Winobranie, winnice i wino, czyli odkrywam raj w Biscoitos

vindima, winobranie, grape harvest, harvest, winnica, vinha, vineyard, winogrono, winogrona, grape, grapes, uvas, uva, Biscoitos, Milena

Winobranie, winnice i wino, czyli odkrywam raj w Biscoitos Kilka dni temu poszłam po raz pierwszy w życiu na winobranie. Tym samym spełniłam swoje marzenie sprzed kilkunastu lat. Co się działo kilkanaście lat temu? Otóż kilkanaście lat temu spacerowałam wśród winnic w Niemczech. Zachwycona. Rozległe wzgórza wypełnione rzędami dojrzewających w słońcu winogron. Delikatny szum liści. Coś pięknego! Myślałam wtedy: też chcę! Też chcę wziąć udział w winobraniu. Chcę się przyczynić do powstania wina! To read an English version of this article click HERE. Mijały lata, a ja podziwiałam kolejne winnice jako gość Podziwiałam winnice w Biscoitos, podziwiałam winnice na Pico, słuchałam opowieści o wytwarzaniu wina w Porto, czytałam nawet artykuły o winie w Polsce! A w tym roku zaczęłam regularnie spacerować wśród winnic. Nie żebym robiła to celowo. Po prostu moja droga na plażę przebiegała przez winnice. Widziałam je codziennie. A po jakimś czasie – zaczęłam o nich rozmawiać. Z różnymi osobami. Jedną z tych osób był – jak się okazało – właściciel jednej z winnic w Biscoitos. Po kilku rozmowach zaproponował mi udział w winobraniu. Prawie podskoczyłam z radości! Co najmniej raz w tygodniu dopytywałam, czy to już. Aż w końcu kilka dni temu odbyło się winobranie. Z moim udziałem. Nie posiadałam się ze szczęścia! Wstałam skoro świt, ubrałam się na czarno od stóp do głów (żeby nie było widać plam od ciemnych winogron) i ruszyłam ku przygodzie. Na miejscu dostałam wiadro, parę rękawiczek i sekator. I krótką instrukcję, które winogrona obcinać, a które nie nadają się do użytku. I już byłam gotowa do pracy! Na Azorach wino hoduje się inaczej niż w winnicy, którą widziałam w Niemczech. Winorośle nie są tu podwieszane na pionowych konstrukcjach, ale rosną poziomo na czarnych skałach wulkanicznych. O tym, dlaczego tak jest, pisałam w artykule „Wino z Biscoitos”. Winogrona kryją się pod liśćmi Przed rozpoczęciem pracy rozejrzałam się po winnicy. I przypomniała mi się opowieść kolegi o jego pierwszym winobraniu. Mówił: „Spojrzałem z góry na winorośl i pomyślałem, że nie ma tam żadnych winogron. Ale kiedy podniosłem gałąź, zdziwiłem się”.   Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia i przykucnęłam przy mojej pierwszej winorośli. Podniosłam gałąź i zobaczyłam raj. Piękne fioletowe grona czekały bezpiecznie pod liśćmi, aż ktoś się nimi zainteresuje. Zabrałam się do pracy. Wiadra wypełniały się jedno po drugim Musiałam bardzo uważać, gdzie stawiam stopy na luźnych wulkanicznych kamieniach. Żeby nie połamać nóg. A moje odsłonięte kostki szybko zaczęły się pokrywać zadrapaniami od ostrych gałęzi winorośli. Ale pracowałam. Ja i kilkunastu panów o średniej wieku ok. 60-65 lat. Wiadra wypełniały się jedno po drugim. Przesypywaliśmy ich zawartość do wielkich pojemników, które kilku co silniejszych panów zanosiło na przyczepy samochodów. I tak przez kilka godzin. Aż wszystkie winogrona były zebrane, wszystkie pojemniki pełne i można było zawieźć owoce do adegi, czyli miejsca produkcji wina. Następnego dnia było oddzielanie winogron od szypułek i wyciskanie soku z owoców. Ten etap już tylko obserwowałam. Do szypułkowania winogron panowie używali specjalnie w tym celu zbudowanej maszyny. Sok zaś wyciskany był w wielkiej drewnianej prasie. Winogrona były ładowane do czegoś na kształt beczki, która dociskana była z góry kawałkami drewna. Wyobraźcie sobie ręczny lewarek, tylko działający w dół, nie w górę. To było coś w tym stylu. Sok płynął do wielkiej miednicy, a stamtąd specjalnym urządzeniem przepompowywany był do olbrzymich pojemników ze stali nierdzewnej. Takich po 500 czy po 1000 litrów. Oczywiście nie działo się to samo. Wymagało ogromu pracy i potu, i wielu plam od soku z winogron na koszulach pracujących przy tym mężczyzn. W przyszłym roku to wino pojawi się na stołach podczas Festas do Espírito Santo Zawsze się zastanawiałam, skąd się bierze wino serwowane podczas obchodów świąt Ducha Świętego. Teraz już wiem! I w przyszłym roku będę wypatrywać „naszego” wina! Część soku z winogron zostanie przerobiona na lokalny alkohol zwany angelica. Dostałam niedawno butelkę takiego, niebo w gębie! A co się stanie z szypułkami? Szypułki wrócą do ziemi jako nawóz. W tym procesie nic się nie może zmarnować! Nigdy nie wiadomo W winobraniu poza mną brał udział jeszcze jeden chłopak mniej więcej w moim wieku. I moją, i jego uwagę przykuł fakt, że wszystkie pozostałe osoby mają ok. 60-65 lat, może więcej. To osoby z ogromną wiedzą i ogromnym doświadczeniem. Mam nadzieję, że jeszcze długo pożyją, ale zastanowiło mnie, co się stanie z winoroślami na Terceirze, kiedy ich zabraknie. Mówią wprost, że na lokalnych winoroślach prawie się nie zarabia. Zajmują się winoroślami, bo to całe ich życie. Cała ich wiedza jest w ich głowach. Nie mają mądrych książek, tylko słuchają roślin. Wiedzą, kiedy trzeba je nawieźć, kiedy przyciąć, kiedy zebrać plony. Wiedzą, które odmiany są odporne na zmorę winorośli, filokserę, a które trzeba zaszczepić. Nie wynajmują osób na winobranie, tylko pomagają sobie nawzajem. Kochają ziemię, kochają winorośle. I mimo swojej siły i olbrzymiej energii, mają coraz więcej, nie coraz mniej lat. Zapytali mnie, pół żartem, pół serio, czy planuję kupić winnicę. Odpowiedziałam: „Nigdy nie wiadomo”. Azory Przeczytaj więcej artykułów o Azorach 2016-11-03 Blogosfera | Polka na Azorach W podróży przez życie liczy się każdy krok Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury!   Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i… 2017-01-30 Blogosfera | Polka na Azorach Terceira – oto jestem! Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy… 2017-05-19 Blogosfera | Polka na Azorach Cztery miesiące na środku Atlantyku Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym…

Północny wiatr

Milena, Biscoitos, północny wiatr, wiatr, Calheta, zona balnear, north wind, naturalne baseny skalne, natural swimming pools

Północny wiatr znów się odezwał. Nie pozwolił mi pozostać w jednym miejscu Zadomowiłam się już w Angrze. Mam tam znajomych, mam swoje miejsca. Znam każdą uliczkę, wiem, co gdzie się załatwia. Nauczyłam się tam mieszkać, nauczyłam się tam żyć. I wtedy przyszedł północny wiatr. I pognał mnie w innym kierunku. Jeśli śledzicie mnie na Facebooku lub na Instagramie, to wiecie, że większość tegorocznego lata spędziłam na kempingu w Biscoitos. Któregoś dnia po prostu poczułam, że muszę się gdzieś ruszyć. Że muszę wyjechać z Angry. Spakowałam więc plecak i pojechałam. A potem pojechałam jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.   To read an English version of this article click HERE.   Koleżanka z Biscoitos śmiała się, kiedy mnie widziała. Pytała: „Jak tam, Milena, znalazłaś już dla siebie dom w Biscoitos?” Po trzech czy pięciu takich pytaniach pomyślałam: „A w sumie – dlaczego nie?” I zaczęłam się niezobowiązująco rozglądać. Kilka dni później znalazłam dom! Kolejne kilka dni później – już w nim mieszkałam! I byłam przerażona Z jednej strony – cieszyłam się niesamowicie nowym domem. Jest piękny i funkcjonalny, i dobrze położony. I dobrze się w nim czuję. Z okien widzę fragment oceanu. Nie jest to najbardziej zapierający dech w piersiach widok na ocean, ale daje mi wewnętrzny spokój. Takie potwierdzenie, że ocean tam jest, że jeszcze nie zniknął. Z drugiej strony – byłam przerażona. Zostawiłam to, co znałam i lubiłam, na rzecz jednej wielkiej niewiadomej. Pod wpływem chwili, impulsu, niejasnych znaków od mojej intuicji. Nauczyłam się ufać mojej intuicji. Ale to nie zmieniało faktu, że chodziłam po ulicach Biscoitos i myślałam: „Co ja tu robię? Na cholerę mi to było? Co ja sobie wyobrażałam??” Taki stan trwał około tygodnia Miałam świadomość, że to prawdopodobnie przejściowe, ale i tak trzęsłam się ze zdenerwowania. W momentach kryzysu szłam prosto na kemping. To miejsce i ci ludzie – to była moja strefa komfortu, moja oaza bezpieczeństwa. Puls zwalniał, znów mogłam głębiej oddychać. A kolejnego dnia – powtórka z rozrywki. „Dajcie czasowi czas” Możecie powiedzieć, że wyspa jest mała, a 18 km z Angry do Biscoitos to tyle, co nic. I tak, w przypadku dużego miasta to faktycznie tyle, co nic. W przypadku wyspy to ogromna przepaść. W pierwszym tygodniu mieszkania w Biscoitos byłam prawie codziennie w Angrze. Przeprowadzka wiązała się bowiem z ogromną papierologią. Codzienne wizyty w Angrze i codzienne powroty do Biscoitos pozwoliły mi dodatkowo się uspokoić. Potrzebowałam czasu i oswojenia się z nową sytuacją. Północy wiatr wywiał mnie na północ Teraz, po ponad dwóch tygodniach, zaakceptowałam już swoją decyzję. Wraz ze wszystkimi jej dobrymi stronami (z których się cieszę) i wszystkimi ograniczeniami (a wierzcie mi, jest ich wiele). Nie wiem, co będzie. Ale jestem otwarta na to, co przygotowało dla mnie życie. Moja intuicja wie, co robi. I mimo że ja świadomie nie zawsze zdaję sobie sprawę z tego, o co jej chodzi – ufam jej. Ufam sobie. I ufam północnemu wiatrowi. Kto wie, co jeszcze ma dla mnie w zanadrzu.   PS Jeśli ten artykuł wydał Ci się ciekawy, może zainteresować Cię też artykuł „Uważaj, o czym marzysz!” Dobrego dnia! 🙂 Blogosfera Przeczytaj więcej artykułów w tej kategorii 2018-01-25 Polka na Azorach 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie… 2019-07-29 Polka na Azorach Pamiątki z Azorów Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że… 2020-03-08 Polka na Azorach Azory – jakie wyspy wybrać Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić,…

Serreta, czyli dokąd co wrzesień wędrują mieszkańcy Terceiry

Serreta, Nossa Senhora dos Milagres, kościół, tradycja, pielgrzymka, pilgrimage

„W ten weekend jest Serreta, chcesz iść z nami?” – zapytała mnie kilka dni temu koleżanka. Chciałam. Założyłam wygodne buty, okulary przeciwsłoneczne, spakowałam do plecaka jedzenie, zapas wody, bluzę i kurtkę przeciwdeszczową – i w drogę. Serreta to taka terceirska Częstochowa Do Serrety co roku odbywają się pielgrzymki. Mieszkańcy Terceiry wędrują do sanktuarium w Serrecie z każdej części wyspy. Niektórzy wręcz obchodzą wyspę dookoła, robiąc przy tym pieszo ok. 80 km. Jedni wędrują, żeby o coś prosić. Inni, żeby podziękować za miniony rok. Jeszcze inni, żeby spotkać się ze znajomymi, napić się piwa i zjeść bifanę. (Bifana to wspominana przeze mnie często bułka z kotletem, dostępna w prawie każdej taszce, czyli takim foodtrucku). I żeby zobaczyć touradę à corda i pokibicować capinhas. To read an English version of this article click HERE.   W tym roku z wiadomych powodów nie zorganizowano wielkiego święta. Zwykle są taszki, muzyka i fajerwerki. W tym roku – tylko pielgrzymi wędrujący pieszo ulicami Terceiry przez cały tydzień. I pan z żelem do dezynfekcji rąk na wejściu do kościoła. Nossa Senhora dos Milagres – Nasza Pani od Cudów Na Azorach i w Portugalii bardzo czczona jest Nossa Senhora dos Milagres, czyli Nasza Pani od Cudów. W Serrecie znajduje się sanktuarium jej imienia. Znajduje się w nim obraz pod tym samym wezwaniem. Mówi się, że obraz ten ocalił w XVII w. uciekającego przed niebezpieczeństwem księdza. W ramach podziękowania za opiekę ksiądz wybudował kapliczkę, w której umieścił obraz. Było to na terenie dzisiejszej Serrety. Po śmierci księdza obraz przeniesiono do kościoła w pobliskiej wioski Doze Ribeiras. Obraz ten służył terceirczykom podobnie jak obraz Matki Boskiej Częstochowskiej Polakom. W XVII w. Portugalia była zaangażowana w wojnę między Francją i Hiszpanią a Wielką Brytanią. Terceira, mała wyspa, była w tej wojnie praktycznie bezbronna. Mieszkańcy zwrócili się do Naszej Pani od Cudów z prośbą o ochronę. Obiecali, że jeśli wyspa nie doświadczy żadnego ataku ze strony nieprzyjaciół, zorganizują coroczne święto ku czci Naszej Pani od Cudów. Co zrobili. Święta ku czci Naszej Pani od Cudów Pierwsze święto z cyklu Festas da Nossa Senhora dos Milagres odbyło się 11 września 1764 r. W 1842 r. wybudowano kościół w Serrecie, przeniesiono do niego z powrotem cudowny obraz – i od tego czasu święta odbywają się już regularnie. A od 2006 r., kiedy to kościół został podniesiony do rangi sanktuarium, święta mają jeszcze bardziej podniosły charakter. To święta religijno-świeckie, które bardzo wtapiają się w obraz wyspy. W dniu mojej zaplanowanej pielgrzymki kolega zapytał mnie, czemu nie zostaję dłużej na plaży. Przecież jest przepiękna pogoda, a w domu można się ugotować. Odpowiedziałam: „Bo idę do Serrety”. I wszystko było jasne. Serreta to lokalny kod, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Serreta łączy ludzi Weekend Serrety to jedno z największych wydarzeń w ciągu terceirskiego lata. Łączy starych i młodych, wierzących i niewierzących, rozrywkowych i spokojnych. Fenomenem Terceiry jest to, że można tu naprawdę poczuć równość wszystkich ludzi. Święta w Serrecie są jedną z okazji do doświadczenia tej jedności. Nie ma lepszych i gorszych, wszyscy są tak samo ważni i tak samo serdecznie witani. Czy nie o takie więzi społeczne nam chodzi? Blogosfera Przeczytaj więcej artykułów w tej kategorii 2018-01-25 Polka na Azorach 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie… 2019-07-29 Polka na Azorach Pamiątki z Azorów Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że… 2020-03-08 Polka na Azorach Azory – jakie wyspy wybrać Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić,…

Uważaj, o czym marzysz!

uważaj o czym marzysz, be careful what you wish for, marzenia, dreams, Dzień Marzyciela, Dreamer Day, Biscoitos, Milena, wino, wine, vinho, winorośle, Muzeum Wina, vineyards, vinhas, Wine Museum, Museu do Vinho

Uważaj, o czym marzysz! „Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić” – to zdanie wraca do mnie jak bumerang. Z okazji Dnia Marzyciela kilka słów na temat marzeń.   Niedawno, po siedmiu latach, odezwała się do mnie koleżanka. Zapytała, czy chciałabym wziąć udział w wywiadzie do Radia Nowy Świat na temat marzeń. Powiedziała, że nieustannie jest pełna podziwu dla mojej odwagi, żeby spełniać swoje marzenia, i chciałaby ze mną porozmawiać właśnie na temat marzeń. A że 8 września przypada Dzień Marzyciela, to wszystko się zgadza.   To read an English version of this article click HERE. Zrobiło mi się szalenie miło i zgodziłam się na wywiad Zaczęłyśmy rozmowę od samych pozytywów. Od tego, że marzenia są potrzebne i żadna z nas nie wyobraża sobie bez nich życia. Że stanowią naszą siłę napędową. Że zmieniają nasze postrzeganie rzeczywistości. Ale z czasem robiło się coraz poważniej i poważniej. Aż w pewnym momencie któraś z nas przywołała frazę: „Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić” I ja dziś w tym właśnie temacie. W temacie ceny marzeń. Na przykładzie mojego pobytu na Terceirze. W październiku 2014 roku po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu Terceiry. W czerwcu 2015 roku po raz pierwszy poleciałam na nią na wakacje. I się w niej zakochałam. W styczniu 2016 roku (w środku azorskiej zimy) poleciałam na kolejne wakacje. A w styczniu 2017 roku się przeprowadziłam. Początkowo z planem pozostania na środku Atlantyku 3 miesiące. Jestem już ponad 3 lata. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia Uwielbiam marzyć. Ale marzenie bez woli jego spełnienia i bez ciężkiej pracy pozostaje często tylko marzeniem. I to jest w porządku, nie wszystkie marzenia trzeba spełniać. Ale jeśli na jakimś nam naprawdę zależy, zamiast czeka na gwiazdkę z nieba, lepiej zakasać rękawy. Otworzyć szeroko oczy, zacząć szukać sposobności, rozmawiać z ludźmi, działać. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Jeśli chcemy coś osiągnąć, musimy zacząć działać w tym kierunku już dziś. Czy działanie na rzecz naszego marzenia zajmie czas? Jasne, że zajmie. Ale ten czas minie niezależnie od tego, czy będziemy działać, czy siedzieć z założonymi rękami. Jeśli będziemy działać, upływający czas będzie nas przybliżał do upragnionego celu, a nie oddalał. Marzenia trzeba skonfrontować z rzeczywistością Pięknie brzmią frazy, że „możesz wszystko”, że „jeśli tylko chcesz, jesteś w stanie sięgnąć gwiazd”. Bullshit. Nie wszystko jest możliwe, nie wszystko możemy osiągnąć. Ale możemy osiągnąć naprawdę wiele. Jeśli chcemy i jeśli działamy. I jeśli sprawdzimy, jak nasze marzenia mają się do rzeczywistości. Co się działo u mnie między czerwcem 2015 a styczniem 2017? Cóż, przede wszystkim u mnie w pracy wszyscy wiedzieli już, że wzdycham za Azorami. Że fizycznie byłam w Polsce, ale moje myśli krążyły wokół małej wyspy na Atlantyku. A od stycznia 2016 roku – jeszcze bardziej. Ale wiedziałam, że pracy na Azorach jest jak na lekarstwo, że nie mogę się przeprowadzić bez pewności zatrudnienia. Odpowiadałam na różne ogłoszenia o pracę, ale nigdy nie dostałam nawet potwierdzenia, że moja wiadomość dotarła. Nie mówiłam po portugalsku, mieszkałam na drugim krańcu Europy – czego się spodziewałam? Aż któregoś razu pojawiła się okazja Przeczytałam u znajomej na Facebooku ogłoszenie o pracę, wzięłam udział w rozmowie rekrutacyjnej, zostałam zaakceptowana – i następnego dnia złożyłam wypowiedzenie w mojej pracy w Polsce. (Pisałam o tym w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok”). Miesiące do wylotu spędziłam, rozważając moją decyzję. I z każdą chwilą bojąc się coraz bardziej, co będzie. Zostawiałam moją rodzinę, przyjaciół, pracę, miejsce zamieszkania, hobby. Zostawiałam wszystko, co było mi znajome i co lubiłam, na rzecz jednej wielkiej niewiadomej. I najgorsze było to, że nie umiałam racjonalnie wytłumaczyć mojej decyzji. Nie umiałam uspokoić mojej rodziny, nie umiałam wyjaśnić przyjaciołom, dlaczego to robię. Wiedziałam tylko, że jeśli nie spróbuję, będę do końca życia żałować I będę się do końca życia zastanawiać: „Co by było, gdyby?” Nie chciałam tak żyć. Nie chciałam żyć ze świadomością, że nie skorzystałam z szansy, którą dało mi życie. Bo jedna rzecz praca na rzecz marzenia, druga – oczy szeroko otwarte na to, co podsuwa nam życie. „Łapanie fali”, jak mówił mi znajomy surfer. Ale decyzja o spełnieniu mojego marzenia niosła za sobą dużo bólu i dużo łez Po pierwsze, miałam świadomość, że zupełnie wbrew własnej woli zraniłam swoich bliskich. Moja decyzja niosła ból dla najważniejszych dla mnie osób, których nie chciałam zranić za nic w świecie. Niosłam ciężar świadomości ich bólu na swoich barkach. (Aż do czasu, kiedy i ja poczułam, i oni poczuli, że na Azorach jestem po prostu szczęśliwsza. I mogę dać im z siebie o wiele więcej niż byłam w stanie dać w Polsce. Bo jestem w stanie dać to z głębi mojego radosnego serca). Po drugie, ja sama szalenie tęskniłam. Tak, jak wspominałam w artykule „Na huśtawce” – byłam w rozkroku. Jedną nogą w Polsce, drugą na Terceirze. De facto ani tu, ani tu. Tęsknota za bliskimi była tak ogromna, że nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. I jednocześnie zamykała mnie na relacje z osobami mieszkającymi na wyspie. Zawierając nowe znajomości, czułam się, jakbym zdradzała moich przyjaciół z Polski. I mimo że dziś wiem, że zupełnie to tak nie wygląda – długo żyłam z poczuciem winy. (Swoją drogą, czy też macie wrażenie, że poczucie winy to bardzo polska cecha?) Po trzecie, znalazłam się w miejscu, którego nie znałam, bez języka, z zaledwie kilkoma życzliwymi mi osobami. „Nie umiałam w życie na wyspie”, tak to można najprościej nazwać. Uczyłam się wszystkiego od nowa. Tęskniłam za znajomymi produktami w sklepach, za metrem działającym do późnych godzin nocnych, za działającymi przez cały dzień kinami, za ludźmi, którym nie muszę za każdym razem tłumaczyć wszystkiego od początku. Nic nie było takie, jak się spodziewałam W Polsce miałam bardzo ciekawe prace. Tutaj nagle na początku dostawałam najbardziej podstawowe zadania, no bo przecież byłam nowa i nie znałam się na temacie. Na spotkaniach ze znajomymi rozmowy po angielsku płynnie przechodziły w rozmowy po portugalsku. A ja siedziałam z głupim uśmiechem. I z wdzięcznością przyjmowałam każdą pomoc w tłumaczeniu z portugalskiego na angielski. Czy tego się spodziewałam? Zdecydowanie nie. Podobnie jak nie spodziewałam się przytłaczającej azorskiej

Capinha, tourada i byki, czyli terceirska tradycja od kuchni

capinha, capinhas, bull, byk, byki, touro, touros, tourada, tourada, festival de capinhas, festiwal, festiwal capinhas, festival, arena, Joao, João, Joao Ramos, João Ramos,

Capinha, tourada i byki, czyli terceirska tradycja od kuchni Pisałam Wam niedawno, że wzięłam udział w wydarzeniu, w którym nie spodziewałam się uczestniczyć. Ktoś zgadł, że to coś związanego z bykami. To coś – to był Festival de capinhas. Festiwal capinhas. Zaczęło się od tego, że mój znajomy, João, powiedział: „W piątek mamy festiwal capinhas, chcesz przyjść?”   To read an English version of this article click HERE. Ku własnemu zdziwieniu – chciałam. Oglądałam swobodnie biegające po arenie byki i capinhas [czyt. kapińjasz], czyli osoby, które – jak się tu zwykło mawiać – bawią się z bykami. W tym mojego znajomego, João. Zrozumiałam, co tylu mieszkańców Terceiry może widzieć w tego typu wydarzeniach. Adrenalina i emocje Pojawia się podziw dla byków i dla capinhas. Adrenalina i emocje, które idą w górę jeszcze bardziej, kiedy byk przeskakuje przez barierki. Albo kiedy na środku areny widzi się kogoś znajomego. Spoglądającego prosto w oczy biegnącego na niego byka. Byłam już na kilku tradycyjnych terceirskich touradach à corda. (To wydarzenia, podczas których byki biegają po ulicach; pisałam o tym dokładniej w artykule „Tourada à corda”). Ale na festiwalu capinhas byłam po raz pierwszy. Nawet musiałam dopytać, kim są capinhas, nie znałam tego słowa. Dowiedziałam się, że capinhas to osoby, które podczas tourad pojawiają się na drodze biegu byka i zwracają na siebie jego uwagę. Drażnią go, wołają w inne miejsce. Używają do tego płachty, parasolki albo rąk. Tak, rąk. Niektórzy kładą je na głowie byka i zataczają z nim kółka. Mój znajomy João znany jest wielbicielom tourad właśnie jako capinha Po festiwalu pomyślałam, że może Was zainteresować, jak wygląda „świat byków” od środka. W końcu wiele osób przylatuje na Terceirę właśnie ze względu na tourady! Przeprowadziłam więc wywiad z João i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Jak to się zaczęło? Siadamy i zaczynamy rozmawiać. Na początek pytam João o jego historię z touradą i z bykami. „Jestem z Terceiry, byki mam we krwi” – odpowiada. I zaczyna mówić o tym, że już jako dziecko chodził na tourady, żeby oglądać na nich swojego dziadka. Jego dziadek był capinhą, on też chciał. Zawsze był ciekaw, jak to jest – stanąć z bykiem oko w oko. Aż w końcu nadszedł ten pierwszy raz. „Poszedłem raz – i tak już zostało”. Pytam João, jaka jest rola capinhas podczas tourady „Capinha ma za zadanie ożywić touradę. Bez capinhas nie ma tourady. Byk biega w tę i z powrotem na ulicy, nic się nie dzieje. Osoby, które lubią tourady, lubią też capinhas i to, co robimy. Rolą capinhas jest zabawienie uczestników tourady”. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. Wydawało mi się, że capinhas chodzą na tourady bardziej dla siebie niż dla widowni. A tu niespodzianka. Chociaż nie da się zaprzeczyć, że w tej roli pojawiają się osoby, które lubią adrenalinę. „Czujemy adrenalinę. Wystrzał z racy – i po prostu się to czuje. Bawimy się z bykiem, ale to niebezpieczna zabawa. Czujemy oddech byka blisko siebie. To niebezpieczeństwo, ale takie… dobre niebezpieczeństwo.” Żeby zostać capinhą, trzeba po prostu chcieć I pojawić się na touradzie. Nie trzeba nikogo uprzedzać, tourada to wydarzenie otwarte dla wszystkich. Wiele nowych osób zwraca się jednak z prośbą o pomoc do capinhas lepiej obeznanych w temacie. Byk potrafi ważyć nawet tonę, budzi strach i respekt. Początkującym śmiałkom towarzyszą więc czasem capinhas z większym doświadczeniem. Turystom czasem też, ale to zwykle turyści zostają ranieni przez byka. Bo nie wiedzą, jak się zachować. A przypominam (patrz: artykuł „Tourada à corda”), że ubezpieczenia nie obejmują szkód wyrządzonych przez byka. Dla własnego bezpieczeństwa zostawcie więc zabawy z bykiem osobom z większym doświadczeniem. Podstawową zasadą na touradach jest bezpieczeństwo Ludzi i byków. Capinhas bawią się z bykiem, biegają. Ale kiedy widzą, że byk jest bardzo groźny, nie ryzykują życiem. „To nie jest nasze źródło utrzymania” – mówi João. „Idziemy na touradę, żeby się dobrze bawić i zabawić publiczność, ale każdy z nas chce wrócić do domu. Co innego profesjonaliści, np. w Hiszpanii. Całe ich życie to byki. My idziemy do swojej pracy, wychodzimy z niej wieczorem i idziemy na touradę. I chcemy wrócić z tourady cali i zdrowi. Miałem już cztery poważne wypadki, raz zaliczyłem uderzenie w głowę i straciłem przytomność. Im mniej wypadków, tym lepiej.” Dopytuję o byki. Dowiaduję się, że capinhas i organizatorzy tourad dbają również o bezpieczeństwo byków. Kiedyś zdarzało się, że byk uderzył rogiem w mur, złamał róg i biegł dalej. Teraz już nie, teraz w takiej sytuacji byk jest natychmiast zabierany z ulicy i opatrywany. João opowiada też, że kiedy capinhas widzą, że ktoś z publiczności naraża byka na niebezpieczeństwo, natychmiast reagują i odciągają byka w inną stronę. „Chcemy bezpieczeństwa również dla byka, nie tylko dla siebie. Byk też ma swoje prawa.” Zaczynam się zastanawiać, jak capinhas przygotowują się do tourad Słyszę, że ich jedynym przygotowaniem są ewentualne „tourady” z krowami – matkami byków. Grenadierzy, czyli hodowcy bydła, chcą wiedzieć, która krowa będzie dobrą matką kolejnego dobrego byka. Dobrego, czyli dużego i odważnego, którego z dumą będzie można wystawić na touradzie. Zapraszają więc capinhas na takie „krowie tourady”. Capinhas trenują, a grenadierzy dowiadują się, w którą krowę warto zainwestować. Byki na tourady wybiera się jak najlepsze Czasem są to sławne byki. Takie, które wzięły już udział w wielu touradach i wiedzą, jak reagować na capinhas i na innych ludzi na ulicach. Kiedy indziej wybierane są byki, które nigdy wcześniej nie opuściły pastwiska i tourada jest dla nich zupełnie nowym doświadczeniem. Ale często wybór byka na touradę zależy od pieniędzy. Za dobrego byka trzeba dobrze zapłacić. Organizatorzy tourad to zwykle grupy prywatnych osób, które organizują wiele wydarzeń (działających podobnie do opisanych przeze mnie festiwali zup), żeby zebrać pieniądze na touradę. Opłaca im się sprowadzić na touradę dobrego byka. Dobry byk przyciąga uwagę większej liczby osób, a większa liczba osób to lepsza reklama dla organizatorów i większa sprzedaż w taszkach (pisałam o nich w artykule „Tourada à corda”). I wszystko się zgadza. Festiwal capinhas, na który ostatnio poszłam, jest również organizowany przez prywatne osoby Dokładniej mówiąc – przez grupę capinhas. To oni rezerwują arenę, wynajmują policję, lekarza, zajmują się promocją

Kolory wysp na Azorach

kolory wysp na Azorach, colours of the Azores islands, kolory, colours, colors, Monte Brasil, ocean, Ilheus das Cabras, Terceira

Kilka dni temu rozmawiałam z koleżanką o tym, jakie są kolory wysp na Azorach. I dlaczego są to różne kolory, mimo że wszystkie wyspy powinny być określane jako zielone. Każda z wysp azorskich ma przyporządkowany jeden kolor. Terceira jest fioletowa, Santa Maria żółta, Graciosa biała – i tak dalej. Zielony kolor nosi tylko São Miguel. To read an English version of this article click HERE. Skąd się wzięły kolory wysp na Azorach? Kolory wysp na Azorach zostały nadane przez pisarza Raula Brandão w książce „As ilhas desconhecidas” („Wyspy nieznane”), który część wysp odwiedził, a część zobaczył z oceanu. Ich bazą są cechy charakterystyczne każdej z wysp. I mimo że roślinność prawie wszędzie jest intensywnie zielona, to pod uwagę wzięto też inne cechy wysp. Santa Maria – wyspa żółta, wyspa słońca Santa Maria to najstarsza i najcieplejsza z azorskich wysp. Jest położona najbliżej Afryki i klimat na niej jest inny niż na pozostałych wyspach w archipelagu. Przypisuje się jej kolor żółty głównie ze względu na rosnące na zboczach wyspy janowce (krzewy z intensywnie żółtymi kwiatami). Dodatkowym aspektem jest wyschnięta latem roślinność. Ze względu na wyższe temperatury powietrza i mniejszą ilość opadów niż na innych wyspach, roślinność na Santa Marii przybiera latem żółty kolor. Trzecim aspektem jest słońce – jest go na Santa Marii dużo! São Miguel – wyspa zielona São Miguel to największa wyspa w archipelagu. Na jej pejzaż składają się rozległe łąki i pastwiska, i gęste lasy pełne kryptomerii. Kryptomeria japońska to gatunek sprowadzony na Azory w XIX wieku. Stanowi on swego rodzaju wizytówkę Azorów, ale też wypiera endemiczną roślinność. Na São Miguel kryptomerię sadzono głównie w dolinach rzek i na trudniej dostępnych obszarach. Kolor zielony wyspy to kolor kryptomerii oraz obecnych jeszcze w niektórych miejscach rodzimych gatunków, m.in. Erica azorica (roślina z rodziny wrzosowatych), wawrzyn czy ostrokrzew. Terceira – wyspa fioletowa W moim odczuciu Terceira jest bardziej zielona niż fioletowa. Zwłaszcza że to na Terceirze znajduje się największy obszar rodzimego lasu w całym archipelagu, to tutaj bada się endemiczne gatunki roślin. Ale Terceirę nazwano wyspą fioletową, więc już wyjaśniam. Wcale nie chodzi o fioletowe hortensje, choć one na pewno dopełniają obrazu. Chodzi o efektowne wisterie, które można podziwiać m.in. w ogrodzie miejskim w Angrze. Fioletowym elementem, którego też jest tu sporo, są fasady budynków na wyspie. Graciosa – wyspa biała Graciosa to druga najmniejsza wyspa w archipelagu. Można ją obejść pieszo w jeden dzień. Znajduje się na niej dużo jasnych, białawych skał – i to nim Graciosa zawdzięcza kolor biały. Te skały to wulkaniczny trachyt, zmieniany przez długie lata procesów geologicznych. Procesy te sprawiają, że nabiera on białawego koloru. São Jorge – wyspa brązowa São Jorge nosi kolor brązowy z powodu brązowych skał opadających do oceanu lub do słynnych fajãs. Jednym z brązowych obszarów są skały na Ponta dos Rosais – pierwszym punkcie, który widzą wszyscy zbliżający się do wyspy od strony zachodu. Brązowe są również ziemie uprawne. São Jorge to też wyspa smoka – ale to już inna historia. Pico – wyspa szara Pico to wyspa, na której wznosi się najwyższy szczyt Portugalii o tej samej nazwie – Pico (2351 m n.p.m.). Wyłania się on w swojej szarości z zielonej roślinności wyspy. Pico jest nazywana wyspą szarą również ze względu na rozległe połacie zaschniętej lawy, kamienne murki otaczające wpisane na listę UNESCO winnice oraz tajemnicze maroiços – kamienne piramidy. Faial – wyspa niebieska Faial to wyspa, która od stuleci zwrócona była ku morzu. To na niej, w Horcie, znajduje się słynny port morski i słynny bar Peter Café Sport. Łączność z morzem to nie jedyny powód nazywania wyspy niebieską. Drugim powodem są bujne hortensje w kolorze niebieskim. Można ich znaleźć całe połacie w okolicach punktu widokowego Cabeço Gordo, na drodze prowadzącej do Caldeira w centrum wyspy i innych drogach na wyspie. Błękitu na Faial nie brakuje. Flores – wyspa różowa Mimo że Flores uznawana jest za najbardziej zieloną wyspę na Azorach, jej kolor określony jest jako różowy. A to ze względu na liczne azalie i hortensje, które na niej występują. Wijące się pośród intensywnej zieleni roślinności i błękitu wodospadów i strumieni, stanowią swoistą wizytówkę wyspy. W końcu „flores” to po polsku „kwiaty”. Corvo – wyspa czarna Corvo to wyspa czarna. I bynajmniej nie ze względu na kruki („corvo” to „kruk”). Jest ona nazywana czarną wyspą z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na swój rozmiar – widziana z Flores, przypomina czarny punkt na horyzoncie. Po drugie, ze względu na czarne gleby i czarne skały wulkaniczne, w które obfituje. Czarny punkcik na horyzoncie, pełen czarnych skał. Kolorowe Azory na bransoletce Dla mnie, jak wspomniałam, wszystkie wyspy na Azorach powinny być określane jako zielone i niebieskie. Ale inne kolory też są obecne, przyznaję. I można je znaleźć nawet na… bransoletkach! Tak, tak, dobrze czytacie – na bransoletkach. Jedną z ciekawszych pamiątek, jaką można przywieźć z Azorów, jest bransoletka. Ale nie jakaś zwykła bransoletka. Bazaltowa bransoletka. Z paciorkami w kolorach 9 wysp azorskich. Ja takiej bransoletki jeszcze nie mam, ale umówmy się – póki co nie potrzebuję. Ale jeśli kiedyś się stąd będę wyprowadzać, na pewno sobie taką sprawię. Żeby kolory Azorów zawsze były ze mną!

Marralhinha – najpopularniejsza gra na Terceirze

marralhinha, gra, game, tradycja, tradiition, Sanjoaninas

Kiedy spotkałam się ze znajomymi po raz pierwszy po kwarantannie, na stół wjechała marralhinha. Ja zwykle ziewająca o 23:00 siedziałam przy grze do 2 w nocy, reszta towarzystwa zakończyła turniej o 5 nad ranem. To read an English version of this article click HERE. Tak, dobrze myślicie – marralhinha wciąga. Na szczęście nie tak, jak Jumanji (chociaż… jak tak spojrzeć na rok 2020…), ale wciąga! Marralhinha to gra z Terceiry. Poznałam ją paradoksalnie w Lizbonie, kiedy wracałam z Polski po świętach Bożego Narodzenia. (Wtedy też po raz pierwszy odczułam, jak koszmarnie zimno jest w domach w Lizbonie zimą). Do znajomych wpadli znajomi, na stole pojawiła się marralhinha. Drewniana „plansza” z wgłębieniami, szklane kulki – i wieczór nie miał końca. To gra, która wzbudza emocje W spokojnych na co dzień osobach budzi się duch walki. Każdy chce wygrać, każdy tworzy w głowie strategię. I zmienia ją po każdym rzucie kostką. Bo to gra, w której strategia miesza się ze statystyką. Kto przegrał, chętnie staje do rewanżu. Kto wygrał, jeszcze chętniej rozpoczyna kolejne rozgrywki. I tak aż do rana. Marralhinha to tradycyjna gra z Terceiry Istnieją dwie wersje historii popularności tej gry na Terceirze. Jedna mówi o tym, że przywiózł ją ze Stanów Zjednoczonych terceirski emigrant – w wersji nieco innej od obecnej. Druga wersja mówi o tym, że podobna gra była bardzo popularna w jednym z rejonów Francji i stamtąd dotarła na Terceirę. Jak było naprawdę – może kiedyś się dowiemy. A może nie. Brak pewności co do pochodzenia gry nie przeszkadza mieszkańcom wyspy w namiętnym rozgrywaniu kolejnych i kolejnych partii. Powstało nawet Stowarzyszenie Gier Towarzyskich na Terceirze! Stowarzyszenie regularnie (oczywiście poza rokiem Jumanji, tj. 2020) organizuje turnieje, w których w marralhinhę gra nawet po dwadzieścia kilka drużyn (gra się parami). Jak na Terceirę to naprawdę dużo osób. Marralhinhę możecie kupić w niemal każdym sklepie z pamiątkami. Albo bezpośrednio u rękodzielników, na przykład na różnych targach rękodzieła (są organizowane np. przy okazji Sanjoaninas LINK i Festas da Praia). Jeśli macie tylko bagaż podręczny, upewnijcie się, że wybraliście taki rozmiar gry, który zmieści się w tym bagażu. Moi znajomi pierwszą imprezę po kwarantannie zakończyli wyraźnym podziałem na wygranych (a raczej wygrane) i całą resztę, która udawała, że się nie przejmuje przegraną. Żartuję. Częściowo. Bo wyraźne wygrane były. Ale reszta też się dobrze bawiła. Ja też. Dopóki nie zmógł mnie sen, ale to już inna historia. A tymczasem – zasady marralhinhi! Gdybyście przypadkiem kupili i nie wiedzieli, jak w to grać. Albo dostali marralhinhę w prezencie. Jak moja rodzinka ode mnie. Z instrukcją po portugalsku. Półtora roku temu… Marralhinha – zasady gry (Oryginalne zasady po portugalsku TUTAJ. Poniżej – tłumaczenie na podstawie wersji zasad dostępnej 30.07.2020 r.) Przyjemnej gry!

Andreia i jej najlepsze przekąski w Biscoitos

Andreia, Andreia Simas, Biscoitos, tasca, Calheta

Podchodzę do budki i widzę, że Andreia uśmiecha się do mnie z daleka. I komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” Andreia to przesympatyczna właścicielka budki z lokalnymi przysmakami w Biscoitos. Trzecia budka od kąpieliska. Znają ją tam wszyscy. Przychodzą do niej po gotowaną kukurydzę, karmelki, prażone orzeszki ziemne czy donuty. I po dobre słowo i uśmiech, którymi chętnie wszystkich obdarza. To read an English version of this article click HERE. Poznałam ją ponad trzy lata temu. Zawsze wita mnie uśmiechem i pyta, jak się czuję. Tym razem widzi mnie i komentuje do swojej sąsiadki: „Wiesz, że byłam w Polsce, nie ruszając się z Terceiry?” I opowiada, że któregoś dnia przyszedł do niej turysta i powiedział, że znają ją w Polsce. I pokazał jej zdjęcie, które udostępniłam na Facebooku i Instagramie. „Widzisz, jesteś sławna w Polsce!” – zaczynam się śmiać. I wpadam na pomysł, żeby przeprowadzić z Andreią wywiad. I na jego podstawie napisać artykuł. W artykule można przecież powiedzieć o wiele więcej niż w krótkim poście na mediach społecznościowych. Przychodzę więc w poniedziałkowy poranek z listą pytań i naładowanym telefonem, i pytam, co ona na to. Na twarzy Andrei maluje się mieszanka radości i zakłopotania. Siadamy na schodkach przed budką i zaczynamy rozmawiać. Jak to się zaczęło? 13 lat temu Andreia wybrała się na Święto emigranta (duża impreza w centrum Terceiry), żeby sprzedawać gotowaną kukurydzę. Ale że prawie ciągle padało, nie sprzedała wszystkiego. Jej tata podsunął jej pomysł, żeby poszła z tą kukurydzą w okolice kąpieliska w Biscoitos. „Może tam ci się poszczęści” – powiedział. I się poszczęściło. Andreia poszła w okolice kąpieliska w Biscoitos i tam już została. Na początku dzieliła swoją budkę z kilkoma mężczyznami, którzy nie do końca akceptowali kobietę – właścicielkę biznesu. Nie obyło się bez spięć, ale w końcu nauczyli się ze sobą funkcjonować. Każdy sprzedawał swoje produkty. Andreia zaczynała od gotowanej kukurydzy, coscorões (jedne z tradycyjnych słodyczy karnawałowych) i od orzeszków ziemnych prażonych w karmelu. Z czasem dodawała kolejne produkty: pikle, warzywa i owoce ze swojego ogródka, babeczki. Po ok. 5-6 latach zaczęła sprzedawać donuty, które dziś wszyscy tak uwielbiają. Z czasem też została w budce sama, bez wspomnianych wcześniej mężczyzn. Jedynymi mężczyznami, którzy od czasu do czasu pojawiają w jej budce po stronie sprzedawcy, są jej mąż i syn. Biznes rozwijał się powoli Najpierw przychodzili do Andrei mieszkańcy Biscoitos. Zadowoleni, opowiadali o jej produktach swoim znajomym. Stopniowo więc zaczęło pojawiać się u niej coraz więcej mieszkańców wyspy. Przyjeżdżali do Biscoitos na spacer, spędzić wolne popołudnie z rodziną. Byli zadowoleni, że mogą przekąsić coś dobrego. Stopniowo na wyspie rozwijała się również turystyka. Liczba turystów wzrastała z roku na rok aż do 2019 roku. (Choć Andreia mówi, że pod względem zawodowym najlepszym dla niej rokiem był 2018). Kto przylatuje na wyspę, jest zachwycony jej pięknem, soczystą zielenią, błękitem nieba i oceanu. I chce wracać, chce odwiedzać inne wyspy. „Coraz więcej osób odkrywa nasz raj na środku oceanu” – mówi Andreia. A co można odkryć w budce Andrei? Dla mnie budka Andrei to róg obfitości. Jest tam mnóstwo pyszności i z Terceiry, i takich, które na Terceirze się je. Co to oznacza? Że obok tradycyjnej terceirskiej babeczki Dona Amélia leży amerykański donut, również uwielbiany przez mieszkańców wyspy. Głodni pomijają ten fragment. Dary ziemi U Andrei znajdziecie wszystkie „dary ziemi”: ziemniaki, pomidory, cukinię, fasolkę szparagowę, czosnek, śliwki, jabłka, banany, arbuzy, marakuję, pomarańcze, mandarynki… Na Azorach są różne pory owocowania, więc o każdej porze roku znajdzie się coś świeżego. Przekąski Dla wielbicieli słonych przekąsek są różne rodzaje orzeszków ziemnych (np. z czosnkiem), smażony bób, chipsy, gotowana kukurydza, rissóis (rodzaj pierożków z nadzieniem, pieczonych lub smażonych w głębokim tłuszczu), empadas (coś a la nadziewane paszteciki). Jeśli ktoś lubi słodkie przekąski, znajdzie u Andrei tradycyjne terceirskie babeczki Donas Amélias, cały wybór innych babeczek (np. kokosowe, migdałowe lub… fasolowe), orzeszki ziemne z karmelem i cynamonem, amerykańskie donuty z cukrem albo lukrem, ciasta, tarty czy ciastka – cynamonowe, cytrynowe, kokosowe i in. Są też filhadinhos – typowe słodkości z Alentejo. I oczywiście nie mogło zabraknąć caramelos, czyli karmelków. Dla mieszkańców wyspy to smak dzieciństwa. Słodycze, które robiła ich babcia, kiedy inne słodycze nie były dostępne. Karmelki trudno przygotować, sama Andreia mówi, że miała wiele nieudanych prób. Wyniki pierwszych prób lądowały w koszu. Aż się nauczyła. I dziś i dzieci, i dorośli chętnie wychodzą od niej ze swoją paczką karmelków. Trochę karnawału Andreia dzieli się z mieszkańcami i turystami również smakami terceirskiego karnawału. Karnawał na Terceirze świętuje się o wiele huczniej i radośniej niż Boże Narodzenie. Są z nim związane przeróżne tradycje i przekąski. Najważniejsze z kwestii jedzeniowych są trzy rodzaje słodkości: filhoses do forno z budyniowym nadzieniem o smaku cytrynowym, filhoses fritas – coś a la płaski pączek, oraz coscorões – przypominają faworki, są cienkie i chrupiące. Wszyscy chętnie się nimi zajadają podczas karnawału. Słoiki W końcu, Andreia przygotowuje też pikle i inne produkty zamknięte w słoikach. Można znaleźć u niej miód wytworzony przez lokalne pszczoły. Pikle z kopru morskiego, gotowanych jaj przepiórczych i przeróżnych warzyw. Dużym zainteresowaniem cieszy się massa de malagueta, czyli sos z ostrej papryki – jedna z najbardziej popularnych pikantnych przypraw na wyspie. Andreia robi też dżemy: figowe, jeżynowe, winogronowe, z batatów, cukinii, gujawy truskawkowej czy uwielbiany przeze mnie dżem z ostrej papryki (doce de malagueta). Kiedy lecę do Polski, zawsze zabieram go dla mojej siostry. Smakuje przepysznie z tostami i z queijo fresco, czyli świeżym serem. Tego sera nie da się przewieźć, trzeba przyjechać po niego tutaj! Głodni mogą znów zacząć czytać. Skąd pomysły na produkty? Pytam Andreię, skąd bierze pomysły na produkty. Zaczyna się śmiać: „Z mojej szalonej głowy”. Mówi, że chce, żeby jej klienci byli usatysfakcjonowani. Dlatego sprawdza, co im smakuje, po co wracają. Od lat największym powodzeniem cieszą się gotowana kukurydza i donuty, ale pozostałe produkty też mają swoich klientów. Kto idzie na plażę, chętnie do niej zagląda czy to rano, czy po południu. Jest też sporo osób, które wybierają się na niedzielne spacery z rodziną. W czasie świąt, imprez czy tourad (których w „normalnym”,

Pięć lat temu

Azory, Azores, Terceira, trail, szlak, trilho, droga, caminho, estrada, Milena, las, drzewa

Pięć lat temu przyleciałam po raz pierwszy na Terceirę Mój znajomy zabrał mnie prosto z lotniska na wycieczkę po wyspie. Co 5 minut prosiłam go, żeby się zatrzymał. Nie mogłam się napatrzeć. Wszystko mnie zachwycało. To była moja pierwsza wizyta na Azorach To read an English version of this article click HERE. Zaczynałam zwiedzanie wysp zaginionej Atlantydy od Terceiry. Dowiedziałam się o istnieniu tej wyspy kilka miesięcy wcześniej. I przez długi czas nie byłam w stanie wymówić jej nazwy. Dla tych, którzy mają podobne trudności: Terceira wymawia się „ter-sej-ra”. Kiedy tu leciałam, myślałam, że zwariowałam. Leciałam na środek Atlantyku. Na małą wyspę. Na 10 dni. Co ja tu będę robić przez 10 dni? Potem okazało się, że było to stanowczo za mało. Na Terceirze po raz pierwszy w życiu… 5 lat temu na Terceirze po raz pierwszy w życiu widziałam delfiny w ich naturalnym środowisku. Po raz pierwszy jadłam ośmiornicę, ślimaki, lapas (skałoczepy) i cracas (pąkle). Piłam vinho verde (zielone wino). Zrywałam banany w przydomowym ogródku. Jechałam motocyklem. Oglądałam byki biegające po ulicach. Byłam w środku wulkanu. Zwiedzałam tunele lawowe. Brałam udział w Sanjoaninas. Piłam caipirinhę. Prałam jeszcze raz rzeczy, które zmokły w trakcie suszenia się. Pływałam w oceanie. Spacerowałam pustym korytem rzeki. Piłam wino w winnicy. Codziennie pytałam, co będziemy robić następnego dnia. I codziennie słyszałam, że to zależy od pogody. Nie rozumiałam tego. Wydawało mi się, że przecież zawsze trzeba mieć plan. Dziś już wiem, że na Azorach warto mieć plan, ale później trzeba go dostosować do rzeczywistości. Cóż… Nie tylko na Azorach. Terceira była dla mnie odkryciem Zobaczyłam świat inny niż ten, który znałam wcześniej. Zobaczyłam, że można myśleć inaczej. Że można się uśmiechać do nieznajomych. Cieszyć tym, co się ma. Mimo że ma się niewiele. Nawet gdybym tu nigdy nie wróciła – nigdy bym nie zapomniała tego miejsca. Pozostałyby we mnie soczyste kolory nieskażonej przyrody. Szum fal. Ćwierkanie ptaków. Ludzka życzliwość. Umiejętność cieszenia się życiem. Wizyta na Azorach to doświadczenie, które zostawia swój trwały ślad Oczywiście namawiam Cię do zobaczenia wszystkich wysp w archipelagu! Ale nawet jeśli odwiedzisz tylko część z nich, a może nawet tylko jedną – wrócisz do domu ze szczególnym śladem w Twoim sercu. I mam do Ciebie prośbę – dbaj o ten ślad. O doświadczone na Azorach piękno i dobro. O szacunek do przyrody i do siebie nawzajem. Dbaj o to. Zanieś kawałek Azorów ze sobą w świat!

Wielkanoc na Terceirze

Wielkanoc, Wielkanoc na Terceirze, Easter, Easter in Terceira, amendoins doces, czekoladki, jajka czekoladowe, chocolate eggs,

To już moja czwarta Wielkanoc na Terceirze Pytacie mnie czasem, jak wygląda Wielkanoc na Terceirze. Powiem Wam, że dość podobnie, jak w Polsce. Jest to święto przede wszystkim religijne, ale też rodzinne. To czas na spotkania w dużym gronie, z bliskimi. Triduum Paschalne Wielkanoc to święto religijne, najważniejsze w Kościele katolickim. Celebrowane jest więc przede wszystkim w kościele. To read an English version of this article click HERE. Wielki Czwartek – wspomnienie Ostatniej Wieczerzy W Wielki Czwartek odprawiana jest Msza Wieczerzy Pańskiej. Przypomina ona o Ostatniej Wieczerzy i ustanowieniu sakramentu kapłaństwa. Obrzęd obmycia nóg z kolei przywołuje przykazanie miłości. Na koniec mszy Najświętszy Sakrament przenosi się z ołtarza w inne, odosobnione miejsce. Wielki Piątek to w Portugalii święto Również w tym sensie, że jest to dzień wolny od pracy. Wyobrażacie sobie moje zdziwienie, kiedy jeszcze w 2017 r. poszłam w Wielki Piątek w poszukiwaniu żurku do sklepu międzynarodowego, a ten był zamknięty? Nie wyobrażacie sobie? To spróbujcie znaleźć ten żurek w Poniedziałek wielkanocny. Wrażenia będą podobne. Tak poza tym, że w Portugalii nikt o żurku nie słyszał i sklep międzynarodowy był moją ostatnią deską ratunku. Tradycyjnie w Wielki Piątek obowiązuje „jejum e abstinência”, czyli post i abstynencja. Co one oznaczają? Post oznacza ograniczenie ilości spożywanych posiłków. Obecnie mówi się, że można zjeść jeden posiłek do syta i niewielkie ilości pozostałych posiłków. Abstynencja to zaś ograniczenie jakościowe spożywanych posiłków, ze wskazaniem na unikanie mięsa. Ryby są dozwolone. (Ciekawe jest to, że według Kościoła w Portugalii, abstynencja od mięsa dotyczy wszystkich piątków w roku, ale jeszcze nie spotkałam Portugalczyka, który by tego przestrzegał. Ba, jeszcze nie spotkałam Portugalczyka, który by w ogóle o tym zaleceniu wiedział. Wszyscy się za to dziwią, że taka tradycja przestrzegana jest w Polsce). W Wielki Piątek osoby wierzące starają się również utrzymywać abstynencję od innych posiłków i aktywności, które mogą im sprawiać przyjemność. Wielki Piątek to dzień bez mszy świętej. Odbywa się za to liturgia słowa i adoracja krzyża jako symbolu śmierci Chrystusa. A późnym wieczorem – Via-sacra, czyli Droga Krzyżowa na ulicach miasta czy wsi. Wielka Sobota – bez święcenia jajek W Polsce Wielka Sobota kojarzy nam się z przygotowywaniem pisanek i święceniem koszyczków. W Portugalii, na Azorach, na Terceirze – nie ma takiej tradycji. Wielka Sobota jest dniem ciszy, bez mszy świętej. Dopiero wieczorem, po zapadnięciu zmroku, wierni wybierają się na najważniejszą w roku liturgicznym Eucharystię – Wieczerzę Paschalną. Wieczerza Paschalna składa się, podobnie jak w Polsce, z czterech liturgii. Są to: Niedziela wielkanocna to czas dla bliskich W niedzielę wielkanocną dzwony kościołów biją na znak Zmartwychwstania Chrystusa, a rodziny gromadzą się na wspólnym obiedzie. Tradycyjnym daniem wielkanocnym na Terceirze jest jagnię. I typowy dla Portugalii słodki chleb massa sovada z jajkiem na wierzchu. Nikt nie słyszał o sałatce jarzynowej, o jajkach z majonezem ani o żurku na śniadanie. Wszyscy za to wiedzą, że Wielkanoc na Terceirze to czas dla rodziny. To czas na spotkania z najbliższymi. I obdarowanie ich czekoladowymi jajkami/kulkami (amendoins doces) w przeróżnych wersjach. I w dużych ilościach. Tutaj również dzieci ochoczo szukają jajek i słodyczy ukrytych w domu lub ogrodzie (caça aos ovos), tutaj również wszyscy się cieszą swoją obecnością. Odwiedza się rodziny, przyjaciół. To czas na zacieśnianie więzi. Zwłaszcza że w niedzielę kończy się świętowanie, w poniedziałek trzeba już iść do pracy. Kiedyś w końcu trzeba odpracować wolny Wielki Piątek. A potem – Festas do Espírito Santo Tak naprawdę Wielkanoc na Terceirze to wstęp do Festas do Espírito Santo, czyli celebracji Ducha Świętego. To typowa dla Terceiry tradycja, którą świętuje się po dziś dzień. Zainteresowani? Poczytajcie o niej więcej. I koniecznie przyjedźcie zobaczyć to na żywo! To już moja czwarta Wielkanoc na Terceirze Każda była inna. Raz zrobiłam znajomym z Terceiry typowo polskie śniadanie wielkanocne i zadziwiłam ich ilością dań z jajkami. Tak, tak, polska Wielkanoc jajkami stoi. Raz miałam polsko-hiszpańsko-włoskie śniadanie i miałam okazję poznać tradycje innych krajów. Moi koledzy nawet przygotowali pisanki! A w zeszłym roku niedzielę wielkanocną spędziłam bardzo aktywnie, ze znajomymi na szlaku. 8000 kroków zaliczone przy pierwszej górce. Normalnie jak króliczki Duracella. Teraz mamy rok 2020 i etap koronawirusa Wszystko zamknięte, a od 9 do 13 kwietnia w Portugalii nie można się przemieszczać pomiędzy gminami. Na Terceirze też. Kto mieszka w Angrze, nie może w tym czasie jechać do Prai – i odwrotnie. Chodzi o to, żeby ludzie nie jeździli na Wielkanoc do rodziny i się wzajemnie nie zarażali. W tym roku po raz pierwszy moja Wielkanoc na Terceirze będzie przebiegała w zamknięciu. Podobnie jak wszystkie inne dni w tym momencie. Ale żurek w paczce mam, jestem przygotowana! A poza żurkiem mam też nadzieję, że sytuacja, w której jesteśmy, się niedługo poprawi. Żebyśmy chociaż ostatnie niedziele Festas do Espírito Santo mogli świętować na całego. Czego sobie i Wam wszystkim życzę.

Trzy czynne wulkany na Terceirze

Trzy czynne wulkany, Mistérios Negros

Trzy czynne wulkany na Terceirze, a 26 w sumie na całych Azorach. Z tego – 8 podwodnych. Zdecydowałam się Wam powiedzieć o wulkanach i trzęsieniach ziemi na Azorach. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że Azory to wyspy wulkaniczne. Gdyby nie wulkany, nie byłoby Azorów. Po drugie – czasem słyszę pytania, kiedy była ostatnia erupcja i czy się nie boję. Na to drugie pytanie odpowiem na koniec. Najpierw trochę faktów. To read an English version of this article click HERE. Najwięcej aktywnych wulkanów, bo aż 5, jest na São Miguel – największej wyspie w archipelagu. Na Terceirze są trzy czynne wulkany (nie, Algar do Carvão nie jest uznawany za czynny), podobnie na Faial. Po dwa aktywne wulkany są na Graciosie i na Pico (przy czym wulkan Pico na wyspie Pico to jednocześnie najwyższy szczyt Portugalii, 2351 m n.p.m.). Po jednym czynnym wulkanie mają Flores, Corvo i São Jorge. Na wyspie Santa Maria nie ma żadnych aktywnych wulkanów. Azory położone są na styku trzech płyt tektonicznych: euroazjatyckiej, afrykańskiej i północnoamerykańskiej. Na tym obszarze, dzięki aktywności wulkanów, miliony lat temu powstały Azory. Najstarsza wyspa, Santa Maria, powstała ok. 8,1 miliona lat temu, Terceira – ok. 3,52 miliona lat temu, a najmłodsza wyspa, Pico, ok. 0,27 miliona lat temu. I ta najmłodsza wyspa ma najwyższy szczyt, jak to tak można? Styk płyt tektonicznych oznacza aktywność wulkanów i aktywność sejsmiczną. Położenie na środku oceanu – zależność od oceanu i wiatru. Tym samym historia Azorów to historia wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi i sztormów. Azorczycy przez wieki musieli sobie radzić nie tylko ze zmienną pogodą, ale też z kataklizmami. To wpłynęło na ich podejście do życia. Może dzięki temu na Azorach portugalski spokój jest jeszcze bardziej widoczny niż w Portugalii kontynentalnej. Ostatnia erupcja na Terceirze miała miejsce w 1761 r. Była ona poprzedzona zmniejszoną aktywnością fumaroli w Furnas do Enxofre i wstrząsami sejsmicznymi. To jej zawdzięczamy wyjątkowy obszar Mistérios Negros – ten, przez który biegnie mój ulubiony szlak trekkingowy na Terceirze. Ostatnia erupcja w okolicach Terceiry miała natomiast miejsce w latach 1998-2000. Była to erupcja podwodnego wulkanu niedaleko Serrety. Był to nowy, nieznany dotychczas typ erupcji, którą ze względu na lokalizację nazwano serretańską. Ten sam wulkan wybuchł już w 1867 r. niedługo po procesji lokalnej ludności, która modliła się o zakończenie wstrząsów sejsmicznych. Wybuch wulkanu faktycznie przyniósł kres wstrząsom. Do tej pory 31 maja organizuje się tam procesję dla upamiętnienia tych wydarzeń. Ostatnia erupcja lądowa na Azorach miała miejsce w latach 1957-1958 na wyspie Faial. To ta wyspa, która ma trzy aktywne wulkany. Jednym z nich jest właśnie Capelinhos. Wybuch wulkanu Capelinhos powiększył wyspę Faial o ok. 2,5 km kw. Erozja morska sprawiła, że została z tego połowa – i tak dużo. Mimo że erupcja nie miała ofiar śmiertelnych, na zawsze zmieniła życie wielu rodzin. Po tej erupcji Stany Zjednoczone, na mocy porozumienia z Portugalią, wydały w 1958 r. 1500 wiz dla mieszkańców Azorów. Liczba ta się zwiększała, emigranci ściągali swoje rodziny – i do roku 1990 wyemigrowało do Stanów ponad 100 tysięcy mieszkańców Azorów. Niektórzy faktycznie ze względu na brak środków do życia na wyspach, inni – w celach poprawienia swojej sytuacji życiowej. Mogliście słyszeć o roku 1980. W tymże roku miało na Terceirze miejsce trzęsienie ziemi. 1 stycznia 1980 r. było ciepło i słonecznie. Większość rodzin odpoczywała po nocy sylwestrowej na zewnątrz, ciesząc się ładną pogodą. Ich radość nie trwała długo. O godz. 15:42 poczuli wstrząs – 7,2 w skali Richtera. Epicentrum znajdowało się ok. 35 km na południowy zachód od Angry. Trzęsienie ziemi odczuwalne było na Terceirze, São Jorge i Graciosie. 73 osoby zginęły, ponad 400 zostało rannych, co najmniej 2000 osób zostało pozbawionych dachu nad głową. W oczach ludzi widzę lęk, kiedy o tym mówią. Jakby mieli nadal wszystko przed oczami. Zniszczone domy, zawalone dachy, gruz na ulicach. Obraz jak po wojnie. Natychmiast zareagowało wojsko portugalskie i amerykańskie, przysyłając pomoc. Ludzie odbudowywali wszystko, szczególnie najbardziej zniszczoną Angrę, jak Polacy po wojnie Warszawę. Nie mówię Wam tego po to, żeby Was straszyć. Mówię, żebyście mieli lepszy obraz sytuacji. W końcu podróże kształcą wykształconych, jakoś tak to mówił Jacek Walkiewicz. Nie da się poznać miejsca i jego mieszkańców, nie znając historii. To historia wpływa na teraźniejszość. Na sposób życia, sposób myślenia. Na Azorach codziennie są wstrząsy, choć nie codziennie są one odczuwalne. Niektóre są. Koleżanka, która mieszkała na São Miguel, opowiadała o trzęsących się szybach w oknach. Inna o burzy w szklance wody – dosłownie. Ja sama kiedyś odczułam wstrząsy wtórne – i przez dwa kolejne miesiące codziennie sprawdzałam komunikaty. Jak się żyje ze świadomością, że w każdej chwili może coś wybuchnąć? Normalnie. Nie myśli się o tym. Um dia de cada vez – jeden dzień na raz. Ja zawsze powtarzam, że Azory to nie Hawaje. To nawet nie Islandia. Tutaj aktywność wulkaniczna jest mniejsza. Można ją zobaczyć np. w Furnas na São Miguel czy w Furnas do Enxofre na Terceirze. Fumarole, wydobywający się dym, bulgoczące błotka. Element krajobrazu. W końcu to wulkanom zawdzięczamy, że Azory w ogóle istnieją. I nie, nie boję się. Cieszę się, że mam piękny widok. Uśmiech na twarz i do przodu. Um dia de cada vez. Odkryj ze mną wulkany na Terceirze!

Jachtem po Azorach

Jachtem po Azorach fot. Tomas Piotrowski

Kiedy rok temu moja koleżanka, rozglądając się po Terceirze, stwierdziła, że chciałaby się wybrać w podróż jachtem po Azorach – uśmiechnęłam się. Pomyślałam, że to świetny pomysł – ale kto to zorganizuje? Przecież jachtów na wynajem tutaj tyle co kot napłakał, a i Atlantyk średnio przyjazny żeglarzom. Do tego – kto znajdzie grupę ochotników, którzy faktycznie chcieliby się zmierzyć z falami oceanu i poznać Azory od strony wody? Kto mógłby to wszystko zrobić? To read an English version of this article click HERE. Kimś takim okazał się Tomek Piotrowski. Tomek na co dzień zajmuje się fotografią, można go znaleźć na jego stronie na Facebooku, a kilka razy w roku zakłada czapkę kapitana i razem z załogą wypływa na coraz to ciekawsze wyprawy. Jedną z nich była wyprawa jachtem po Azorach. Tomek wraz z załogą, w tym – z moją marzącą rok temu o podróży jachtem po Azorach koleżanką Kasią, poznali Azory od strony, od której ja sama ich nie znam. Zafascynowała mnie ich podróż, chciałam Wam o niej opowiedzieć. Osobą, która jest w stanie powiedzieć o niej najwięcej, jest oczywiście sam kapitan. Zapraszam zatem do wywiadu! Cześć, Tomek! Dziękuję, że zgodziłeś się na ten wywiad. Powiedz mi – jesteś bardziej fotografem czy żeglarzem? Jestem fotografującym żeglarzem. Zawodowo zajmuję się fotografią, ale łączę ją z żeglowaniem przynajmniej kilka razy w roku. Jakie jest Twoje doświadczenie jako kapitana? Ciągle za małe. Wiele mórz jeszcze przede mną zostało do okrycia. Na szczęście każdego roku poznaję nowe destynacje i moja „lista” się sukcesywnie skraca. Takim kolejnym małym kroczkiem były Azory. Doświadczenie w żeglarstwie mierzy się często milami i godzinami. Do tej pory na rejsach spędziłem ok. 100 tygodni, przepłynąłem 30.000 mil morskich w czasie 6.000 godzin. Co takiego Cię pociąga w żeglowaniu? Chciałbym powiedzieć, że wiatr, sport i wolność. Od dłuższego czasu jest to jednak przyjemność przemieszczania się pięknym środkiem transportu jakim jest jacht po nierównej, niepewnej, często nieprzewidywalnej nawierzchni w celach turystycznych. Żeglarstwo może być sportem, turystyką lub połączeniem tych dwóch dyscyplin. Ostatnio skupiam się na zwiedzaniu i podróżowaniu i jacht jest tutaj idealnym wyborem. W zależności od regionu można codziennie zwiedzać inne miejsce, inny port/miasto/zatokę od zupełnie innej strony niż jest to dostępne dla „szczurów lądowych”. Można przemieszczać się promem lub samolotem np. pomiędzy wyspami, ale zrobienie tego z Załogą daje zdecydowanie większą satysfakcję. Dlaczego wybrałeś Azory? Azory od dawna były na mojej żeglarskiej liście. Kilka razy przepływałem obok (Madera, Wyspy Kanaryjskie), ale nigdy nie zaglądałem w te regiony. Decyzja o rejsie zapadła jednak na wcześniejszym rejsie z tą samą Załogą. Ktoś rzucił hasło „Azory”. Wszyscy zaklaskali z radości. Azory wydają się być daleko, ale jednak blisko. Kiedykolwiek napotyka się na jakąś wzmiankę o Azorach wszystko jest zilustrowane w pozytywny sposób. Chyba jest to jedyna „idealna” destynacja turystyczno-żeglarska na świecie! 😀 A przynajmniej jedyna mi znana. Byłem w wielu pięknych miejscach na świecie. Ale zawsze jest małe „ale”. Zawsze Polak może ponarzekać. A to za dużo turystów, a to za ciepło, a to za drogo itd. Tutaj jest idealnie 🙂 Piękne widoki, fantastyczni ludzie, różnorodność wysp, genialna kuchnia (moim faworytem są steki, choć owoce morza są na najwyższym światowym poziomie), ciekawe miejsca do zwiedzania, niezbyt dużo turystów. Można by rzec, że małym minusem jest niepewna pogoda. Jest to jednak zmieniająca się pogoda. Dzięki temu można doświadczyć pięknych widoków, innych każdego dnia, a nawet godziny. Mgła, deszcze, pełne słońce. Jak można wszędzie przeczytać o Azorach – tutaj można przeżyć cztery roku jednego dnia. Jak zbierałeś załogę? Stara, sprawdzona ekipa. Niemalże sama się zebrała. Jakie wyspy odwiedziliście? São Miguel, Terceirę, Pico, São Jorge, Graciosę i Faial. Czym się kierowałeś przy ustalaniu trasy? Preferencjami Załogi. Część chciała więcej pożeglować i odwiedzić tym samym wyspy zachodnie – Flores i Corvo, ale w głosowaniu wygrała opcja na umiarkowane żeglowanie i dużo zwiedzania i aktywności. Jakie są Twoje i załogi wrażenia z Azorów? Wszyscy byli przeszczęśliwi. Po opiniach, przeczytaniu przewodników, forów mieliśmy bardzo duże oczekiwania. Nic nie zawiodło. Było jeszcze lepiej. Same pozytywne wrażenia się cisną na usta. Co Was najbardziej urzekło? Ciężko się zdecydować. Osobiście uwielbiam naturę – widoki i fauna i flora są powalające. To połączenie znanych nam lasów strefy umiarkowanej z tropikalnymi lasami deszczowymi. Bujna roślinność, wszystko zielone i całoroczny okres wegetacyjny tworzą niesamowite widoki. Każda wyspa oferuje co innego, ale przyroda, ludzie i kuchnia to to, co je wszystkie łączy. Społeczność jest bardzo miła i przyjazna nieznajomym turystom. Smakołyki czekają na nas w restauracjach z owocami morza i stekami. Nie sposób nie wspomnieć o wspaniałych kawiarniach z różnorakimi pasteis. A co Was najbardziej zaskoczyło? Pogoda. Miało często padać i wiać i czasami miało być nieprzyjemnie na zwiedzanie czy żeglowanie. Niemalże wszystkie te historie nas ominęły szerokim łukiem. Jak Was przywitał Atlantyk? Jak się ma do akwenów, po których dotychczas żeglowałeś? Wielokrotnie byłem na Atlantyku. Stąd ocean ten jest mi znany. Kilkoro Załogantów też zaznało smaku tego akwenu. Stąd zaskoczeń nie było. Morze przywitało nas całkiem łaskawie. Jedynie pierwszy przelot z São Miguel na Faial trochę wybujał Załogę. Co trzeba wziąć pod uwagę przy organizacji wyprawy jachtem po Azorach? Ograniczoną liczbę portów oraz miejsc w tych portach. Azory nie oferują pełnej bazy czarterowej. Nie ma też zbyt wielu marin. Każda wyspa oferuje jedno, maksymalnie dwa schronienia. Warto spytać wcześniej/przedzwonić z poprzedniej mariny, czy jest dla nas miejsce. Zatoki też potrafią być nieosłonięte. Wolisz perspektywę wodną czy lądową? Dlaczego? I to i to. Zdecydowanie. Jak na każdym rejsie. Wpływamy jachtem do portu. Podziwiamy widoki z innej perspektywy. Często oglądamy wschód i zachód słońca na tafli wody. Ale zwiedzanie samochodami części lądowej daje dużo frajdy i lepszej możliwości poznania Azorów. Jakie są Twoje najbliższe projekty? Baleary na przełomie sierpnia i września. Kuba w grudniu i Gwadelupa i okolice na Sylwestra. Mam też kilka innych pomysłów, ale wspomniane to pewniaki. Powoli też planuję ponownie rejs na Azory. Wygląda na to, że odwiedzę je rok do roku. Tym razem z osobami, które pozazdrościły „Pionierom” 😉 Jeśli ktoś chciałby się wybrać z Tobą w rejs – gdzie Cię może znaleźć? Głównie żegluję z firmą TheBoatTrip. Firmę tę tworzą moi

Wino z Biscoitos

Wino z Biscoitos

Kto odwiedza Terceirę, musi koniecznie poznać wino z Biscoitos. Biscoitos to jedyny obszar na Terceirze przeznaczony do produkcji wina. Charakterystyczny krajobraz czarnych kamiennych murków i leżących na nich jasnozielonych liści winorośli znalazł się nawet pod ochroną azorskiego rządu. Wino z Biscoitos to ważny element dziedzictwa wyspy. To read an English version of this article click HERE. Historia wina na Terceirze sięga XV wieku… …czyli czasów kolonizacji wyspy. Już pierwsi osadnicy wykorzystywali wulkaniczną ziemię do uprawy winorośli. W 1647 r. na szeroką skalę zaczęto uprawiać szczep Verdelho jako najlepiej przystosowany do wilgotnych warunków wyspy. Ten szczep charakteryzuje się m.in. dość luźno ułożonymi w gronie winogronami, dzięki czemu jest mniej niż inne narażony na gnicie. Nic jednak nie jest w 100% odporne na inne plagi. W XVIII i XIX wieku różne plagi zaatakowały winnice na Terceirze, w tym – niszczycielska filoksera, która spustoszyła też wiele innych winnic na świecie. Dopiero w 1890 roku szaleniec – jak wówczas myślano – lub marzyciel – jak dziś można na to spojrzeć – Francisco Maria Brum zdecydował się reaktywować produkcję wina. Założył winnicę! Początkowo w Fontinhas, następnie w Biscoitos. Ta winnica do dziś jest znana jako Casa Agrícola Brum. Działa nieprzerwanie od prawie 130 lat, prowadzi ją już piąte pokolenie tej samej rodziny. Ciągle z tą samą pasją! Wino z Biscoitos to wino wulkaniczne Szczepy Verdelho rosną na wulkanicznej ziemi wśród tak zwanych „biscoitos” („ciasteczka”), czyli wśród drobnych kamieni wulkanicznych. Ich sposób uprawy różni się od tych znanych nam np. z Francji czy Włoch. Na Terceirze przyszłe wino z Biscoitos dojrzewa na małych kwadratach lub prostokątach otoczonych murkami z czarnych kamieni wulkanicznych. Winorośle nie pną się do góry po linkach, lecz rozprzestrzeniają po rozłożonych wokół nich kolejnych kamieniach. Kamienne murki chronią winorośle przed zimnym słonym wiatrem wiejącym od oceanu, a murki w połączeniu z kamieniami na podłożu wytwarzają specjalny mikroklimat. Kamienie nagrzewają się w ciągu dnia i oddają ciepło w ciągu nocy. Dzięki temu winogrona szybciej dojrzewają i produkują więcej cukru. Wino z Biscoitos, nawet to wytrawne, nigdy nie wywoła skrzywienia na Waszej twarzy. Widok ścielących się nad oceanem winorośli może być za to powodem rozmarzonego uśmiechu. W Biscoitos można przejść się szlakiem wśród winnic, jak również odwiedzić Muzem Wina z Biscoitos (Museu do Vinho dos Biscoitos) Rodzina Brum w 1990 r., na stulecie swojej winnicy, otworzyła Muzeum Wina z Biscoitos. W muzeum tym znajdują się eksponaty przedstawiające nie tylko historię rodziny Brum i ich winnicy, ale również historię wyspy i winiarstwa. Można również na własne oczy zobaczyć szczep Verdelho (na potrzeby muzeum wyjątkowo rosnący pionowo) oraz spróbować pysznego wina. Tradycyjnie w tejże winnicy produkuje się wino likierowe Chico Maria (wytrawne, półwytrawne i słodkie). Na miłośników wina stołowego czekają zaś Da Resistência i Donatário. Wszystkie leżakowały sobie w dębowych beczkach zanim zostały zabutelkowane i przeznaczone do degustacji i do sprzedaży. Tak, tak, jeśli Wam jakieś wino zasmakuje, możecie je od razu na miejscu kupić i potem delektować się długo wspomnieniami z Terceiry. Co roku w Muzeum Wina z Biscoitos odbywa się Święto Winorośli i Wina z Biscoitos W wybranych dzień pod koniec sierpnia na terenie Muzeum Wina można zobaczyć osoby w tradycyjnych strojach zbierające winogrona do tradycyjnych wiklinowych koszy, wziąć udział w deptaniu winogron, napić się wina z glinianych naczyń czy spróbować tradycyjnych azorskich przekąsek. Nigdy nie brakuje też świętowania z muzyką i tańcami. Muzeum Wina z Biscoitos odwiedziłam niedawno z koleżanką. Zostałyśmy oprowadzone po muzeum przez przesympatycznych przedstawicieli czwartego pokolenia rodziny Brum. Razem z nimi podziwiałyśmy grona proszące o każdy promień słońca, prasy do tłoczenia miazgi winnej i wielkie beczki dające nadzieję na kolejne litry tego pysznego trunku. Oczywiście nie mogło się też obejść bez degustacji win! Skosztowałyśmy pysznych win likierowych i stołowych przy akompaniamencie massa sovada, czyli tradycyjnego portugalskiego słodkiego chleba. Rozmowom i uśmiechom nie było końca. Nie bez powodu Muzeum Wina z Biscoitos pojawiło się na liście 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze. Przydatne informacje Miejsce: Museu do Vinho dos Biscoitos znajduje się na północy wyspy, w Biscoitos, przy Canada do Caldeiro 3. Dni i godziny otwarcia: wtorek-sobota, 13:30-16:00 Dojazd: ze względu na degustację proponuję transport publiczny; dojedziecie tam autobusem nr 1 z Angry (powiedzcie kierowcy: „Biscoitos, Museu do Vinho”); rozkład autobusów na Terceirze znajdziesz TUTAJ. Wstęp wolny Ceny win: w zależności od gatunku i rocznika od ok. 10 do ok. 40 EUR Rekomendacje: wino likierowe Przyjemnego zwiedzania i degustowania! Niech wino z Biscoitos będzie z Wami!

Pamiątki z Azorów

Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że ta lista tak naprawdę nie ma końca. Możesz dopisać tyle punktów, ile tylko przyjdzie Ci do głowy. To jak, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wolniejsze tempo. Na Azorach życie toczy się w swoim rytmie. Kiedy pójdziesz do baru, kelner obsłuży Cię dopiero jak skończy rozmawiać ze swoim znajomym. Przeszkadza ci to? Rozsiądź się wygodnie i wciągnij w płuca zapach kawy i spokoju. Zaakceptuj rzeczywistość taką, jaka jest. Czas płynie na wyspach powoli, a relacje międzyludzkie są tu o wiele ważniejsze niż biznes. Jeśli włączysz tryb offline, wyhamujesz choć odrobinę i pozwolisz wyspiarskiej rzeczywistości poprzestawiać Twoje priorytety – gwarantuję Ci, że zachowasz przyjemną dawkę wakacyjnego luzu po powrocie na stały ląd. 2. Wspomnienie wszechobecnej zieleni i zachodów słońca nad oceanem. Azory są zielone. Na 8 z 9 wysp w archipelagu króluje milion odcieni zieleni. Zawdzięczamy to dużej wilgotności i dużej ilości opadów. Tak, dobrze czytasz – ten deszcz, na który możesz się natknąć o każdej porze roku, jest bezpośrednim sprawcą zapierających dech w piersiach widoków na pola i lasy jak ze scenografii „Władcy pierścieni”. Ukojenie dla oczu i serca w najczystszej postaci. A zachody słońca… Zachodów słońca nigdy nie za dużo. Wystarczy jeden, żebyś zabrał(a) ze sobą wspomnienie, na które będzie Ci się robiło ciepłej na sercu. A każdy kolejny tylko będzie to ciepło wzmacniał. Pewnie czasem najdzie Cię tęsknota, ale za takimi zachodami warto tęsknić. 3. Smak świeżych ryb i owoców morza. Smaki to jedna z pamiątek, które zostają z nami na długie lata. Pyszny dorsz (narodowa potrawa Portugalczyków), grillowane kałamarnice, świeżo wyłowione lapas (skałoczepy) czy boca negra (dosł. „czarne usta”, ryba z gatunku Helicolenus dactylopterus) nie chcą dać o sobie zapomnieć. A jak do tego dołożysz ośmiornicę, cracas (pąkle) i lokalnego tuńczyka – możesz nie chcieć jeść ryb i owoców morza nigdzie indziej do końca życia. Może słaba to prognoza na przyszłość, ale za to doświadczenie – jedyne w swoim rodzaju. 4. Ocean. Nie, nie podpowiadam, żeby spakować ocean w plecak. Ale żeby zabrać ze sobą kojący dotyk wody otulającej całe ciało. Żeby zabrać jej słony smak. Widok fal rozbijających się o czarne wulkaniczne skały. Szum wiecznie żywej, wiecznie płynącej wody. Ocean to życie. Życie dla fauny i flory morskiej, życie dla nas. Zabierz ze sobą z wakacji odrobinę życia! 5. Energia do rozpoczęcia nowego dnia. Niezależnie od okoliczności. Niezależnie od planów. Od tego, czy działasz zgodnie z nimi, czy może w Twoim dniu wydarzyła się kolejna rewolucja. Na Azorach pogoda zmienia się często. Nie bez powodu mówi się, że można tu przeżyć 4 pory roku w ciągu jednego dnia. Kiedy nagle zaczyna padać, nikt nie zaczyna płakać, że przez to musi zmienić swoje plany. Po prostu – zmienia je. I z nową energią zaczyna nowe działanie. I to się przekłada na życie. Zmiany pogody na Azorach mogą Ci pokazać, że warto robić plany, ale nie warto się martwić, kiedy nie wypalają. Wystarczy się zatrzymać na chwilę i zrobić nowe. I wejść z nową energią w nowy dzień. A czasem w nowy etap życia. Bo skoro już mamy to życie, to lepiej przeżyć je dobrze niż słabo. Nawet jeśli pada. To są moje pamiątki z Azorów. Takie, które przywiozłam ze sobą już po pierwszej wizycie na środku Atlantyku. Które zabieram ze sobą, kiedykolwiek stąd wyjeżdżam. Są ze mną. Pomagają mi żyć i cieszyć się życiem. To pamiątki z Azorów, których jest pod dostatkiem dla każdego. Wystarczy otworzyć oczy i serce. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie…”* Dobrego dnia! Dobrych wspomnień! *Adam Mickiewicz, „Romantyczność”

Na huśtawce

Wczoraj przeczytałam w artykule Janiny Daily, że osoby żyjące pomiędzy dwoma krajami nazywa się osobami na huśtawce. Nie chcę wchodzić w szczegóły definicji. Moje intuicyjne rozumienie tematu lekko się z nią rozminęło. A co zrozumiałam? Ot, że jesteś trochę tu, trochę tu. Niekoniecznie fizycznie. Bardziej mentalnie. To read an English version of this article click HERE. Masz rodzinę i przyjaciół w kraju pochodzenia – i masz nowych przyjaciół i znajomych w nowym kraju. Masz swoje ulubione miejsce w ojczyźnie – i nowe ulubione miejsca w kraju goszczącym. Zdjęcie z pradziadkiem i prababcią w pokoju w domu rodzinnym – i zdjęcie z rodzeństwem i kuzynostwem w pokoju na środku Atlantyku. Jak na huśtawce… …lawirujesz pomiędzy telefonami do domu i piwem ze znajomymi na miejscu. Tu za wcześnie, żeby zadzwonić, tu za późno, tu ktoś nie odbiera, tu jesteś bez zasięgu, a tu już nieważne, już kryzys minął. Na miejscu najpierw poznajesz ludzi i cieszysz się, że są tacy mili i otwarci. Ale kiedy skończy się wymiana zdań w stylu „Skąd jesteś?” i „Co cię tu sprowadziło?”, zaczyna się frustracja. Że do zbudowania przyjaźni potrzeba czasu. Że nikt cię nie rozumie. Że nie rozumiesz żartów. Dzwonisz do swoich wieloletnich przyjaciół i skarżysz się na to, że nigdzie nie ma mozzarelli, a na ciepłą wodę w kranie musisz czekać 10 minut. I że pracujesz w rękawiczkach, bo w budynku jest zimą zimniej niż na zewnątrz. A oni starają się pomóc. Starają się, ale nie rozumieją. Żyją w innej rzeczywistości. Na innej planecie. Chcą dla ciebie jak najlepiej, ale ich zasady nie pasują do tej gry. Bo ty już wiesz, co wolno, czego nie wolno, choć nie ze wszystkim się zgadzasz. Machasz ręką na te rzeczy, które nadal bulwersują nowo przybyłych. I ze zdumienia otwierasz szeroko oczy na rzeczywistość w ojczyźnie. Bo przecież nie tak się traktuje ludzi. Bo przecież nie tak się odpowiada przyjaciołom. Bo przecież są w życiu ważniejsze rzeczy niż obiad za 400 zł. I wtedy przypomina ci się, jak twoja przyjaciółka mówiła: „Ty się urwałaś z choinki, życie nie jest takie piękne”. I rozglądasz się wokół, i myślisz: „Ale przecież jest!” I rozglądasz się jeszcze raz, i widzisz wszystko to, co cię denerwuje, co nie pozwala ci oddychać. Co cię wtłacza w sztywne ramy i ogranicza. I myślisz sobie, że gdzie indziej miałaś więcej możliwości. Że gdzie indziej wystarczyło złapać pierwszy lepszy pociąg czy samolot – i mogłaś być gdziekolwiek. Że gdzie indziej była w sklepie mozzarella i twoje ulubione płatki. I nieważne, że jadłaś je raz na rok, bo niezdrowe – ale były. I jednocześnie myślisz, że już tam nie pasujesz. Bo za bardzo kochasz to, co teraz. Bo nowa rzeczywistość, mimo że frustrująca, jest bliższa twojemu wyobrażeniu o dobrym świecie niż jakakolwiek innej do tej pory poznana. Ale wiesz, że tu nie pasujesz. Już zawsze będziesz „tą Polką”. Choćbyś została tu całe życie, zawsze będziesz w pewnym sensie obca. Nigdy nie wnikniesz w pełni w kulturę, nie powspominasz wspólnego dzieciństwa, nie będziesz miała głębokich korzeni, jak wszyscy wokół. I tak, jednocześnie myślisz, że u siebie w ojczyźnie też już nie pasujesz. Myślisz inaczej, działasz inaczej, zachowujesz się inaczej. Tęsknisz za swoim łóżkiem, które jest już w nowym domu. Za pogodą, na którą przestałaś kląć, a którą zaczęłaś doceniać. Za innym tempem życia, za innymi wartościami. Czujesz, że nie pasujesz to żadnej układanki. I wtedy wkracza znajoma i mówi: „Kochana, ty już nigdy nie będziesz pasowała ani tu, ani tam! Dziewczyno, zrozum, teraz jesteś obywatelem świata!” I pozamiatane. Dziękuję za uwagę. Wracam na moją huśtawkę.

Sanjoaninas – największe święto na Azorach

Sanjoaninas Tercera Azores marchas

Sanjoaninas to największe świeckie święto na całych Azorach. To 10 dni świętowania skupione wokół św. Jana (św. Jan to po portugalsku São João) i wokół Angry. I tutaj dwa wyjaśnienia. Pierwsze wyjaśnienie – tak, święto świeckie, i tak, skupione wokół św. Jana. Trochę jak w Polsce noc świętojańska, która wywodzi się z tradycji pogańskich. Drugie wyjaśnienie – Sanjoaninas to święto Angry, stolicy Terceiry. Ale biorą w nim udział wszyscy. Cała wyspa, cały archipelag, Portugalczycy z kontynentu, turyści z różnych stron świata. Dla nikogo nie zabraknie miejsca. To read an English version of this article click HERE. Sanjoaninas to święto pełne radości i lokalnego folkloru. Jego początki sięgają XVI wieku. Czytaj: niedługo po osiedleniu pierwsi mieszkańcy Terceiry zaczęli świętować. Forma naturalnie ewoluowała. W 1934 r. po raz pierwszy pojawiła się otwierająca Sanjoaninas parada z orszakiem królewskim. I ten element tradycji przetrwał po dziś dzień. Co roku wybierany jest nowy temat parady, związany z historią i tradycją wyspy. Co roku też wśród lokalnych dziewcząt wybierana jest nowa królowa Sanjoaninas, która jedzie na specjalnie przygotowanej platformie i pozdrawia publiczność. Wokół niej, również na wymyślnych platformach, zgromadzone są dwórki, przed nią i za nią idzie cały orszak. Podczas Sanjoaninas można też zobaczyć liczne grupy taneczne i orkiestry filharmoniczne. Poprzebierani w fantazyjne i/lub tradycyjne stroje ochotnicy najpierw ćwiczą tygodniami, a potem prezentują się w pierwszą noc Sanjoaninas. Przemieszczają się ulicami Angry, tańcząc i śpiewając pieśni przygotowane specjalnie na Sanjoaninas. Za nimi zwykle idzie orkiestra, również złożona z ochotników, która przygrywa im do tańca i śpiewu. W tych paradach, znanych jako marchas, może wziąć udział każdy – i to jest piękne! Spotka się tam starych, młodych, grubych, chudych, ładnych, brzydkich, wysokich, niskich, umiejących śpiewać czy tańczyć i muzyczne beztalencia… Dla każdego jest miejsce! Sanjoaninas łączą tradycję, kulturę i kuchnię. Na każdym kroku widać tzw. tascas (l.poj. tasca), czyli taszki – miejsca, gdzie można kupić coś do jedzenia lub/i do picia. Zazwyczaj są to lokalne tradycyjne przysmaki: morcela (lokalna kaszanka), linguiça (lokalna kiełbasa), alcatra (coś a la gulasz), bifana (bułka z kotletem), tremoços (ziarna łubinu), lapas (skałoczepy), steki, ryby… Tak, dobrze widzicie – głównie mięso. Jest też dużo piwa. Mikropiwa. Lokalne małe piwo ma 0,2 l. Pije się też wino i sangrię. I caipirinhę – pyszny brazylijski drink , którego bazą jest cachaça – alkohol z trzciny cukrowej. (Jeśli chcecie wypić świetną caipirinhę, pytajcie o taszkę prowadzoną przez João). A co z tą kulturą i tradycją? Tak się skupiłam na jedzeniu (chyba jestem głodna!), że zapomniałabym o tradycji i kulturze. Tradycja i kultura są w zasadzie widoczne na każdym kroku. Sanjoaninas to bowiem nie tylko parady, ale też przystrojone ulice, wywieszone przez balkony koce i mnóstwo wydarzeń. Są koncerty, wydarzenia sportowe (regaty, wyścigi kajakarskie, wspinaczka uliczna, turnieje tenisowe i in.), parady różnych grup (np. harcerzy), spektakle teatralne na scenach i na ulicach, wystawy, targi rękodzieła… W noc św. Jana, już nad ranem, jest też skakanie przez ogniska i jedzenie sardynek – ryb prawie tak typowych dla Portugalii jak dorsz. Oczywiście nie może zabraknąć również atrakcji związanych z bykami. Podczas Sanjoaninas odbywają się tradycyjne tourady (pisałam o nich w tekście Tourada à corda), w tym tourada à corda w Porto Pipas – porcie w Angrze, uliczne biegi byków oraz tourady na arenie – z toreadorami na koniach lub bez. Te ostatnie to najbardziej kontrowersyjna forma rozrywki. Byków w Portugalii się nie zabija, nie da się jednak ukryć, że są ranione. Przeciwników tourad jest jednak nadal mniej niż ich zwolenników. Jak wspominałam – tourady to wciąż jedne z najważniejszych wydarzeń społecznych na wyspie. Pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. Mieszkańcy Terceiry lubią się bawić. Okazji do świętowania na wyspie nie brakuje, a Sanjoaninas wręcz idealnie wpasowują się w filozofię, że pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje po to, żeby pracować. (Dzień św. Jana to tutaj dzień wolny!) Jako że to niewielka wyspa z bardzo ograniczonymi możliwościami rozwoju zawodowego, mało kto poświęca się karierze. Praca stanowi raczej źródło dochodu i relacji społecznych niż samorealizacji. W związku z tym większość osób skupia się na życiu pozazawodowym. Sanjoaninas, Festas da Praia, karnawał, tourady, Festas do Espírito Santo, święta poszczególnych wiosek – to okazje do wyrażenia radości i zacieśnienia więzi społecznych. A jak się żyje w małej społeczności, więzi są ważne. W sumie jak się żyje w dużej społeczności, też są ważne, tylko o tym zapominamy. A szkoda. Bo – jak mówi moja ciotka – w kupie raźniej. Co doskonale widać na Sanjoaninas, kiedy czasem nie można przejść z jednego końca ulicy na drugi. Nie, nie dlatego, że ulice są tak długie jak Aleje Jerozolimskie. Chodzi raczej o to, że co 5 kroków spotyka się kogoś znajomego. I ucina pogawędkę. I od razu wiadomo, skąd na Sanjoaninas tyle radości! Polecam gorąco i mam nadzieję, że do zobaczenia! PS Program Sanjoaninas możecie sprawdzić TUTAJ. Gdybyście mieli problem z rozszyfrowaniem języka portugalskiego, śmiało dawajcie znać, w miarę możliwości będę Wam pomagać! 🙂

Carnaval na Terceirze

Carnaval na Terceirze, czyli wielki karnawał na małej wyspie. Carnaval (czyli karnawał) jest jednym z wydarzeń, na które mieszkańcy wyspy czekają przez cały rok. A ledwo się skończy – leczą przeziębienie i czekają na następny. I następny. I następny. To tradycja, której zdecydowanie warto się przyjrzeć. Przeprowadzę Was przez nią moimi oczami. To read an English version of this article click HERE. „Musisz iść na karnawał!” – słyszę. Ale jak to „muszę”? Karnawał jak karnawał, każda okazja do świętowania jest dobra, a ja w tej chwili nie mam ochoty świętować. No i jak to – że karnawał trwa od soboty aż do wtorku? I że wtorek (polskie Ostatki) to niby dzień wolny tylko dlatego, że jest impreza? I część instytucji publicznych ma też wolny poniedziałek? No jak to? Ale dobrze. Zakładam skórzaną sukienkę, maluję czarną pajęczynę wokół oczu i wychodzę. Później słyszę, że mój strój bardziej pasował do Halloween niż do karnawału. Że to na Halloween jest mrocznie, a na karnawał dziko i kolorowo. Ale nie szkodzi, idę sprawdzić, wokół czego tyle zamieszania. Przed wyjściem z baru znajomego jeszcze widzę chłopaka w różowej baletowej spódniczce i różowych tiulowych skrzydłach. Wychodzę. Idę na Rua de São João. A tam impreza na całego. Rua de São João to jedna z ulic prowadzących od głównej Rua da Sé do mariny w Angrze. Podczas karnawału (podobnie jak podczas Sanjoaninas) staje się imprezowym centrum wyspy. Wszyscy, którzy kochają zabawy kostiumowe, docierają właśnie tutaj. Zwłaszcza w ostatnią sobotę i… poniedziałek karnawału. Tak, poniedziałek – w końcu wtorek jest wolny i można odespać. Stworzenie wymyślnego, oryginalnego kostiumu to wyzwanie, którego wiele osób z radością się podejmuje. Kombinują, kupują, zamawiają, szyją, dziergają, tną, kleją, malują… Im bardziej wyraziście i kolorowo, tym lepiej. Na ulicach widać czarownice, piratów, żaby, rycerzy, drzewa, a nawet Fridę Kahlo. „To po to w sklepach te kostiumy Spidermana i pokojówki, i maski, i kapelusze w przeróżnych kolorach i kształtach” – myślę. I obserwuję grupki roześmianych ludzi, którzy bawią się, jakby to była najlepsza impreza ich życia. Kto wie, może jest. Kolejna najlepsza będzie w poniedziałek. Kolejna – podczas Sanjoaninas. A potem znów karnawał. Chodzę i przyglądam się ludziom. Sama jestem w nastroju mało zabawowym, to w końcu luty 2017, początki mojego pobytu na wyspie, kiedy jeszcze nie wiem, co i jak, za to czuję, jak bardzo jestem inna. Niby na ulicy jest tłum, ale jakoś nie umiem się w tym tłumie zgubić. Wracam do domu z poczuciem, że to fantastyczna tradycja, ale nie moja. Może kiedyś się do niej przekonam, może nie. Ale na pewno jest to impreza, którą warto zobaczyć. Za to bailinhos podbijają moje serce. O bailinhos też mówią wszyscy wokół. I wszyscy się dziwią, że nie wiem, co to jest. Cóż, to tradycja typowa dla Terceiry, więc nic dziwnego, że jej nie znam. Ale szybko poznaję. Bailinhos to grupy teatralno-muzyczno-taneczne, złożone głównie z amatorów, które są tworzone specjalnie na okres karnawału (ostatni weekend, od soboty do wtorku). Autorskie scenariusze, muzyka, układy choreograficzne, specjalnie szyte kostiumy we wszystkich kolorach tęczy, długie weekendowe i wieczorne próby… To wszystko po to, żeby przez cztery dni jeździć od ośrodka kultury do ośrodka kultury i komentować ze sceny współczesną społeczną i polityczną rzeczywistość. Zarówno lokalną, zrozumiałą tylko dla mieszkańców wyspy czy wręcz gminy, jak i ogólnoświatową. Czasem w grupach znajdują się profesjonaliści, ale zwykle bailinhos zostają osoby, które mają swoje inne prace i zajęcia – i tylko na okres karnawału przywdziewają barwny kostium i wchodzą na scenę. Niektórzy niezmiennie co roku od dwóch dekad. Albo i dłużej. Bo to zajęcie, które wciąga. Zanim to jednak nastąpi, bailinhos czekają długie tygodnie przygotowań. Karnawał to wydarzenie na tyle ważne, że w szkołach przekładają terminy sprawdzianów z jego powodu! Moje pierwsze zetknięcie z bailinhos składa się głównie z pytań zaczynających się od „Ale jak to?” Ale jak to nie ma żadnego harmonogramu? Ale jak to nie wiadomo, kiedy przyjedzie następna grupa? I kto będzie tą następną grupą? Ale jak to nie macie pojęcia, ile będzie trwało? Ale jak to macie jedzenie i picie, i koce? Naprawdę macie zamiar siedzieć tu od popołudnia aż do rana?? Podczas pierwszego spotkania z bailinhos nie rozumiałam nie tylko ani słowa ze sceny, ale też nie rozumiałam całego kontekstu kulturowego. W małych i większych ośrodkach kultury ludzie przychodzą jak najwcześniej, zajmują sobie miejsca, obkładają się kocem i siedzą faktycznie od popołudnia aż do świtu. Oglądają przedstawienie za przedstawieniem, komentują, porównują do tego, co dana grupa pokazała w zeszłym roku. Zastanawiają się, którzy bailinhos są w tym roku najciekawsi, oceniają scenografie i kostiumy, czekają z niecierpliwością, aż na scenie pojawi się ich sąsiad, córka albo sprzedawca ryb. Chodzą do baru na bifany i częstują się nawzajem ciastkami. Tak, przy każdym ośrodku kultury na czas karnawału jest otwarty bar, w którym można kupić bifanę (wspominana już przeze mnie kilka razy bułka z kotletem, absolutny hit każdego wydarzenia), piwo oraz inne napoje i przekąski. Poza tym, każdy jest zazwyczaj dobrze zaopatrzony w chipsy, ciastka i oranżady. Karnawał to nie jest czas na zdrowe odżywianie, zresztą na wyspę niestety jeszcze ten trend nie dotarł. Na karnawał docierają za to liczne bakterie i wirusy. Nic dziwnego, że po całonocnych imprezach na ulicach i siedzeniu do rana na salach pełnych ludzi duża część osób później chodzi i kaszle, kicha i kuli się z zimna. Niektóre osoby, chcąc uniknąć choroby, wybierają oglądanie występów bailinhos w wygodnym fotelu we własnym domu. Tak, niektóre występy są nadawane na żywo przez lokalną telewizję. To nie to samo, co uczestniczenie w tym wielkim wydarzeniu społecznym na żywo, ale zawsze jest to opcja dla tych, którzy nad emocje na żywo przekładają swój komfort i zdrowie. Lub po prostu nie mają możliwości wyjścia z domu. Ale wracając do moich „Ale jak to?” – to wszystko, czego nie byłam pojąć przy pierwszym moim zetknięciu z bailinhos, stało się całkowicie normalnym już w następnym roku. Nuciłam do karnawałowych piosenek lecących w kółko w radiu, siedziałam ze znajomymi na twardej ławce w ośrodku kultury, śmiałam się z lokalnych żartów, głośno klaskałam w rytm skocznej muzyki i komentowałam wyjątkowo piękne

Dia de Amigos, czyli Dzień Przyjaciół na Azorach

Dia de Amigos, Dia de Amigas

Dia de Amigos, Dia de Amigas, Dia de Compadres, Dia de Comadres… Na Azorach wyjątkowo intensywnie świętuje się ostatnie cztery czwartki karnawału. Dzień Przyjaciół, Dzień Przyjaciółek, Dzień „Współojców” i Dzień „Współmatek” to święta wyjątkowe, typowe dla archipelagu azorskiego. I nadal ważne, szczególnie te dwa pierwsze. A jak to się zaczęło? To read an English version of this article click HERE. Historia obchodów tych świąt ma prawdopodobnie około 100 lat. Sąsiedzi gromadzili się, żeby przygotować kukurydzę, pszenicę i inne zboża na zbliżające się Festas do Espirito Santo, czyli uroczystości ku czci Ducha Świętego. Żeby się nie nudzić, zajmowali sobie czas poezją i przyśpiewkami. Więzi między sąsiadami zacieśniały się, a wiersze i utwory muzyczne coraz chętniej wychwalały przyjaźń. Po jakimś czasie tradycyjne przygotowania do Festas do Espirito Santo przestały mieć aż takie znaczenie. Spotkania w niewielkich grupach zastąpiono organizacją na poziomie gminy. Przyjaciele i znajomi nadal jednak chętnie się spotykali. Wartością stało się wspólne spędzanie czasu i celebrowanie znajomości. Dziś Dzień Przyjaciół i Dzień Przyjaciółek są jednymi z najchętniej obchodzonych świąt na Terceirze. Czwarty czwartek przed końcem karnawału to Dzień Przyjaciół. Wszystkie panie zostają w domu, a na ulice wyspy wylegają grupy panów. Grupy te mogą liczyć zarówno trzy osoby, jak i trzydzieści – wedle zasady „przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem”. Takie spotkanie to okazja do wyrwania się z rutyny codziennego życia, do psychicznego odpoczynku i zobaczenia się z tymi, z którymi czasem nie widziało się od długiego czasu. A dla lokalnych lokali gastronomicznym – dla podbudowania swojego budżetu. Trzeci czwartek przed końcem karnawału należy do pań. Często fantazyjnie, karnawałowo ubrane grupy kobiet świętują Dzień Przyjaciółek, podobnie jak panowie, w restauracjach, barach i innych miejscach, gdzie można zjeść i wypić coś dobrego, a czasem potańczyć lub… pokibicować striptizerowi w jego pokazie. Tak, tak, striptiz na katolickich, konserwatywnych w poglądach wyspach to nie jest nic zaskakującego i często towarzyszy Dia de Amigos i Dia de Amigas. Jeszcze nie rozwikłałam zagadki, jak to jest możliwe, ale… stojący na ulicy automat z prezerwatywami, lubrykantami i testami ciążowymi na pewno stanowi element tej samej układanki. Dzień Współojców i Współmatek są bardziej spokojne. Zazwyczaj upamiętniane sms-em z pozdrowieniami czy drobnymi słodkościami. Ale, ale – kim jest w ogóle współojciec? Kim jest współmatka? „Współojciec” i „współmatka” to moje tłumaczenia, będące kalkami językowymi. Myślę, że w tym przypadku kalki najwierniej oddają sens tych funkcji. Współojcowie i współmatki to grupy osób tej samej płci, które mają duży wpływ na wychowanie nowego członka społeczeństwa. Współojcowie to najczęściej ojciec i ojciec chrzestny danego dziecka, współmatki – matka i matka chrzestna. Na wyspach bowiem życie nadal toczy się w grupach. Oczywiście coraz bardziej popularny robi się zachodnioeuropejski indywidualizm, ale większość życia społecznego cały czas opiera się na kontaktach międzyludzkich, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych. Rodzina to świętość, a przy okazji – wielka pomoc w codziennym życiu. Siostra podrzuci jajka i mleko od krowy, brat – pomarańcze, mama – świeżo upieczone ciasto, kuzynostwo zajmie się dzieckiem przez sobotnie popołudnie – i można funkcjonować. A w kolejną sobotę przejąć kolejkę opieki nad dziećmi kuzynostwa. I podrzucić wszystkim zainteresowanym fasolę z ogródka za domem. Fasoli za domem nie mam, ale w grupie przyjaciół faktycznie funkcjonuję. A Dia de Amigas świętowałam na wyspie już trzy razy. Jest co świętować! Przecież przyjaźń to jeden z najpiękniejszych wynalazków ludzkości! Dia de Amigas to lokale wypełnione po brzegi pełnymi dobrej energii kobietami, to ulice pełne rozgadanych spacerowiczek, to samochody, w których widać roześmiane damskie twarze… Dobrze widzieć tyle radości w jednym momencie. A jeszcze lepiej – dać się tej radości ponieść i naładować sobie nią baterie na kolejne dni. A gdyby zabrakło, wiecie – telefon do przyjaciela. Albo przyjaciółki!

Dzień z życia wyspiarki

Buty, widok na zatokę w Angrze

Jeden dzień z życia wyspiarki. Importowanej wyspiarki. Importowanej niewyspiarki. No dobrze – jeden dzień z życia na wyspie. 6:45 – dzwoni budzik. Wyciągam rękę i stukam gdzieś w środek ekranu telefonu, żeby przestał dzwonić. Przekręcam się na drugi bok. 6:55 – dzwoni budzik. Włączam kolejną drzemkę, już bardziej tego świadoma. 7:05 – dzwoni budzik. Pora otworzyć oczy. Przez zasłony nieśmiało wdziera się dzień. Jak dobrze, że nie zamknęłam okiennic, przynajmniej widać, że zaczął się dzień. Światło jest żółtawo-różowawe. To znaczy, że jest ładny poranek i trwa złota godzina. Dowiedziałam się od znajomego fotografa, że złota godzina to pierwsza godzina po wschodzie słońca i ostatnia godzina przed zachodem słońca. Podczas złotej godziny jest najlepsze światło i wychodzą najpiękniejsze zdjęcia. Znów myślę o tym, że miałam wstać na wschód słońca. Przecież do mariny mam 7 minut pieszo. „Jutro” – stwierdzam i powoli zwlekam się z łóżka. Idę do kuchni i wstawiam przygotowaną dzień wcześniej owsiankę do mikrofalówki. Wracam do pokoju, chwytam przygotowane dzień wcześniej ubrania i wchodzę po schodach do łazienki. Poranna toaleta, śniadanie, internet, żeby sprawdzić, jaką Márcio ma dziś zupę w barze. Pisałam do niego wczoraj wieczorem z tym pytaniem, ale nie widziałam wcześniej odpowiedzi. Brokułowa. Super! Zakładam kurtkę, chwytam klucze, torebkę, torbę z jedzeniem, plastikowy pojemnik na zupę – i do samochodu. Muszę zrobić nawrotkę na mieście, bo mieszkam w centrum, a tu wszędzie jednokierunkowe. Dojechałam – Pastelaria Santa Bárbara. Zatrzymuję się na awaryjnych przed wejściem, mówię głośno „Bom dia” i widzę roześmianego przyjaciela. „Good morning, how are you?” – i dwa buziaki, po portugalsku. „Dobrze” – odpowiadam – „A ty?” – pytam. Odpowiedź jest zawsze taka sama: „Świetnie!” Lubię zaglądać z rana do Márcia, bo zawsze dostaję kopa pozytywnej energii. Czasem przychodzę kwadrans wcześniej, żeby wypić kawę (zawsze galão – espresso z dużą ilością spienionego mleka) i zjeść moje ulubione ciacho Dona Amélia. A tak naprawdę – żeby popatrzeć na ten poranny rozgardiasz, posłuchać wesołych rozmów o wszystkim i o niczym, poobserwować kończących śniadanie strażaków, którzy właśnie zeszli z nocki, dowiedzieć się, nad jakim nowym projektem fotograficznym pracuje Márcio, i nacieszyć się życiem i poczuciem swojskości. Spędziłam w tej pastelarii tyle czasu, że czuję się tam jak u siebie. I nie tylko ja – 90% klientów wraca nie tyle po kawę, ale po serdeczne słowo, uśmiech, po poczucie, że jest się mile widzianym. Pełna dobrej energii mogę zacząć dzień. Wracam do samochodu, wyłączam awaryjne i jadę do pracy. Uśmiecham się do krów pasących się na łące. Jest ładny dzień, więc w drodze z parkingu do biura widzę ocean i Monte Brasil. Widok, który mi się nigdy nie nudzi. Jeśli jest mgliście, widzę biuro. Czasem las za biurem. I kawałek pól. I to by było na tyle. To Azory, najlepsza prognoza pogody to ta za oknem. Na najbliższe 5 minut. Podczas przerwy na lunch wrzucam foto na Instagrama i usiłuję odpowiedzieć na wiadomości rodziny i przyjaciół z Polski. I tych rozsianych po innych zakątkach świata. Lunch jem nie po portugalsku, w pracy. W Portugalii przerwa na lunch nie jest wliczana w czas pracy. Portugalczycy mają godzinną przerwę wpisaną w umowę. Podczas tej przerwy zwykle jadą do domu i jedzą lunch z bliskimi. Rodzice odbierają dzieci ze szkoły, znajomi spotykają się na mieście. To święty czas, w którym pracownika nie ma dla nikogo. Ja mam półgodzinną przerwę, bo tak wolę. Nie mam tutaj mamy ani cioci, do których mogę wpaść na obiadek, więc nie jest mi potrzebna godzinna przerwa, która wydłuża moje godziny w pracy. Swój posiłek zjadam w towarzystwie Messengera, WhatsAppa i Instagrama. Albo osób, które są po drugiej stronie i czekają na mój odzew. O 17 wychodzę z pracy. Kolega pyta, czy idę się dziś wspinać. „Taaak!” – rozjaśniam się od razu. Chcę go spytać o kilka kwestii, które akurat mi się przypomniały, ale zerkam na zegarek, robię w głowie rachunek rzeczy do zrobienia przed wspinaczką i czasu, który na nie potrzebuję, i stwierdzam, że praca nie zając. Ruszam. Zajeżdżam po drodze do sklepu, bo skończyły mi się pomidory, a bez nich trudno mi żyć. Uśmiecha się do mnie jeszcze bolo lêvedo, czyli pyszny chleb z São Miguel, a do tego przecenili wino, które lubię – z 2,16€ na 1,86€. Myślę o tym, jak kocham Portugalię za ceny wina, i pakuję chleb i dwie butelki. Stoję już przy kasie, sympatyczna pani kasjerka dopytuje mnie, jak tam święta, kiedy coś mi zaczyna wibrować w torebce. Odbieram telefon: „Nie mogę teraz rozmawiać, jestem w sklepie, zadzwonię do ciebie dosłownie za 5 minut, dobrze?” Słyszę „Dobrze” w odpowiedzi, chowam telefon. Pani kasjerka się śmieje: „Rozumiem polski! Właśnie powiedziałaś, że nie możesz rozmawiać, ale za chwilę oddzwonisz, prawda?” Kończymy rozmowę, życzymy sobie dobrej nocy – i wychodzę. Oddzwaniam. Słucham o tym, co w Polsce i na świecie, opowiadam, że idę się dziś wspinać i że ostatnio zrobiłam drogę, do której wcześniej nawet się nie przymierzałam. Ale miałam bardzo dobry dzień, byłam radosna i pełna wiary we własne możliwości. I miałam wsparcie koleżanki, która stanęła i mnie asekurowała tam, gdzie najbardziej bałam się spaść. Bo to był boulder, ponoć na boulderze rozwiązuje się problemy, ale mnie to nie brzmi. Ja zrobiłam drogę i tym samym rozwiązałam problem, jaki miałam z tą głową w mojej głowie. „Dobrze słyszeć cię taką pozytywną!” Cieszę się. Znajomy, przyjazny głos też zawsze dobrze słyszeć. O 17:30 wchodzę do domu i robię szybkie rozeznanie: ciuchy na wspinaczkę przygotowane dzień wcześniej czekają, zebrać pranie, rozpakować się, przebrać, zjeść, umyć – co pierwsze? Jedzenie! Raz, że jestem głodna, dwa, że muszę mieć choć chwilę na spalenie przed treningiem tego, co zjem. Nie są to przepisowe dwie godziny, wiem, ale kilka razy już poszłam głodna i nie wyszło mi to na dobre. Podczas jedzenia na zmianę słucham na YouTubie „Faith & Wine” Cristóvama i wiadomości na WhatsAppie. Odpisuję na wiadomości głosowe na bieżąco, jak trwają, bo tak mi łatwiej – na koniec długiej wiadomości już nie pamiętam, co było na jej początku. I myślę o tym, że muszę sobie chyba zgrać płytę na telefon, bo ciągłe włączanie i wyłączanie YouTube’a mnie

Transport publiczny na Terceirze

Jak wygląda transport publiczny na Terceirze? Czy da się nim poruszać po wyspie, czy trzeba koniecznie wynajmować samochód? Czy da się dotrzeć w część miejsc pieszo? Jakie są odległości? Takie pytania pojawiają się przed Waszymi podróżami na wyspę – ja sama też często takie mam przed wyjazdami. Nie zawsze mamy nieograniczony czas na poznanie danego miejsca, czasem dysponujemy tylko kilkoma dniami, które chcemy dobrze wykorzystać. W takich sytuacjach dobrze zapoznać się z warunkami transportowymi jeszcze przed wyjściem z samolotu. Na początek – jak wygląda Terceira? Terceira ma ok. 400 km kw. To ok. 80% powierzchni Warszawy. Ta informacja może Wam pomóc w wyobrażeniu sobie, jaki to obszar. Z południa na północ wyspy jest 18 km, z zachodu na wschód – 29 km. I jest to wyspa wulkaniczna, co oznacza w tym przypadku, że każda droga to góra – dół – góra – dół. Jakie są dostępne opcje? Opcji przemieszczania się po Terceirze jest kilka: chodzenie pieszo, jeżdżenie rowerem, transport publiczny, autostop, wynajęcie samochodu, taksówka, wycieczki z przewodnikami. Chodzenie pieszo jest możliwe w ramach jednego obszaru (np. Angra – stolica wyspy – i jej okolice), ale żeby zwiedzić w ten sposób całą wyspę, trzeba by zarezerwować sobie naprawdę dużo czasu. I trzeba pamiętać, że przy większości dróg na wyspie nie ma chodników (nawet w ramach miast / wsi), co przekłada się na bezpieczeństwo. Rower to opcja dla tych, którzy mają mocne nogi i płuca. Kilkusetmetrowe przewyższenia to standard. W centrum wyspy można pojeździć rekreacyjnie (jest trochę płaskich obszarów), są nawet organizowane wycieczki, np. śladami Darwina, ale najpierw trzeba się tam jakoś dostać. Opcja dla tych, którzy kochają rower i wolą poznawać świat z jego perspektywy. Transport publiczny – szybszy niż poruszanie się pieszo, mniej wysiłkowy niż rower i tańszy niż wynajęcie samochodu. Niestety, nie da się nim dojechać we wszystkie miejsca. Jednak właśnie on jest często Waszym obiektem zainteresowania, postanowiłam go Wam opisać. Szczegóły poniżej, tymczasem – kolejne ostatnie opcje przemieszczania się (nie liczę jazdy konnej, na hulajnodze etc.). Autostop – osobiście nie korzystałam, ale wiem z historii innych osób, że na wyspie widok turysty z plecakiem czasem jeszcze porusza serca mieszkańców – i w wielu niektórych będziecie mogli liczyć na uprzejmość kierowców. Pamiętajcie przy tym, że nie ma czegoś takiego jak podróżowanie za darmo. To, że Wy za coś nie płacicie, nie oznacza, że jest to za darmo. W przypadku autostopu po prostu ktoś inny płaci za paliwo. Pamiętajmy o tym i odwdzięczmy się innej osobie w innym czasie i miejscu – żeby dobro krążyło po świecie. Wynajęcie samochodu. Jest tutaj sporo firm, które proponują takie usługi. Działają one na standardowych zasadach. Samochód najlepiej zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Część firm ma swoje przedstawicielstwa również na lotnisku – i te są zwykle najbardziej godne zaufania. Jeśli chcecie być dobrymi, odpowiedzialnymi turystami, wynajmujcie samochody u firm lokalnych, nie u wielkich międzynarodowych pośredników. Taksówka. Na Terceirze postój taksówek jest na lotnisku i przy głównym rynku w Angra do Heroísmo – stolicy wyspy. Droga taksówką kosztuje ok. 1 EUR za kilometr, przy czym w niektórych przypadkach kierowca może nam policzyć drogę po nas i drogę z nami (jeśli przemieszczamy się pomiędzy miejscami, gdzie nie stoją taksówki). Nawet o podróż taksówką warto zadbać wcześniej (zrobić rezerwację na konkretną godzinę), bo liczba taksówek nie jest nieskończona. Wycieczki z przewodnikiem. Kiedy odwiedzamy nowe miejsce, nie ma to jak wycieczka z przewodnikiem. Przewodnik zna to miejsce i nie tylko oszczędzi nasz czas i odciąży nas w prowadzeniu samochodu, ale też pokaże nam wyspę z zupełnie innej perspektywy. Opowie nam o historii, przyrodzie, o życiu codziennym – i pozwoli nam naprawdę zanurzyć się w doświadczeniu wyspy. Jeśli macie ochotę na wycieczkę po Terceirze w moim towarzystwie (tak, jestem licencjonowana przewodniczką po wyspach i mówię w Twoim języku!), zapraszam serdecznie! Tutaj znajdziesz propozycję prywatnych wycieczek po Terceirze pod moją opieką. Wracając do transportu publicznego… Na wyspie istnieje transport publiczny w postaci autobusów. Warto ją rozważyć, jeśli macie dużo czasu. Czy autobusem dojedziecie wszędzie? Nie. Niestety, ale na ten moment – nie. Autobusy są przygotowane dla mieszkańców, nie dla turystów, i dojeżdżają do miejscowości. A miejscowości, jak to na wyspie, ulokowane są wzdłuż wybrzeża. Nie dojedziecie autobusem do centrum wyspy, gdzie znajdują się m.in. Algar do Carvão, Gruta do Natal i część szlaków trekkingowych. Po wybrzeżu jednak możecie się poruszać spokojnie. Dojedziecie autobusem m.in. do Prai (drugie miasto na wyspie), do Biscoitos (są tam naturalne baseny skalne i winnice) i na wszystkie szlaki zlokalizowane na wybrzeżu. Jak kursują autobusy? Autobusy jeżdżą w miarę regularnie, choć niezbyt często. W zależności od kierunku, zaczynają kursować ok. 7 rano i kończą ok. 18-19. Zwykle są to ok. 3 autobusy danej linii rano, ze 2 koło południa i kolejne 3 po południu. Autobusy te często robią kółka. Oznacza to, że autobus, który wyjeżdża z Angry do Posto Santo jest dokładnie tym samym autobusem, który pół godziny później, po wysadzeniu ostatnich pasażerów, rozpocznie kurs powrotny z Posto Santo do Angry. Rozkład jazdy autobusów znajdziecie na stronie lokalnego przewoźnika – Mobi Azores. Instrukcja użytkowania strony lokalnego przewoźnika – Mobi Azores 1. Wchodzisz na Network & Schedules, czyli Sieć i Rozkłady jazdy. 2. Wybierasz interesujący Cię autobus, np. nr 1. Możesz wybrać kierunek jazdy (Direction) i zobaczyć, jakie przystanki są po drodze. 3. Klikasz „Schedules by dates” (Rozkłady jazdy według dat) i sprawdzasz, o której godzinie autobus odjeżdża z interesującego Cię przystanku w wybranym przez Ciebie dniu. INNA OPCJA 2. Jeśli nie wiesz, który autobys Cię interesuje, możesz wpisać w wyszukiwarkę nazwę miejsca, do którego chcesz dojechać. 3. Wybierasz ten, który uznajesz za właściwy (zdaję sobie sprawę z tego, że nazwy mogą być niejasne, niestety nie ma łatwiejszego sposobu). 4. Klikasz „Schedules by dates” (Rozkłady jazdy według dat) i sprawdzasz, o której godzinie autobus odjeżdża z interesującego Cię przystanku w wybranym przez Ciebie dniu.   Ile kosztuje transport publiczny? Ceny biletów, w zależności od odległości, wahają się od ok. 0,80 EUR do ok. 6 EUR. Gdzie znaleźć przystanki? W Angrze sprawa jest prosta – główny dworzec autobusowy jest przy wielkim parkingu Bailão.  W innych miejscach – pytajcie mieszkańców, na

Dwa lata na środku Atlantyku

Ja za drzewem

Dziś mijają moje dwa lata na środku Atlantyku. Dwa lata, odkąd wywróciłam moje życie do góry nogami i przeprowadziłam się na Terceirę. Były to dwa lata pełne radości i smutku, pełne ekscytacji i rozpaczy, nowości, odkryć, tęsknoty za tym, co znane, złości, frustracji i zachwytu. Mieszanka wybuchowa, którą zafundowałam sobie na własne życzenie. Kto by pomyślał, że tyle można przeżyć w tak małym miejscu. O tym, jak wyglądał mój pierwszy rok na Terceirze, pisałam Wam w artykule Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. A jak wyglądał drugi rok? Inaczej. O wydarzeniach opowiadam Wam na bieżąco na Facebooku i Instagramie, dziś więc będzie bardziej ogólnie, bardziej w formie podsumowania – co przeżyłam, czego się nauczyłam, co dał mi ten kolejny rok. No to zaczynamy!   1. Przestałam liczyć czas od wizyty do wizyty. W pierwszym roku czekałam na wszystkich gości jak na zbawienie. Liczyłam czas od wizyty do wizyty. Ledwo ktoś wyjechał, już wyczekiwałam kolejnej osoby. Mimo że miałam tutaj bliskie osoby, brakowało mi tych, które znam od lat. Teraz też mi ich brakuje, ale nauczyłam się żyć z ludźmi, których mam na miejscu. Ich obecność też sprawia mi radość. Może do zaprzestania liczenia czasu między wizytami przyczyniło się dodatkowo to, że w tym roku gości miałam tylko podczas pierwszej połowy roku. Drugą miałam dla siebie – i chciałam ją dobrze zagospodarować. Zawsze cieszę się z gości i na nich czekam, ale umiem też żyć bez nich.   2. Zaczęłam mówić po portugalsku. Porozumiewam się w tym języku już w miarę swobodnie i kiedy ktoś nowy mnie pyta, czy chcę rozmawiać po portugalsku, czy po angielsku, wybieram portugalski. Bo nie boję się już mówić. Bardzo mi w tym pomogli w tym roku mój fizjoterapeuta i jego asystent oraz koleżanka z pracy. Na własne życzenie (zbyt szybko chciałam się przygotować do półmaratonu…) zepsułam sobie kolano i ponad półtora miesiąca spędziłam na fizjoterapii. Jakieś 7-8 godzin tygodniowo. I co? I wszyscy mówili tam do mnie po portugalsku! Chcąc nie chcąc, oswajałam się z językiem. Koleżanka z pracy też się uparła, że będzie ze mną rozmawiała tylko po portugalsku. Kiedy czegoś nie rozumiałam, spokojnie jeszcze raz wyjaśniała. Rozmawiałyśmy o życiu i śmierci, o relacjach, o rozwoju duchowym i o polityce. Po portugalsku. Zaprzyjaźniłyśmy się – bez wymienienia między sobą słowa w języku angielskim. Nadal mam coraz więcej do czynienia z portugalskim w pracy. I na ściance. I w życiu prywatnym. Zawieram znajomości, w których mówię wyłącznie po portugalsku. I wiecie co? Wiem, że robię milion błędów, że nie znam czasów gramatycznych i mam polski akcent, ale już się tym nie martwię. Ważne jest dla mnie to, że się komunikuję z ludźmi. To znacznie (!) ułatwia mi życie. Jednak komunikacja jest istotna, wiecie?   3. Odkryłam w sobie siłę i odwagę. Mimo że mam tu na miejscu życzliwych mi ludzi, którzy pomagają mi, kiedy tego potrzebuję, i mam ciągły kontakt z moimi bliskimi po drugiej stronie Atlantyku, to jednak z wieloma kwestiami muszę się codziennie mierzyć sama. Nie wszyscy rozumieją moje trudności – i nie muszą, mają swoje. Uśmiechamy się do siebie i wspieramy. Przypominamy sobie nawzajem o swojej sile i o tym, co dobre. Dajemy sobie, ile tylko możemy. A ze swoimi wewnętrznymi demonami każdy i tak zostaje sam. Tutaj znalazłam w sobie wystarczająco siły, żeby faktycznie zacząć spoglądać im prosto w oczy. I przyznawać się do tego, że nie jestem idealna. I odważać się na nowe – ze świadomością, że może się nie udać. Znalazłam więcej odwagi do życia i zaufania do tego, że dam radę. W końcu dałam radę sama dwa lata na środku Atlantyku, to już przecież coś.   4. …i cierpliwość. Odkryłam w sobie również cierpliwość. A może raczej ją wypracowałam. Zawsze chciałam mieć wszystko na już, teraz, natychmiast – albo w ogóle. Tutaj nauczyłam się czekać. Pracować wytrwale na rezultaty. Akceptować to, że życie ma swoje pomysły, które niekoniecznie muszą być zbieżne z moimi, i albo dostosuję swój plan do planu życia, albo będę chodziła zła i sfrustrowana. Nie lubię chodzić zła i sfrustrowana, więc nauczyłam się nie kląć na życie (przynajmniej nie za długo), tylko sprawdzać, jaki jest obecny stan sytuacji i tak modyfikować swoje plany, żeby były możliwe do realizacji.   5. Zaakceptowałam to, że nie muszę lubić wszystkiego. Nie cierpię Halloween. A tu się je mocno obchodzi – w końcu kontakty wyspy z Ameryką są bardzo silne, chociażby przez fakt obecności amerykańskiej bazy wojskowej na wyspie. Lokalna tradycja Pão-por-Deus bardzo mi się podoba, ale na myśl o Halloween ciarki mnie przechodzą. Dlatego kiedy znajomi zapraszali mnie, żebym wyszła z nimi, powiedziałam jasno, że prawdopodobnie nie dotrę. Nie lubię zombie ani innych rozkładających się postaci – i nie muszę ich lubić. I mogę być wierna sobie. Miałam ochotę spotkać się ze znajomymi, ale postanowiłam zadbać o swój dobry stan psychiczny. I pojechałam na drugi koniec wyspy do innych znajomych, z którymi spędziłam bardzo miły wieczór w zgodzie z samą sobą.   6. Jestem bliżej życia. Może przez różne wyzwania dnia codziennego, może przez to, że zwolniłam tempo, może przez to, że więcej obserwuję – czuję się bliżej życia. Nie zatracam się w milionie zadań, które do niczego nie prowadzą, a mają zająć czas i myśli, nie udaję, że coś nie istnieje, nie uciekam ani przed radością, ani przed bólem. Jestem. Przyjmuję wszystko takie, jakie jest. Jak mówił Lec: „Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”. Powoli, powoli się uczę, że trudne dni to nie koniec świata, że miną, a z dobrych chwil cieszę się bez wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że one też miną – ale ja mogę się nimi „nacieszyć na zapas”, zabrać ze sobą na kolejne dni ich dobrą energię.   7. Przyznałam się sama przed sobą, że nie jestem idealna. Robię błędy, zawalam sprawy i relacje, mówię za dużo zanim pomyślę lub unikam poważnych rozmów. Jest mi potem przykro, głupio i wstyd. I nie wiem, jak coś odkręcić. Chciałabym naprawić różne sprawy, ale niektórych się nie da. I mimo że mi z tego powodu smutno – akceptuję to. To część życia. Mogę wyciągnąć wnioski i spróbować zachować

Portugalski spokój

Milena i ocean, fot. Carla Silveira, calma, calmness

Portugalski spokój nie jest tak słynny na świecie jak duńskie hygge, choć powinien być. Ale może najpierw przydałaby się na ten spokój osobna nazwa. W końcu to, co nienazwane, nie istnieje. Użyjmy więc słowa calma. Calma [czyt. kalma] to po portugalsku właśnie spokój, opanowanie. To umiejętność podejścia do sytuacji z dystansem i zaakceptowania rzeczywistości taką, jaka jest. To umiejętność cieszenia się życiem mimo tego, że daleko mu do doskonałości. To read an English version of this article click HERE. Portugalczycy to nie Hiszpanie. Mimo że żyją na jednym kontynencie (no, może poza wyspiarzami), są różni. Portugalczycy mają w sobie dużo radości, ale też pewną dozę melancholii. W końcu to w tym kraju zrodziło się słynne fado, czyli portugalski blues, wpisany w 2011 roku na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. To w tym kraju wszechobecne jest saudade, czyli mieszkanka tęsknoty i melancholii za tym, co na zawsze utracone. Saudade i fado mają w sobie dużą dozę smutku, artyści fado często są bardzo dramatyczni w przekazie. Śpiewają o rozdartym sercu, tęsknocie za ojczyzną, za matką, o żalu za tym, co już nie wróci. A jednocześnie są z tą stratą i tęsknotą, z tym pogodzeni. Portugalczycy zgadzają się na rzeczywistość. Akceptują ją taką, jaka jest. Dużo się o tym mówi we wszystkich ruchach mindfulnessowych, podkreśla się przy okazji praktyk medytacyjnych – ale jeszcze nie spotkałam innej europejskiej nacji, która bez górnolotnych słów i odwołań do filozofii Wschodu faktycznie by wcielała tę ideę w życie. Portugalska zgoda na rzeczywistość może czasem drażnić osobę taką, jak ja – wychowaną i żyjącą wcześniej w świecie, w którym trzeba się rozwijać, wychodzić poza swoją strefę komfortu, wchodzić coraz wyżej po szczeblach różnych drabin. A tu jest calma. Znajomy nauczyciel niedawno stracił pracę, bo pojawiła się (na chwilę) osoba, którą zastępował. Portugalski system oświaty przypomina trochę wojsko – idziesz tam, gdzie cię wyślą. Znajomy stracił więc z dnia na dzień pracę i w styczniu (kolejne „rozdanie” miejsc pracy) się dowie, czy wróci na Terceirę, czy wyślą go na Corvo (najmniejsza wyspa na Azorach, na której mieszka ok. 400 osób), czy może gdzieś na kontynent. W sensie – do Portugalii kontynentalnej. Tu tak się mówi: „na kontynent”. Albo wręcz: „do Portugalii”. Stracił pracę, był załamany, ale i tak podkreślał, że może to szansa dla niego na coś lepszego. Może w ten sposób zostanie wysłany tam, gdzie w tej chwili przebywa jego rodzina. Może jeszcze podziękuje koleżance z pracy za to, że się pojawiła. Pewna dziewczyna w dodatkowej pracy zarobiła całkiem niezłą kwotę, wydała ją, po czym się dowiedziała, że ktoś źle policzył jej wynagrodzenie i musi oddać ok. 300 Euro. Nie była zadowolona, ale nie kłóciła się. Stwierdziła, że szkoda jej chłopaka, który źle wszystko policzył i bardzo się wstydził, że musi prosić o zwrot – i po prostu oddała pieniądze. We wszelkich miejscach pracy jedynymi osobami buntującymi się przeciwko zastanym zasadom są obcokrajowcy. Ci, którzy są przyzwyczajeni do tego, że pracuje się określoną ilość godzin, a za dodatkowe dostaje się ekstra wynagrodzenie lub czas wolny. Ci, którzy domagają się sprawiedliwości i uznania dla swojego działania. Portugalczycy mają swoją calma i siedzą cicho. I tylko między sobą czasem szepczą, że coś jest nie tak. A czasem nie. Czasem po prostu to akceptują. Z jednej strony – kraj się przez to nie rozwija tak, jak mógłby się rozwijać. Portugalia dopiero teraz powoli wygrzebuje się z kryzysu, który ją dotknął. Z drugiej strony – ludzie są zdrowsi. Koleżanka, która jest na wyspie od kilku miesięcy, opowiadała mi o swoich niedawnych zmaganiach z lokalną administracją. I o tym, że jeśli chciała coś załatwić, sama musiała walczyć o to na każdym kroku, bo nikomu się z niczym nie spieszyło, a ją goniły terminy. Słuchałam jej i widziałam siebie sprzed dwóch lat, kiedy opieszałość tutejszych pracowników wyprowadzała mnie z równowagi. Dziś nadal uważam, że można pracować o wiele lepiej. Ja sama lubię pracować i pracuję intensywnie. I dalej mam w sobie zakorzenione poczucie, że właśnie tak powinno się pracować i działać Ale co kogo interesuje moje „powinno się”? Każdy człowiek ma swoje podejście do tematu. I swój kontekst kulturowy. I w momencie, kiedy przestaję od innych wymagać tego, co „powinni”, a po prostu czerpię z tego, co chcą mi dać – ogarnia mnie spokój. Czuję, że szacunek do tego, że ktoś jest inny, zmniejsza u mnie poziom stresu. To, co „musi” być „koniecznie dziś” zrobione – nie zawsze jest aż takie pilne. Pan, który zamknął sklep przed czasem, mógł mieć ku temu ważny powód, a dla mnie świat się przecież nie zawali, jeśli kupię prezent jutro, a nie dziś. Ktoś się zatrzymał na środku drogi, bo spotkał znajomego, i zatamował cały ruch? Nie szkodzi, relacje interpersonalne są ważniejsze niż pośpiech. Pani za barem zamiast obsłużyć ciebie, wdaje się w długą pogawędkę ze znajomym stojącym obok? Zamiast się denerwować, uśmiechnij się do faktu, że ludzie cenią sobie jeszcze rozmowę i bycie razem. „Tylko spokój może nas uratować”. Coś w tym jest. W tym szalonym świecie, w którym nie mamy czasu cieszyć się chwilą i sobą nawzajem, za to poganiamy się i denerwujemy, kiedy ktoś działa nie według naszej myśli, warto wybrać się do Portugalii i poczuć ich calma. Być tu i teraz, i akceptować wszystkie, nawet najsilniejsze emocje, ale nie dać się im ponieść. Czerpać z chwili. Przeżywać, jak tu często usłyszycie, jeden dzień na raz. Spróbujcie! Jak to mówią informatycy – u mnie działa!

Włącz tryb offline

Włącz tryb offline - łąka, droga obrośnięta kryptomerią japońską, widok na Serra de Santa Bárbara, flight mode, airplane mode

Jedź na Azory i włącz tryb offline. Odpocznij. Azory to dobre miejsce do odpoczynku. Bliskość natury sprawia, że można zapomnieć o całej reszcie świata. Zwłaszcza kiedy masz telefonie w trybie offline. Wczoraj na szlaku włączyłam w telefonie tryb samolotowy. Koleżanka poleciła mi go kiedyś jako tryb, który oszczędza baterię. Jak jestem w środku lasu, to przecież i tak się nikt do mnie nie dodzwoni. To było cudowne uczucie. Chłonąć przyrodę, chłonąć kontakt z ludźmi. Nie przejmować się niczym – po prostu być. To read an English version of this article click HERE. Dziś poszłam ze znajomymi popływać. Woda 18 stopni – jak Bałtyk latem. Odkopałam strój kąpielowy i ruszyłam ku przygodzie. Kiedy już byłam w wodzie, dotarło do mnie, że naprawdę mamy grudzień. W Polsce zima, tutaj dzień, którego nie powstydziłoby się najpiękniejsze lato. Pomyślałam sobie, że życie jest piękne. Wbrew temu, co się niektórym wydaje, nie jestem na wiecznych wakacjach. Ale czerpię z natury i z portugalskiego sposobu pojmowania świata, i uczę się balansu. Uczę się odpoczywać. Uczę się robić sobie moje małe, prywatne wakacje na tyle często, na ile jest mi to potrzebne. To równie ważne jak jedzenie i oddychanie. I nie chodzi o to, żeby pojechać jak najdalej – choć jakby ktoś się chciał wybrać na Terceirę, to oczywiście zapraszam. Chodzi o to, żeby uwolnić swój umysł. Pozwolić sobie pobyć tu i teraz. Bez zamartwiania się tym, co się stało lub się nie stało, i bez lęku o to, co się wydarzy lub nie wydarzy. Pobyć tu i teraz – i docenić trwającą chwilę. Bo tylko tę chwilę mamy. I tylko to życie mamy. W zależności od wierzeń, możemy mieć życie po śmierci lub kolejne wcielenia. Ale w tym momencie mamy tylko to jedno. Mamy określoną rzeczywistość, określone wydarzenia. Jeśli zamiast się na nie denerwować – zaczniemy czerpać z nich garściami, nasze zdrowie psychiczne będzie nam wdzięczne. A jeśli uśmiechniemy się do ludzi, którzy nas otaczają, może oni odwzajemnią uśmiech. I dzień stanie się lepszy. Spróbujemy?

Co to jest Terceira?

Terceira, widok na ocean, fot. Katarzyna Ryczko

Co to jest Terceira? To mała portugalska wyspa w archipelagu Azorów, na środku Oceanu Atlantyckiego. To miejsce, w którym zamieszkałam w styczniu 2017 roku. I teraz krótkie wyjaśnienie, skąd ten dzisiejszy temat. Otóż wczoraj wzięłam udział w IV Spędzie Włóczykijów organizowanym przez moich znajomych. Spęd Włóczykijów to spotkanie podróżnicze, które do tej pory odbywało się w gronie przyjacielskim, a w tym roku „wyszło do świata”. Odbyło się w Klubokawiarni ITePe na warszawskim Grochowie. Jako że jestem 4 tysiące kilometrów od Warszawy, nie byłam w stanie tam „podjechać”, ale dzięki uprzejmości organizatorów i gospodarzy, i dzięki wsparciu technicznemu mojej siostry i jej narzeczonego mogłam się tam pojawić online. To była moja pierwsza w życiu prezentacja przeprowadzana zdalnie. Przyznam Wam, że chyba jednak łatwiej jest mi mówić, kiedy widzę odbiorców, ale cieszę się, że mogłam tam być ze znajomymi i w tej formie. Opowiedziałam im o Terceirze. I stąd temat – co to jest Terceira? Kiedy przygotowywałam się do prezentacji, przypomniałam sobie to, co ktoś mi kiedyś powiedział: „Milena, w Polsce o tym, co to jest Terceira, wiedzą chyba tylko Twoi znajomi”. Zastanowiłam się, przyznałam rację i postanowiłam to zmienić. Wczoraj opowiedziałam o Terceirze głównie znajomym, dziś krótko opowiem o niej Wam. Na tym blogu, jeśli wejdziecie w zakładkę Polka na Azorach, znajdziecie dużo tekstów o szczegółach, m.in. listę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze czy podpowiedź, co robić na Terceirze, kiedy pada, a dziś mam dla Was wprowadzenie. Co to jest Terceira? Jak wspomniałam, to mała portugalska wyspa na środku Atlantyku. Leży w archipelagu Azorów, który składa się z 9 wysp. Terceira jest na trzecim miejscu w archipelagu pod względem wielkości i na drugim miejscu pod względem liczby mieszkańców. Ze swoją powierzchnią ok. 400 km kw. stanowi ok. 80% powierzchni Warszawy – co oznacza, że nie jest duża, ale nie jest też tak mikroskopijna, jak niektórzy sobie wyobrażają. Liczba mieszkańców różni się w zależności od źródła, ale z tego, co ostatnio znalazłam, wynika, że mieszka tu ok. 56-58 tys. osób. To średniej wielkości miasto w Polsce. Azory to wyspy wulkaniczne. Widać to na każdym kroku. Krajobraz zdobią stożki wulkaniczne, w tym – najwyższy szczyt Portugalii, Pico, o wysokości 2351 m n.p.m. (czaicie to? ponad dwa kilometry wystające prosto z wody!), który znajduje się na wyspie Pico. Na Terceirze znajduje się wulkan Algar do Carvão – jeden z trzech znanych na świecie, a dwóch dostępnych dla zwiedzających wulkan, którego ściany stożka nie zapadły się, więc można zwiedzać ten wulkan od środka. Są liczne tunele lawowe, są fumarole, czyli miejsca, z których spod ziemi wydobywa się siarka. Na szlaku można znaleźć zastygłą lawę, kawałki obsydianu (tzw. szkła wulkanicznego) czy bomby wulkaniczne. A komunikaty o aktywności sejsmicznej też przypominają, czemu zawdzięczamy istnienie tego pięknego kawałka świata. Nikt tu jednak nie myśli o tym na co dzień. Tylko od czasu do czasu zastanawiamy się ze znajomymi, co właściwie trzeba by zrobić „w razie czego”. Ostatnio koleżanki zaplanowały, że wszyscy zrzucimy się na łódź i „w razie czego” stąd odpłyniemy. Jest to jakaś myśl. Byłam dwa dni temu na wykładzie o tym, kiedy będzie następna erupcja na Terceirze. Był to wykład z okazji 55. urodzin Stowarzyszenia Montanheiros – tego, co to dba o wulkan Algar do Carvão, jaskinie lawowe etc., i organizuje piesze szlaki po Terceirze. Dowiedziałam się, że erupcji nie będzie jutro. Ani w przyszłym roku. Sądząc jednak po statystykach, prawdopodobnie możemy się jej spodziewać jeszcze w tym stuleciu. Jak to mówi stare porzekadło – pożyjemy, zobaczymy. Ale wracając do tego, co to jest Terceira. Terceira to wyspa bardzo, bardzo zielona. Gdzie się nie obrócicie, tam zobaczycie zieleń. Skąd tyle zieleni? Po pierwsze, jest tu bardzo wilgotno (wokół ocean, więc trudno się dziwić) i często pada. Zieleń skądś musi się brać. Po drugie, wulkaniczne gleby są niesamowicie żyzne. Dobrze się tu przyjmuje praktycznie wszystko, co się posadzi. Roślinność jest więc bujna i zachwyca sobą na każdym kroku. Powtarzam od mojej pierwszej wizyty, że jest tu 50 odcieni zieleni. Choć im dłużej mieszkam, tym bardziej widzę, że bliżej liczbie tych odcieni do 500 niż do 50. Terceira to wyspa. To mała wyspa. I w tej chwili nie mówię tutaj o jej wielkości, ale raczej o sposobie życia. To mała wyspa, bo wszyscy się znają. Może nie w 100% wszyscy, ale w tej chwili jest już tak, że jak poznaję nową osobę, na pewno mam już z nią przynajmniej piątkę wspólnych znajomych. Jeśli nie więcej. Na początku mnie to denerwowało. Denerwował mnie brak prywatności. Teraz wiem, że o prywatność trzeba po prostu zadbać, a tym, że wszyscy się znają, można się cieszyć, bo to tworzy takie poczucie wspólnoty i przynależności. Z perspektywy turysty to, że wszyscy się znają i że wszyscy chcą wszystkim pomagać, jest bardzo sympatyczne. Może się zdarzyć, ze zostaniecie zaczepieni na ulicy, kiedy nie wiecie, dokąd iść – i ktoś Was tam po prostu poprowadzi, przy okazji dopytując, skąd jesteście, na ile przyjechaliście i jak Wam się podoba wyspa. I niepewni, czy wymawiają dobrze słowa, wspomną o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II i Robercie Lewandowskim. Niektórzy wspomną jeszcze Bońka. Od razu poczujecie się jak w domu! Terceira to raj dla krów. Szczęśliwe azorskie krowy wypasane na azorskich łąkach, z widokiem na Ocean Atlantycki – czego więcej mogą chcieć do szczęścia? Azorskie krowy dają azorskie mleko, z którego produkuje się azorski ser. Znajomy Francuz twierdzi, że jest tego sera mało, ale dla mnie jest wręcz zatrzęsienie. Terceira to nie jest raj dla wegetarian. Wegetarianie mogą iść do jednej knajpy w ogrodzie miejskim lub żywić się samodzielnie. Na Terceirze je się mięso z mięsem i do tego mięso. Fakt, mają mięso dobrej jakości, ale odrobina warzyw zdecydowanie dobrze by im tutaj zrobiła. W knajpach popularne danie to bitoque, czyli sznycel z jajkiem sadzonym, ryż i frytki. Frytki to zapewne surówka, bo przecież ziemniak jest warzywem. Jest też sporo ryb, są owoce morza, jest tradycyjna alcatra, czyli coś a la gulasz. Z wersji bezmięsnych do wyboru zupa-krem (inne rzadko się spotyka) lub surówka. Surówka zazwyczaj składa się z sałaty i startej marchewki. Czasem dochodzi do