Angra do Heroísmo – stolica Terceiry na Liście światowego dziedzictwa UNESCO

Angra do Heroísmo to stolica Terceiry. Spokojna, urokliwa, pełna skarbów do odkrycia. Jej centrum historyczne jest wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jeśli byliście na Terceirze, na pewno spacerowaliście oczarowani uliczkami Angry do Heroísmo. Jeśli nie byliście – wszystko przed Wami! Ale zanim tu dotrzecie, możecie nacieszyć oczy zdjęciami Angry. Znajdziecie je na przykład u mnie na Facebooku i Instagramie. To read an English version of this article click HERE. W Angrze można się poczuć tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Terceira została odkryta i zasiedlona w drugiej połowie XV wieku, a niektóre budynki w Angrze pamiętają początki XVI wieku! Czyli po ich korytarzach mogli chodzić jeszcze pierwsi odkrywcy lub ich dzieci! Angra do Heroísmo na Liście światowego dziedzictwa UNESCO Angra do Heroísmo została wpisana na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1983 r. Podstawę stanowiły dwa kryteria kulturowe: Kiedy rozejrzymy się po Angrze, zobaczymy, że historia jest tam obecna na każdym kroku. Angra do Heroísmo to pierwsza osada na Azorach, która dostała prawa miejskie. Od 1534 r. jest ona uznawana za miasto. W tym samym roku została siedzibą diecezji, co również wpłynęło na jej rozwój. Od XVI do XIX w. była najważniejszym portem przeładunkowym na Atlantyku. Zatrzymywały się tu przede wszystkim statki płynące do i z Indii, jak również inne przepływające przez Atlantyk. Statki pełne były skarbów z Indii i ze świata Zachodu: złota, srebra, orientalnych przypraw. Stawały się celem ataków piratów. Zatoka Angry, osłaniana przez półwysep Monte Brasil, stanowiła świetne schronienie. Przed atakami zewnętrznymi chroniły wyspę dwie fortece: forteca São João Baptista zlokalizowana u podnóża Monte Brazil i fort São Sebastião (znany jako Castelinho) w Porto de Pipas („port beczek”). Angra się rozwijała, co znajdowało odzwierciedlenie w jej architekturze. Katedra Sé, budynek Urzędu Celnego, kościół Misericórdia (miłosierdzia), klasztor franciszkański – to tylko jedne z wielu zabytków, które potwierdzają ówczesne znaczenie stolicy Terceiry. Angra do Heroísmo została też mądrze zbudowana Angra jest nie tylko pełna niezwykłych zabytków, lecz także bardzo mądrze zbudowana. Kiedy pierwsi odkrywcy dotarli na Terceirę, zobaczyli wyspę z dużym półwyspem przylegającym do jej południowego wybrzeża. Półwysep tworzył dwie zatoki i stanowił naturalną ochronę przed wiatrem i silnymi falami oceanicznymi. Nic dziwnego, że właśnie w tym miejscu postanowili się osiedlić. Siatka miasta jest nieco przesunięta w stosunku do ówczesnej tradycyjnej zabudowy. Pierwsi osadnicy budowali ją, uwzględniając lokalne wiatry, co świadczy o ich świetnym dostosowaniu do istniejących warunków geograficznych. Angra do Heroísmo przetrwała już trzęsienie Ziemi, oby przetrwała i kolejne lata 1 stycznia 1980 roku Terceirę nawiedziło trzęsienie Ziemi o sile 7,2 w skali Richtera. Połowa Angry legła w gruzach – dosłownie. Większość budynków zrekonstruowano jednak zgodnie z ich oryginalnymi planami. Dlatego dziś możemy podziwiać niezmieniony kształt historycznego centrum stolicy Terceiry. Dla tych, którzy mają dom w historycznej części Angry, prace remontowe mogą być uciążliwe. Trzeba uzyskać stos pozwoleń, trzeba zachować oryginalną fasadę, trzeba pamiętać o specyficznych technikach budowlanych. Ale kiedy spaceruję uliczkami Angry, jestem wdzięczna mieszkańcom za ich wysiłek. Tu jest po prostu pięknie. I niech tak zostanie!
Angra do Heroísmo – the capital of Terceira on the UNESCO World Heritage List

Angra do Heroísmo is the capital of Terceira. Calm, charming, full of treasures to discover. Its historical center is inscribed on the UNESCO World Heritage List. If you were on Terceira, you were certainly walking around enchanted by the streets of Angra do Heroísmo. If you haven’t been – everything ahead of you! But before you get here, you can enjoy pictures of Angra. You can find them, for example, on Facebook and Instagram. In Angra you can feel as if we traveled back in time. Terceira was discovered and inhabited in the second half of the 15th century, and some buildings in Angra remember the early 16th century! So the first explorers or their children could walk on their corridors! Angra do Heroísmo on the UNESCO World Heritage List Angra do Heroísmo was inscribed on the UNESCO World Heritage List in 1983. The basis was two cultural criteria: • IV – the place has to be an outstanding example of a type of building, architectural or technological ensemble or landscape which illustrates (a) significant stage(s) in human history; • VI – the place has to be directly or tangibly associated with events or living traditions, with ideas, or with beliefs, with artistic and literary works of outstanding universal significance. (this criterion should preferably be used in conjunction with other criteria); When we look around Angra, we will see that history is present at every step here. Angra do Heroísmo is the first settlement in the Azores that received city rights. FIt’s been considered a city since 1534. In the same year, it became the seat of the diocese, which also affected its development. From the 16th to the 19th century it was the most important port of call in the Atlantic. Mostly for fleets sailing to and from India, but other ships crossing the Atlantic also stopped here. The ships were full of treasures from India and the Western world: gold, silver, oriental spices. They became the target of pirate attacks. Angry Bay, sheltered by the Monte Brasil peninsula, was a great haven. Two fortresses protected the island from external attacks: the São João Baptista fortress located by Monte Brazil and the fort São Sebastião (known as Castelinho) in Porto de Pipas („port of barrels”). Angra was developing, which was reflected in its architecture. The Sé cathedral, the Customs Office building, the church of Misericórdia (Mercy), the Franciscan convent – these are just some of the many monuments that confirm the importance of the capital of Terceira at that time. Angra do Heroísmo was also wisely built Angra is not only full of unusual monuments, but also very wisely built. When the first explorers reached Terceira, they saw the island with a large peninsula adjacent to its southern coast. The peninsula formed two bays and provided natural protection against wind and strong ocean waves. It is no wonder that they decided to settle there. The city grid is slightly skewed, comparing to the traditional buildings of those times. The first settlers built it, taking into account local winds, which indicates their great adaptation to the existing geographical conditions. Angra do Heroísmo has already survived the earthquake, may it survive also the following years On January 1, 1980, Terceira was hit by an earthquake of strength 7.2 on the Richter scale. Half of Angra was literally in ruins. However, most of the buildings were reconstructed according to their original plans. That is why today we can admire the unchanged shape of the historical center of the capital of Terceira. For those who have a house in the historical part of Angry, renovation work can be a trouble. You need to get a pile of permits, you need to keep the original facade, you need to remember about specific construction techniques. But when I walk the streets of Angry, I am grateful to the residents for their effort. It’s just beautiful here. Let it stay that way!
10 places worth visiting in Terceira

10 places worth visiting in Terceira When I decided to describe 10 places worth visiting in Terceira, I thought: but there are many more places worth visiting here! Terceira is a small island (around 400 sq. m) but full of beauty. But I realize that not everybody has a privilege to spend here as much time as I do. That’s why I chose “must see” places. And made sure that you won’t spend half a day looking for them. So, shall we start? 1. Volcano Algar do Carvão As it is my favourite place on the whole Island, of course it has to be on the first place. There are plenty of volcanoes on the Azores, but this one is unique. Why? Because you can see it from the inside! From the inside of the volcanic cone! What is it about? In most of the volcanoes, after the eruption the cone collapses and creates a caldera. Here it was different. Here during the second eruption which created the volcano, lava was flowing under such small pressure that as some point it started getting back. When it was getting back, it was strengthening the cone. That’s why the volcano, apart from undergoing natural changes, survived in the condition that we can admire until today. In Europe there are only two known empty volcanoes (in the whole world – three), which you can visit from the inside. This is Algar do Carvão in Terceira and Thrihnukagigur in Iceland. As you can see, the Atlantic Ocean favours untypical geological events. In Algar do Carvão you can see such unique work of nature as stalactites and stalagmites from amorphous silica. They are milk-white, beautiful and they may reach up to around 1 m of length and 40-50 cm in diameter. Visiting Algar do Carvão is now possible for the whole year. During winter – in chosen week days, since spring until autumn – every day. It’s worth getting dressed warmly because it’s cold inside and there is dropping water there (which creates a lagoon at the bottom of the cave). A standard visit takes around half an hour, although in my opinion it’s worth planning at least an hour for this experience. There’s a guide inside the cave who will explain you everything and answer your questions. There also leaflets in different languages, including Polish. If you want to get to know more about the volcano, check the website of the Association Os Montanheiros, which takes care of the volcano. Website of the Association Os Montaheiros: HEREMore information about the volcano Algar do Carvão: HEREOpening hours and ticket prices: HERE 2. Lava tube Gruta do Natal As we’re already under ground, let’s visit also a lava tube Gruta do Natal. Some guides, wanting to help tourists, use the English name Christmas Cave. Where is this name coming from? Well, it started with a mess, which was organized by the Association Os Montaheiros (it also take care of this cave) during Christmas time in 1969. Since then, every now and again important historical and social events take place in this cave. Gruta do Natal is a cave shaped by flowing lava. Inside of it, you will see such lava curiosities as stafilites (“stalagmites” made of dropping lava), lava flows and lateral “counters”. There are also different kinds of lava there, including lava aa. Once I heard a story that it’s called like that because when you walk on it, you say: “Aa!” Its rough surface indeed provokes such sounds, I wouldn’t like to stand on it barefoot. Important logistic and payment information: you can buy one ticket to both the volcano Algar do Carvão and to Gruta do Natal, this way you will pay less. You don’t have to use the ticket on the same day, but before planning a visit it’s worth checking opening days and hours, to not go away empty-handed. More information about the lava tube Gruta do Natal: HEREOpening hours and ticket prices: HERE 3. Furnas do Enxofre Between the empty volcano and the lava tube there’s a place called Furnas do Enxofre. When you will be going from Algar do Carvão to Gruta do Natal, turn right, the road sign will lead you. “Furna” means a grot or a cave, “enxofre” – Sulphur, so theoretically Furnas do Enxofre are a grot of Sulphur, but in reality it’s an area of secondary volcanic activity in Terceira. You can see there and smell gas sulphur compounds plumming from the ground. Who remembers from chemistry classes what’s the smell of hydrogen sulphide? As befits a volcanic area, Furnas do Enxofre is a beautiful site with juicy greenery. (Volcanic soils are very fertile, and the Azorean climate is favourable for all kinds of vegetation). Apart from the fumaroles – places where gas is pluming from the Earth. There, because of huge concentration of iron and Sulphur, the soil is bare and has white-yellow-brownish colour. It can arouse small anxiety, but only small. Because if the gas can plume, it’s a bit calmer underground. The water in a pod is boiling, but a bit leaky lid let the steam “escape”, so the content of the pod shouldn’t suddenly boil over. 4. Santa Bárbara – the highest point in Terceira Let’s move up from the lowlands and undergrounds – maybe to the clouds? To the peak Serra de Santa Bárbara – the highest point of Terciera. It has 1021 m above sea level and you can see from there a big part of Terceira, the omnipresent ocean and incredible sunset. Of course if you get lucky and if St. Barbara is not hidden in clouds. The truth is that’s it’s the middle of the Atlantic ocean and the clouds, which flow fast, are being stopped by hills. So I suggest observing the weather and going to Serra de Santa Bárbara (it’s a very characteristic peak, with lots of antennas and transmitters) the moment you see its peak. It’s worth it! I have almost forgotten to
10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze

10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma przywilej spędzenia tu tyle czasu, co ja. Spośród wielu wybrałam więc miejsca „must see”, a przy tym takie, na szukaniu których nie spędzicie pół dnia. To co, zaczynamy? To read an English version of this article click HERE. 1. Wulkan Algar do Carvão Jako że to moje ulubione miejsce na całej wyspie, to oczywiście musi być na pierwszym miejscu. Na Azorach wulkanów Ci pod dostatkiem, ale ten jest wyjątkowy. Dlaczego? Bo ten można odwiedzać od środka! Od środka stożka wulkanicznego! O co chodzi? Otóż w większości wulkanów ściany stożka po erupcji zapadają się, tworząc kalderę. Tu było inaczej. Tutaj podczas drugiej erupcji tworzącej ten wulkan lawa wypływała pod tak niskim ciśnieniem, że w pewnym momencie zaczęła się cofać. Cofając się, umacniała ściany stożka. Dzięki temu wulkan (prócz naturalnych zmian) przetrwał w formie, którą możemy podziwiać do dziś. W Europie znane są tylko dwa puste wulkany (a na całym świecie – trzy), które można oglądać od wewnątrz. To Algar do Carvão na Terceirze i Thrihnukagigur na Islandii. Jak widać, Atlantyk sprzyja nietypowym wydarzeniom geologicznym. W Algar do Carvão spotkacie tak wyjątkowe dzieła natury jak stalaktyty i stalagmity z amorficznej krzemionki. Są mlecznobiałe, piękne i mogą osiągać długość ok. 1 metra i średnicę ok. 40-50 cm. Wejście do Algar do Carvão możliwe jest obecnie przez cały rok. Zimą – w wybrane dni tygodnia, od wiosny do jesieni – codziennie. Warto się ciepło ubrać, bo w środku jest zimno i kapie woda (która tworzy na dnie jaskini jezioro). Wizyta trwa średnio pół godziny, choć w moim odczuciu warto na to doświadczenie przeznaczyć co najmniej godzinę. Na miejscu jest przewodnik, który Wam wszystko wytłumaczy i odpowie na pytania. Są też ulotki w różnych językach, w tym – po polsku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o wulkanie, zajrzyjcie na stronę Stowarzyszenia Os Montanheiros, które się tym wulkanem zajmuje. Strona Stowarzyszenia Os Montaheiros: TUTAJWięcej informacji o wulkanie Algar do Carvão: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 2. Tunel lawowy Gruta do Natal Jak już jesteśmy pod ziemią, to zajrzyjmy również do tunelu lawowego o nazwie Gruta do Natal. Niektórzy przewodnicy, chcąc ułatwić turystom życie, używają angielskiej nazwy Christmas Cave. Po polsku to po prostu Jaskinia Bożego Narodzenia. Skąd nazwa? Ano stąd, że wspomniane Stowarzyszenie Os Montanheiros, które zajmuje się też tym miejscem, zorganizowało tu w 1969 r. mszę z okazji Bożego Narodzenia. Od tego czasu odbywają się tu czasem ważne historyczne i społeczne wydarzenia. Gruta do Natal to jaskinia wyrzeźbiona przez płynącą lawę. W jej wnętrzu zobaczycie takie lawowe ciekawostki jak stafility (nie mamy czegoś takiego w Polsce – to „stalagmity” utworzone z kapiącej lawy), potoki lawowe czy boczne tarasy lawowe. Są też różne rodzaje lawy, w tym lawa aa. Usłyszałam kiedyś komentarz, że nazwa pochodzi stąd, że jak się po tej lawie chodzi, to się mówi: „Aa!” Jej chropowata nawierzchnia w zasadzie sprzyja takim dźwiękom, bosą stopą nie chciałabym na niej stanąć. Ważna informacja logistyczno-płatnicza: do wulkanu Algar do Carvão i do Gruta do Natal można kupić jeden wspólny bilet, w ten sposób zapłacicie mniej. Biletu nie trzeba wykorzystywać tego samego dnia, ale warto przed wybraniem się tam sprawdzić dni i godziny otwarcia, żeby nie pocałować klamki. Więcej informacji o tunelu lawowym Gruta do Natal: TUTAJGodziny otwarcia i ceny biletów: TUTAJ 3. Furnas do Enxofre Między pustym wulkanem a grotą lawową znajduje się miejsce znane jako Furnas do Enxofre. Jak będziecie jechali z Algar do Carvão do Gruta do Natal, skręćcie w prawo, znak Was poprowadzi. „Furna” to inaczej grota lub jaskinia, „enxofre” – siarka, więc teoretycznie Furnas do Enxofre to groty siarki, ale w rzeczywistości to obszar wtórnej aktywności wulkanicznej na Terceirze. Możecie na nim zobaczyć i poczuć wydobywające się spod ziemi gazowe związki siarki. Kto pamięta z lekcji chemii, jak pachnie na przykład siarkowodór? Jak na obszar wulkaniczny przystało, Furnas do Enxofre to soczyście zielony, cieszący oczy teren. (Gleby wulkaniczne są bardzo żyzne, a azorski klimat sprzyja rozwojowi roślinności wszelakiej). Poza fumarolami – miejscami, w których spod ziemi wydobywa się gaz. Tam, ze względu na zawartość żelaza i siarki, ziemia jest goła i w kolorze biało-żółto-brunatnym. Może to budzić lekki niepokój, ale dużego nie powinno. Dzięki temu, że gazy mają możliwość ulotnienia się, wewnątrz ziemi jest nieco spokojniej. Woda w garnku się gotuje, ale lekko dziurawa pokrywka pozwala na uchodzenie pary, więc zawartość garnka nie powinna nagle wykipieć. 4. Serra da Santa Bárbara – najwyższy szczyt na Tereirze Z nizin i podziemi przenieśmy się na chwilę wyżej, może nawet w chmury. Góra Santa Bárbara to najwyższy szczyt Terceiry. Wznosi się ona na wysokość 1021 m n.p.m. i można z niej oglądać znakomitą część Terceiry, wszechobecny ocean i niezwykły zachód słońca. O ile oczywiście będzie się miało szczęście i św. Barbara nie będzie ukryta w chmurach. Prawda jest taka, że to środek Atlantyku i szybko przepływające chmury są zatrzymywane właśnie przez góry. Proponuję Wam więc obserwowanie pogody i kiedy tylko zobaczycie szczyt tejże góry (jest bardzo charakterystyczny, z licznymi antenami i przekaźnikami) – natychmiast na nią wjeżdżajcie. Warto! Ach, zapomniałabym dodać – tak, oczywiście to też jest wulkan. W końcu jesteśmy na wyspach wulkanicznych. To wulkan nieaktywny, drzemiący. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1761 roku. Była to pierwsza i ostatnia lądowa erupcja na Terceirze od czasu zasiedlenia wyspy. Na tej górze nie obowiązują bilety wstępu, za to obowiązuje strój cieplejszy niż w niższych partiach – zimą potrafi tu spaść śnieg (może na milimetr, ale to zawsze ciekawostka w tych stronach), więc nic dziwnego, że i latem na tych wysokościach jest chłodno i wieje. 5. Serra do Cume Kolejnym miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić, jeśli tylko nie jest spowite chmurami, jest Serra do Cume. Moi znajomi nadali temu punktowi widokowi wdzięczną nazwę Serra do Chmure. Kiedy jednak widać coś poza chmurami – widok
Cztery miesiące na środku Atlantyku

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że
Terceira – oto jestem!

Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy po portugalsku „trzecia”. Dla mnie to trzecia wizyta tutaj. Pierwszy raz bez daty powrotu. (O tym, skąd się mi się wzięła ta Terceira, przeczytasz w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok„.) Wylądowałam prawie dwa tygodnie temu w środę 18 stycznia, tuż przed godziną 11:00 tutejszego czasu. Przesunięcie czasowe w stosunku do Polski to dwie godziny. Przynajmniej administracyjnie, bo jak mi niedawno mądry kolega podpowiedział – według słońca są tak naprawdę trzy godziny. Wylądowałam i… nie mogłam uwierzyć, że tu faktycznie jestem. Znajomi odebrali mnie z lotniska, wyściskałam ich i nie przestawałam rozglądać się wokół i śmiać się od ucha do ucha. Znajomy mnie szczypał, żebym uwierzyła, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze wieczór wcześniej w Lizbonie Terceira nadal wydawała się odległa. Nocowałam w Lizbonie u znajomej, ale zanim do niej dotarłam, spotkałam się jeszcze z jednym poznanym przypadkiem znajomym. Pochodzi z sąsiedniej wyspy, mieszka od wielu lat w Lizbonie, ale tęskni za Azorami. Mówił mi, że pamięta, jak półtora roku temu wróciłam pierwszy raz z Terceiry i zafascynowana opowiadałam mu, jak bardzo mi się tam podobało i jak bardzo chcę tam wrócić. Najlepiej natychmiast. Ale 17 stycznia wieczorem nie bardzo wiedziałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jestem już za połową drogi, że tylko nocleg i będę tam, gdzie chciałam być od półtora roku. Ale jednocześnie jedną nogą byłam jeszcze w Polsce. I jedną nogą, i ogromnym kawałkiem serca. Przed wyjazdem spotkałam się z bliskimi mi ludźmi, zrobiłam dwie imprezy pożegnalne – firmową i prywatną, nagadałam się za wszystkie czasy… Mimo pośpiechu w przekazywaniu obowiązków w pracy, w pakowaniu, w wywożeniu wszystkiego do domu – miałam coś, co się pięknie nazywa „quality time”. A w rzeczywistości jest jeszcze piękniejsze niż sama nazwa. Zdołałam spędzić fantastyczne chwile z ważnymi dla mnie osobami… ….a tu nagle Lizbona! I wielka tęsknota za wszystkimi, których zostawiłam tysiące kilometrów za sobą. Siedziałam na Praça do Comércio, patrzyłam na Tag, rozmawiałam ze znajomym, który mi przypominał, jak po pierwszym i drugim powrocie z Terceiry chciałam się tam natychmiast znaleźć z powrotem, który mówił ze zdumieniem i z podziwem, że spełniam swoje marzenie – i zwyczajnie tęskniłam. Następnego dnia rano miałam pobudkę – i na lotnisko. Rok temu, kiedy ta sama znajoma odwoziła mnie na lotnisko, wracałam do Polski. Znajoma powiedziała wtedy: „Jeszcze wrócisz na Terceirę, na dłużej, jestem pewna”. Miała rację. W samolocie nie mogłam spać. Zwykle zasypiam, ledwo zapnę pas, a tym razem kręciłam się nerwowo w tę i z powrotem. Tak do połowy lotu. Kiedy od dłuższego czasu lecieliśmy nad wodą, kiedy dotarło do mnie, dokąd lecę – uspokoiłam się i zasnęłam. I wylądowałam 18 stycznia tuż przed 11. Na początku miałam kilka dni wakacji. Znajomi „przechowali” mnie u siebie, karmili pysznościami i zabierali na długie wycieczki – tam, gdzie się dało, szliśmy pieszo, gdzie się nie dało, jechaliśmy jeepem. Albo odwrotnie, jak kto woli. Przeszliśmy dwa duże, piękne szlaki. Jeden jest jeszcze w trakcie przygotowań, ale znajomy z racji miejsca pracy jest osobiście zaangażowany w jego otwarcie, więc „przecieraliśmy szlak”. Dosłownie. Drugi szlak istnieje od dawna, czasem trzeba się na nim wspinać wysoko, czasem idzie się piękną połoniną. Wrażenia fantastyczne. O szlakach będzie osobny wpis, na razie tyle, że warto. Warto przyjechać tu i ruszyć w las – jest co podziwiać. Moje wakacyjne dni pełne były wrażeń, pozytywnych emocji, serdecznych rozmów, śmiechu, radości. Wieczorem pomagałam zrywać mandarynki, rano oglądałam wykluwające się ze skorupek pisklaki. A w ciągu słonecznych, prawie letnich dni coraz szerzej otwierałam oczy na to, co widzę. W końcu w sobotę uwierzyłam, że tu naprawdę jestem. Po kilku dniach wakacji przyszedł czas na przeprowadzkę i rozpoczęcie pracy. Przeprowadziłam się do domu, w którym spędzę co najmniej najbliższe kilka miesięcy. Dom ma kominek, elektryczne piecyki i widok na ocean. Jest położony na południu wyspy, kilka kilometrów od Angry, czyli największego miasta na wyspie. Widok na ocean, zwłaszcza w słoneczne dni, jest obłędny. Ale jak się tam przeprowadziłam, dwa pierwsze dni nie były słoneczne. Lało od rana do wieczora, a w nocy jeszcze bardziej, temperatura spadła, chodziłam w dwóch polarach i jeszcze marzł mi nos. I do tego wiatr, który zdawał się wywiewać z człowieka resztki nadziei na ujrzenie jeszcze raz słońca. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dowiedziałam się, że – pewnie ku rozczarowaniu co niektórych – przy wykopkach jednak nie będę pracować. Firma, w której pracuję, na razie nie sadzi sama warzyw. Yacón, którym się na początek zajmujemy (na początek, bo są plany rozwinięcia firmy), wyhodowali tutejsi organiczni farmerzy. Ja na razie pracuję w biurze, robię „risercze”, zestawienia, rzucam pomysły. Jak się zacznie etap produkcji, będę też pracowała przy wytwarzaniu produktu docelowego, czyli suszonych plastrów wspomnianego słodkiego ziemniaka. Pierwszy raz w życiu będę pracować przy maszynach, sama jestem ciekawa, co to będzie. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dużo się działo, poznawałam wszystko i wszystkich, dowiedziałam się wiele o firmie, o jej działalności, o planach na przyszłość, o sposobie pracy. W wieczornych rozmowach z rodziną i znajomymi byłam nadal spięta, ale jednocześnie pozytywnie nastawiona do rzeczywistości. Niepokoił mnie duży dom, do którego się przeprowadziłam, ale starałam się patrzeć jasno w przyszłość i czekać spokojnie na to, co przyniesie kolejny dzień. Niestety, we wtorek rano moje nastawienie do świata było równie pochmurne jak pogoda za oknem. Mieszkałam w zupełnie nowym miejscu, daleko od moich tutejszych znajomych, nie mogłam nigdzie wyjść, bo lało… Trudno w takich warunkach o jasny ogląd sytuacji. Kiedy znajomy zaproponował, że zgarną mnie po pracy do siebie, nie wahałam się ani chwili. Spędziłam z nimi świetny wieczór, a od następnego ranka wszystko już było w porządku. Moje pozytywne podejście do świata i nowości wróciło, znów się uśmiechałam do ludzi i do życia, mogłam działać dalej. I tak działam już prawie tydzień. Wszelkie trudności przekładam