Hortensje – symbol Azorów?

Hortensje to kwiaty, które stały się symbolem Azorów. Kiedy myślimy o Azorach, widzimy ocean, to na pewno. I mnóstwo zieleni. Ale widzimy też rozległe pola poprzecinane wulkanicznymi murkami i „płotami” z hortensji. Widzimy długie, wąskie drogi otoczone rzędem potężnych hortensji. Widzimy hortensje w ogrodzie i na środku pola. Białe, niebieskie, fioletowe, różowe, czerwone. Hortensje stały się symbolem Azorów. To read an English version of this article click HERE. Przywędrowały na Azory z Japonii Z faktu, że hortensje stały się symbolem Azorów, nie są zadowoleni lokalni biolodzy. Hortensje to bowiem gatunek inwazyjny, wypierający lokalną florę. Przypuszcza się, że przywędrował na Azory z Japonii w XIX wieku jako gatunek ozdobny. Hydrangea macrophylla, bo taka jest nazwa gatunkowa hortensji, lubi klimat umiarkowany i wilgotne gleby, więc na Azorach czuje się jak w raju. Nie da się ukryć, że wkomponowały się w krajobraz znakomicie. Azorskie hortensje na eksport Na Faial powstał nawet biznes związany z hortensjami. Hortensje są tam zbierane i suszone na eksport. Oczywiście te najpiękniejsze, o najlepszym kształcie. Od prawie 30 lat są sprzedawane są do Niemiec, Hiszpanii i Włoch. Tam są używane jako pojedyncze kwiaty ozdobne lub jako fragmenty większych kompozycji. Kiedy można zobaczyć hortensje? Mieszkam na Terceirze od 2017 roku i powiem Wam, że mam wrażenie, że hortensje kwitną tu niemal non stop. Widziałam je i w kwietniu, i w październiku. Natomiast najlepszy czas na ich oglądanie to okres od czerwca do sierpnia. Jeśli chcecie je podziwiać na żywo, przylećcie na Azory podczas wakacji letnich. I koniecznie przygotujcie się na sesję zdjęciową – będziecie mieć pamiątkę na całe życie! (Jeśli potrzebujesz kontaktu do dobrego lokalnego fotografa, daj znać!) Zapraszam do galerii azorskich hortensji!
Azory – jakie wyspy wybrać

Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić, który kierunek jest dla Ciebie. Albo – który kierunek jest dla Ciebie teraz. Potem mogą być kolejne. To read an English version of this article click HERE. Na pewno słyszałeś/-eś już niejeden raz, że każda wyspa na Azorach jest inna. Nie będę udawała, że jest inaczej. Naprawdę każda wyspa jest inna. Każda ma inną atmosferę, każda ma coś specyficznego do zaoferowania. Co je łączy, to Atlantyk, zieleń i wulkany. I zmienna pogoda – na Azorach mogą być 4 pory roku w ciągu jednego dnia, wiesz już o tym? Trzeba być przygotowanym wszystko. (W dniu, kiedy to piszę, powiesiłam na sznurkach za domem ręcznik, żeby wysechł. Było piękne słońce i duży wiatr. W pewnym momencie usłyszałam ogromny hałas. Podeszłam do okna – to deszcz. Ulewa, która trwała 3 minuty. Chyba mój ręcznik był bezpieczniejszy w łazience.) Na Azorach jest 9 wysp. Są one oddalone od wybrzeża Portugalii o ok. 1500 km i rozrzucone na środku Atlantyku na długości ok. 650 km. Wszystkie są aktywne sejsmicznie i wszystkie niezwykle ciekawe. Znam je wszystkie i wiem, że stwierdzenie, iż każda wyspa jest inna, jest w pełni uzasadnione. To jak, robimy wycieczkę po każdej wyspie po kolei? Terceira – wejdź do wnętrza wulkanu i przeżyj święta, których nie ma nigdzie indziej na świecie Na pierwszy rzut idzie oczywiście Terceira. Dlaczego? Bo tu mieszkam i uwielbiam tę wyspę. To pierwsza azorska wyspa, którą poznałam, i pierwsza, w której się zakochałam. Wszechobecna zieleń absolutnie mnie urzekła. I ten spokój, ta serdeczność. I olbrzymia dawka radości wisząca w powietrzu. Dla mnie – mieszanka idealna. Usłyszałam ostatnio, że ktoś zrobił Terceirze dobry marketing twierdząc, że nic na niej nie ma. Bo dzięki temu nie docierają tu przypadkowi turyści, ale ci, którzy są naprawdę ciekawi świata. Przylatują – i szybko zaczynają się zastanawiać, dlaczego przylecieli tylko na x dni, a nie na dwa razy tyle. Co więc jest takiego wyjątkowego na Terceirze? Jest wulkan Algar do Carvão, unikat na skalę światową. Można w nim wejść do środka komina wulkanicznego. Na świecie są tylko trzy takie wulkany, z czego tylko dwa otwarte dla zwiedzających. Jeden z nich jest właśnie na Terceirze. Azory to wyspy wulkaniczne, więc na Terceirze nie brakuje krajobrazów pełnych stożków wulkanicznych. Najwyższy szczyt wyspy, Serra de Santa Bárbara (1021 m n.p.m.), z którego widać większość wyspy, to aktywny wulkan. Można też odwiedzić tunel lawowy Gruta do Natal, obejrzeć fumarole w Furnas do Enxofre, spojrzeć na Ryft Terceira, wykąpać się w naturalnych basenach skalnych, np. w Biscoitos. A po kąpieli napić się wina z lokalnej winnicy. Terceira to szczęśliwe krowy z widokiem na ocean, pyszne sery i szlaki pełne endemicznych roślin. (Uniwersytet pełen jest badaczy z całego świata, którzy przyjeżdżają właśnie na Terceirę badać gatunki roślin endemiczne dla Azorów i dla samej Terceiry.) To historyczna stolica wyspy, Angra do Heroísmo, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To przepyszne Donas Amélias, lokalna alcatra i świeżo zdjęte ze skały lapas. Terceira to również raj dla wielbicieli sportów wodnych – nurkowanie, snorkeling, żeglowanie, SUP, kajaki, coasteering. Do tego obserwacja wielorybów i delfinów, a na lądzie – canyoning i park linowy. Można położyć się na klifie i nic nie robić – albo można się konkretnie zmęczyć, co kto woli. Terceira to święta, których nie ma nigdzie indziej Mówi się, że na Azorach jest 8 wysp i jeden park rozrywki. Ten park rozrywki to Terceira. Ludzie tutaj uwielbiają się bawić. Może dlatego do tej pory przetrwały tradycje, których nie ma nigdzie indziej na świecie. To tutaj możesz wziąć udział w Festas do Espírito Santo, czyli obchodach świąt Ducha Świętego. To tutaj możesz zaobserwować, jak ludzie gromadzą się na touradas à corda, często nawet nie widząc byka. Skupiają się na tzw. „quinto touro”, czyli na „piątym byku”. Czyli na imprezie. To na Terceirze ma miejsce największe na świecie skupisko teatrów amatorskich w języku portugalskim, czyli karnawałowe przedstawienia bailinhos (czytaj więcej TUTAJ i TUTAJ) – jedyna taka tradycja na całym świecie. W końcu to na Terceirze możesz wziąć udział w największym świeckim festiwalu na Azorach, Sanjoaninas. Jest co robić, kalendarz pęka w szwach. Ale jeśli wolisz ciszę i spokój, zawsze znajdzie się dla Ciebie miejsce na łonie natury. Pośrodku niczego. Z widokiem na soczyście zielone wulkaniczne wzgórza, uspokajającą szachownicę pól i pastwisk i intensywnie błękitny ocean. Pełnia szczęścia. I za to cenię Terceirę. Wiem, że się rozpisałam o Terceirze Ale to miejsce, które znakomicie znam i dlatego wiem, jak wiele oferuje. I nie, wcale nie namawiam, żeby to właśnie tu przyjechać 😉 I wcale nie namawiam, żeby zwiedzić tę wyspę ze mną 😉 Dlatego już przechodzę do kolejnych wysp, które również są zachwycające! São Jorge – wykąp się w naturalnym basenie skalnym w fajã i spróbuj lokalnego sera São Jorge to wyspa, która cieszy oczy jeszcze zanim się na niej wyląduje. Mówi się, że to leżący smok. I faktycznie – wyspa jest długa, wąska i wysoka. I bardzo zielona. Z jej najwyższego szczytu, Pico da Esperança (1053 m n.p.m.; przy okazji – Pico da Esperança oznacza Szczyt Nadziei), rozciąga się niezapomniany widok. Widać stamtąd wszystkie cztery pozostałe wyspy centralnej części archipelagu Azorów: Pico, Faial, Terceirę i Graciosę. Oczywiście kiedy nie ma mgły, co nie jest oczywiste w wysokich partiach na Azorach. Wyróżniającą cechą São Jorge są fajãs. Fajãs to struktury skalne charakterystyczne dla Azorów, a w szczególności właśnie dla São Jorge. Wyobraź sobie wybrzeże klifowe. Widzisz? Takie wysokie na kilkaset metrów? Dobrze. Te niesamowite wodospady na klifach też widzisz? Super. Chociaż nie o wodospadach miało być. Wyobraź sobie, że duża część skał osuwa się lub pionowo odrywa od klifu i spada. I tworzy nowy kawałek lądu. Ten kawałek lądu to fajã. W niektórych fajãs do tej pory nie ma prądu, są za to urokliwe baseny skalne i… kawa prosto z lokalnej plantacji. Na wysokich
Wino z Biscoitos

