Opóźniony lub odwołany lot – poznaj swoje prawa

Odszkodowanie za opóźniony lub odwołany lot, odmowa wpuszczenia na pokład, zmiana klasy – ale o co w ogóle chodzi? Kiedy podczas studiów leciałam do Liverpoolu, nie wiedziałam jeszcze, że przysługuje mi odszkodowanie za opóźniony lub odwołany lot. Przez kilka godzin siedziałyśmy z koleżanką na lotnisku głodne i z niedowierzaniem patrzyłyśmy na ceny lotniskowych kanapek. Powtarzałyśmy sobie: „Na miejscu czeka na nas pyszna kolacja”. Tak, jakbyśmy tą kolacją jedzoną ostatecznie ok. 1 w nocy miały się najeść już o 18:00. To read an English version of this article click HERE. Kiedy dwa lata temu mój lot był opóźniony prawie o dobę, wiedziałam już, że należy mi się posiłek i nocleg. A nawet odszkodowanie. Ale nie znałam szczegółów. Nie wiedziałam, jak dokładnie ma to wszystko wyglądać, nie umiałam się powołać na odpowiednie przepisy. Była północ, mój samolot z Lizbony na Terceirę odleciał. Odleciał, kiedy ja czekałam na płycie lotniska na otwarcie drzwi opóźnionego samolotu z Porto do Lizbony. Na szczęście kolega, który spotkał się z podobną sytuacją, wyjaśnił mi przez telefon, co mam robić. I na szczęście na lotnisku poznałam osoby, które bardzo mi pomogły. Ostatecznie zamiast szukać po nocy noclegu w Lizbonie, wylądowałam w… Sheratonie w Cascais. Przyznam, że jak zobaczyłam moje łóżko, przestałam narzekać. W życiu nie spałam w tak wypasionym miejscu. Jedzenie też pierwsza klasa. Później transport na lotnisko i spokojny lot na „fioletową wyspę”. Na mój przedłużony pobyt w Portugalii nie narzekałam, ale pieniędzy za odszkodowanie ani widu, ani słychu. Reklamację na opóźniony lot złożyłam już na lotnisku, ale nic się nie działo. Po jakimś czasie złożyłam ponaglenie przez formularz reklamacyjny na stronie przewoźnika. Kiedy po niemalże roku nadal nie miałam na koncie odszkodowania, poprosiłam o pomoc moją kuzynkę prawniczkę. Z jej pomocą wystosowałam do linii lotniczych pismo, w którym mowa była m.in. o Rozporządzeniu (WE) nr 261/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 lutego 2004 r. Kiedy po dwóch tygodniach zadzwoniłam do przewoźnika, usłyszałam gorące przeprosiny. Pieniądze miałam na koncie jeszcze w tym samym tygodniu. Opóźniony lub odwołany lot – podstawy prawne W tym artykule chcę przedstawić Ci Twoje prawa i możliwości w przypadku opóźnionego lub odwołanego lotu, a także w przypadku odmowy wejścia na pokład lub zmiany klasy przelotu. (Loty dotyczą UE – szczegóły znajdziesz niżej). Zastrzegam, że nie jestem prawnikiem. Znam jednak temat z autopsji, a przy tym przestudiowałam uważnie przepisy i chcę Ci w tym temacie pomóc. Wszystkie informacje, które przedstawiam, w każdej chwili możesz sprawdzić w unijnym ustawodawstwie: Jakie loty obejmuje europejskie prawo lotnicze? Powyższe przepisy dotyczą krajów UE. Co to oznacza? UE oznacza 27 krajów UE. Wliczają się w to: Gwadelupa, Gujana Francuska, Martynika, Reunion, Majotta, Saint-Martin (Antyle Francuskie), Azory, Madera i Wyspy Kanaryjskie. Ustawodawstwo to odnosi się też do takich krajów, jak Islandia, Norwegia, Szwajcaria i Wielka Brytania. Wykluczone z niego są zaś: Wyspy Owcze, Wyspa Man i Wyspy Normandzkie. A co z lotami poza UE i przewoźnikami spoza UE? Sprawdź w tabelce, których lotów dotyczy powyższe prawo. Podróż Przewoźnik UE Przewoźnik spoza UE Wylot: kraj UE Miejsce docelowe: kraj UE dotyczy dotyczy Wylot: kraj UEMiejsce docelowe: kraj poza UE dotyczy dotyczy Wylot: kraj poza UEMiejsce docelowe: kraj UE dotyczy nie dotyczy Wylot: kraj poza UEMiejsce docelowe: kraj poza UE nie dotyczy nie dotyczy Istotne jest, że te podstawy prawne nie mają zastosowania, jeśli podróżujesz bezpłatnie. Również jeśli masz zniżkę, która nie jest powszechnie dostępna, nie możesz korzystać z postanowień wspomnianych praw unijnych. Ale jeśli Twoje bilety zostały wydane w ramach programu lojalnościowego, jak najbardziej możesz egzekwować swoje prawa. No dobrze, tyle w ramach ogólnego zaznajomienia z sytuacją. Przejdźmy teraz do przypadków, które mogą nas interesować. Odmowa wejścia na pokład Jakiś czas temu leciał do mnie kolega ze studiów. Żartowaliśmy kiedyś, że trzeba się z nim umawiać godzinę wcześniej, bo zawsze się spóźnia. Tym razem planował być na czas. Ale jego pierwszy lot był opóźniony, a w drugim był overbooking. Przyjęli na pokład innych pasażerów, którzy dotarli do bramek wcześniej. Kolega pobił swój rekord. Spóźnił się na Terceirę dobę. Overbooking Jeżeli odmówiono Ci wejścia na pokład, bo był np. overbooking (a nie dlatego, że nie miałeś/-aś ze sobą odpowiednich dokumentów lub kolejka do kontroli bezpieczeństwa była zbyt długa), przewoźnik musi sprawdzić, czy są ochotnicy, którzy dobrowolnie zechcą ustąpić Ci miejsca. Jeśli tak – ich dotyczy dalsza procedura (a może i Ciebie, jeśli kiedyś będziesz takim ochotnikiem). Jeśli nie – przewoźnik musi zagwarantować Ci: Ważne jest w tym przypadku, że odszkodowanie powinno być wypłacone niezwłocznie, czyli możesz się o nie ubiegać jeszcze na lotnisku. Opóźnienie lotu Jeśli często podróżujesz, pewnie spędziłeś/-aś już wiele godzin na mega niewygodnych krzesełkach na lotnisku. Albo na stojąco. Czasem takie oczekiwanie się przedłuża i trzeba szukać miejsca przy kontakcie, żeby doładować telefon. W Porto takie kontakty są „rozproszone”, w Lizbonie jest kilka „półek” pełnych gniazdek elektrycznych. A na Terceirze przyznam, że nie sprawdzałam. Na szczęście nie miałam potrzeby. Jeśli samolot się spóźnia, również przysługuje Ci wiele praw. Prawa zależą od wielkości opóźnienia i dystansu. Sprawdź w poniższej tabelce, od jakiego momentu możesz oczekiwać wsparcia od linii lotniczych. Wielkość opóźnienia Dystans Ponad 2h Loty do 1500 km Ponad 3h Loty w EU powyżej 1500 km i loty poza UE o długości 1500-3500 km Ponad 4h Pozostałe loty Jeśli Twój lot „łapie się” na to, co widzisz w tabelce, przewoźnik musi Ci zagwarantować opiekę: Jeżeli Twój lot jest opóźniony o co najmniej jeden dzień, przysługują Ci również te elementy opieki: Jeżeli Twój lot jest opóźniony o co najmniej 5 godzin, przysługuje Ci zwrot kosztów biletu w ciągu 7 dni. Jeśli jest to konieczne, uzyskasz również bezpłatny lot do miejsca, w którym rozpocząłeś/rozpoczęłaś podróż. Opóźnienie lotu – odszkodowanie Dodatkowo, jeśli opóźnienie Twojego lotu wynosi powyżej 3h, masz prawo do odszkodowania na równi z odszkodowaniem za odwołany lot. To oznacza: Uwaga – odległość mierzy się po ortodromie. Co to znaczy? Wyobraź sobie, że masz lot Warszawa-Lizbona-Terceira. W przypadku opóźnienia nie liczysz odległości między poszczególnymi punktami, ale najkrótszą drogę po powierzchni kuli ziemskiej między Warszawą a Terceirą. Opóźnienie lotu – loty łączone I jeszcze jedna uwaga dotycząca opóźnionych lotów. Wszystkie
Opóźniony, zagubiony i uszkodzony bagaż – prawa pasażera

Opóźniony, zagubiony i uszkodzony bagaż mogą być źródłem stresu. Dowiedz się więc, co zrobić, jeśli problem z nimi dotknie również Ciebie. Kiedy w zeszłym roku leciałam do Polski, moja walizka doleciała z połamanymi kółkami. Uszkodzony bagaż, no niech mnie. Nie polecam. Na szczęście złożyłam reklamację i dostałam w zamian nową. Kiedy z kolei wracałam na Terceirę, mój bagaż nie doleciał na czas na moje krótkie wakacje w Lizbonie. Dostarczono mi go więc w późniejszym terminie na Terceirę we wskazane przeze mnie miejsce. A ja dostałam zwrot kosztów, które poniosłam z powodu jego braku. Wiecie – majtki, klapki pod prysznic, takie tam sprawy. Codzienność? