Wszystkich Świętych na Terceirze

with Brak komentarzy
Poleć innym:

Ostatnia aktualizacja: 2019-11-26. Autor: Milena

Wszystkich Świętych na Terceirze obchodziłam już drugi rok. Tym razem – bardziej świadomie.

W zeszłym roku, jako że to był rok nowości, starałam się dowiadywać wszystkiego, co mogłam, ale zmaganie się z rzeczywistością pochłaniało tyle mojej uwagi, że nie do końca nadążałam za czymkolwiek innym.

Pobierz e-book „Azory – co zobaczyć na środku Atlantyku”

Wybierasz się na Azory? Chcesz wiedzieć, co warto zobaczyć na każdej z wysp?
Pobierz bezpłatny e-book!

Pobierając e-book, wyrażasz zgodę na zapis na newsletter Mileny Dąbrowskiej, a tym samym na otrzymywanie maili dotyczących Azorów oraz nowości, produktów i usług Mileny Dąbrowskiej. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

W tym roku jest już inaczej, na spokojniej. Teraz w końcu zaczynam dokładniej widzieć i rozumieć. I nie powiem, o wiele większa obecnie znajomość języka portugalskiego mocno zmienia moje spojrzenie i zdolność do pojmowania tutejszej rzeczywistości.

W zeszłym roku zauważyłam, że cmentarze są małe.

Wręcz mikroskopijne! Na części znajduje się tak ze 200-300 grobów, upakowanych ciasno jeden koło drugiego. Cmentarze w miastach są większe, jeden nawet duży, choć do Powązek mu daleko.

Nie ma się co dziwić niewielkim rozmiarom cmentarzy – ziemi tu niewiele, ludzi również. Nie ma potrzeby budowania większych cmentarzy. Niewielki zdaje swoją rolę, zwłaszcza że nikt tu nie buduje nie wiadomo jakich grobów. Każdy (lub każda rodzina) ma swój ponumerowany prostokąt, przed którym nie ma miejsca na ławkę. Na cmentarzu się stoi, ławki można ewentualnie znaleźć w głównej alejce, jeśli cmentarz jest duży. Czyli prawie nigdy.

Poza niewielkimi grobami na cmentarzach są rodzinne grobowce. Takie niewielkie domki z „łóżkami piętrowymi”. Wszystkie w podobnym kształcie, różnią się zwykle drzwiami. W środku są trumny, wyjątkowo ciężkie, bo ze specjalnym zabezpieczeniem, żeby smród rozkładającego się ciała nie wydostawał się na zewnątrz. Niektóre grobowce mają w środku ołtarzyk czy obrazek święty, inne – sztuczne kwiaty.

Na dużym cmentarzu w Angrze jest też kolumbarium. Chyba używane od niedawna, bo jeszcze w połowie puste. Każda wnęka, podobnie jak każdy grób, ma swój numer.

W sklepach nie widać zniczy.

Nie ma zniczy w kształcie choinek, aniołków, z melodyjkami, nie ma nawet takich „zwykłych”. W zeszłym roku widziałam jakieś pojedyncze w jednym sklepie, w tym roku – nie. Nie widziałam żadnych nawet przed cmentarzami.

Przed dużym cmentarzem w Angrze widziałam za to kwiaty. Proste, cięte gałązki kwiatów lub małe doniczki z przybraniem. Ludzie przychodzili na groby z tego typu bukietami, wszyscy z takimi samymi. Niektóre groby miały po jednym bukiecie, inne po dwa, jeszcze inne stały puste. Lub przystrojone w sztuczne kwiaty, które tutaj nie zamarzają.

Wszystkich Świętych w całej Portugalii to dzień ustawowo wolny od pracy.

Portugalia, jak Polska, to kraj katolicki, choć – jak w Polsce – czasem zachowała się bardziej tradycja niż religia. Niezależnie od tego, myślę, że to ważne, że na 1 listopada wszyscy mają wolne. To dzień, w którym warto pomyśleć o tych, którzy już odeszli.

Ale powiem Wam, że pogoda temu nie sprzyja. Chyba jestem typowym „człowiekiem z północy”, bo brakuje mi zmiennych pór roku. Owszem, czuć jesień w powietrzu, ale ostatnie dni to czyste lato. I to mi jakoś burzy równowagę.

Ale mimo że chodziłam po cmentarzach w krótkim rękawku, poczułam to święto. Było mi smutno i tęskno do tych, których już nie ma. Wróciłam do domu z czerwonymi oczami. Napisałam do kolegi z Polski, że mi smutno. Odpisał, że to naturalne – bo to święto to dzień zadumy. Pewnie bardziej dla „ludzi z północy”, ale w sumie to prawda. Potrzebujemy takich dni.

Mieszkańcom wyspy tradycyjne obchody Wszystkich Świętych kojarzą się zaś z Pão-por-Deus – czyli jest tu weselej niż w Polsce.

Tradycja Pão-por-Deus, czyli – w wolnym tłumaczeniu – chleb na działania boskie, w swoim obrazie przypomina nieco amerykańskie Trick or Treat (cukierek albo psikus). Jej znaczenie jest jednak dużo głębsze niż współczesne dynie i pokrwawione maski.

Na czym polega Pão-por-Deus?

Otóż we Wszystkich Świętych dzieci przygotowują specjalne patchworkowe torby (zwykle robione przez kogoś z rodziny), zbierają się w grupy i chodzą po wiosce czy okolicy, od drzwi do drzwi, i proszą o jedzenie lub słodycze.

Po co dzieciom jedzenie lub słodycze? Oczywiście dziś głównie do jedzenia, ale tradycyjnie dzieci proszą o pożywienie dla dusz zmarłych z rodziny obdarowującego. Kiedy pukają do sąsiada i proszą o pożywienie, tak naprawdę proszą o pożywienie dla dusz z rodziny tegoż sąsiada. Jeśli sąsiad wrzuci coś do torby, żywi de facto swoich zmarłych bliskich. Jeśli nie wrzuci, zostawia te dusze na zapomnienie.

Kiedyś torby dzieci wypełniały się gotowanymi kolbami kukurydzy, pieczywem, jajkami na twardo (zwłaszcza jeśli jakaś mama przyszła ze świeżo narodzonym dzieckiem – dziecko dostawało jajko na szczęście), suszonymi owocami, orzechami, kasztanami jadalnymi, pomarańczami czy mandarynkami. Obecnie można w nich znaleźć głównie cukierki, lizaki i mini-snickersy.

Dzieci zaczynają też mylić Pão-por-Deus z Trick or Treat. 

Dla nich to w tej chwili głównie dobra rozrywka i podwójna możliwość zdobycia dużej ilości słodyczy – nie do przejedzenia przez cały rok. Różnica jest taka, że 31 października wieczorem chodzą przebrane za dynie i czarownice, z pomarańczowymi wiaderkami ze sklepu chińskiego w ręce, a 1 listopada – bardziej przypominające siebie w rzeczywistości, z patchworkowymi torbami.

Jednego i drugiego dnia śpiewają specjalną piosenkę:

Pão por Deus
Que Deus me deu
Dá-me uma esmolinha
Por amor de Deus
Por alma dos defuntos de vossemecês

czyli (przekład w miarę wierny, czyli mało piękny ;)):

Chleb dla Boga,
Który Bóg mi dał,
Daj mi małą jałmużnę
Przez wzgląd na miłość Boga,
Dla dusz waszych zmarłych

Miło widzieć uśmiechnięte dzieci chodzące z torbami pełnymi pyszności.

A jednocześnie przy takich okazjach stwierdzam, że jestem mocniej przywiązana do tradycji niż sądziłam.

Bardzo chętnie poznaję to, co nowe – i jednocześnie cenię sobie to, co „moje”. Może nawet bardziej niż kiedyś, bo przez odkrywanie nowego, odkrywa się bardziej też to, co „własne”.

Ciekawe jest to poznawanie innych kultur. Pewne rzeczy, które dla nas są oczywistością, dla innych zupełnie nią nie są – i odwrotnie. Kto wie, może któregoś dnia będę na polskim cmentarzu i będę nucić pod nosem „Pão por Deus”? Myślę, że i nasi zmarli by się nie obrazili za jakieś czekoladki!

Poleć innym: