Północny wiatr

Północny wiatr znów się odezwał. Nie pozwolił mi pozostać w jednym miejscu Zadomowiłam się już w Angrze. Mam tam znajomych, mam swoje miejsca. Znam każdą uliczkę, wiem, co gdzie się załatwia. Nauczyłam się tam mieszkać, nauczyłam się tam żyć. I wtedy przyszedł północny wiatr. I pognał mnie w innym kierunku. Jeśli śledzicie mnie na Facebooku lub na Instagramie, to wiecie, że większość tegorocznego lata spędziłam na kempingu w Biscoitos. Któregoś dnia po prostu poczułam, że muszę się gdzieś ruszyć. Że muszę wyjechać z Angry. Spakowałam więc plecak i pojechałam. A potem pojechałam jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. To read an English version of this article click HERE. Koleżanka z Biscoitos śmiała się, kiedy mnie widziała. Pytała: „Jak tam, Milena, znalazłaś już dla siebie dom w Biscoitos?” Po trzech czy pięciu takich pytaniach pomyślałam: „A w sumie – dlaczego nie?” I zaczęłam się niezobowiązująco rozglądać. Kilka dni później znalazłam dom! Kolejne kilka dni później – już w nim mieszkałam! I byłam przerażona Z jednej strony – cieszyłam się niesamowicie nowym domem. Jest piękny i funkcjonalny, i dobrze położony. I dobrze się w nim czuję. Z okien widzę fragment oceanu. Nie jest to najbardziej zapierający dech w piersiach widok na ocean, ale daje mi wewnętrzny spokój. Takie potwierdzenie, że ocean tam jest, że jeszcze nie zniknął. Z drugiej strony – byłam przerażona. Zostawiłam to, co znałam i lubiłam, na rzecz jednej wielkiej niewiadomej. Pod wpływem chwili, impulsu, niejasnych znaków od mojej intuicji. Nauczyłam się ufać mojej intuicji. Ale to nie zmieniało faktu, że chodziłam po ulicach Biscoitos i myślałam: „Co ja tu robię? Na cholerę mi to było? Co ja sobie wyobrażałam??” Taki stan trwał około tygodnia Miałam świadomość, że to prawdopodobnie przejściowe, ale i tak trzęsłam się ze zdenerwowania. W momentach kryzysu szłam prosto na kemping. To miejsce i ci ludzie – to była moja strefa komfortu, moja oaza bezpieczeństwa. Puls zwalniał, znów mogłam głębiej oddychać. A kolejnego dnia – powtórka z rozrywki. „Dajcie czasowi czas” Możecie powiedzieć, że wyspa jest mała, a 18 km z Angry do Biscoitos to tyle, co nic. I tak, w przypadku dużego miasta to faktycznie tyle, co nic. W przypadku wyspy to ogromna przepaść. W pierwszym tygodniu mieszkania w Biscoitos byłam prawie codziennie w Angrze. Przeprowadzka wiązała się bowiem z ogromną papierologią. Codzienne wizyty w Angrze i codzienne powroty do Biscoitos pozwoliły mi dodatkowo się uspokoić. Potrzebowałam czasu i oswojenia się z nową sytuacją. Północy wiatr wywiał mnie na północ Teraz, po ponad dwóch tygodniach, zaakceptowałam już swoją decyzję. Wraz ze wszystkimi jej dobrymi stronami (z których się cieszę) i wszystkimi ograniczeniami (a wierzcie mi, jest ich wiele). Nie wiem, co będzie. Ale jestem otwarta na to, co przygotowało dla mnie życie. Moja intuicja wie, co robi. I mimo że ja świadomie nie zawsze zdaję sobie sprawę z tego, o co jej chodzi – ufam jej. Ufam sobie. I ufam północnemu wiatrowi. Kto wie, co jeszcze ma dla mnie w zanadrzu. PS Jeśli ten artykuł wydał Ci się ciekawy, może zainteresować Cię też artykuł „Uważaj, o czym marzysz!” Dobrego dnia! 🙂 Blogosfera Przeczytaj więcej artykułów w tej kategorii 2018-01-25 Polka na Azorach 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze Kiedy postanowiłam, że opiszę 10 miejsc, które warto zobaczyć na Terceirze, od razu przeszło mi przez myśl: ale przecież tych miejsc jest o wiele więcej! Terceira to wyspa mała (ok. 400 km kw.), ale bogata w piękno. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie… 2019-07-29 Polka na Azorach Pamiątki z Azorów Jakie są pamiątki z Azorów, które nie zajmą dużo miejsca w Twoim bagażu? A nawet – nie zajmą w ogóle miejsca. Co więcej – te pamiątki z Azorów możesz zabrać ze sobą, gdziekolwiek pojedziesz. Gdziekolwiek rzuci Cię los. Zrobiłam dla Ciebie listę. Ograniczyłam się do pięciu punktów, ale pamiętaj, że… 2020-03-08 Polka na Azorach Azory – jakie wyspy wybrać Jednym z pytań, które słyszę od Was najczęściej, jest „Azory – jakie wyspy wybrać?” Rozumiem, że każdy z nas ma ograniczony czas i możliwości, więc chcemy wybrać to, co dla nas najlepsze. Pozwól, że w tym artykule „Azory – jakie wyspy wybrać?” przeprowadzę Cię przez poszczególne wyspy, żebyś mógł/mogła sprawdzić,…
Uważaj, o czym marzysz!

Uważaj, o czym marzysz! „Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić” – to zdanie wraca do mnie jak bumerang. Z okazji Dnia Marzyciela kilka słów na temat marzeń. Niedawno, po siedmiu latach, odezwała się do mnie koleżanka. Zapytała, czy chciałabym wziąć udział w wywiadzie do Radia Nowy Świat na temat marzeń. Powiedziała, że nieustannie jest pełna podziwu dla mojej odwagi, żeby spełniać swoje marzenia, i chciałaby ze mną porozmawiać właśnie na temat marzeń. A że 8 września przypada Dzień Marzyciela, to wszystko się zgadza. To read an English version of this article click HERE. Zrobiło mi się szalenie miło i zgodziłam się na wywiad Zaczęłyśmy rozmowę od samych pozytywów. Od tego, że marzenia są potrzebne i żadna z nas nie wyobraża sobie bez nich życia. Że stanowią naszą siłę napędową. Że zmieniają nasze postrzeganie rzeczywistości. Ale z czasem robiło się coraz poważniej i poważniej. Aż w pewnym momencie któraś z nas przywołała frazę: „Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić” I ja dziś w tym właśnie temacie. W temacie ceny marzeń. Na przykładzie mojego pobytu na Terceirze. W październiku 2014 roku po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu Terceiry. W czerwcu 2015 roku po raz pierwszy poleciałam na nią na wakacje. I się w niej zakochałam. W styczniu 2016 roku (w środku azorskiej zimy) poleciałam na kolejne wakacje. A w styczniu 2017 roku się przeprowadziłam. Początkowo z planem pozostania na środku Atlantyku 3 miesiące. Jestem już ponad 3 lata. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia Uwielbiam marzyć. Ale marzenie bez woli jego spełnienia i bez ciężkiej pracy pozostaje często tylko marzeniem. I to jest w porządku, nie wszystkie marzenia trzeba spełniać. Ale jeśli na jakimś nam naprawdę zależy, zamiast czeka na gwiazdkę z nieba, lepiej zakasać rękawy. Otworzyć szeroko oczy, zacząć szukać sposobności, rozmawiać z ludźmi, działać. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Jeśli chcemy coś osiągnąć, musimy zacząć działać w tym kierunku już dziś. Czy działanie na rzecz naszego marzenia zajmie czas? Jasne, że zajmie. Ale ten czas minie niezależnie od tego, czy będziemy działać, czy siedzieć z założonymi rękami. Jeśli będziemy działać, upływający czas będzie nas przybliżał do upragnionego celu, a nie oddalał. Marzenia trzeba skonfrontować z rzeczywistością Pięknie brzmią frazy, że „możesz wszystko”, że „jeśli tylko chcesz, jesteś w stanie sięgnąć gwiazd”. Bullshit. Nie wszystko jest możliwe, nie wszystko możemy osiągnąć. Ale możemy osiągnąć naprawdę wiele. Jeśli chcemy i jeśli działamy. I jeśli sprawdzimy, jak nasze marzenia mają się do rzeczywistości. Co się działo u mnie między czerwcem 2015 a styczniem 2017? Cóż, przede wszystkim u mnie w pracy wszyscy wiedzieli już, że wzdycham za Azorami. Że fizycznie byłam w Polsce, ale moje myśli krążyły wokół małej wyspy na Atlantyku. A od stycznia 2016 roku – jeszcze bardziej. Ale wiedziałam, że pracy na Azorach jest jak na lekarstwo, że nie mogę się przeprowadzić bez pewności zatrudnienia. Odpowiadałam na różne ogłoszenia o pracę, ale nigdy nie dostałam nawet potwierdzenia, że moja wiadomość dotarła. Nie mówiłam po portugalsku, mieszkałam na drugim krańcu Europy – czego się spodziewałam? Aż któregoś razu pojawiła się okazja Przeczytałam u znajomej na Facebooku ogłoszenie o pracę, wzięłam udział w rozmowie rekrutacyjnej, zostałam zaakceptowana – i następnego dnia złożyłam wypowiedzenie w mojej pracy w Polsce. (Pisałam o tym w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok”). Miesiące do wylotu spędziłam, rozważając moją decyzję. I z każdą chwilą bojąc się coraz bardziej, co będzie. Zostawiałam moją rodzinę, przyjaciół, pracę, miejsce zamieszkania, hobby. Zostawiałam wszystko, co było mi znajome i co lubiłam, na rzecz jednej wielkiej niewiadomej. I najgorsze było to, że nie umiałam racjonalnie wytłumaczyć mojej decyzji. Nie umiałam uspokoić mojej rodziny, nie umiałam wyjaśnić przyjaciołom, dlaczego to robię. Wiedziałam tylko, że jeśli nie spróbuję, będę do końca życia żałować I będę się do końca życia zastanawiać: „Co by było, gdyby?” Nie chciałam tak żyć. Nie chciałam żyć ze świadomością, że nie skorzystałam z szansy, którą dało mi życie. Bo jedna rzecz praca na rzecz marzenia, druga – oczy szeroko otwarte na to, co podsuwa nam życie. „Łapanie fali”, jak mówił mi znajomy surfer. Ale decyzja o spełnieniu mojego marzenia niosła za sobą dużo bólu i dużo łez Po pierwsze, miałam świadomość, że zupełnie wbrew własnej woli zraniłam swoich bliskich. Moja decyzja niosła ból dla najważniejszych dla mnie osób, których nie chciałam zranić za nic w świecie. Niosłam ciężar świadomości ich bólu na swoich barkach. (Aż do czasu, kiedy i ja poczułam, i oni poczuli, że na Azorach jestem po prostu szczęśliwsza. I mogę dać im z siebie o wiele więcej niż byłam w stanie dać w Polsce. Bo jestem w stanie dać to z głębi mojego radosnego serca). Po drugie, ja sama szalenie tęskniłam. Tak, jak wspominałam w artykule „Na huśtawce” – byłam w rozkroku. Jedną nogą w Polsce, drugą na Terceirze. De facto ani tu, ani tu. Tęsknota za bliskimi była tak ogromna, że nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. I jednocześnie zamykała mnie na relacje z osobami mieszkającymi na wyspie. Zawierając nowe znajomości, czułam się, jakbym zdradzała moich przyjaciół z Polski. I mimo że dziś wiem, że zupełnie to tak nie wygląda – długo żyłam z poczuciem winy. (Swoją drogą, czy też macie wrażenie, że poczucie winy to bardzo polska cecha?) Po trzecie, znalazłam się w miejscu, którego nie znałam, bez języka, z zaledwie kilkoma życzliwymi mi osobami. „Nie umiałam w życie na wyspie”, tak to można najprościej nazwać. Uczyłam się wszystkiego od nowa. Tęskniłam za znajomymi produktami w sklepach, za metrem działającym do późnych godzin nocnych, za działającymi przez cały dzień kinami, za ludźmi, którym nie muszę za każdym razem tłumaczyć wszystkiego od początku. Nic nie było takie, jak się spodziewałam W Polsce miałam bardzo ciekawe prace. Tutaj nagle na początku dostawałam najbardziej podstawowe zadania, no bo przecież byłam nowa i nie znałam się na temacie. Na spotkaniach ze znajomymi rozmowy po angielsku płynnie przechodziły w rozmowy po portugalsku. A ja siedziałam z głupim uśmiechem. I z wdzięcznością przyjmowałam każdą pomoc w tłumaczeniu z portugalskiego na angielski. Czy tego się spodziewałam? Zdecydowanie nie. Podobnie jak nie spodziewałam się przytłaczającej azorskiej
Cristóvam – pierwszy koncert w Polsce

Kilka dni temu Cristóvam zagrał swój pierwszy koncert w Polsce i zaczarował publiczność. A zaczęło się na Terceirze ponad rok temu. W zeszłym roku, jak już Wam wspominałam, było na Terceirze na Erasmusie dwóch Polaków, wspinaliśmy się razem. Któregoś dnia jeden z nich do mnie napisał: „Milena, słyszałaś o tym koncercie 8 czerwca w teatrze? Cristóvam będzie śpiewał”. Nie wiedziałam, kto to Cristóvam, włączyłam YouTube. W połowie pierwszego przesłuchiwanego utworu wiedziałam już, że idę na koncert. To read an English version of this article click HERE. Teatro Angrense, czyli główny teatr w Angrze (i na całej Terceirze), był wypełniony po brzegi. 650 miejsc zajętych co do jednego. Tuż przed rozpoczęciem dowiedziałam się, że Cristóvam to artysta z Terceiry, autor piosenek i ich wykonawca. I jak to bywa na wyspie – znajomy znajomego. Zachwyciłam się jeszcze wnętrzem teatru (tak, teatry to „moje” miejsce), scenografią – i zaczął się koncert. Na koncercie siedziałam jak zaczarowana. A wraz ze mną – reszta publiczności. To, co płynęło ze sceny, to była czysta magia. Przy okazji artysta dziękował po kolei wszystkim, którzy umożliwili mu dojście tam, gdzie jest. Którzy pomogli mu w pierwszych krokach, pierwszych nagraniach, którzy byli przy nim, kiedy ich potrzebował. Było tak przyjemnie, atmosfera radości i wdzięczności udzieliła się wszystkim widzom. Po koncercie oczywiście płyta, autograf, wymiana wrażeń z koncertu, dopytywanie znajomych, kto to. „Tak, to mój starszy brat”. Ta wyspa naprawdę jest mała. A potem płyta lecąca w samochodzie w kółko – póki mi się nie zepsuło wejście na płyty. I moja myśl: trzeba go ściągnąć do Polski! Chciałam i zaprezentować w Polsce muzykę, która mnie urzekła, i przywieźć do mojego kraju kawałek Terceiry, mojego nowego domu. Chciałam się podzielić tym, co dla mnie ważne – i artystycznie, i życiowo. Jedna myśl szybko przerodziła się w wielkie marzenie, które bardzo chciałam zrealizować. A potem, we wrześniu, była oficjalna premiera płyty i drugi koncert, tym razem w Teatro Alpendre. Dużo mniejszy teatr, na scenie tylko Cristóvam z gitarą i harmonijką ustną, w pewnym momencie też ze swoim przyjacielem, który dołączył do niego z drugą gitarą. Intymna atmosfera, poczucie bliskości. Miało się niemal wrażenie, że artysta gra dla każdego z widzów z osobna. W zasadzie to nie pamiętam, kiedy pierwszy raz wspomniałam artyście, że chciałabym, żeby zagrał w Polsce. Czy to było po pierwszym koncercie? Czy po drugim? Nie wiem. Pamiętam tylko jednego grilla, na którym rozmawialiśmy o tym już bardziej serio. I pamiętam ustalanie szczegółów. I tłumaczenie biografii artysty na polski. Moje pierwsze maile i telefony do potencjalnych organizatorów. Jeszcze więcej pracy. I w końcu radość, że będzie koncert. I wywiad Cristóvam – Być wrażliwym na oczach innych ludzi tuż przed koncertem. I w końcu: 13 sierpnia 2019 r. Cristóvam zagrał swój pierwszy koncert w Polsce! I zaczarował polską publiczność. Koncert odbył się w DK Śródmieście w Warszawie. To miejsce, które uwielbiam. Ma świetną kadrę, z którą znakomicie się pracuje, świetną scenę, na której granie to czysta przyjemność, i świetną publiczność, która zawsze wita artystów z otwartymi ramionami. I powitała i tym razem. Podczas koncertu uśmiechałam się w ciemności. Słuchałam muzyki z płyty „Hopes & Dreams” i z tej, która właśnie powstaje, słuchałam opowieści o utworach, słuchałam ciepłych słów podziękowania skierowanych do mnie i do organizatorów. I po prostu się uśmiechałam. Rozglądałam się po innych uśmiechniętych twarzach, patrzyłam, jak różne osoby się kołysały czy lekko wystukiwały rytm. Słuchałam powtarzanych przez wszystkich refrenów, burz oklasków – i byłam szczęśliwa. Na koncercie pojawiło się kilka bliskich mi osób – i było mi tak miło, że się pojawiły! I przyszły też osoby, których zupełnie nie znam – i one też były zachwycone! To była wielka nagroda – widzieć tyle szczęśliwych twarzy. Cristóvam też był szczęśliwy. To artysta, który docenia każdy koncert i każdego widza. Który cieszy się, że może dzielić się swoją twórczością i że ta twórczość kogoś porusza. Na koncert w Warszawie czekał chyba z taką samą niecierpliwością jak ja. To był i jego pierwszy koncert w naszym kraju, i pierwsza w życiu wizyta w Polsce. Polskiego zaczął się uczyć od słowa „dojrzewające” (no comments, może kiedyś usłyszycie tę historię na koncercie), a już pod koniec potrafił sam przeczytać w metrze „Świętokrzyska”. Cieszyłam się, widząc jego reakcje i na koncert, i na Polskę. Trudno mi powiedzieć wiele więcej o samym koncercie, wiązał się on dla mnie ze zbyt wieloma emocjami. Poprosiłam jednak kilkoro widzów o podzielenie się swoimi opiniami. Niech one stanowią podsumowanie. „Kameralna, wręcz intymna atmosfera wydarzenia sprawiła, ze przykro było wracać do domu. Śpiewane ciepłym głosem w ciemnej sali koncertowej piosenki na długo zapadły mi w pamięć. Koncert był jednak wyjątkowy przede wszystkim ze względu na samego artystę; dowcipnego, elokwentnego, z dystansem do siebie.” Kasia „Nie znałem muzyki Cristovama wcześniej. Posłuchałem kawałków w dniu koncertu na Spotify i byłem pozytywnie nastawiony. Natomiast pozytywna energia i kontakt z publicznością w trakcie samego występu połączony z bardzo dobrymi technicznie wykonaniami piosenek sprawiły, że bawiłem się doskonale.” Mikołaj „Artysta potrafił uczynić z koncertu podróż, w którą zabrał ze sobą słuchaczy” „Przyznam, że kupując bilet na koncert Cristovama nie znałam jego twórczości. Wcześniej odsłuchałam dosłownie jeden utwór na YouTube i oczywiście spodobał mi się 🙂 Kiedy usiadłam na swoim miejscu w DKS i usłyszałam pierwszą kompozycję zaśpiewaną jedynie przy dźwiękach gitary w bardzo kameralnej atmosferze, zauroczyłam się. Jego piosenki są tak kojące dla serca i duszy, że kiedy zamknęłam oczy podczas słuchania jednej z nich, nie chciałam, aby się skończyła. Poprzez osobiste historie opowiadane między utworami artysta potrafił uczynić z koncertu podróż, w którą zabrał ze sobą słuchaczy. Dzięki czemu każdy na sali mógł choć w małym stopniu poznać bliżej wokalistę. Mam nadzieję, że nie był to ostatni koncert w Polsce i z niecierpliwością czekam na kolejny. Pozdrawiam.” Kasia P.W. „Miałem niebywałą przyjemność uczestniczyć w warszawskim koncercie Cristovama, artysty z portugalskiej wyspy Terceiry. Wydarzenie tak miłe, ciepłe, że aż śmiało można stwierdzić: rodzinne. Strona muzyczna fenomenalna! Choć byłem na pierwszym jego koncercie na Azorach, to nadal miałem bardzo pozytywne odczucia. Z wielką chęcią poszedłbym na następny koncert w Polsce!” Marcin „Właściwie to nie był tylko
Cztery miesiące na środku Atlantyku

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że
Terceira – oto jestem!

Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy po portugalsku „trzecia”. Dla mnie to trzecia wizyta tutaj. Pierwszy raz bez daty powrotu. (O tym, skąd się mi się wzięła ta Terceira, przeczytasz w artykule „W podróży przez życie liczy się każdy krok„.) Wylądowałam prawie dwa tygodnie temu w środę 18 stycznia, tuż przed godziną 11:00 tutejszego czasu. Przesunięcie czasowe w stosunku do Polski to dwie godziny. Przynajmniej administracyjnie, bo jak mi niedawno mądry kolega podpowiedział – według słońca są tak naprawdę trzy godziny. Wylądowałam i… nie mogłam uwierzyć, że tu faktycznie jestem. Znajomi odebrali mnie z lotniska, wyściskałam ich i nie przestawałam rozglądać się wokół i śmiać się od ucha do ucha. Znajomy mnie szczypał, żebym uwierzyła, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze wieczór wcześniej w Lizbonie Terceira nadal wydawała się odległa. Nocowałam w Lizbonie u znajomej, ale zanim do niej dotarłam, spotkałam się jeszcze z jednym poznanym przypadkiem znajomym. Pochodzi z sąsiedniej wyspy, mieszka od wielu lat w Lizbonie, ale tęskni za Azorami. Mówił mi, że pamięta, jak półtora roku temu wróciłam pierwszy raz z Terceiry i zafascynowana opowiadałam mu, jak bardzo mi się tam podobało i jak bardzo chcę tam wrócić. Najlepiej natychmiast. Ale 17 stycznia wieczorem nie bardzo wiedziałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jestem już za połową drogi, że tylko nocleg i będę tam, gdzie chciałam być od półtora roku. Ale jednocześnie jedną nogą byłam jeszcze w Polsce. I jedną nogą, i ogromnym kawałkiem serca. Przed wyjazdem spotkałam się z bliskimi mi ludźmi, zrobiłam dwie imprezy pożegnalne – firmową i prywatną, nagadałam się za wszystkie czasy… Mimo pośpiechu w przekazywaniu obowiązków w pracy, w pakowaniu, w wywożeniu wszystkiego do domu – miałam coś, co się pięknie nazywa „quality time”. A w rzeczywistości jest jeszcze piękniejsze niż sama nazwa. Zdołałam spędzić fantastyczne chwile z ważnymi dla mnie osobami… ….a tu nagle Lizbona! I wielka tęsknota za wszystkimi, których zostawiłam tysiące kilometrów za sobą. Siedziałam na Praça do Comércio, patrzyłam na Tag, rozmawiałam ze znajomym, który mi przypominał, jak po pierwszym i drugim powrocie z Terceiry chciałam się tam natychmiast znaleźć z powrotem, który mówił ze zdumieniem i z podziwem, że spełniam swoje marzenie – i zwyczajnie tęskniłam. Następnego dnia rano miałam pobudkę – i na lotnisko. Rok temu, kiedy ta sama znajoma odwoziła mnie na lotnisko, wracałam do Polski. Znajoma powiedziała wtedy: „Jeszcze wrócisz na Terceirę, na dłużej, jestem pewna”. Miała rację. W samolocie nie mogłam spać. Zwykle zasypiam, ledwo zapnę pas, a tym razem kręciłam się nerwowo w tę i z powrotem. Tak do połowy lotu. Kiedy od dłuższego czasu lecieliśmy nad wodą, kiedy dotarło do mnie, dokąd lecę – uspokoiłam się i zasnęłam. I wylądowałam 18 stycznia tuż przed 11. Na początku miałam kilka dni wakacji. Znajomi „przechowali” mnie u siebie, karmili pysznościami i zabierali na długie wycieczki – tam, gdzie się dało, szliśmy pieszo, gdzie się nie dało, jechaliśmy jeepem. Albo odwrotnie, jak kto woli. Przeszliśmy dwa duże, piękne szlaki. Jeden jest jeszcze w trakcie przygotowań, ale znajomy z racji miejsca pracy jest osobiście zaangażowany w jego otwarcie, więc „przecieraliśmy szlak”. Dosłownie. Drugi szlak istnieje od dawna, czasem trzeba się na nim wspinać wysoko, czasem idzie się piękną połoniną. Wrażenia fantastyczne. O szlakach będzie osobny wpis, na razie tyle, że warto. Warto przyjechać tu i ruszyć w las – jest co podziwiać. Moje wakacyjne dni pełne były wrażeń, pozytywnych emocji, serdecznych rozmów, śmiechu, radości. Wieczorem pomagałam zrywać mandarynki, rano oglądałam wykluwające się ze skorupek pisklaki. A w ciągu słonecznych, prawie letnich dni coraz szerzej otwierałam oczy na to, co widzę. W końcu w sobotę uwierzyłam, że tu naprawdę jestem. Po kilku dniach wakacji przyszedł czas na przeprowadzkę i rozpoczęcie pracy. Przeprowadziłam się do domu, w którym spędzę co najmniej najbliższe kilka miesięcy. Dom ma kominek, elektryczne piecyki i widok na ocean. Jest położony na południu wyspy, kilka kilometrów od Angry, czyli największego miasta na wyspie. Widok na ocean, zwłaszcza w słoneczne dni, jest obłędny. Ale jak się tam przeprowadziłam, dwa pierwsze dni nie były słoneczne. Lało od rana do wieczora, a w nocy jeszcze bardziej, temperatura spadła, chodziłam w dwóch polarach i jeszcze marzł mi nos. I do tego wiatr, który zdawał się wywiewać z człowieka resztki nadziei na ujrzenie jeszcze raz słońca. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dowiedziałam się, że – pewnie ku rozczarowaniu co niektórych – przy wykopkach jednak nie będę pracować. Firma, w której pracuję, na razie nie sadzi sama warzyw. Yacón, którym się na początek zajmujemy (na początek, bo są plany rozwinięcia firmy), wyhodowali tutejsi organiczni farmerzy. Ja na razie pracuję w biurze, robię „risercze”, zestawienia, rzucam pomysły. Jak się zacznie etap produkcji, będę też pracowała przy wytwarzaniu produktu docelowego, czyli suszonych plastrów wspomnianego słodkiego ziemniaka. Pierwszy raz w życiu będę pracować przy maszynach, sama jestem ciekawa, co to będzie. Pierwszy dzień w pracy był bardzo pozytywny. Dużo się działo, poznawałam wszystko i wszystkich, dowiedziałam się wiele o firmie, o jej działalności, o planach na przyszłość, o sposobie pracy. W wieczornych rozmowach z rodziną i znajomymi byłam nadal spięta, ale jednocześnie pozytywnie nastawiona do rzeczywistości. Niepokoił mnie duży dom, do którego się przeprowadziłam, ale starałam się patrzeć jasno w przyszłość i czekać spokojnie na to, co przyniesie kolejny dzień. Niestety, we wtorek rano moje nastawienie do świata było równie pochmurne jak pogoda za oknem. Mieszkałam w zupełnie nowym miejscu, daleko od moich tutejszych znajomych, nie mogłam nigdzie wyjść, bo lało… Trudno w takich warunkach o jasny ogląd sytuacji. Kiedy znajomy zaproponował, że zgarną mnie po pracy do siebie, nie wahałam się ani chwili. Spędziłam z nimi świetny wieczór, a od następnego ranka wszystko już było w porządku. Moje pozytywne podejście do świata i nowości wróciło, znów się uśmiechałam do ludzi i do życia, mogłam działać dalej. I tak działam już prawie tydzień. Wszelkie trudności przekładam
W podróży przez życie liczy się każdy krok

Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury! Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i kupiłam bilet w jedną stronę. 17 stycznia wsiadam w samolot i lecę na Terceirę – moją wyspę marzeń. Jestem chodzącym przykładem na to, że jeśli wystarczająco mocno się w coś wierzy, to można to osiągnąć. Terceira to mała wyspa na środku Atlantyku, o której istnieniu dowiedziałam się dwa lata temu w październikowym słońcu Barcelony. To historia na osobny wpis, zaczynająca się jak love story, a zakończona super przyjaźnią, teraz tylko tyle, że warto rozmawiać z nieznajomymi. Kilka miesięcy po niespodziewanym spotkaniu w Barcelonie wylądowałam po raz pierwszy na najbardziej zielonym zakątku Ziemi, jaki do tej pory widziałam. I z miejsca się zakochałam! Co mnie urzekło? Nieskażona natura. Soczysta zieleń. Błękit nieba. Potęga oceanu. Serdeczność ludzi. Radość życia, która widoczna była na każdym kroku. Tam się nauczyłam, że można wolniej, można spokojniej. Że wspólny posiłek można zjeść nie od święta, tylko codziennie. Że nie trzeba biec, lepiej skupić się na bieżącej chwili i docenić ją w najdrobniejszym szczególe. Że nigdy nie będziemy mieć wszystkiego – i „wszystko” nam do szczęścia nie jest potrzebne. To, co najważniejsze, jest w nas samych. Po powrocie do Warszawy trudno mi było wrócić do codzienności. Było dla mnie za głośno, za szybko, za nerwowo. Źle znosiłam szum i anonimowość, jaka panuje w dużym mieście. I ponury wyraz twarzy spotykanych na ulicach ludzi. Chciałam zachować w sobie choć cząstkę tego, czego nauczyłam się w mojej podróży. I chciałam jak najszybciej wrócić do mojego raju. Do przygotowań do wyjazdu zabrałam się, jak to miałam w zwyczaju, szybko i nerwowo. Chciałam wyjechać już, teraz, natychmiast. Uczepiłam się myśli, że znajdę jakąś pracę zdalną i jakoś to będzie. Wierzyłam, że wyjazd rozwiąże wszystkie moje problemy. A było ich w tym czasie sporo: toksyczna współlokatorka, konieczność wywiezienia mojej ukochanej kotki do rodziców, brak stałego miejsca zamieszkania przez półtora miesiąca, duży projekt teatralny, który był dla mnie ważny, ale jego realizacja pochłaniała mnóstwo energii… Do tego dochodziło ogólne wewnętrzne rozbicie i strach przed postawieniem jakiegokolwiek kroku. Odpowiedź, jakiej najczęściej w tym czasie udzielałam, brzmiała: „Nie wiem”. Na wszystkie pytania odpowiedzią miał być wyjazd. I nie był. Nie byłam w stanie zebrać się w sobie na tyle, żeby faktycznie o ten wyjazd zadbać. Byłam w kompletnej rozsypce i jedyny wyjazd, jaki się wydarzył, to kolejny wyjazd na dwa tygodnie, który tylko przypomniał mi, jak cudownie jest na tej wyspie i jak bardzo chcę na niej być. I znów zabrałam się do przygotowań – i znów przez kolejne miesiące nic się nie wydarzało. Chociaż „nic” to pojęcie względne. Moje „nic” to w tym przypadku był ogrom pracy, jaki włożyłam w to, co mam w życiu najcenniejszego – w samą siebie. Postanowiłam posprzątać szufladki w mojej głowie – powyrzucać śmieci, pościerać kurze, wyciągnąć trupy z szafy i przyznać się do ich istnienia, a następnie wybaczyć sobie, że dopuściłam do ich pojawienia się. I wybaczyć tym trupom, że były w moim życiu – w końcu sama je wybrałam. A jeśli nie wybierałam ich bezpośrednio, to wybierałam moje reakcje na nie. To, co dalej z nimi robiłam. Czyszczenie w głowie odbywało się równolegle z czyszczeniem przestrzeni wokół siebie. Zrezygnowałam z teatru, w którym grałam ponad 8 lat i który bardzo kochałam, odgruzowałam swój pokój, wyrzuciłam połowę ciuchów, poddałam się laserowej korekcji wzroku i ograniczyłam kontakt z ludźmi, którzy wysysali ze mnie energię. Potrzebowałam dużo dobrej energii – i nią zaczęłam się otaczać. Żeby w szufladkach był coraz lepszy porządek. Na początku tej pracy, widząc „wolne przestrzenie”, z przyzwyczajenia zaczęłam je zapełniać aktywnościami – zdecydowałam się na udział w półmaratonie (i faktycznie, po dwóch miesiącach przygotowań, go przebiegłam), zaczęłam tańczyć bachatę, rzuciłam się w wir spotkań towarzyskich, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu, zapisałam się na intensywny kurs portugalskiego i przez cały miesiąc uczyłam się jak szalona, godząc zajęcia z pracą i innymi obowiązkami. I co? I znów dotarłam na skraj wyczerpania – a ten mój skraj leży faktycznie daleko. Tak daleko, że jak już do niego dotrę, nie mam siły nawet usiąść, nie mówiąc o powrocie tam, skąd przyszłam. Wiedziałam, że z czegoś muszę zrezygnować. Moja dusza wołała o przestrzeń, o spokój. Zrezygnowałam więc niemal ze wszystkiego. Byłam niedostępna dla znajomych, co tydzień wyjeżdżałam z Warszawy, żeby być jak najbliżej natury, i nie miałam ochoty wracać do tego dużego miasta, próbowałam odzyskać utraconą energię i chęć działania. W jakimś momencie przeżyłam coś, co fachowo nazywa się wglądem. To taki efekt „aha!”, nagłe zrozumienie sytuacji, olśnienie, pomysł. Któregoś lipcowego dnia dotarło do mnie, że sama jestem odpowiedzialna za swoje szczęście – i że zasługuję w życiu na to, co najlepsze. Brzmi banalnie? To oczywiste? To zastanówcie się przez chwilę, na ile naprawdę tak myślicie, a na ile uzależniacie swoje szczęście od nieuprzejmej pani w sklepie, od kierowcy BMW, który zajechał Wam drogę, od deszczu, który akurat na złość Wam pada, czy od klamki, która chciała zrujnować Wam cały poranek, i dlatego odpadła. Tamtego lipcowego dnia zrozumiałam, że to ja jestem panią swojego życia. Że nie muszę i nie chcę oddawać nikomu władzy nad nim. Że zadowalanie wszystkich wokół prowadzi wyłącznie do tego, że wszyscy są niezadowoleni, ze mną na czele. I że jeśli czekam na to, aż ktoś przemieni moje życie w bajkę – to tym kimś mogę być tylko i wyłącznie ja sama. Przyszedł czas, żeby wyczyszczone szufladki zapełnić na nowo. Wróciłam do starych książek psychologicznych, które już kiedyś czytałam, zaczęłam wertować strony internetowe i blogi w poszukiwaniu materiałów o rozwoju osobistym, rozwoju duchowym, o szukaniu swojej pasji (teatr zostawiłam za sobą – przyszedł czas na coś nowego), poszłam na warsztaty z coachem, wymieniałam się ze znajomymi ebookami pełnymi mądrych myśli, afirmacji, ćwiczeń na usłyszenie swojego wewnętrznego głosu. Wiedziałam, że kiedy go słucham, moje wybory są dobre, najlepsze z możliwych, ale przez ostatnie kilka lat