Dwa lata na środku Atlantyku

with Brak komentarzy
Poleć innym:

Ostatnia aktualizacja: 2019-11-26. Autor: Milena

Dziś mijają moje dwa lata na środku Atlantyku. Dwa lata, odkąd wywróciłam moje życie do góry nogami i przeprowadziłam się na Terceirę.

Były to dwa lata pełne radości i smutku, pełne ekscytacji i rozpaczy, nowości, odkryć, tęsknoty za tym, co znane, złości, frustracji i zachwytu. Mieszanka wybuchowa, którą zafundowałam sobie na własne życzenie. Kto by pomyślał, że tyle można przeżyć w tak małym miejscu.

Pobierz e-book „Azory – co zobaczyć na środku Atlantyku”

Wybierasz się na Azory? Chcesz wiedzieć, co warto zobaczyć na każdej z wysp?
Pobierz bezpłatny e-book!

Pobierając e-book, wyrażasz zgodę na zapis na newsletter Mileny Dąbrowskiej, a tym samym na otrzymywanie maili dotyczących Azorów oraz nowości, produktów i usług Mileny Dąbrowskiej. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

O tym, jak wyglądał mój pierwszy rok na Terceirze, pisałam Wam w artykule Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. A jak wyglądał drugi rok? Inaczej.

O wydarzeniach opowiadam Wam na bieżąco na Facebooku i Instagramie, dziś więc będzie bardziej ogólnie, bardziej w formie podsumowania – co przeżyłam, czego się nauczyłam, co dał mi ten kolejny rok.

No to zaczynamy!

 

1. Przestałam liczyć czas od wizyty do wizyty.

W pierwszym roku czekałam na wszystkich gości jak na zbawienie. Liczyłam czas od wizyty do wizyty. Ledwo ktoś wyjechał, już wyczekiwałam kolejnej osoby. Mimo że miałam tutaj bliskie osoby, brakowało mi tych, które znam od lat.

Teraz też mi ich brakuje, ale nauczyłam się żyć z ludźmi, których mam na miejscu. Ich obecność też sprawia mi radość.

Może do zaprzestania liczenia czasu między wizytami przyczyniło się dodatkowo to, że w tym roku gości miałam tylko podczas pierwszej połowy roku. Drugą miałam dla siebie – i chciałam ją dobrze zagospodarować. Zawsze cieszę się z gości i na nich czekam, ale umiem też żyć bez nich.

 

2. Zaczęłam mówić po portugalsku.

Porozumiewam się w tym języku już w miarę swobodnie i kiedy ktoś nowy mnie pyta, czy chcę rozmawiać po portugalsku, czy po angielsku, wybieram portugalski. Bo nie boję się już mówić.

Bardzo mi w tym pomogli w tym roku mój fizjoterapeuta i jego asystent oraz koleżanka z pracy.

Na własne życzenie (zbyt szybko chciałam się przygotować do półmaratonu…) zepsułam sobie kolano i ponad półtora miesiąca spędziłam na fizjoterapii. Jakieś 7-8 godzin tygodniowo. I co? I wszyscy mówili tam do mnie po portugalsku! Chcąc nie chcąc, oswajałam się z językiem.

Koleżanka z pracy też się uparła, że będzie ze mną rozmawiała tylko po portugalsku. Kiedy czegoś nie rozumiałam, spokojnie jeszcze raz wyjaśniała. Rozmawiałyśmy o życiu i śmierci, o relacjach, o rozwoju duchowym i o polityce. Po portugalsku. Zaprzyjaźniłyśmy się – bez wymienienia między sobą słowa w języku angielskim.

Nadal mam coraz więcej do czynienia z portugalskim w pracy. I na ściance. I w życiu prywatnym. Zawieram znajomości, w których mówię wyłącznie po portugalsku. I wiecie co? Wiem, że robię milion błędów, że nie znam czasów gramatycznych i mam polski akcent, ale już się tym nie martwię. Ważne jest dla mnie to, że się komunikuję z ludźmi. To znacznie (!) ułatwia mi życie. Jednak komunikacja jest istotna, wiecie?

 

3. Odkryłam w sobie siłę i odwagę.

Mimo że mam tu na miejscu życzliwych mi ludzi, którzy pomagają mi, kiedy tego potrzebuję, i mam ciągły kontakt z moimi bliskimi po drugiej stronie Atlantyku, to jednak z wieloma kwestiami muszę się codziennie mierzyć sama. Nie wszyscy rozumieją moje trudności – i nie muszą, mają swoje. Uśmiechamy się do siebie i wspieramy. Przypominamy sobie nawzajem o swojej sile i o tym, co dobre. Dajemy sobie, ile tylko możemy.

A ze swoimi wewnętrznymi demonami każdy i tak zostaje sam.

Tutaj znalazłam w sobie wystarczająco siły, żeby faktycznie zacząć spoglądać im prosto w oczy. I przyznawać się do tego, że nie jestem idealna. I odważać się na nowe – ze świadomością, że może się nie udać. Znalazłam więcej odwagi do życia i zaufania do tego, że dam radę. W końcu dałam radę sama dwa lata na środku Atlantyku, to już przecież coś.

 

4. …i cierpliwość.

Odkryłam w sobie również cierpliwość. A może raczej ją wypracowałam. Zawsze chciałam mieć wszystko na już, teraz, natychmiast – albo w ogóle. Tutaj nauczyłam się czekać. Pracować wytrwale na rezultaty. Akceptować to, że życie ma swoje pomysły, które niekoniecznie muszą być zbieżne z moimi, i albo dostosuję swój plan do planu życia, albo będę chodziła zła i sfrustrowana. Nie lubię chodzić zła i sfrustrowana, więc nauczyłam się nie kląć na życie (przynajmniej nie za długo), tylko sprawdzać, jaki jest obecny stan sytuacji i tak modyfikować swoje plany, żeby były możliwe do realizacji.

 

5. Zaakceptowałam to, że nie muszę lubić wszystkiego.

Nie cierpię Halloween. A tu się je mocno obchodzi – w końcu kontakty wyspy z Ameryką są bardzo silne, chociażby przez fakt obecności amerykańskiej bazy wojskowej na wyspie.

Lokalna tradycja Pão-por-Deus bardzo mi się podoba, ale na myśl o Halloween ciarki mnie przechodzą. Dlatego kiedy znajomi zapraszali mnie, żebym wyszła z nimi, powiedziałam jasno, że prawdopodobnie nie dotrę. Nie lubię zombie ani innych rozkładających się postaci – i nie muszę ich lubić. I mogę być wierna sobie. Miałam ochotę spotkać się ze znajomymi, ale postanowiłam zadbać o swój dobry stan psychiczny. I pojechałam na drugi koniec wyspy do innych znajomych, z którymi spędziłam bardzo miły wieczór w zgodzie z samą sobą.

 

6. Jestem bliżej życia.

Może przez różne wyzwania dnia codziennego, może przez to, że zwolniłam tempo, może przez to, że więcej obserwuję – czuję się bliżej życia. Nie zatracam się w milionie zadań, które do niczego nie prowadzą, a mają zająć czas i myśli, nie udaję, że coś nie istnieje, nie uciekam ani przed radością, ani przed bólem. Jestem. Przyjmuję wszystko takie, jakie jest.

Jak mówił Lec: „Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”. Powoli, powoli się uczę, że trudne dni to nie koniec świata, że miną, a z dobrych chwil cieszę się bez wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że one też miną – ale ja mogę się nimi „nacieszyć na zapas”, zabrać ze sobą na kolejne dni ich dobrą energię.

 

7. Przyznałam się sama przed sobą, że nie jestem idealna.

Robię błędy, zawalam sprawy i relacje, mówię za dużo zanim pomyślę lub unikam poważnych rozmów. Jest mi potem przykro, głupio i wstyd. I nie wiem, jak coś odkręcić. Chciałabym naprawić różne sprawy, ale niektórych się nie da. I mimo że mi z tego powodu smutno – akceptuję to. To część życia. Mogę wyciągnąć wnioski i spróbować zachować się lepiej w kolejnej sytuacji. Wykorzystać nabytą siłę i odwagę – i iść dalej z podniesionym czołem. W końcu nie tylko spektakularne sukcesy nas kształtują, ale też wszystkie błędy i porażki, jakie w życiu kolekcjonujemy. Jak siniaki. A ja jestem specjalistką od siniaków.

Jak to mówił Winston Churchill – „Sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”. Ku własnemu zdumieniu, nauczyłam się trzymać się tej idei.

Ja za drzewem na szlaku Passagem das Bestas
Szlak Passagem das Bestas

 

8. Dowiedziałam się, że wielokulturowo znaczy ciekawie.

Oczywiście, że stykałam się w Polsce z obcokrajowcami. Zawsze byłam ciekawa innych kultur, innych zwyczajów życia. Ale dopiero tutaj odkryłam, jak to fantastycznie może działać w życiu codziennym. Jak ludzie z innymi przyzwyczajeniami, z innymi „oczywistościami” mogą istnieć razem i się uzupełniać, uczyć od siebie nawzajem, poszerzać wzajemnie swoje horyzonty. Jak to, że wszyscy jesteśmy inni, dodaje życiu kolorytu. Jak ciekawe mogą być rozmowy światopoglądowe czy dyskusje o tym, czym jest wolność. Jak zabawne mogą być treningi ze wspinaczki, kiedy słyszy się na nich co najmniej 4 inne języki. I jak ważna jest komunikacja w momencie, kiedy nie mówi się ani w swoim ojczystym języku, ani w ramach jednego kręgu kulturowego! To wyzwanie, którego codziennie podejmuję się dużą dawką radości i ciekawości.

 

9. Zaskoczyło mnie, ile radości potrafią dać mi Polacy.

Mimo że cieszy mnie wielokulturowość w grupie moich znajomych, dużą radość sprawiają mi też wizyty Polaków. Mieliśmy na wyspie dwóch Polaków, którzy przylecieli tu na Erasmusa – i ich obecność wniosła w moje życie dużo radości. Zwłaszcza że pojawili się w momencie, kiedy nastrój miałam raczej gorszy niż lepszy. Cieszyłam się, że mogłam z kimś dłużej porozmawiać po polsku, pośmiać się z żartów o wspólnym kontekście kulturowym czy razem pomarzyć o pierogach.

Od czasu do czasu pojawiają się na wyspie turyści z Polski, którzy się do mnie odzywają, proszą o porady, ostatnio z jednym wybrałam się na wspólne zwiedzanie wyspy. To zawsze miłe spotkania, które wnoszą nutę przyjemnej „swojskości” w moje życie.

(Dzień Imigranta, na którym z dwiema pozostałymi Polkami na wyspie – jest nas w sumie 3 – prezentowałyśmy miejscowym polską kuchnię, też był świetnym doświadczeniem! Ale o tym Wam już wspominałam na Facebooku i Instagramie).

 

10. Odkryłam, że człowiek – w tym ja – potrzebuje być potrzebny.

À propos pomocy – odkryłam w sobie dużą potrzebę bycia potrzebną. Pierwszy rok upłynął mi na ciągłym proszeniu o pomoc. Nie wiedziałam nic, nie umiałam nic, nie znałam się na niczym. Ja, która cenię sobie niezależność ponad wszystko, byłam w dużej mierze uzależniona od innych osób. I nie mogłam dać im niemal nic od siebie. I to było dla mnie bardzo trudne. Dlatego też tak czekałam od wizyty do wizyty – wiedziałam, że moim bliskim, których znam od dawna (a moje siostry to nawet od ich urodzenia!), realnie mogę coś dać.

Dziś jestem o lata świetlne do przodu (choć czasem mam wrażenie, że trwa Dzień Świstaka i powtarzam wszystko aż do momentu, kiedy będzie w porządku). Wiem o wiele więcej, rozumiem o wiele więcej – i znów czuję, że mogę być komuś potrzebna. To dobre uczucie.

 

11. Nauczyłam się prosić o pomoc.

Skoro znalazłam już w sobie siłę i gotowość do niesienia pomocy, zaczęłam też sama częściej prosić o pomoc. Bez lęku, że będzie to oznaczało słabość. Jakoś dałam radę w końcu wbić sobie do głowy (może po roku bycia zależną od innych), że proszenie o pomoc jest normalną sprawą. I że ludzie chętnie tę pomoc niosą. Czy to przez telefon, czy na żywo. I że dzięki jednej rozmowie można poczuć się o kilka kilo lżejszym – jakby balast, który mamy na plecach, nagle cudownie zniknął. To nie cuda, to drugi człowiek.

 

12. Zaczęłam bardziej dbać o przyrodę.

Tutaj jestem blisko natury – chodzę na szlaki trekkingowe, codziennie mijam dziesiątki krów wypasających się na łąkach, wspinam się w skałach (o wspinaczce i tym, jak bardzo przypomina życie, planuję osobny artykuł), pływam w oceanie, istnienie wysp zawdzięczam… wulkanom!

No właśnie – tutaj widzę, jak wiele zawdzięczamy przyrodzie. I jednocześnie mam większą świadomość tego, jak bardzo jej szkodzimy. Na wiele różnych sposobów staram się z nią raczej współgrać niż działać przeciwko niej. Świetnie o tych sposobach mówi na Instagramie Kasia Wągrowska, więc nie będę się powtarzać, ze swojej strony zaproszę Was tylko do artykułu, który wiąże m.in. dbanie o przyrodę z podróżowaniem: 20 sposobów na to, jak być idealnym turystą.

 

13. Um dia de cada vez.

Jeden dzień na raz. Planujmy, organizujmy, wypatrujmy przyszłości, ale żyjmy w pełni tym, co mamy w tej chwili. Tego się nauczyłam i – ku mojej radości – tego uczę inne osoby. Żeby się za bardzo nie martwić na zapas, bo szkoda naszej dzisiejszej radości na zmartwienia sprawami, które mogą się nie wydarzyć lub które będziemy mogli rozwiązać dopiero jutro.

I żeby korzystać z tego, co życie nam daje. Jak powiedział mi kiedyś znajomy surfer – łapać fale. Fala przychodzi i odchodzi. Nie czuję potrzeby łapania wszystkich, ale myślę, że warto je zauważać i świadomie wybierać. W tym momencie, bo tylko ten moment mamy.

To temat, o którym bym mogła mówić bez przerwy. Jeden dzień na raz. Wiąże się to ze wszystkimi powyższymi punktami. Zamiast się wiecznie zamartwiać, możemy się cieszyć tym, co jest. A jest o wiele więcej niż się nam wydaje.

 

Odpowiadając więc na powtarzające się pytania – nie, nie żałuję.

Nie żałuję tego, że dwa lata temu spakowałam walizki i przeniosłam się do nieznanego świata. Nadal tęsknię jak cholera, to nie mija – ale cieszę się, że odważyłam się na ten krok. Z tamtej perspektywy była to wewnętrzna konieczność, dziś widzę, że musiałam mieć w sobie dużo odwagi. I dużo zaufania do własnej intuicji. Cieszę się, że zaufałam sama sobie.

Tym, którzy chcą się przenieść tutaj lub w inne równie odległe miejsce chętnie opowiem jednak nie tylko o tym, co dobre, ale także o wszystkich najgorszych sytuacjach i najczarniejszych dniach pełnych łez. Bo trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie płotu tylko dopóki nie przejdziemy za ten płot. I to, co wygląda na sielskie, anielskie, wcale nie jest takie sielskie – jest wymagające, wyciska łzy i szlifuje charakter.

Jeszcze wczoraj sobie myślałam: po jaką cholerę zostawiłam fajną pracę, życie, które lubiłam, znajomych, przyjaciół, rodzinę, kota – i wyemigrowałam gdzieś… (Może tutaj przemilczę określenie, którego użyłam w głowie.)

Takie myśli pojawiają się średnio 7 razy tygodniowo.

Mniej więcej równie często pojawia się radość z podjętej decyzji.

Jaka byłaby inna droga? Nie wiem. Jeszcze nie odkryliśmy równoległych światów, więc pewnie się nie dowiem. Wiem, że ta droga jest moja. I choć jest pełna zakrętów i wybojów – cieszę się, że idę właśnie nią. Dokąd mnie doprowadzi – nie wiem. W którą stronę skręcę jutro – nie wiem. Ale wiem, że chcę się cieszyć każdym dniem!

 

Terceira, ja przed domkiem w lesie, fot. Pri
Fot. Pri

Poleć innym: