Z Poznania przywoziłam w tym czasie pyszne rogale świętomarcińskie, a na Terceirze zajadam się pieczonymi kasztanami i piję wino.
W całej Portugalii Dzień św. Marcina kojarzony jest z okresem dojrzewania tegorocznego wina i zbiorów kasztanów jadalnych, które właśnie w pierwszej połowie listopada zaczynają wyglądać ze swoich kolczastych skorupek.
Zgodnie z legendą, Marcin (obecnie znany jako Marcin z Tours) był rzymskim żołnierzem, urodzonym w 316 roku na terenie Węgier. Pewnej zimy, podczas zamieści śnieżnej, jechał właśnie na swoim koniu, kiedy ujrzał niemal nagiego żebraka. Nie miał przy sobie pieniędzy, żeby go wspomóc, więc chwycił za miecz i przeciął na pół swoją pelerynę. Połowę zostawił żebrakowi i sam wybrał się w drogę w drugiej połowie. Nagle chmury śniegowe zniknęły i wyszło piękne słońce, które pozwoliło Marcinowi spokojnie wrócić do domu.
Tej samej nocy Marcin miał niezwykły sen. Ukazał mu się Jezus, który powiedział: „To jest Marcin, rzymski żołnierz, który nie był ochrzczony. To on mnie ubrał”. Niedługo po tej nocy Marcin opuścił wojsko i został zakonnikiem. Poświęcił swoje życie ewangelizacji i służbie biednym
W Portugalii w Dniu św. Marcina ludzie tradycyjnie gromadzą się wokół ognisk, żeby jeść pieczone kasztany (znajomo brzmiące castanhas, czyt. kasztanjas) i pić aguardente (lokalny bimber, zwykle bardzo dobrej jakości) i água-pé (napój powstały przez dodanie wody do wytłoków pozostałych z produkcji wina) – bądź po prostu młode, tegoroczne wino.
W tym okresie w Portugalii pogoda jest zwykle bardzo dobra – co w tym roku potwierdzam, wczoraj i dziś jest o wiele cieplej niż przez ostatnie dni. Zresztą w zeszłym roku, jeśli dobrze pamiętam, też było ciepło. Tę anomalię pogodową tradycyjnie nazywa się Latem św. Marcina (Verão de São Martinho) i wiąże ją z legendą o św. Marcinie. Mówi się, że ciepło i słońce są prezentem od Boga – jak w tamtą noc, kiedy Marcin z Tours wracał do domu po spotkaniu z żebrakiem.
Jest Dzień św. Marcina. Je się kasztany, próbuje się wina. I ja postanowiłam zjeść kasztany i spróbować wina. Poszłam w Angrze na Praça Velha, czyli na rynek. Jak tylko jest okazja, zawsze coś tam się dzieje. Dziś były koncerty i rozstawione budki z lokalnymi pysznościami.
Czekali na mnie znajomi, ale zanim do nich dotarłam, musiałam, po prostu musiałam zatrzymać się przy budce z kasztanami. Stoi tam od kilku dni, ale jeszcze do niej nie dotarłam. Dziś, w św. Marcina, była najwyższa pora. Poprosiłam o kasztany, dostałam torebkę gorących, zdjętych prosto z rusztu. To kasztany jadalne, o nieco innym wyglądzie niż te, które zbieramy w Polsce, żeby robić z nich ludziki.
Później przeszłam się wśród budek. Tam – znane mi rissóis, czyli takie a la pierożki (choć bez ciasta, samo nadzienie), wszechobecne fasola i bób, tarty jajeczne, babeczki z tuńczykiem i oliwkami, Donas Amélias, babeczki z fasoli, karnawałowe filhoses do forno, aguardente czysta i smakowa, likiery i przeróżne rodzaje wina, w tym – vinho abafado.
Vinho abafado to popularny tutaj rodzaj młodego wina, którego fermentacja została przerwana poprzez dodanie do wina aguardente. W ten sposób otrzymujemy wino, które jest gęste, słodkie (cukier nie miał czasu przekształcić się w alkohol) i czasem bardzo mocne. To wino, którego nie sprzedaje się w sklepie. Można go skosztować przy okazji takich wydarzeń, jak dzisiejsze święto, czy u sąsiada, który właśnie zakończył zbiory.
Kiedy skosztowałam cynamonowej aguardente (pyszna!) i zjadłam swojego „pierożka”, dotarłam w końcu do znajomych. Oni byli już po swojej porcji kasztanów. Wypiłam vinho abafado – było pyszne, ale bardzo słodkie – i zaczął się koncert.
Na Praça Velha w Angrze podczas różnych świąt i wydarzeń odbywają się koncerty. Często występują regionalne grupy wykonujące tradycyjne utwory. Podoba mi się to. Czasem zespoły są lepsze, czasem słabsze, czasem grają i śpiewają dobrze, czasem niezbyt trafiają w dźwięki, ale bardzo podoba mi się fakt, że na scenie pokazują się ludzie, którzy lubią muzykę i chcą się nią dzielić.
Po koncercie był czas na jeszcze trochę lokalnych smakołyków, ale kiedy zrobiło się zimno (to jednak jesień), stwierdziłam, że czas na mnie. Krótki spacer nad ocean (ach, ten spokój…) i do domu. I jako że nie mam swoich kasztanów za domem, przychodzi mi czekać na kolejny Dia de São Martinho. Albo na zaproszenie od jakichś znajomych, którym jeszcze się ostało trochę kasztanów. Cokolwiek nadejdzie pierwsze – na pewno mnie ucieszy!
W podróży przez życie liczy się każdy krok Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej…
Terceira – oto jestem! Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo…
Cztery miesiące na środku Atlantyku Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem…