Dzień z życia wyspiarki

Jeden dzień z życia wyspiarki. Importowanej wyspiarki. Importowanej niewyspiarki. No dobrze – jeden dzień z życia na wyspie. 6:45 – dzwoni budzik. Wyciągam rękę i stukam gdzieś w środek ekranu telefonu, żeby przestał dzwonić. Przekręcam się na drugi bok. 6:55 – dzwoni budzik. Włączam kolejną drzemkę, już bardziej tego świadoma. 7:05 – dzwoni budzik. Pora otworzyć oczy. Przez zasłony nieśmiało wdziera się dzień. Jak dobrze, że nie zamknęłam okiennic, przynajmniej widać, że zaczął się dzień. Światło jest żółtawo-różowawe. To znaczy, że jest ładny poranek i trwa złota godzina. Dowiedziałam się od znajomego fotografa, że złota godzina to pierwsza godzina po wschodzie słońca i ostatnia godzina przed zachodem słońca. Podczas złotej godziny jest najlepsze światło i wychodzą najpiękniejsze zdjęcia. Znów myślę o tym, że miałam wstać na wschód słońca. Przecież do mariny mam 7 minut pieszo. „Jutro” – stwierdzam i powoli zwlekam się z łóżka. Idę do kuchni i wstawiam przygotowaną dzień wcześniej owsiankę do mikrofalówki. Wracam do pokoju, chwytam przygotowane dzień wcześniej ubrania i wchodzę po schodach do łazienki. Poranna toaleta, śniadanie, internet, żeby sprawdzić, jaką Márcio ma dziś zupę w barze. Pisałam do niego wczoraj wieczorem z tym pytaniem, ale nie widziałam wcześniej odpowiedzi. Brokułowa. Super! Zakładam kurtkę, chwytam klucze, torebkę, torbę z jedzeniem, plastikowy pojemnik na zupę – i do samochodu. Muszę zrobić nawrotkę na mieście, bo mieszkam w centrum, a tu wszędzie jednokierunkowe. Dojechałam – Pastelaria Santa Bárbara. Zatrzymuję się na awaryjnych przed wejściem, mówię głośno „Bom dia” i widzę roześmianego przyjaciela. „Good morning, how are you?” – i dwa buziaki, po portugalsku. „Dobrze” – odpowiadam – „A ty?” – pytam. Odpowiedź jest zawsze taka sama: „Świetnie!” Lubię zaglądać z rana do Márcia, bo zawsze dostaję kopa pozytywnej energii. Czasem przychodzę kwadrans wcześniej, żeby wypić kawę (zawsze galão – espresso z dużą ilością spienionego mleka) i zjeść moje ulubione ciacho Dona Amélia. A tak naprawdę – żeby popatrzeć na ten poranny rozgardiasz, posłuchać wesołych rozmów o wszystkim i o niczym, poobserwować kończących śniadanie strażaków, którzy właśnie zeszli z nocki, dowiedzieć się, nad jakim nowym projektem fotograficznym pracuje Márcio, i nacieszyć się życiem i poczuciem swojskości. Spędziłam w tej pastelarii tyle czasu, że czuję się tam jak u siebie. I nie tylko ja – 90% klientów wraca nie tyle po kawę, ale po serdeczne słowo, uśmiech, po poczucie, że jest się mile widzianym. Pełna dobrej energii mogę zacząć dzień. Wracam do samochodu, wyłączam awaryjne i jadę do pracy. Uśmiecham się do krów pasących się na łące. Jest ładny dzień, więc w drodze z parkingu do biura widzę ocean i Monte Brasil. Widok, który mi się nigdy nie nudzi. Jeśli jest mgliście, widzę biuro. Czasem las za biurem. I kawałek pól. I to by było na tyle. To Azory, najlepsza prognoza pogody to ta za oknem. Na najbliższe 5 minut. Podczas przerwy na lunch wrzucam foto na Instagrama i usiłuję odpowiedzieć na wiadomości rodziny i przyjaciół z Polski. I tych rozsianych po innych zakątkach świata. Lunch jem nie po portugalsku, w pracy. W Portugalii przerwa na lunch nie jest wliczana w czas pracy. Portugalczycy mają godzinną przerwę wpisaną w umowę. Podczas tej przerwy zwykle jadą do domu i jedzą lunch z bliskimi. Rodzice odbierają dzieci ze szkoły, znajomi spotykają się na mieście. To święty czas, w którym pracownika nie ma dla nikogo. Ja mam półgodzinną przerwę, bo tak wolę. Nie mam tutaj mamy ani cioci, do których mogę wpaść na obiadek, więc nie jest mi potrzebna godzinna przerwa, która wydłuża moje godziny w pracy. Swój posiłek zjadam w towarzystwie Messengera, WhatsAppa i Instagrama. Albo osób, które są po drugiej stronie i czekają na mój odzew. O 17 wychodzę z pracy. Kolega pyta, czy idę się dziś wspinać. „Taaak!” – rozjaśniam się od razu. Chcę go spytać o kilka kwestii, które akurat mi się przypomniały, ale zerkam na zegarek, robię w głowie rachunek rzeczy do zrobienia przed wspinaczką i czasu, który na nie potrzebuję, i stwierdzam, że praca nie zając. Ruszam. Zajeżdżam po drodze do sklepu, bo skończyły mi się pomidory, a bez nich trudno mi żyć. Uśmiecha się do mnie jeszcze bolo lêvedo, czyli pyszny chleb z São Miguel, a do tego przecenili wino, które lubię – z 2,16€ na 1,86€. Myślę o tym, jak kocham Portugalię za ceny wina, i pakuję chleb i dwie butelki. Stoję już przy kasie, sympatyczna pani kasjerka dopytuje mnie, jak tam święta, kiedy coś mi zaczyna wibrować w torebce. Odbieram telefon: „Nie mogę teraz rozmawiać, jestem w sklepie, zadzwonię do ciebie dosłownie za 5 minut, dobrze?” Słyszę „Dobrze” w odpowiedzi, chowam telefon. Pani kasjerka się śmieje: „Rozumiem polski! Właśnie powiedziałaś, że nie możesz rozmawiać, ale za chwilę oddzwonisz, prawda?” Kończymy rozmowę, życzymy sobie dobrej nocy – i wychodzę. Oddzwaniam. Słucham o tym, co w Polsce i na świecie, opowiadam, że idę się dziś wspinać i że ostatnio zrobiłam drogę, do której wcześniej nawet się nie przymierzałam. Ale miałam bardzo dobry dzień, byłam radosna i pełna wiary we własne możliwości. I miałam wsparcie koleżanki, która stanęła i mnie asekurowała tam, gdzie najbardziej bałam się spaść. Bo to był boulder, ponoć na boulderze rozwiązuje się problemy, ale mnie to nie brzmi. Ja zrobiłam drogę i tym samym rozwiązałam problem, jaki miałam z tą głową w mojej głowie. „Dobrze słyszeć cię taką pozytywną!” Cieszę się. Znajomy, przyjazny głos też zawsze dobrze słyszeć. O 17:30 wchodzę do domu i robię szybkie rozeznanie: ciuchy na wspinaczkę przygotowane dzień wcześniej czekają, zebrać pranie, rozpakować się, przebrać, zjeść, umyć – co pierwsze? Jedzenie! Raz, że jestem głodna, dwa, że muszę mieć choć chwilę na spalenie przed treningiem tego, co zjem. Nie są to przepisowe dwie godziny, wiem, ale kilka razy już poszłam głodna i nie wyszło mi to na dobre. Podczas jedzenia na zmianę słucham na YouTubie „Faith & Wine” Cristóvama i wiadomości na WhatsAppie. Odpisuję na wiadomości głosowe na bieżąco, jak trwają, bo tak mi łatwiej – na koniec długiej wiadomości już nie pamiętam, co było na jej początku. I myślę o tym, że muszę sobie chyba zgrać płytę na telefon, bo ciągłe włączanie i wyłączanie YouTube’a mnie
Dwa lata na środku Atlantyku

Dziś mijają moje dwa lata na środku Atlantyku. Dwa lata, odkąd wywróciłam moje życie do góry nogami i przeprowadziłam się na Terceirę. Były to dwa lata pełne radości i smutku, pełne ekscytacji i rozpaczy, nowości, odkryć, tęsknoty za tym, co znane, złości, frustracji i zachwytu. Mieszanka wybuchowa, którą zafundowałam sobie na własne życzenie. Kto by pomyślał, że tyle można przeżyć w tak małym miejscu. O tym, jak wyglądał mój pierwszy rok na Terceirze, pisałam Wam w artykule Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. A jak wyglądał drugi rok? Inaczej. O wydarzeniach opowiadam Wam na bieżąco na Facebooku i Instagramie, dziś więc będzie bardziej ogólnie, bardziej w formie podsumowania – co przeżyłam, czego się nauczyłam, co dał mi ten kolejny rok. No to zaczynamy! 1. Przestałam liczyć czas od wizyty do wizyty. W pierwszym roku czekałam na wszystkich gości jak na zbawienie. Liczyłam czas od wizyty do wizyty. Ledwo ktoś wyjechał, już wyczekiwałam kolejnej osoby. Mimo że miałam tutaj bliskie osoby, brakowało mi tych, które znam od lat. Teraz też mi ich brakuje, ale nauczyłam się żyć z ludźmi, których mam na miejscu. Ich obecność też sprawia mi radość. Może do zaprzestania liczenia czasu między wizytami przyczyniło się dodatkowo to, że w tym roku gości miałam tylko podczas pierwszej połowy roku. Drugą miałam dla siebie – i chciałam ją dobrze zagospodarować. Zawsze cieszę się z gości i na nich czekam, ale umiem też żyć bez nich. 2. Zaczęłam mówić po portugalsku. Porozumiewam się w tym języku już w miarę swobodnie i kiedy ktoś nowy mnie pyta, czy chcę rozmawiać po portugalsku, czy po angielsku, wybieram portugalski. Bo nie boję się już mówić. Bardzo mi w tym pomogli w tym roku mój fizjoterapeuta i jego asystent oraz koleżanka z pracy. Na własne życzenie (zbyt szybko chciałam się przygotować do półmaratonu…) zepsułam sobie kolano i ponad półtora miesiąca spędziłam na fizjoterapii. Jakieś 7-8 godzin tygodniowo. I co? I wszyscy mówili tam do mnie po portugalsku! Chcąc nie chcąc, oswajałam się z językiem. Koleżanka z pracy też się uparła, że będzie ze mną rozmawiała tylko po portugalsku. Kiedy czegoś nie rozumiałam, spokojnie jeszcze raz wyjaśniała. Rozmawiałyśmy o życiu i śmierci, o relacjach, o rozwoju duchowym i o polityce. Po portugalsku. Zaprzyjaźniłyśmy się – bez wymienienia między sobą słowa w języku angielskim. Nadal mam coraz więcej do czynienia z portugalskim w pracy. I na ściance. I w życiu prywatnym. Zawieram znajomości, w których mówię wyłącznie po portugalsku. I wiecie co? Wiem, że robię milion błędów, że nie znam czasów gramatycznych i mam polski akcent, ale już się tym nie martwię. Ważne jest dla mnie to, że się komunikuję z ludźmi. To znacznie (!) ułatwia mi życie. Jednak komunikacja jest istotna, wiecie? 3. Odkryłam w sobie siłę i odwagę. Mimo że mam tu na miejscu życzliwych mi ludzi, którzy pomagają mi, kiedy tego potrzebuję, i mam ciągły kontakt z moimi bliskimi po drugiej stronie Atlantyku, to jednak z wieloma kwestiami muszę się codziennie mierzyć sama. Nie wszyscy rozumieją moje trudności – i nie muszą, mają swoje. Uśmiechamy się do siebie i wspieramy. Przypominamy sobie nawzajem o swojej sile i o tym, co dobre. Dajemy sobie, ile tylko możemy. A ze swoimi wewnętrznymi demonami każdy i tak zostaje sam. Tutaj znalazłam w sobie wystarczająco siły, żeby faktycznie zacząć spoglądać im prosto w oczy. I przyznawać się do tego, że nie jestem idealna. I odważać się na nowe – ze świadomością, że może się nie udać. Znalazłam więcej odwagi do życia i zaufania do tego, że dam radę. W końcu dałam radę sama dwa lata na środku Atlantyku, to już przecież coś. 4. …i cierpliwość. Odkryłam w sobie również cierpliwość. A może raczej ją wypracowałam. Zawsze chciałam mieć wszystko na już, teraz, natychmiast – albo w ogóle. Tutaj nauczyłam się czekać. Pracować wytrwale na rezultaty. Akceptować to, że życie ma swoje pomysły, które niekoniecznie muszą być zbieżne z moimi, i albo dostosuję swój plan do planu życia, albo będę chodziła zła i sfrustrowana. Nie lubię chodzić zła i sfrustrowana, więc nauczyłam się nie kląć na życie (przynajmniej nie za długo), tylko sprawdzać, jaki jest obecny stan sytuacji i tak modyfikować swoje plany, żeby były możliwe do realizacji. 5. Zaakceptowałam to, że nie muszę lubić wszystkiego. Nie cierpię Halloween. A tu się je mocno obchodzi – w końcu kontakty wyspy z Ameryką są bardzo silne, chociażby przez fakt obecności amerykańskiej bazy wojskowej na wyspie. Lokalna tradycja Pão-por-Deus bardzo mi się podoba, ale na myśl o Halloween ciarki mnie przechodzą. Dlatego kiedy znajomi zapraszali mnie, żebym wyszła z nimi, powiedziałam jasno, że prawdopodobnie nie dotrę. Nie lubię zombie ani innych rozkładających się postaci – i nie muszę ich lubić. I mogę być wierna sobie. Miałam ochotę spotkać się ze znajomymi, ale postanowiłam zadbać o swój dobry stan psychiczny. I pojechałam na drugi koniec wyspy do innych znajomych, z którymi spędziłam bardzo miły wieczór w zgodzie z samą sobą. 6. Jestem bliżej życia. Może przez różne wyzwania dnia codziennego, może przez to, że zwolniłam tempo, może przez to, że więcej obserwuję – czuję się bliżej życia. Nie zatracam się w milionie zadań, które do niczego nie prowadzą, a mają zająć czas i myśli, nie udaję, że coś nie istnieje, nie uciekam ani przed radością, ani przed bólem. Jestem. Przyjmuję wszystko takie, jakie jest. Jak mówił Lec: „Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”. Powoli, powoli się uczę, że trudne dni to nie koniec świata, że miną, a z dobrych chwil cieszę się bez wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że one też miną – ale ja mogę się nimi „nacieszyć na zapas”, zabrać ze sobą na kolejne dni ich dobrą energię. 7. Przyznałam się sama przed sobą, że nie jestem idealna. Robię błędy, zawalam sprawy i relacje, mówię za dużo zanim pomyślę lub unikam poważnych rozmów. Jest mi potem przykro, głupio i wstyd. I nie wiem, jak coś odkręcić. Chciałabym naprawić różne sprawy, ale niektórych się nie da. I mimo że mi z tego powodu smutno – akceptuję to. To część życia. Mogę wyciągnąć wnioski i spróbować zachować