodzących spod ręki tej kobiety. Jeśli mam gości, zawsze ich tam prowadzę. A potem oni sami jeszcze zwykle gdzieś chodzą po Angrze i próbują tychże babeczek w innych miejscach, i wracają, i przyznają mi rację. I tak. Jeśli będziecie na Terceirze, musicie wybrać się do pastelarii Santa Bárbara i zjeść Donas Amélias. I dać mi znać, jak Wasze wrażenia smakowe! Mam nadzieję, że jak najlepsze! No, to słodkości życzę!    

Festiwal zup

Festiwal zup, czyli jak na Terceirze zbiera się pieniądze „Chcesz iść na festiwal zup?” – zapytała mnie niedawno koleżanka. „Organizujemy w przyszłym tygodniu”. Pomyślmy: lubię zupy, lubię tutejsze zupy, lubię, jak się coś dzieje, i lubię ideę festiwali zup. Pewnie, że chcę iść!   Ale co ma festiwal zup do pieniędzy? My w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że zbieranie pieniędzy to przechadzka z przysłowiowym kapeluszem. Że to zbiórki publiczne, ogłoszenia w mediach społecznościowych, napisany wielką czcionką numer konta. Jesteśmy zasypywani prośbą o pomoc z każdej strony, kto może, podtyka nam swój kapelusz pod nos. Zwykle olbrzymi kapelusz – wiele zbiórek organizuje się na wielką skalę.   A na Terceirze, która liczy sobie ok. 58 tysięcy mieszkańców, skala jest mniejsza. Na Terceirze raczej nie spotkacie nikogo z kapeluszem. Chyba że organizatora wydarzeń w okolicznej kapliczce ku czci Ducha Świętego – ale w jego przypadku możecie być pewni, że zwróci Wam z nawiązką, jeśli tylko pojawicie się na uroczystości w jedną z dwóch ostatnich niedziel wielkanocnych. Ale to jedna z niewielu takich sytuacji.   Na Terceirze obowiązuje niepisana zasada, że jeśli chce się coś dostać, najpierw trzeba dać coś od siebie. Organizacje zbierające pieniądze na pomoc w domach starców, harcerze (jak moja koleżanka) próbujący sfinansować swoją wspinaczkę na Pico – wszyscy organizują wydarzenia dla lokalnej społeczności. Festiwal zup jest jednym z tego typu wydarzeń. Zwykle wygląda to następująco: chętne osoby kupują cały stos warzyw i przygotowują co najmniej 10 wielkich garów zupy. Alternatywnie: zainteresowane restauracje, w ramach współpracy i autopromocji, oferują swoje zupy. Organizatorzy sprzedają bilety, w ramach których każdy może delektować się dostępnymi zupami. Na miejscu jest również bar z napojami oraz słonymi i słodkimi przekąskami, za które płaci się osobno. Czasem pojawia się gra w bingo, czasem dodatkowe loterie.   Cały dochód idzie na wybrany cel, a ludzie się przy tym dobrze bawią. I uczestnicy, i organizatorzy. Każdy przyjemnie spędza czas (choć organizatorzy czasem padają na twarz ze zmęczenia) i każdy ma poczucie wkładu w coś ważnego. Takie wydarzenia budują społeczność. Współczesny nadmierny indywidualizm nie ma tu zastosowania, tu chodzi o wspólnotę, o bycie razem, o działanie.   „W kupie raźniej”, jak powiedziała mucha do muchy. Czas na uruchomienie konta bankowego zawsze się znajdzie. Ale jeśli można nie tylko prosić, ale też dać coś od siebie – i przy okazji dać innym możliwość podzielenia się tym, co mają, w atmosferze radości i wspólnej zabawy – czemu nie? Dobre pomysły zawsze w cenie!

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze

Terceira, Biscoitos - widok na zatokę

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma przywilej spędzenia tu tyle czasu, co ja. Spośród wielu wybrałam więc miejsca „must see”, a przy tym takie, na szukaniu których nie spędzicie pół dnia. To co, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wulkan Algar do Carvão Jako że to moje ulubione miejsce na całej wyspie, to oczywiście musi być na pierwszym miejscu. Na Azorach wulkanów Ci pod dostatkiem, ale ten jest wyjątkowy. Dlaczego? Bo ten można odwiedzać od środka! Od środka stożka wulkanicznego!  O co chodzi? Otóż w większości wulkanów ściany stożka po erupcji zapadają się, tworząc kalderę. Tu było inaczej. Tutaj podczas drugiej erupcji tworzącej ten wulkan lawa wypływała pod tak niskim ciśnieniem, że w pewnym momencie zaczęła się cofać. Cofając się, umacniała ściany stożka. Dzięki temu wulkan (prócz naturalnych zmian) przetrwał w formie, którą możemy podziwiać do dziś. W Europie znane są tylko dwa puste wulkany (a na całym świecie – trzy), które można oglądać od wewnątrz. To Algar do Carvão na Terceirze i Thrihnukagigur na Islandii. Jak widać, Atlantyk sprzyja nietypowym wydarzeniom geologicznym. W Algar do Carvão spotkacie tak wyjątkowe dzieła natury jak stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki. Są mlecznobiałe, piękne i mogą osiągać długość ok. 1 metra i średnicę ok. 40-50 cm. Wejście do Algar do Carvão możliwe jest obecnie przez cały rok. Zimą – w wybrane dni tygodnia, od wiosny do jesieni – codziennie. Warto się ciepło ubrać, bo w środku jest zimno i kapie woda (która tworzy na dnie jaskini jezioro). Wizyta trwa średnio pół godziny, choć w moim odczuciu warto na to doświadczenie przeznaczyć co najmniej godzinę. Na miejscu jest przewodnik, który Wam wszystko wytłumaczy i odpowie na pytania. Są też ulotki w różnych językach, w tym – po polsku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o wulkanie, zajrzyjcie na stronę Stowarzyszenia Os Montanheiros, które się tym wulkanem zajmuje. Strona Stowarzyszenia Os Montaheiros: TUTAJWięcej informacji o wulkanie Algar do Carvão: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 2. Tunel lawowy Gruta do Natal Jak już jesteśmy pod ziemią, to zajrzyjmy również do tunelu lawowego o nazwie Gruta do Natal. Niektórzy przewodnicy, chcąc ułatwić turystom życie, używają angielskiej nazwy Christmas Cave. Po polsku to po prostu Jaskinia Bożego Narodzenia. Skąd nazwa? Ano stąd, że wspomniane Stowarzyszenie Os Montanheiros, które zajmuje się też tym miejscem, zorganizowało tu w 1969 r. mszę z okazji Bożego Narodzenia. Od tego czasu odbywają się tu czasem ważne historyczne i społeczne wydarzenia. Gruta do Natal to jaskinia wyrzeźbiona przez płynącą lawę. W jej wnętrzu zobaczycie takie lawowe ciekawostki jak stafility (nie mamy czegoś takiego w Polsce – to „stalagmity” utworzone z kapiącej lawy), potoki lawowe czy boczne tarasy lawowe. Są też różne rodzaje lawy, w tym lawa aa. Usłyszałam kiedyś komentarz, że nazwa pochodzi stąd, że jak się po tej lawie chodzi, to się mówi: „Aa!” Jej chropowata nawierzchnia w zasadzie sprzyja takim dźwiękom, bosą stopą nie chciałabym na niej stanąć. Ważna informacja logistyczno-płatnicza: do wulkanu Algar do Carvão i do Gruta do Natal można kupić jeden wspólny bilet, w ten sposób zapłacicie mniej. Biletu nie trzeba wykorzystywać tego samego dnia, ale warto przed wybraniem się tam sprawdzić dni i godziny otwarcia, żeby nie pocałować klamki. Więcej informacji o tunelu lawowym Gruta do Natal: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 3. Furnas do Enxofre Między pustym wulkanem a grotą lawową znajduje się miejsce znane jako Furnas do Enxofre. Jak będziecie jechali z Algar do Carvão do Gruta do Natal, skręćcie w prawo, znak Was poprowadzi. „Furna” to inaczej grota lub jaskinia, „enxofre” – siarka, więc teoretycznie Furnas do Enxofre to groty siarki, ale w rzeczywistości to obszar wtórnej aktywności wulkanicznej na Terceirze. Możecie na nim zobaczyć i poczuć wydobywające się spod ziemi gazowe związki siarki. Kto pamięta z lekcji chemii, jak pachnie na przykład siarkowodór?  Jak na obszar wulkaniczny przystało, Furnas do Enxofre to soczyście zielony, cieszący oczy teren. (Gleby wulkaniczne są bardzo żyzne, a azorski klimat sprzyja rozwojowi roślinności wszelakiej). Poza fumarolami – miejscami, w których spod ziemi wydobywa się gaz. Tam, ze względu na zawartość żelaza i siarki, ziemia jest goła i w kolorze biało-żółto-brunatnym. Może to budzić lekki niepokój, ale dużego nie powinno. Dzięki temu, że gazy mają możliwość ulotnienia się, wewnątrz ziemi jest nieco spokojniej. Woda w garnku się gotuje, ale lekko dziurawa pokrywka pozwala na uchodzenie pary, więc zawartość garnka nie powinna nagle wykipieć. 4. Serra da Santa Bárbara – najwyższy szczyt na Tereirze Z nizin i podziemi przenieśmy się na chwilę wyżej, może nawet w chmury. Góra Santa Bárbara to najwyższy szczyt Terceiry. Wznosi się ona na wysokość 1021 m n.p.m. i można z niej oglądać znakomitą część Terceiry, wszechobecny ocean i niezwykły zachód słońca. O ile oczywiście będzie się miało szczęście i św. Barbara nie będzie ukryta w chmurach. Prawda jest taka, że to środek Atlantyku i szybko przepływające chmury są zatrzymywane właśnie przez góry. Proponuję Wam więc obserwowanie pogody i kiedy tylko zobaczycie szczyt tejże góry (jest bardzo charakterystyczny, z licznymi antenami i przekaźnikami) – natychmiast na nią wjeżdżajcie. Warto! Ach, zapomniałabym dodać – tak, oczywiście to też jest wulkan. W końcu jesteśmy na wyspach wulkanicznych. To wulkan nieaktywny, drzemiący. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1761 roku. Była to pierwsza i ostatnia lądowa erupcja na Terceirze od czasu zasiedlenia wyspy. Na tej górze nie obowiązują bilety wstępu, za to obowiązuje strój cieplejszy niż w niższych partiach – zimą potrafi tu spaść śnieg (może na milimetr, ale to zawsze ciekawostka w tych stronach), więc nic dziwnego, że i latem na tych wysokościach jest chłodno i wieje. 5. Serra do Cume Kolejnym miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić, jeśli tylko nie jest spowite chmurami, jest Serra do Cume. Moi znajomi nadali temu punktowi widokowi wdzięczną nazwę Serra do Chmure. Kiedy jednak widać coś poza chmurami – widok