Kto odwiedza Terceirę, musi koniecznie poznać wino z Biscoitos. Biscoitos to jedyny obszar na Terceirze przeznaczony do produkcji wina. Charakterystyczny krajobraz czarnych kamiennych murków i leżących na nich jasnozielonych liści winorośli znalazł się nawet pod ochroną azorskiego rządu. Wino z Biscoitos to ważny element dziedzictwa wyspy. To read an English version of this article click HERE. Historia wina na Terceirze sięga XV wieku… …czyli czasów kolonizacji wyspy. Już pierwsi osadnicy wykorzystywali wulkaniczną ziemię do uprawy winorośli. W 1647 r. na szeroką skalę zaczęto uprawiać szczep Verdelho jako najlepiej przystosowany do wilgotnych warunków wyspy. Ten szczep charakteryzuje się m.in. dość luźno ułożonymi w gronie winogronami, dzięki czemu jest mniej niż inne narażony na gnicie. Nic jednak nie jest w 100% odporne na inne plagi. W XVIII i XIX wieku różne plagi zaatakowały winnice na Terceirze, w tym – niszczycielska filoksera, która spustoszyła też wiele innych winnic na świecie. Dopiero w 1890 roku szaleniec – jak wówczas myślano – lub marzyciel – jak dziś można na to spojrzeć – Francisco Maria Brum zdecydował się reaktywować produkcję wina. Założył winnicę! Początkowo w Fontinhas, następnie w Biscoitos. Ta winnica do dziś jest znana jako Casa Agrícola Brum. Działa nieprzerwanie od prawie 130 lat, prowadzi ją już piąte pokolenie tej samej rodziny. Ciągle z tą samą pasją! Wino z Biscoitos to wino wulkaniczne Szczepy Verdelho rosną na wulkanicznej ziemi wśród tak zwanych „biscoitos” („ciasteczka”), czyli wśród drobnych kamieni wulkanicznych. Ich sposób uprawy różni się od tych znanych nam np. z Francji czy Włoch. Na Terceirze przyszłe wino z Biscoitos dojrzewa na małych kwadratach lub prostokątach otoczonych murkami z czarnych kamieni wulkanicznych. Winorośle nie pną się do góry po linkach, lecz rozprzestrzeniają po rozłożonych wokół nich kolejnych kamieniach. Kamienne murki chronią winorośle przed zimnym słonym wiatrem wiejącym od oceanu, a murki w połączeniu z kamieniami na podłożu wytwarzają specjalny mikroklimat. Kamienie nagrzewają się w ciągu dnia i oddają ciepło w ciągu nocy. Dzięki temu winogrona szybciej dojrzewają i produkują więcej cukru. Wino z Biscoitos, nawet to wytrawne, nigdy nie wywoła skrzywienia na Waszej twarzy. Widok ścielących się nad oceanem winorośli może być za to powodem rozmarzonego uśmiechu. W Biscoitos można przejść się szlakiem wśród winnic, jak również odwiedzić Muzem Wina z Biscoitos (Museu do Vinho dos Biscoitos) Rodzina Brum w 1990 r., na stulecie swojej winnicy, otworzyła Muzeum Wina z Biscoitos. W muzeum tym znajdują się eksponaty przedstawiające nie tylko historię rodziny Brum i ich winnicy, ale również historię wyspy i winiarstwa. Można również na własne oczy zobaczyć szczep Verdelho (na potrzeby muzeum wyjątkowo rosnący pionowo) oraz spróbować pysznego wina. Tradycyjnie w tejże winnicy produkuje się wino likierowe Chico Maria (wytrawne, półwytrawne i słodkie). Na miłośników wina stołowego czekają zaś Da Resistência i Donatário. Wszystkie leżakowały sobie w dębowych beczkach zanim zostały zabutelkowane i przeznaczone do degustacji i do sprzedaży. Tak, tak, jeśli Wam jakieś wino zasmakuje, możecie je od razu na miejscu kupić i potem delektować się długo wspomnieniami z Terceiry. Co roku w Muzeum Wina z Biscoitos odbywa się Święto Winorośli i Wina z Biscoitos W wybranych dzień pod koniec sierpnia na terenie Muzeum Wina można zobaczyć osoby w tradycyjnych strojach zbierające winogrona do tradycyjnych wiklinowych koszy, wziąć udział w deptaniu winogron, napić się wina z glinianych naczyń czy spróbować tradycyjnych azorskich przekąsek. Nigdy nie brakuje też świętowania z muzyką i tańcami. Muzeum Wina z Biscoitos odwiedziłam niedawno z koleżanką. Zostałyśmy oprowadzone po muzeum przez przesympatycznych przedstawicieli czwartego pokolenia rodziny Brum. Razem z nimi podziwiałyśmy grona proszące o każdy promień słońca, prasy do tłoczenia miazgi winnej i wielkie beczki dające nadzieję na kolejne litry tego pysznego trunku. Oczywiście nie mogło się też obejść bez degustacji win! Skosztowałyśmy pysznych win likierowych i stołowych przy akompaniamencie massa sovada, czyli tradycyjnego portugalskiego słodkiego chleba. Rozmowom i uśmiechom nie było końca. Nie bez powodu Muzeum Wina z Biscoitos pojawiło się na liście 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze. Przydatne informacje Miejsce: Museu do Vinho dos Biscoitos znajduje się na północy wyspy, w Biscoitos, przy Canada do Caldeiro 3. Dni i godziny otwarcia: wtorek-sobota, 13:30-16:00 Dojazd: ze względu na degustację proponuję transport publiczny; dojedziecie tam autobusem nr 1 z Angry (powiedzcie kierowcy: „Biscoitos, Museu do Vinho”); rozkład autobusów na Terceirze znajdziesz TUTAJ. Wstęp wolny Ceny win: w zależności od gatunku i rocznika od ok. 10 do ok. 40 EUR Rekomendacje: wino likierowe Przyjemnego zwiedzania i degustowania! Niech wino z Biscoitos będzie z Wami!
Pamiątki z Azorów

Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że ta lista tak naprawdę nie ma końca. Możesz dopisać tyle punktów, ile tylko przyjdzie Ci do głowy. To jak, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wolniejsze tempo. Na Azorach życie toczy się w swoim rytmie. Kiedy pójdziesz do baru, kelner obsłuży Cię dopiero jak skończy rozmawiać ze swoim znajomym. Przeszkadza ci to? Rozsiądź się wygodnie i wciągnij w płuca zapach kawy i spokoju. Zaakceptuj rzeczywistość taką, jaka jest. Czas płynie na wyspach powoli, a relacje międzyludzkie są tu o wiele ważniejsze niż biznes. Jeśli włączysz tryb offline, wyhamujesz choć odrobinę i pozwolisz wyspiarskiej rzeczywistości poprzestawiać Twoje priorytety – gwarantuję Ci, że zachowasz przyjemną dawkę wakacyjnego luzu po powrocie na stały ląd. 2. Wspomnienie wszechobecnej zieleni i zachodów słońca nad oceanem. Azory są zielone. Na 8 z 9 wysp w archipelagu króluje milion odcieni zieleni. Zawdzięczamy to dużej wilgotności i dużej ilości opadów. Tak, dobrze czytasz – ten deszcz, na który możesz się natknąć o każdej porze roku, jest bezpośrednim sprawcą zapierających dech w piersiach widoków na pola i lasy jak ze scenografii „Władcy pierścieni”. Ukojenie dla oczu i serca w najczystszej postaci. A zachody słońca… Zachodów słońca nigdy nie za dużo. Wystarczy jeden, żebyś zabrał(a) ze sobą wspomnienie, na które będzie Ci się robiło ciepłej na sercu. A każdy kolejny tylko będzie to ciepło wzmacniał. Pewnie czasem najdzie Cię tęsknota, ale za takimi zachodami warto tęsknić. 3. Smak świeżych ryb i owoców morza. Smaki to jedna z pamiątek, które zostają z nami na długie lata. Pyszny dorsz (narodowa potrawa Portugalczyków), grillowane kałamarnice, świeżo wyłowione lapas (skałoczepy) czy boca negra (dosł. „czarne usta”, ryba z gatunku Helicolenus dactylopterus) nie chcą dać o sobie zapomnieć. A jak do tego dołożysz ośmiornicę, cracas (pąkle) i lokalnego tuńczyka – możesz nie chcieć jeść ryb i owoców morza nigdzie indziej do końca życia. Może słaba to prognoza na przyszłość, ale za to doświadczenie – jedyne w swoim rodzaju. 4. Ocean. Nie, nie podpowiadam, żeby spakować ocean w plecak. Ale żeby zabrać ze sobą kojący dotyk wody otulającej całe ciało. Żeby zabrać jej słony smak. Widok fal rozbijających się o czarne wulkaniczne skały. Szum wiecznie żywej, wiecznie płynącej wody. Ocean to życie. Życie dla fauny i flory morskiej, życie dla nas. Zabierz ze sobą z wakacji odrobinę życia! 5. Energia do rozpoczęcia nowego dnia. Niezależnie od okoliczności. Niezależnie od planów. Od tego, czy działasz zgodnie z nimi, czy może w Twoim dniu wydarzyła się kolejna rewolucja. Na Azorach pogoda zmienia się często. Nie bez powodu mówi się, że można tu przeżyć 4 pory roku w ciągu jednego dnia. Kiedy nagle zaczyna padać, nikt nie zaczyna płakać, że przez to musi zmienić swoje plany. Po prostu – zmienia je. I z nową energią zaczyna nowe działanie. I to się przekłada na życie. Zmiany pogody na Azorach mogą Ci pokazać, że warto robić plany, ale nie warto się martwić, kiedy nie wypalają. Wystarczy się zatrzymać na chwilę i zrobić nowe. I wejść z nową energią w nowy dzień. A czasem w nowy etap życia. Bo skoro już mamy to życie, to lepiej przeżyć je dobrze niż słabo. Nawet jeśli pada. To są moje pamiątki z Azorów. Takie, które przywiozłam ze sobą już po pierwszej wizycie na środku Atlantyku. Które zabieram ze sobą, kiedykolwiek stąd wyjeżdżam. Są ze mną. Pomagają mi żyć i cieszyć się życiem. To pamiątki z Azorów, których jest pod dostatkiem dla każdego. Wystarczy otworzyć oczy i serce. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie…”* Dobrego dnia! Dobrych wspomnień! *Adam Mickiewicz, „Romantyczność”
Sanjoaninas – największe święto na Azorach

Sanjoaninas to największe świeckie święto na całych Azorach. To 10 dni świętowania skupione wokół św. Jana (św. Jan to po portugalsku São João) i wokół Angry. I tutaj dwa wyjaśnienia. Pierwsze wyjaśnienie – tak, święto świeckie, i tak, skupione wokół św. Jana. Trochę jak w Polsce noc świętojańska, która wywodzi się z tradycji pogańskich. Drugie wyjaśnienie – Sanjoaninas to święto Angry, stolicy Terceiry. Ale biorą w nim udział wszyscy. Cała wyspa, cały archipelag, Portugalczycy z kontynentu, turyści z różnych stron świata. Dla nikogo nie zabraknie miejsca. To read an English version of this article click HERE. Sanjoaninas to święto pełne radości i lokalnego folkloru. Jego początki sięgają XVI wieku. Czytaj: niedługo po osiedleniu pierwsi mieszkańcy Terceiry zaczęli świętować. Forma naturalnie ewoluowała. W 1934 r. po raz pierwszy pojawiła się otwierająca Sanjoaninas parada z orszakiem królewskim. I ten element tradycji przetrwał po dziś dzień. Co roku wybierany jest nowy temat parady, związany z historią i tradycją wyspy. Co roku też wśród lokalnych dziewcząt wybierana jest nowa królowa Sanjoaninas, która jedzie na specjalnie przygotowanej platformie i pozdrawia publiczność. Wokół niej, również na wymyślnych platformach, zgromadzone są dwórki, przed nią i za nią idzie cały orszak. Podczas Sanjoaninas można też zobaczyć liczne grupy taneczne i orkiestry filharmoniczne. Poprzebierani w fantazyjne i/lub tradycyjne stroje ochotnicy najpierw ćwiczą tygodniami, a potem prezentują się w pierwszą noc Sanjoaninas. Przemieszczają się ulicami Angry, tańcząc i śpiewając pieśni przygotowane specjalnie na Sanjoaninas. Za nimi zwykle idzie orkiestra, również złożona z ochotników, która przygrywa im do tańca i śpiewu. W tych paradach, znanych jako marchas, może wziąć udział każdy – i to jest piękne! Spotka się tam starych, młodych, grubych, chudych, ładnych, brzydkich, wysokich, niskich, umiejących śpiewać czy tańczyć i muzyczne beztalencia… Dla każdego jest miejsce! Sanjoaninas łączą tradycję, kulturę i kuchnię. Na każdym kroku widać tzw. tascas (l.poj. tasca), czyli taszki – miejsca, gdzie można kupić coś do jedzenia lub/i do picia. Zazwyczaj są to lokalne tradycyjne przysmaki: morcela (lokalna kaszanka), linguiça (lokalna kiełbasa), alcatra (coś a la gulasz), bifana (bułka z kotletem), tremoços (ziarna łubinu), lapas (skałoczepy), steki, ryby… Tak, dobrze widzicie – głównie mięso. Jest też dużo piwa. Mikropiwa. Lokalne małe piwo ma 0,2 l. Pije się też wino i sangrię. I caipirinhę – pyszny brazylijski drink , którego bazą jest cachaça – alkohol z trzciny cukrowej. (Jeśli chcecie wypić świetną caipirinhę, pytajcie o taszkę prowadzoną przez João). A co z tą kulturą i tradycją? Tak się skupiłam na jedzeniu (chyba jestem głodna!), że zapomniałabym o tradycji i kulturze. Tradycja i kultura są w zasadzie widoczne na każdym kroku. Sanjoaninas to bowiem nie tylko parady, ale też przystrojone ulice, wywieszone przez balkony koce i mnóstwo wydarzeń. Są koncerty, wydarzenia sportowe (regaty, wyścigi kajakarskie, wspinaczka uliczna, turnieje tenisowe i in.), parady różnych grup (np. harcerzy), spektakle teatralne na scenach i na ulicach, wystawy, targi rękodzieła… W noc św. Jana, już nad ranem, jest też skakanie przez ogniska i jedzenie sardynek – ryb prawie tak typowych dla Portugalii jak dorsz. Oczywiście nie może zabraknąć również atrakcji związanych z bykami. Podczas Sanjoaninas odbywają się tradycyjne tourady (pisałam o nich w tekście Tourada à corda), w tym tourada à corda w Porto Pipas – porcie w Angrze, uliczne biegi byków oraz tourady na arenie – z toreadorami na koniach lub bez. Te ostatnie to najbardziej kontrowersyjna forma rozrywki. Byków w Portugalii się nie zabija, nie da się jednak ukryć, że są ranione. Przeciwników tourad jest jednak nadal mniej niż ich zwolenników. Jak wspominałam – tourady to wciąż jedne z najważniejszych wydarzeń społecznych na wyspie. Pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. Mieszkańcy Terceiry lubią się bawić. Okazji do świętowania na wyspie nie brakuje, a Sanjoaninas wręcz idealnie wpasowują się w filozofię, że pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. (Dzień św. Jana to tutaj dzień wolny!) Jako że to niewielka wyspa z bardzo ograniczonymi możliwościami rozwoju zawodowego, mało kto poświęca się karierze. Praca stanowi raczej źródło dochodu i relacji społecznych niż samorealizacji. W związku z tym większość osób skupia się na życiu pozazawodowym. Sanjoaninas, Festas da Praia, karnawał, tourady, Festas do Espírito Santo, święta poszczególnych wiosek – to okazje do wyrażenia radości i zacieśnienia więzi społecznych. A jak się żyje w małej społeczności, więzi są ważne. W sumie jak się żyje w dużej społeczności, też są ważne, tylko o tym zapominamy. A szkoda. Bo – jak mówi moja ciotka – w kupie raźniej. Co doskonale widać na Sanjoaninas, kiedy czasem nie można przejść z jednego końca ulicy na drugi. Nie, nie dlatego, że ulice są tak długie jak Aleje Jerozolimskie. Chodzi raczej o to, że co 5 kroków spotyka się kogoś znajomego. I ucina pogawędkę. I od razu wiadomo, skąd na Sanjoaninas tyle radości! Polecam gorąco i mam nadzieję, że do zobaczenia! PS Program Sanjoaninas możecie sprawdzić TUTAJ. Gdybyście mieli problem z rozszyfrowaniem języka portugalskiego, śmiało dawajcie znać, w miarę możliwości będę Wam pomagać! 🙂
Carnaval na Terceirze

Carnaval na Terceirze, czyli wielki karnawał na małej wyspie. Carnaval (czyli karnawał) jest jednym z wydarzeń, na które mieszkańcy wyspy czekają przez cały rok. A ledwo się skończy – leczą przeziębienie i czekają na następny. I następny. I następny. To tradycja, której zdecydowanie warto się przyjrzeć. Przeprowadzę Was przez nią moimi oczami. To read an English version of this article click HERE. „Musisz iść na karnawał!” – słyszę. Ale jak to „muszę”? Karnawał jak karnawał, każda okazja do świętowania jest dobra, a ja w tej chwili nie mam ochoty świętować. No i jak to – że karnawał trwa od soboty aż do wtorku? I że wtorek (polskie Ostatki) to niby dzień wolny tylko dlatego, że jest impreza? I część instytucji publicznych ma też wolny poniedziałek? No jak to? Ale dobrze. Zakładam skórzaną sukienkę, maluję czarną pajęczynę wokół oczu i wychodzę. Później słyszę, że mój strój bardziej pasował do Halloween niż do karnawału. Że to na Halloween jest mrocznie, a na karnawał dziko i kolorowo. Ale nie szkodzi, idę sprawdzić, wokół czego tyle zamieszania. Przed wyjściem z baru znajomego jeszcze widzę chłopaka w różowej baletowej spódniczce i różowych tiulowych skrzydłach. Wychodzę. Idę na Rua de São João. A tam impreza na całego. Rua de São João to jedna z ulic prowadzących od głównej Rua da Sé do mariny w Angrze. Podczas karnawału (podobnie jak podczas Sanjoaninas) staje się imprezowym centrum wyspy. Wszyscy, którzy kochają zabawy kostiumowe, docierają właśnie tutaj. Zwłaszcza w ostatnią sobotę i… poniedziałek karnawału. Tak, poniedziałek – w końcu wtorek jest wolny i można odespać. Stworzenie wymyślnego, oryginalnego kostiumu to wyzwanie, którego wiele osób z radością się podejmuje. Kombinują, kupują, zamawiają, szyją, dziergają, tną, kleją, malują… Im bardziej wyraziście i kolorowo, tym lepiej. Na ulicach widać czarownice, piratów, żaby, rycerzy, drzewa, a nawet Fridę Kahlo. „To po to w sklepach te kostiumy Spidermana i pokojówki, i maski, i kapelusze w przeróżnych kolorach i kształtach” – myślę. I obserwuję grupki roześmianych ludzi, którzy bawią się, jakby to była najlepsza impreza ich życia. Kto wie, może jest. Kolejna najlepsza będzie w poniedziałek. Kolejna – podczas Sanjoaninas. A potem znów karnawał. Chodzę i przyglądam się ludziom. Sama jestem w nastroju mało zabawowym, to w końcu luty 2017, początki mojego pobytu na wyspie, kiedy jeszcze nie wiem, co i jak, za to czuję, jak bardzo jestem inna. Niby na ulicy jest tłum, ale jakoś nie umiem się w tym tłumie zgubić. Wracam do domu z poczuciem, że to fantastyczna tradycja, ale nie moja. Może kiedyś się do niej przekonam, może nie. Ale na pewno jest to impreza, którą warto zobaczyć. Za to bailinhos podbijają moje serce. O bailinhos też mówią wszyscy wokół. I wszyscy się dziwią, że nie wiem, co to jest. Cóż, to tradycja typowa dla Terceiry, więc nic dziwnego, że jej nie znam. Ale szybko poznaję. Bailinhos to grupy teatralno-muzyczno-taneczne, złożone głównie z amatorów, które są tworzone specjalnie na okres karnawału (ostatni weekend, od soboty do wtorku). Autorskie scenariusze, muzyka, układy choreograficzne, specjalnie szyte kostiumy we wszystkich kolorach tęczy, długie weekendowe i wieczorne próby… To wszystko po to, żeby przez cztery dni jeździć od ośrodka kultury do ośrodka kultury i komentować ze sceny współczesną społeczną i polityczną rzeczywistość. Zarówno lokalną, zrozumiałą tylko dla mieszkańców wyspy czy wręcz gminy, jak i ogólnoświatową. Czasem w grupach znajdują się profesjonaliści, ale zwykle bailinhos zostają osoby, które mają swoje inne prace i zajęcia – i tylko na okres karnawału przywdziewają barwny kostium i wchodzą na scenę. Niektórzy niezmiennie co roku od dwóch dekad. Albo i dłużej. Bo to zajęcie, które wciąga. Zanim to jednak nastąpi, bailinhos czekają długie tygodnie przygotowań. Karnawał to wydarzenie na tyle ważne, że w szkołach przekładają terminy sprawdzianów z jego powodu! Moje pierwsze zetknięcie z bailinhos składa się głównie z pytań zaczynających się od „Ale jak to?” Ale jak to nie ma żadnego harmonogramu? Ale jak to nie wiadomo, kiedy przyjedzie następna grupa? I kto będzie tą następną grupą? Ale jak to nie macie pojęcia, ile będzie trwało? Ale jak to macie jedzenie i picie, i koce? Naprawdę macie zamiar siedzieć tu od popołudnia aż do rana?? Podczas pierwszego spotkania z bailinhos nie rozumiałam nie tylko ani słowa ze sceny, ale też nie rozumiałam całego kontekstu kulturowego. W małych i większych ośrodkach kultury ludzie przychodzą jak najwcześniej, zajmują sobie miejsca, obkładają się kocem i siedzą faktycznie od popołudnia aż do świtu. Oglądają przedstawienie za przedstawieniem, komentują, porównują do tego, co dana grupa pokazała w zeszłym roku. Zastanawiają się, którzy bailinhos są w tym roku najciekawsi, oceniają scenografie i kostiumy, czekają z niecierpliwością, aż na scenie pojawi się ich sąsiad, córka albo sprzedawca ryb. Chodzą do baru na bifany i częstują się nawzajem ciastkami. Tak, przy każdym ośrodku kultury na czas karnawału jest otwarty bar, w którym można kupić bifanę (wspominana już przeze mnie kilka razy bułka z kotletem, absolutny hit każdego wydarzenia), piwo oraz inne napoje i przekąski. Poza tym, każdy jest zazwyczaj dobrze zaopatrzony w chipsy, ciastka i oranżady. Karnawał to nie jest czas na zdrowe odżywianie, zresztą na wyspę niestety jeszcze ten trend nie dotarł. Na karnawał docierają za to liczne bakterie i wirusy. Nic dziwnego, że po całonocnych imprezach na ulicach i siedzeniu do rana na salach pełnych ludzi duża część osób później chodzi i kaszle, kicha i kuli się z zimna. Niektóre osoby, chcąc uniknąć choroby, wybierają oglądanie występów bailinhos w wygodnym fotelu we własnym domu. Tak, niektóre występy są nadawane na żywo przez lokalną telewizję. To nie to samo, co uczestniczenie w tym wielkim wydarzeniu społecznym na żywo, ale zawsze jest to opcja dla tych, którzy nad emocje na żywo przekładają swój komfort i zdrowie. Lub po prostu nie mają możliwości wyjścia z domu. Ale wracając do moich „Ale jak to?” – to wszystko, czego nie byłam pojąć przy pierwszym moim zetknięciu z bailinhos, stało się całkowicie normalnym już w następnym roku. Nuciłam do karnawałowych piosenek lecących w kółko w radiu, siedziałam ze znajomymi na twardej ławce w ośrodku kultury, śmiałam się z lokalnych żartów, głośno klaskałam w rytm skocznej muzyki i komentowałam wyjątkowo piękne
Transport publiczny na Terceirze

Jak wygląda transport publiczny na Terceirze? Czy da się nim poruszać po wyspie, czy trzeba koniecznie wynajmować samochód? Czy da się dotrzeć w część miejsc pieszo? Jakie są odległości? Takie pytania pojawiają się przed Waszymi podróżami na wyspę – ja sama też często takie mam przed wyjazdami. Nie zawsze mamy nieograniczony czas na poznanie danego miejsca, czasem dysponujemy tylko kilkoma dniami, które chcemy dobrze wykorzystać. W takich sytuacjach dobrze zapoznać się z warunkami transportowymi jeszcze przed wyjściem z samolotu. Na początek – jak wygląda Terceira? Terceira ma ok. 400 km kw. To ok. 80% powierzchni Warszawy. Ta informacja może Wam pomóc w wyobrażeniu sobie, jaki to obszar. Z południa na północ wyspy jest 18 km, z zachodu na wschód – 29 km. I jest to wyspa wulkaniczna, co oznacza w tym przypadku, że każda droga to góra – dół – góra – dół. Jakie są dostępne opcje? Opcji przemieszczania się po Terceirze jest kilka: chodzenie pieszo, jeżdżenie rowerem, transport publiczny, autostop, wynajęcie samochodu, taksówka, wycieczki z przewodnikami. Chodzenie pieszo jest możliwe w ramach jednego obszaru (np. Angra – stolica wyspy – i jej okolice), ale żeby zwiedzić w ten sposób całą wyspę, trzeba by zarezerwować sobie naprawdę dużo czasu. I trzeba pamiętać, że przy większości dróg na wyspie nie ma chodników (nawet w ramach miast / wsi), co przekłada się na bezpieczeństwo. Rower to opcja dla tych, którzy mają mocne nogi i płuca. Kilkusetmetrowe przewyższenia to standard. W centrum wyspy można pojeździć rekreacyjnie (jest trochę płaskich obszarów), są nawet organizowane wycieczki, np. śladami Darwina, ale najpierw trzeba się tam jakoś dostać. Opcja dla tych, którzy kochają rower i wolą poznawać świat z jego perspektywy. Transport publiczny – szybszy niż poruszanie się pieszo, mniej wysiłkowy niż rower i tańszy niż wynajęcie samochodu. Niestety, nie da się nim dojechać we wszystkie miejsca. Jednak właśnie on jest często Waszym obiektem zainteresowania, postanowiłam go Wam opisać. Szczegóły poniżej, tymczasem – kolejne ostatnie opcje przemieszczania się (nie liczę jazdy konnej, na hulajnodze etc.). Autostop – osobiście nie korzystałam, ale wiem z historii innych osób, że na wyspie widok turysty z plecakiem czasem jeszcze porusza serca mieszkańców – i w wielu niektórych będziecie mogli liczyć na uprzejmość kierowców. Pamiętajcie przy tym, że nie ma czegoś takiego jak podróżowanie za darmo. To, że Wy za coś nie płacicie, nie oznacza, że jest to za darmo. W przypadku autostopu po prostu ktoś inny płaci za paliwo. Pamiętajmy o tym i odwdzięczmy się innej osobie w innym czasie i miejscu – żeby dobro krążyło po świecie. Wynajęcie samochodu. Jest tutaj sporo firm, które proponują takie usługi. Działają one na standardowych zasadach. Samochód najlepiej zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Część firm ma swoje przedstawicielstwa również na lotnisku – i te są zwykle najbardziej godne zaufania. Jeśli chcecie być dobrymi, odpowiedzialnymi turystami, wynajmujcie samochody u firm lokalnych, nie u wielkich międzynarodowych pośredników. Taksówka. Na Terceirze postój taksówek jest na lotnisku i przy głównym rynku w Angra do Heroísmo – stolicy wyspy. Droga taksówką kosztuje ok. 1 EUR za kilometr, przy czym w niektórych przypadkach kierowca może nam policzyć drogę po nas i drogę z nami (jeśli przemieszczamy się pomiędzy miejscami, gdzie nie stoją taksówki). Nawet o podróż taksówką warto zadbać wcześniej (zrobić rezerwację na konkretną godzinę), bo liczba taksówek nie jest nieskończona. Wycieczki z przewodnikiem. Kiedy odwiedzamy nowe miejsce, nie ma to jak wycieczka z przewodnikiem. Przewodnik zna to miejsce i nie tylko oszczędzi nasz czas i odciąży nas w prowadzeniu samochodu, ale też pokaże nam wyspę z zupełnie innej perspektywy. Opowie nam o historii, przyrodzie, o życiu codziennym – i pozwoli nam naprawdę zanurzyć się w doświadczeniu wyspy. Jeśli macie ochotę na wycieczkę po Terceirze w moim towarzystwie (tak, jestem licencjonowana przewodniczką po wyspach i mówię w Twoim języku!), zapraszam serdecznie! Tutaj znajdziesz propozycję prywatnych wycieczek po Terceirze pod moją opieką. Wracając do transportu publicznego… Na wyspie istnieje transport publiczny w postaci autobusów. Warto ją rozważyć, jeśli macie dużo czasu. Czy autobusem dojedziecie wszędzie? Nie. Niestety, ale na ten moment – nie. Autobusy są przygotowane dla mieszkańców, nie dla turystów, i dojeżdżają do miejscowości. A miejscowości, jak to na wyspie, ulokowane są wzdłuż wybrzeża. Nie dojedziecie autobusem do centrum wyspy, gdzie znajdują się m.in. Algar do Carvão, Gruta do Natal i część szlaków trekkingowych. Po wybrzeżu jednak możecie się poruszać spokojnie. Dojedziecie autobusem m.in. do Prai (drugie miasto na wyspie), do Biscoitos (są tam naturalne baseny skalne i winnice) i na wszystkie szlaki zlokalizowane na wybrzeżu. Jak kursują autobusy? Autobusy jeżdżą w miarę regularnie, choć niezbyt często. W zależności od kierunku, zaczynają kursować ok. 7 rano i kończą ok. 18-19. Zwykle są to ok. 3 autobusy danej linii rano, ze 2 koło południa i kolejne 3 po południu. Autobusy te często robią kółka. Oznacza to, że autobus, który wyjeżdża z Angry do Posto Santo jest dokładnie tym samym autobusem, który pół godziny później, po wysadzeniu ostatnich pasażerów, rozpocznie kurs powrotny z Posto Santo do Angry. Rozkład jazdy autobusów znajdziecie na stronie lokalnego przewoźnika – Mobi Azores. Instrukcja użytkowania strony lokalnego przewoźnika – Mobi Azores 1. Wchodzisz na Network & Schedules, czyli Sieć i Rozkłady jazdy. 2. Wybierasz interesujący Cię autobus, np. nr 1. Możesz wybrać kierunek jazdy (Direction) i zobaczyć, jakie przystanki są po drodze. 3. Klikasz „Schedules by dates” (Rozkłady jazdy według dat) i sprawdzasz, o której godzinie autobus odjeżdża z interesującego Cię przystanku w wybranym przez Ciebie dniu. INNA OPCJA 2. Jeśli nie wiesz, który autobys Cię interesuje, możesz wpisać w wyszukiwarkę nazwę miejsca, do którego chcesz dojechać. 3. Wybierasz ten, który uznajesz za właściwy (zdaję sobie sprawę z tego, że nazwy mogą być niejasne, niestety nie ma łatwiejszego sposobu). 4. Klikasz „Schedules by dates” (Rozkłady jazdy według dat) i sprawdzasz, o której godzinie autobus odjeżdża z interesującego Cię przystanku w wybranym przez Ciebie dniu. Ile kosztuje transport publiczny? Ceny biletów, w zależności od odległości, wahają się od ok. 0,80 EUR do ok. 6 EUR. Gdzie znaleźć przystanki? W Angrze sprawa jest prosta – główny dworzec autobusowy jest przy wielkim parkingu Bailão. W innych miejscach – pytajcie mieszkańców, na
Co to jest Terceira?

Co to jest Terceira? To mała portugalska wyspa w archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. To miejsce, w którym zamieszkałam w styczniu 2017 roku. I teraz krótkie wyjaśnienie, skąd ten dzisiejszy temat. Otóż wczoraj wzięłam udział w IV Spędzie Włóczykijów organizowanym przez moich znajomych. Spęd Włóczykijów to spotkanie podróżnicze, które do tej pory odbywało się w gronie przyjacielskim, a w tym roku „wyszło do świata”. Odbyło się w Klubokawiarni ITePe na warszawskim Grochowie. Jako że jestem 4 tysiące kilometrów od Warszawy, nie byłam w stanie tam „podjechać”, ale dzięki uprzejmości organizatorów i gospodarzy, i dzięki wsparciu technicznemu mojej siostry i jej narzeczonego mogłam się tam pojawić online. To była moja pierwsza w życiu prezentacja przeprowadzana zdalnie. Przyznam Wam, że chyba jednak łatwiej jest mi mówić, kiedy widzę odbiorców, ale cieszę się, że mogłam tam być ze znajomymi i w tej formie. Opowiedziałam im o Terceirze. I stąd temat – co to jest Terceira? Kiedy przygotowywałam się do prezentacji, przypomniałam sobie to, co ktoś mi kiedyś powiedział: „Milena, w Polsce o tym, co to jest Terceira, wiedzą chyba tylko Twoi znajomi”. Zastanowiłam się, przyznałam rację i postanowiłam to zmienić. Wczoraj opowiedziałam o Terceirze głównie znajomym, dziś krótko opowiem o niej Wam. Na tym blogu, jeśli wejdziecie w zakładkę Polka na Azorach, znajdziecie dużo tekstów o szczegółach, m.in. listę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze czy podpowiedź, co robić na Terceirze, kiedy pada, a dziś mam dla Was wprowadzenie. Co to jest Terceira? Jak wspomniałam, to mała portugalska wyspa na środku Atlantyku. Leży w archipelagu Azorów, który składa się z 9 wysp. Terceira jest na trzecim miejscu w archipelagu pod względem wielkości i na drugim miejscu pod względem liczby mieszkańców. Ze swoją powierzchnią ok. 400 km kw. stanowi ok. 80% powierzchni Warszawy – co oznacza, że nie jest duża, ale nie jest też tak mikroskopijna, jak niektórzy sobie wyobrażają. Liczba mieszkańców różni się w zależności od źródła, ale z tego, co ostatnio znalazłam, wynika, że mieszka tu ok. 56-58 tys. osób. To średniej wielkości miasto w Polsce. Azory to wyspy wulkaniczne. Widać to na każdym kroku. Krajobraz zdobią stożki wulkaniczne, w tym – najwyższy szczyt Portugalii, Pico, o wysokości 2351 m n.p.m. (czaicie to? ponad dwa kilometry wystające prosto z wody!), który znajduje się na wyspie Pico. Na Terceirze znajduje się wulkan Algar do Carvão – jeden z trzech znanych na świecie, a dwóch dostępnych dla zwiedzających wulkan, którego ściany stożka nie zapadły się, więc można zwiedzać ten wulkan od środka. Są liczne tunele lawowe, są fumarole, czyli miejsca, z których spod ziemi wydobywa się siarka. Na szlaku można znaleźć zastygłą lawę, kawałki obsydianu (tzw. szkła wulkanicznego) czy bomby wulkaniczne. A komunikaty o aktywności sejsmicznej też przypominają, czemu zawdzięczamy istnienie tego pięknego kawałka świata. Nikt tu jednak nie myśli o tym na co dzień. Tylko od czasu do czasu zastanawiamy się ze znajomymi, co właściwie trzeba by zrobić „w razie czego”. Ostatnio koleżanki zaplanowały, że wszyscy zrzucimy się na łódź i „w razie czego” stąd odpłyniemy. Jest to jakaś myśl. Byłam dwa dni temu na wykładzie o tym, kiedy będzie następna erupcja na Terceirze. Był to wykład z okazji 55. urodzin Stowarzyszenia Montanheiros – tego, co to dba o wulkan Algar do Carvão, jaskinie lawowe etc., i organizuje piesze szlaki po Terceirze. Dowiedziałam się, że erupcji nie będzie jutro. Ani w przyszłym roku. Sądząc jednak po statystykach, prawdopodobnie możemy się jej spodziewać jeszcze w tym stuleciu. Jak to mówi stare porzekadło – pożyjemy, zobaczymy. Ale wracając do tego, co to jest Terceira. Terceira to wyspa bardzo, bardzo zielona. Gdzie się nie obrócicie, tam zobaczycie zieleń. Skąd tyle zieleni? Po pierwsze, jest tu bardzo wilgotno (wokół ocean, więc trudno się dziwić) i często pada. Zieleń skądś musi się brać. Po drugie, wulkaniczne gleby są niesamowicie żyzne. Dobrze się tu przyjmuje praktycznie wszystko, co się posadzi. Roślinność jest więc bujna i zachwyca sobą na każdym kroku. Powtarzam od mojej pierwszej wizyty, że jest tu 50 odcieni zieleni. Choć im dłużej mieszkam, tym bardziej widzę, że bliżej liczbie tych odcieni do 500 niż do 50. Terceira to wyspa. To mała wyspa. I w tej chwili nie mówię tutaj o jej wielkości, ale raczej o sposobie życia. To mała wyspa, bo wszyscy się znają. Może nie w 100% wszyscy, ale w tej chwili jest już tak, że jak poznaję nową osobę, na pewno mam już z nią przynajmniej piątkę wspólnych znajomych. Jeśli nie więcej. Na początku mnie to denerwowało. Denerwował mnie brak prywatności. Teraz wiem, że o prywatność trzeba po prostu zadbać, a tym, że wszyscy się znają, można się cieszyć, bo to tworzy takie poczucie wspólnoty i przynależności. Z perspektywy turysty to, że wszyscy się znają i że wszyscy chcą wszystkim pomagać, jest bardzo sympatyczne. Może się zdarzyć, ze zostaniecie zaczepieni na ulicy, kiedy nie wiecie, dokąd iść – i ktoś Was tam po prostu poprowadzi, przy okazji dopytując, skąd jesteście, na ile przyjechaliście i jak Wam się podoba wyspa. I niepewni, czy wymawiają dobrze słowa, wspomną o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II i Robercie Lewandowskim. Niektórzy wspomną jeszcze Bońka. Od razu poczujecie się jak w domu! Terceira to raj dla krów. Szczęśliwe azorskie krowy wypasane na azorskich łąkach, z widokiem na Ocean Atlantycki – czego więcej mogą chcieć do szczęścia? Azorskie krowy dają azorskie mleko, z którego produkuje się azorski ser. Znajomy Francuz twierdzi, że jest tego sera mało, ale dla mnie jest wręcz zatrzęsienie. Terceira to nie jest raj dla wegetarian. Wegetarianie mogą iść do jednej knajpy w ogrodzie miejskim lub żywić się samodzielnie. Na Terceirze je się mięso z mięsem i do tego mięso. Fakt, mają mięso dobrej jakości, ale odrobina warzyw zdecydowanie dobrze by im tutaj zrobiła. W knajpach popularne danie to bitoque, czyli sznycel z jajkiem sadzonym, ryż i frytki. Frytki to zapewne surówka, bo przecież ziemniak jest warzywem. Jest też sporo ryb, są owoce morza, jest tradycyjna alcatra, czyli coś a la gulasz. Z wersji bezmięsnych do wyboru zupa-krem (inne rzadko się spotyka) lub surówka. Surówka zazwyczaj składa się z sałaty i startej marchewki. Czasem dochodzi do
Dia de São Martinho, czyli pieczone kasztany i młode wino

Dia de São Martinho to Dzień św. Marcina – święto popularne w całej Europie. Z Poznania przywoziłam w tym czasie pyszne rogale świętomarcińskie, a na Terceirze zajadam się pieczonymi kasztanami i piję wino. W całej Portugalii Dzień św. Marcina kojarzony jest z okresem dojrzewania tegorocznego wina i zbiorów kasztanów jadalnych, które właśnie w pierwszej połowie listopada zaczynają wyglądać ze swoich kolczastych skorupek. Kim był św. Marcin? Zgodnie z legendą, Marcin (obecnie znany jako Marcin z Tours) był rzymskim żołnierzem, urodzonym w 316 roku na terenie Węgier. Pewnej zimy, podczas zamieści śnieżnej, jechał właśnie na swoim koniu, kiedy ujrzał niemal nagiego żebraka. Nie miał przy sobie pieniędzy, żeby go wspomóc, więc chwycił za miecz i przeciął na pół swoją pelerynę. Połowę zostawił żebrakowi i sam wybrał się w drogę w drugiej połowie. Nagle chmury śniegowe zniknęły i wyszło piękne słońce, które pozwoliło Marcinowi spokojnie wrócić do domu. Tej samej nocy Marcin miał niezwykły sen. Ukazał mu się Jezus, który powiedział: „To jest Marcin, rzymski żołnierz, który nie był ochrzczony. To on mnie ubrał”. Niedługo po tej nocy Marcin opuścił wojsko i został zakonnikiem. Poświęcił swoje życie ewangelizacji i służbie biednym. Pieczone kasztany i młode wino W Portugalii w Dniu św. Marcina ludzie tradycyjnie gromadzą się wokół ognisk, żeby jeść pieczone kasztany (znajomo brzmiące castanhas, czyt. kasztanjas) i pić aguardente (lokalny bimber, zwykle bardzo dobrej jakości) i água-pé (napój powstały przez dodanie wody do wytłoków pozostałych z produkcji wina) – bądź po prostu młode, tegoroczne wino. Okolice 11 listopada to w Portugalii Lato św. Marcina W tym okresie w Portugalii pogoda jest zwykle bardzo dobra – co w tym roku potwierdzam, wczoraj i dziś jest o wiele cieplej niż przez ostatnie dni. Zresztą w zeszłym roku, jeśli dobrze pamiętam, też było ciepło. Tę anomalię pogodową tradycyjnie nazywa się Latem św. Marcina (Verão de São Martinho) i wiąże ją z legendą o św. Marcinie. Mówi się, że ciepło i słońce są prezentem od Boga – jak w tamtą noc, kiedy Marcin z Tours wracał do domu po spotkaniu z żebrakiem. É dia de São Martinho. Comem-se castanhas, prova-se o vinho. Jest Dzień św. Marcina. Je się kasztany, próbuje się wina. I ja postanowiłam zjeść kasztany i spróbować wina. Poszłam w Angrze na Praça Velha, czyli na rynek. Jak tylko jest okazja, zawsze coś tam się dzieje. Dziś były koncerty i rozstawione budki z lokalnymi pysznościami. Czekali na mnie znajomi, ale zanim do nich dotarłam, musiałam, po prostu musiałam zatrzymać się przy budce z kasztanami. Stoi tam od kilku dni, ale jeszcze do niej nie dotarłam. Dziś, w św. Marcina, była najwyższa pora. Poprosiłam o kasztany, dostałam torebkę gorących, zdjętych prosto z rusztu. To kasztany jadalne, o nieco innym wyglądzie niż te, które zbieramy w Polsce, żeby robić z nich ludziki. Później przeszłam się wśród budek. Tam – znane mi rissóis, czyli takie a la pierożki (choć bez ciasta, samo nadzienie), wszechobecne fasola i bób, tarty jajeczne, babeczki z tuńczykiem i oliwkami, Donas Amélias, babeczki z fasoli, karnawałowe filhoses do forno, aguardente czysta i smakowa, likiery i przeróżne rodzaje wina, w tym – vinho abafado. Vinho abafado Vinho abafado to popularny tutaj rodzaj młodego wina, którego fermentacja została przerwana poprzez dodanie do wina aguardente. W ten sposób otrzymujemy wino, które jest gęste, słodkie (cukier nie miał czasu przekształcić się w alkohol) i czasem bardzo mocne. To wino, którego nie sprzedaje się w sklepie. Można go skosztować przy okazji takich wydarzeń, jak dzisiejsze święto, czy u sąsiada, który właśnie zakończył zbiory. Przy świętach trzeba śpiewać. Kiedy skosztowałam cynamonowej aguardente (pyszna!) i zjadłam swojego „pierożka”, dotarłam w końcu do znajomych. Oni byli już po swojej porcji kasztanów. Wypiłam vinho abafado – było pyszne, ale bardzo słodkie – i zaczął się koncert. Na Praça Velha w Angrze podczas różnych świąt i wydarzeń odbywają się koncerty. Często występują regionalne grupy wykonujące tradycyjne utwory. Podoba mi się to. Czasem zespoły są lepsze, czasem słabsze, czasem grają i śpiewają dobrze, czasem niezbyt trafiają w dźwięki, ale bardzo podoba mi się fakt, że na scenie pokazują się ludzie, którzy lubią muzykę i chcą się nią dzielić. Po koncercie był czas na jeszcze trochę lokalnych smakołyków, ale kiedy zrobiło się zimno (to jednak jesień), stwierdziłam, że czas na mnie. Krótki spacer nad ocean (ach, ten spokój…) i do domu. I jako że nie mam swoich kasztanów za domem, przychodzi mi czekać na kolejny Dia de São Martinho. Albo na zaproszenie od jakichś znajomych, którym jeszcze się ostało trochę kasztanów. Cokolwiek nadejdzie pierwsze – na pewno mnie ucieszy!
Wszystkich Świętych na Terceirze

Wszystkich Świętych na Terceirze obchodziłam już drugi rok. Tym razem – bardziej świadomie. W zeszłym roku, jako że to był rok nowości, starałam się dowiadywać wszystkiego, co mogłam, ale zmaganie się z rzeczywistością pochłaniało tyle mojej uwagi, że nie do końca nadążałam za czymkolwiek innym. W tym roku jest już inaczej, na spokojniej. Teraz w końcu zaczynam dokładniej widzieć i rozumieć. I nie powiem, o wiele większa obecnie znajomość języka portugalskiego mocno zmienia moje spojrzenie i zdolność do pojmowania tutejszej rzeczywistości. W zeszłym roku zauważyłam, że cmentarze są małe. Wręcz mikroskopijne! Na części znajduje się tak ze 200-300 grobów, upakowanych ciasno jeden koło drugiego. Cmentarze w miastach są większe, jeden nawet duży, choć do Powązek mu daleko. Nie ma się co dziwić niewielkim rozmiarom cmentarzy – ziemi tu niewiele, ludzi również. Nie ma potrzeby budowania większych cmentarzy. Niewielki zdaje swoją rolę, zwłaszcza że nikt tu nie buduje nie wiadomo jakich grobów. Każdy (lub każda rodzina) ma swój ponumerowany prostokąt, przed którym nie ma miejsca na ławkę. Na cmentarzu się stoi, ławki można ewentualnie znaleźć w głównej alejce, jeśli cmentarz jest duży. Czyli prawie nigdy. Poza niewielkimi grobami na cmentarzach są rodzinne grobowce. Takie niewielkie domki z „łóżkami piętrowymi”. Wszystkie w podobnym kształcie, różnią się zwykle drzwiami. W środku są trumny, wyjątkowo ciężkie, bo ze specjalnym zabezpieczeniem, żeby smród rozkładającego się ciała nie wydostawał się na zewnątrz. Niektóre grobowce mają w środku ołtarzyk czy obrazek święty, inne – sztuczne kwiaty. Na dużym cmentarzu w Angrze jest też kolumbarium. Chyba używane od niedawna, bo jeszcze w połowie puste. Każda wnęka, podobnie jak każdy grób, ma swój numer. W sklepach nie widać zniczy. Nie ma zniczy w kształcie choinek, aniołków, z melodyjkami, nie ma nawet takich „zwykłych”. W zeszłym roku widziałam jakieś pojedyncze w jednym sklepie, w tym roku – nie. Nie widziałam żadnych nawet przed cmentarzami. Przed dużym cmentarzem w Angrze widziałam za to kwiaty. Proste, cięte gałązki kwiatów lub małe doniczki z przybraniem. Ludzie przychodzili na groby z tego typu bukietami, wszyscy z takimi samymi. Niektóre groby miały po jednym bukiecie, inne po dwa, jeszcze inne stały puste. Lub przystrojone w sztuczne kwiaty, które tutaj nie zamarzają. Wszystkich Świętych w całej Portugalii to dzień ustawowo wolny od pracy. Portugalia, jak Polska, to kraj katolicki, choć – jak w Polsce – czasem zachowała się bardziej tradycja niż religia. Niezależnie od tego, myślę, że to ważne, że na 1 listopada wszyscy mają wolne. To dzień, w którym warto pomyśleć o tych, którzy już odeszli. Ale powiem Wam, że pogoda temu nie sprzyja. Chyba jestem typowym „człowiekiem z północy”, bo brakuje mi zmiennych pór roku. Owszem, czuć jesień w powietrzu, ale ostatnie dni to czyste lato. I to mi jakoś burzy równowagę. Ale mimo że chodziłam po cmentarzach w krótkim rękawku, poczułam to święto. Było mi smutno i tęskno do tych, których już nie ma. Wróciłam do domu z czerwonymi oczami. Napisałam do kolegi z Polski, że mi smutno. Odpisał, że to naturalne – bo to święto to dzień zadumy. Pewnie bardziej dla „ludzi z północy”, ale w sumie to prawda. Potrzebujemy takich dni. Mieszkańcom wyspy tradycyjne obchody Wszystkich Świętych kojarzą się zaś z Pão-por-Deus – czyli jest tu weselej niż w Polsce. Tradycja Pão-por-Deus, czyli – w wolnym tłumaczeniu – chleb na działania boskie, w swoim obrazie przypomina nieco amerykańskie Trick or Treat (cukierek albo psikus). Jej znaczenie jest jednak dużo głębsze niż współczesne dynie i pokrwawione maski. Na czym polega Pão-por-Deus? Otóż we Wszystkich Świętych dzieci przygotowują specjalne patchworkowe torby (zwykle robione przez kogoś z rodziny), zbierają się w grupy i chodzą po wiosce czy okolicy, od drzwi do drzwi, i proszą o jedzenie lub słodycze. Po co dzieciom jedzenie lub słodycze? Oczywiście dziś głównie do jedzenia, ale tradycyjnie dzieci proszą o pożywienie dla dusz zmarłych z rodziny obdarowującego. Kiedy pukają do sąsiada i proszą o pożywienie, tak naprawdę proszą o pożywienie dla dusz z rodziny tegoż sąsiada. Jeśli sąsiad wrzuci coś do torby, żywi de facto swoich zmarłych bliskich. Jeśli nie wrzuci, zostawia te dusze na zapomnienie. Kiedyś torby dzieci wypełniały się gotowanymi kolbami kukurydzy, pieczywem, jajkami na twardo (zwłaszcza jeśli jakaś mama przyszła ze świeżo narodzonym dzieckiem – dziecko dostawało jajko na szczęście), suszonymi owocami, orzechami, kasztanami jadalnymi, pomarańczami czy mandarynkami. Obecnie można w nich znaleźć głównie cukierki, lizaki i mini-snickersy. Dzieci zaczynają też mylić Pão-por-Deus z Trick or Treat. Dla nich to w tej chwili głównie dobra rozrywka i podwójna możliwość zdobycia dużej ilości słodyczy – nie do przejedzenia przez cały rok. Różnica jest taka, że 31 października wieczorem chodzą przebrane za dynie i czarownice, z pomarańczowymi wiaderkami ze sklepu chińskiego w ręce, a 1 listopada – bardziej przypominające siebie w rzeczywistości, z patchworkowymi torbami. Jednego i drugiego dnia śpiewają specjalną piosenkę: Pão por Deus Que Deus me deu Dá-me uma esmolinha Por amor de Deus Por alma dos defuntos de vossemecês czyli (przekład w miarę wierny, czyli mało piękny ;)): Chleb dla Boga, Który Bóg mi dał, Daj mi małą jałmużnę Przez wzgląd na miłość Boga, Dla dusz waszych zmarłych Miło widzieć uśmiechnięte dzieci chodzące z torbami pełnymi pyszności. A jednocześnie przy takich okazjach stwierdzam, że jestem mocniej przywiązana do tradycji niż sądziłam. Bardzo chętnie poznaję to, co nowe – i jednocześnie cenię sobie to, co „moje”. Może nawet bardziej niż kiedyś, bo przez odkrywanie nowego, odkrywa się bardziej też to, co „własne”. Ciekawe jest to poznawanie innych kultur. Pewne rzeczy, które dla nas są oczywistością, dla innych zupełnie nią nie są – i odwrotnie. Kto wie, może któregoś dnia będę na polskim cmentarzu i będę nucić pod nosem „Pão por Deus”? Myślę, że i nasi zmarli by się nie obrazili za jakieś czekoladki!
Donas Amélias – najsłynniejsze słodycze z Terceiry

Donas Amélias to najsłynniejsze słodycze z Terceiry. Każda wyspa na Azorach ma swoją słodką tajemnicę. Na Terceirze są to Donas Amélias. Donas Amélias (czytaj: „donasz ameljas”) to babeczki, które spotkacie w niemal każdej pastelarii, czyli cukierni. Prawdopodobnie nie ma na wyspie nikogo, kto by ich nie znał, a jeśli przyjeżdżacie tu jako turyści, to tym bardziej musicie je poznać. Donas Amélias są inne niż pozostałe słodkości portugalskie czy nawet azorskie. Typowe portugalskie słodycze mają za swoją bazę jajka, a za swoją bazę, wnętrze i wykończenie – cukier. Informacja o cukrze nie jest nijak oficjalna, to moja wersja tej historii. Tak, jak lubię słodycze, tak niektórych portugalskich nie jestem w stanie zjeść. Ale Donas Amélias są inne! Są to babeczki, w których zamiast cukru wyczujemy melasę z trzciny cukrowej i cynamon. Ponoć ludzie dzielą się na wyznawców tych babeczek i na tych, którzy ich nie lubią. Ja należę do tej pierwszej grupy! Historia Donas Amélias Historia tych babeczek sięga 1901 roku, kiedy to królowa Amélia i król Carlos odwiedzili Terceirę. Grupa kobiet zajmujących się przygotowaniem wypieków na tę okazję zastanawiała się, czym poczęstować królewską parę. Wybór padł na ciasto znane wcześniej jako Bolo das Índias, czyli ciasto z Indii. I tu małe wyjaśnienie – przez długie lata Terceira była najważniejszym miejscem na Atlantyku dla statków przez niego przepływających. Odkrywcy i handlarze przywozili specjalności ze wszystkich stron świata, stąd na Terceirze pojawił się na przykład azjatycki cynamon czy brazylijska melasa z trzciny cukrowej. Wracamy do właściwej historii – kiedy królewska para dotarła na Terceirę, postanowiono poczęstować ich wspomnianym ciastem z Indii. Ciasto to zawierało w sobie to, co najlepsze Terceira miała do zaoferowania, czyli mąkę kukurydzianą, masło, jajka i cukier, a dodatkowo takie egzotyczne specjalności jak melasa z trzciny cukrowej, cynamon i rodzynki. Królowa Amélia zachwyciła się smakołykiem! Okazało się, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę. Królowa Amélia, przywykła do pełnych jajek i cukru wypieków z Portugalii kontynentalnej, zachwyciła się prostym w wyglądzie, ale jakże egzotycznym w smaku „ciastem z Indii”. Na cześć królowej ciasto zostało nazwane Dona Amélia Według niektórych doniesień, zamiast ciasta podano królowej babeczki – żeby było bardziej wykwintnie, bo przecież królewska para to nie byle kto! Moja historia z Donas Amélias Ja spróbowałam Donas Amélias po raz pierwszy w czerwcu 2015 roku, przy okazji mojego pierwszego przylotu na Terceirę. Spróbowałam – i przepadłam. W sumie szkoda, że nie przechrzczą tych ciastek na Dona Milena, też by pasowało, poziomem zachwytu z pewnością dorównuję królowej! (Oczywiście nie królowej Anglii). Lubię te babeczki na tyle, że obeszłam już całkiem sporo pastelarii w Angrze w poszukiwaniu najlepszych. I po kolejnych poszukiwaniach i tak zawsze wracam do tego samego miejsca – do pastelarii Santa Bárbara w Angrze. Mieści się ona przy Rua da Guarita 12, blisko straży pożarnej. Jest prowadzone przez mojego dobrego znajomego, Márcio. Mała dygresja – Márcio poza prowadzeniem pastelarii (poznacie go, jak tylko tam wejdziecie, to najbardziej energiczna osoba za barem) zajmuje się fotografią. Zdjęcia Donas Amélias na tej stronie są jego autorstwa. Babeczki robi, wedle ściśle strzeżonego przepisu, jego mama. I robi je najlepiej na świecie! I nie, to nie jest artykuł sponsorowany. To mój wyraz absolutnego uwielbienia dla tych pyszności! I szczególnie dla pyszności wychodzących spod ręki tej kobiety. Jeśli mam gości, zawsze ich tam prowadzę. A potem oni sami jeszcze zwykle gdzieś chodzą po Angrze i próbują tychże babeczek w innych miejscach, i wracają, i przyznają mi rację. I tak. Jeśli będziecie na Terceirze, musicie wybrać się do pastelarii Santa Bárbara i zjeść Donas Amélias. I dać mi znać, jak Wasze wrażenia smakowe! Mam nadzieję, że jak najlepsze! No, to słodkości życzę!
20 sposobów na to, jak być idealnym turystą

Niejeden i niejedna z nas, wybierając się w podróż, zastanawia się, jak być idealnym turystą. Jak być turystą odpowiedzialnym. Mile widzianym. Takim, którego lokalna społeczność będzie witać ze szczerym uśmiechem, a nie z bólem głowy. Jak wdrażać w życie zasady zrównoważonej turystyki, czyli jak dbać o dobre doświadczenia z podróży przy jednoczesnym zachowaniu wartości przyrodniczych, kulturowych i społecznych miejsc, które odwiedzamy. Ile osób, tyle sposobów podróżowania, ale pewne zasady znajdą zastosowanie w niemal każdej sytuacji. To read an English version of this article click HERE. Dbaj o przyrodę 1. Staraj się nie zostawiać śladów swojej obecności. Przyroda daje nam życie – daje nam tlen i pożywienie, daje nam rozrywkę i niezwykłe wrażenia estetyczne. Postaraj się, żeby nie cierpiała przy Twoim z nią kontakcie. Nie niszcz roślin, nie płosz zwierząt, nie zostawiaj po sobie żadnych śmieci. Plastikowa butelka może się rozkładać nawet tysiąc lat, a wyrzucony niedopałek papierosa zatruwa do 1m3 gleby i do 100m3 wody. Zabierz swoje śmieci ze sobą i wyrzuć je do odpowiednich kontenerów. Nauczycielka geografii w drodze na olimpiadę puszczała mnie i moim koleżankom piosenkę ekologiczną: „Osobno papier, osobno szkło, osobno plastik, zapamiętaj to”. Zapamiętałam. Planeta będzie nam wdzięczna za segregację odpadów, a nasze wnuki będą miały szansę zobaczyć to, co my, a nie tylko pustynie betonu. 2. Chodź wyłącznie po oznaczonych szlakach. Zdarza się, że lokalne firmy, starając się dostarczyć turystom jak najbardziej oryginalnych przeżyć, zaczynają prowadzić ich w tereny rezerwatu, gdzie endemiczna roślinność narażona jest na wyginięcie. Obszary objęte ochroną są objęte ochroną z jakiegoś powodu. Ludzka obecność nie jest obojętna przyrodzie, coraz większa liczba osób pojawiająca się na danym terenie wpływa na jego niszczenie. Jeśli chcesz, żeby przepiękne, wyjątkowe miejsca, które odwiedzasz, nadal były przepiękne i wyjątkowe, szanuj przyrodę i trzymaj się wyznaczonych szlaków. 3. Uiszczaj opłaty za wstęp do obiektów naturalnych. Często za wstęp do parków, pomników przyrody etc. pobierane są opłaty. Pamiętaj, że pieniądze te są przeznaczane na utrzymanie tych elementów natury w dobrym stanie. Płacąc za wstęp, dziękujesz przyrodzie za to, że jest, i życzysz jej, żeby jeszcze długo przetrwała w niezmienionym stanie. 4. Wybieraj środki transportu przyjazne środowisku. Jeśli jest to możliwe, poruszaj się pieszo lub rowerem zamiast samochodem, ewentualnie łap stopa (sprawdź wcześniej, czy jest to przyjęte i mile widziane). Wybieraj raczej pociąg niż samolot i raczej autobus niż taksówkę. Kiedy możliwości dotarcia do danego miejsca inne niż samolot są ograniczone (patrz: Terceira), sprawdź, czy dana linia lotnicza daje możliwość dopłacenia za emisję wytworzonego dwutlenku węgla. Zazwyczaj są to symboliczne kwoty, ale ich wpływ na ochronę środowiska zdecydowanie nie jest wyłącznie symboliczny. 5. Pakuj się z głową. Pakując się na podróż, postaraj się przemyśleć swoją walizkę tak, żeby nie zostawiać śmieci w miejscu, do którego podróżujesz. Jednorazowe szampony, malutkie opakowania kremu do twarzy są wygodne, ale dużo lepsze dla naszej planety są małe opakowania wielokrotnego użytku. Jeśli przelejesz trochę własnego żelu pod prysznic w 100-mililitrową butelkę, nadal nie będziesz musiał wiele ze sobą wieźć, a butelkę zabierzesz z powrotem ze sobą i użyjesz przy kolejnej podróży zamiast zwiększać ilość śmieci w swojej wymarzonej destynacji. 6. Unikaj jednorazówek. O jednorazówkach było już wyżej, ale dodatkowo: pij prosto ze szklanki zamiast przez słomkę, chodź ze swoją torbą na zakupy, jeśli kupujesz jedno jabłko, zrezygnuj z plastikowej reklamówki. To się w zasadzie dotyczy też życia „stacjonarnego”, nie tylko podróży, ale w podróży jest to również bardzo istotne. Wyobraź sobie na przykład taką Terceirę – mała wyspa na środku Atlantyku. A teraz wyobraź sobie góry śmieci produkowane przez nas co roku. I ryby pływające wśród śmieci. Może jednak są lepsze perspektywy. Poznaj lokalną kulturę 7. Przed wyjazdem dowiedz się jak najwięcej o miejscu, do którego jedziesz. Poczytaj o jego historii, kulturze, obyczajach. Dowiedz się, jak wygląda dane miejsce, kto w nim mieszka, jakie są lokalne święta. Dzięki temu, kiedy już tam będziesz, będziesz w stanie bardziej skorzystać z doświadczenia, poznać to miejsce jeszcze lepiej. Korzystając ze swojej wiedzy, będziesz w stanie zadawać lepsze pytania i poszukiwać na żywo odpowiedzi. 8. Bierz udział w lokalnych wydarzeniach. Miejsce poznaje się przez jego ludzi. Bo miejsce to nie tylko miejsce, ale też sposób życia. Lokalne wydarzenia są jedną z możliwości podpatrzenia, jak miejscowa społeczność naprawdę żyje, jak się bawi, co świętuje. Weź udział w lokalnym święcie, pójdź do miejscowego kina, zobacz, co ludzi cieszy, a co smuci. Nie bój się zapytać osoby stojącej obok o to, w czym właśnie uczestniczycie, nie bój się poprosić osobę w informacji turystycznej lub muzeum o podpowiedź, dokąd pójść, co przeżyć. Nie bój się rozmawiać z miejscowymi. Jeśli jesteś dobrym turystą, chętnie podzielą się z Tobą swoją wiedzą i pochwalą lokalnymi zwyczajami. 9. Jedz lokalnie. Jedzenie to element kultury, to element życia w danym miejscu. Staraj się wybierać lokalne restauracje, żeby poznać prawdziwą miejscową kuchnię i żeby wspierać miejscową gospodarkę. W niektórych kulturach do jedzenia przykłada się większą, w innych mniejszą wagę, ale każdy jeść musi. W każdym miejscu warto pytać o lokalne przysmaki i o lokalne produkty, i właśnie nimi się zajadać przez okres swojego pobytu. 10. Dbaj o dziedzictwo danego miejsca. Szanuj nie tylko przyrodę, ale również dzieła rąk ludzkich. Czy dane miejsce jest na liście UNESCO lub innej, czy nie jest – to dziedzictwo Twojej wybranej destynacji podróżniczej. Podobnie jak z przyrodą – staraj się nie zostawiać śladów swojej obecności. 11. Szanuj lokalne prawo. Sprawdź przed wyjazdem prawo miejsca, do którego się wybierasz, i przestrzegaj tego prawa. W Singapurze nie wolno żuć gumy, w Danii nie wolno zasłaniać twarzy w miejscach publicznych, a w Emiratach Arabskich za leki na przeziębienie z kodeiną można wylądować za kratkami. Lepiej nie sprawdzać działania międzynarodowego prawa na sobie, tylko – dla własnego spokoju – dostosować się do prawa kraju, który odwiedzamy. Może to być nowe, cenne doświadczenie. 12. Bądź otwarty na nowości – zamiast oceniać, rozmawiaj. Bardzo ważny element – pozostań otwarty na inność. Nie jedziesz w nowe miejsce po to, żeby czuć się tak samo, jak w domu. Jedziesz, żeby poszerzyć swoje doświadczenie. Nie oczekuj więc, że wszystko będzie dokładnie takie, jakie znasz. Wiele rzeczy może Cię dziwić, niektóre nawet
Algar do Carvão, czyli wulkan od środka

Już wiele lat minęło od czasu, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam wulkan Algar do Carvão. Zapytałam wtedy znajomego: dlaczego nie macie polskich ulotek? Nie odpowiedział. Jakieś pół roku później wybrałam się tam znowu i zapytałam innego znajomego: dlaczego nie macie polskich ulotek? Nie odpowiedział. Za to kiedy wróciłam do Polski (tak, tak, te dwie wizyty to jeszcze przed zamieszkaniem na środku Atlantyku), zapytał mnie któregoś razu: jesteś w stanie przetłumaczyć coś? Zapytałam, co takiego. Ulotkę o Algar do Carvão. Podskoczyłam z radości. Oczywiście, że jestem w stanie! I do tego jestem pełna chęci i zapału do zrobienia tego. Tłumaczenie ulotki zaczęłam od… dowiedzenia się, jak działają wulkany! Jakie są typy wulkanów, jak przebiega proces wybuchu wulkanu, jak się nazywają jego poszczególne części. Tak rozległej edukacji z zakresu geografii nie miałam od kilkunastu lat. W końcu wyedukowana, przygotowana, mogłam zabrać się do pracy. Tłumaczenia. Sprawdzania. Poprawiania. Prośby o sprawdzenie i korektę (Aga, Misza – dziękuję!). Weryfikacji wersji pdf. Prośby o poprawki. Zatwierdzania poprawek. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko po to, żeby po kilku miesiącach podróżnicy z Polski mogli na końcu świata cieszyć się polską wersją ulotki. W miejscu absolutnie wyjątkowym. Algar do Carvão to jeden z trzech znanych wulkanów na świecie, które można zobaczyć od środka! Mieści się on na Terceirze w portugalskim archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. Drugi taki wulkan (możliwy do zwiedzenia od wewnątrz) jest na Islandii, trzeci – gdzieś w Azji, ale ten akurat jest niedostępny dla zwiedzających. De facto więc, jeśli chcecie zajrzeć do wnętrza wulkanu, możecie lecieć na Islandię lub na Terceirę. Ja zapraszam oczywiście na Terceirę. Jak wygląda Algar do Carvão? To stożek wulkaniczny, do którego można wejść dzięki specjalnie przygotowanym przez Stowarzyszenie Montanheiros schodom. U góry znajduje się otwór jaskini o wymiarach 17 m x 27 m. Przez niego do wulkanu wpada światło dzienne, które przyczynia się do rozwoju roślinności w tym obszarze. Bujnej i soczyście zielonej roślinności. Wnętrze jaskini ma około 90 metrów wysokości. Na samym dnie znajduje się jezioro z utworzone z wody opadowej. Latem niemal wysycha, zimą jego głębokość sięga kilkunastu metrów. To wszystko można oglądać od środka. Można wejść do wnętrza wulkanu. Ale co właściwie to znaczy – zajrzeć do wnętrza wulkanu? Algar do Carvão jest nie bez powodu jest Regionalnym Pomnikiem Przyrody (tak przy okazji – mieści się na obszarze sieci Natura 2000). Jak w przypadku wymienionych wyżej wulkanów – można w nim wejść do środka stożka wulkanicznego. O co chodzi z tym stożkiem? Otóż normalnie podczas erupcji wulkanu magma wydostaje się z komory magmowej poprzez stożek wulkaniczny na powierzchnię ziemi. Po takim procesie komora i duża część stożka zapadają się, cała przestrzeń wewnątrz zostaje zasypana i tworzy się kalderę – taka duża dziura na szczycie stożka, po której często można spacerować. W Algar do Carvão taki proces nie nastąpił. Dlaczego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zacząć od początku. Otóż wulkan Algar do Carvão powstał w trakcie dwóch erupcji. Pierwsza erupcja, która miała miejsce ok. 3 tysięcy lat temu, była to erupcja pobliskiego Pico Alto. W tym czasie powstał Pico do Carvão – szczyt nad obecnym wulkanem. Tysiąc lat później nastąpiła druga erupcja. Co się w jej trakcie działo? Otóż magma, kiedy postanowiła zwiedzić powierzchnię Terceiry, najpierw chciała znaleźć wyjście bezpośrednio nad komorą magmową, bo tam miała najbliżej. Niestety albo stety, trafiła nie dość, że na najtwardszą w całej górze skałę (trachyt), to jeszcze wybrała sobie najwyższy szczyt góry. Nie dała rady. Nie poddała się jednak i zaczęła szukać innego rozwiązania. Jako że tuż obok warstwy skalne były o wiele luźniejsze, a na dodatek poukrywane były w nich bańki gazowe z poprzedniej erupcji – tamtędy właśnie magma wydostała się na powierzchnię. Była już jednak zmęczona pierwotnymi poszukiwaniami, więc płynęła o wiele wolniej, pod niższym ciśnieniem. Brak odpowiedniego ciśnienia sprawił, że erupcja nie rozerwała stożka, a cofająca się lawa (magma po wypłynięciu na powierzchnię ziemi przekształca się w lawę) dodatkowo umocniła ściany stożka. Część tych umocnień widać do dziś, część dawno odpadła, ale stożek został. Takim oto sposobem dziś możemy oglądać wulkan Algar do Carvão od środka! A co możemy podziwiać w środku? Stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki! To zjawisko na skalę na pewno europejską, a zdaje się, że i światową. Tak jak w Polsce mamy stalaktyty wapienne, tak tutaj – z amorficznej krzemionki. Są olbrzymie, mlecznobiałe i przepiękne. Tworzą je glony, które z przeciekającej przez skały krzemionki tworzą sobie domki. Te niezwykłe formacje to właśnie domki glonów. Nie wiem, jak Wy, ale ja tam bym się nie powstydziła takiego pałacu. Draperie obsydianu i nacieki lawowe Obsydian to kwaśna skała wylewna, która powstaje jako wynik natychmiastowego stygnięcia lawy. Jest złożony niemal wyłącznie ze szkliwa wulkanicznego i znany jako szkło wulkaniczne – ze względu na swoją gładką, świecącą powierzchnię. Znajome próżno szukały obsydianu na Islandii. Na Terceirze, w okolicach Algar do Carvão, są jego całe złoża. A w samym wulkanie stanowi on przepiękną ozdobę ścian. Ściany zdobią też nacieki lawowe. Kojarzycie, jak wylewacie gorącą czekoladę na tort? I tak sobie swobodnie spływa po ściankach? Tak samo sobie spływała lawa po wewnętrznych ścianach stożka. Spływała i zastygała. I my dziś możemy ją podziwiać. Algar do Carvão to również inspiracja dla artystów. Pełne minerałów sklepienia niezmiennie przypominają mi swoją kolorystyką i charakterem obrazy Klimta, a wyjątkowa akustyka przyciąga chętnych do zagrania w tym wyjątkowym miejscu muzyków. W zeszłym roku w wulkanie odbył koncert ukochanej przez Portugalczyków muzyki fado, w tym roku grał w nim sitarzysta. Algar do Carvão to też dom dla roślin i owadów, a nawet ptaków. Zamieszkują go 83 gatunki roślin, w tym – gatunki endemiczne dla Azorów i Makaronezji. Do tego mamy algi, okrzemki, endemiczne żuki, pająki, a także tak oryginalne ptaki, jak na przykład wróbel domowy, kos czy zięba. I wiele innych. Faktycznie jak w domu! Kiedy i jak można zwiedzać wulkan Algar do Carvão? Algar do Carvão jest otwarty dla zwiedzających przez cały rok, ale w zależności od pory roku – w różne dni i w różnych godzinach. Dokładny grafik (i ceny biletów) znajdziecie TUTAJ. I od razu odpowiadam na pytania
10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma przywilej spędzenia tu tyle czasu, co ja. Spośród wielu wybrałam więc miejsca „must see”, a przy tym takie, na szukaniu których nie spędzicie pół dnia. To co, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wulkan Algar do Carvão Jako że to moje ulubione miejsce na całej wyspie, to oczywiście musi być na pierwszym miejscu. Na Azorach wulkanów Ci pod dostatkiem, ale ten jest wyjątkowy. Dlaczego? Bo ten można odwiedzać od środka! Od środka stożka wulkanicznego! O co chodzi? Otóż w większości wulkanów ściany stożka po erupcji zapadają się, tworząc kalderę. Tu było inaczej. Tutaj podczas drugiej erupcji tworzącej ten wulkan lawa wypływała pod tak niskim ciśnieniem, że w pewnym momencie zaczęła się cofać. Cofając się, umacniała ściany stożka. Dzięki temu wulkan (prócz naturalnych zmian) przetrwał w formie, którą możemy podziwiać do dziś. W Europie znane są tylko dwa puste wulkany (a na całym świecie – trzy), które można oglądać od wewnątrz. To Algar do Carvão na Terceirze i Thrihnukagigur na Islandii. Jak widać, Atlantyk sprzyja nietypowym wydarzeniom geologicznym. W Algar do Carvão spotkacie tak wyjątkowe dzieła natury jak stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki. Są mlecznobiałe, piękne i mogą osiągać długość ok. 1 metra i średnicę ok. 40-50 cm. Wejście do Algar do Carvão możliwe jest obecnie przez cały rok. Zimą – w wybrane dni tygodnia, od wiosny do jesieni – codziennie. Warto się ciepło ubrać, bo w środku jest zimno i kapie woda (która tworzy na dnie jaskini jezioro). Wizyta trwa średnio pół godziny, choć w moim odczuciu warto na to doświadczenie przeznaczyć co najmniej godzinę. Na miejscu jest przewodnik, który Wam wszystko wytłumaczy i odpowie na pytania. Są też ulotki w różnych językach, w tym – po polsku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o wulkanie, zajrzyjcie na stronę Stowarzyszenia Os Montanheiros, które się tym wulkanem zajmuje. Strona Stowarzyszenia Os Montaheiros: TUTAJWięcej informacji o wulkanie Algar do Carvão: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 2. Tunel lawowy Gruta do Natal Jak już jesteśmy pod ziemią, to zajrzyjmy również do tunelu lawowego o nazwie Gruta do Natal. Niektórzy przewodnicy, chcąc ułatwić turystom życie, używają angielskiej nazwy Christmas Cave. Po polsku to po prostu Jaskinia Bożego Narodzenia. Skąd nazwa? Ano stąd, że wspomniane Stowarzyszenie Os Montanheiros, które zajmuje się też tym miejscem, zorganizowało tu w 1969 r. mszę z okazji Bożego Narodzenia. Od tego czasu odbywają się tu czasem ważne historyczne i społeczne wydarzenia. Gruta do Natal to jaskinia wyrzeźbiona przez płynącą lawę. W jej wnętrzu zobaczycie takie lawowe ciekawostki jak stafility (nie mamy czegoś takiego w Polsce – to „stalagmity” utworzone z kapiącej lawy), potoki lawowe czy boczne tarasy lawowe. Są też różne rodzaje lawy, w tym lawa aa. Usłyszałam kiedyś komentarz, że nazwa pochodzi stąd, że jak się po tej lawie chodzi, to się mówi: „Aa!” Jej chropowata nawierzchnia w zasadzie sprzyja takim dźwiękom, bosą stopą nie chciałabym na niej stanąć. Ważna informacja logistyczno-płatnicza: do wulkanu Algar do Carvão i do Gruta do Natal można kupić jeden wspólny bilet, w ten sposób zapłacicie mniej. Biletu nie trzeba wykorzystywać tego samego dnia, ale warto przed wybraniem się tam sprawdzić dni i godziny otwarcia, żeby nie pocałować klamki. Więcej informacji o tunelu lawowym Gruta do Natal: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 3. Furnas do Enxofre Między pustym wulkanem a grotą lawową znajduje się miejsce znane jako Furnas do Enxofre. Jak będziecie jechali z Algar do Carvão do Gruta do Natal, skręćcie w prawo, znak Was poprowadzi. „Furna” to inaczej grota lub jaskinia, „enxofre” – siarka, więc teoretycznie Furnas do Enxofre to groty siarki, ale w rzeczywistości to obszar wtórnej aktywności wulkanicznej na Terceirze. Możecie na nim zobaczyć i poczuć wydobywające się spod ziemi gazowe związki siarki. Kto pamięta z lekcji chemii, jak pachnie na przykład siarkowodór? Jak na obszar wulkaniczny przystało, Furnas do Enxofre to soczyście zielony, cieszący oczy teren. (Gleby wulkaniczne są bardzo żyzne, a azorski klimat sprzyja rozwojowi roślinności wszelakiej). Poza fumarolami – miejscami, w których spod ziemi wydobywa się gaz. Tam, ze względu na zawartość żelaza i siarki, ziemia jest goła i w kolorze biało-żółto-brunatnym. Może to budzić lekki niepokój, ale dużego nie powinno. Dzięki temu, że gazy mają możliwość ulotnienia się, wewnątrz ziemi jest nieco spokojniej. Woda w garnku się gotuje, ale lekko dziurawa pokrywka pozwala na uchodzenie pary, więc zawartość garnka nie powinna nagle wykipieć. 4. Serra da Santa Bárbara – najwyższy szczyt na Tereirze Z nizin i podziemi przenieśmy się na chwilę wyżej, może nawet w chmury. Góra Santa Bárbara to najwyższy szczyt Terceiry. Wznosi się ona na wysokość 1021 m n.p.m. i można z niej oglądać znakomitą część Terceiry, wszechobecny ocean i niezwykły zachód słońca. O ile oczywiście będzie się miało szczęście i św. Barbara nie będzie ukryta w chmurach. Prawda jest taka, że to środek Atlantyku i szybko przepływające chmury są zatrzymywane właśnie przez góry. Proponuję Wam więc obserwowanie pogody i kiedy tylko zobaczycie szczyt tejże góry (jest bardzo charakterystyczny, z licznymi antenami i przekaźnikami) – natychmiast na nią wjeżdżajcie. Warto! Ach, zapomniałabym dodać – tak, oczywiście to też jest wulkan. W końcu jesteśmy na wyspach wulkanicznych. To wulkan nieaktywny, drzemiący. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1761 roku. Była to pierwsza i ostatnia lądowa erupcja na Terceirze od czasu zasiedlenia wyspy. Na tej górze nie obowiązują bilety wstępu, za to obowiązuje strój cieplejszy niż w niższych partiach – zimą potrafi tu spaść śnieg (może na milimetr, ale to zawsze ciekawostka w tych stronach), więc nic dziwnego, że i latem na tych wysokościach jest chłodno i wieje. 5. Serra do Cume Kolejnym miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić, jeśli tylko nie jest spowite chmurami, jest Serra do Cume. Moi znajomi nadali temu punktowi widokowi wdzięczną nazwę Serra do Chmure. Kiedy jednak widać coś poza chmurami – widok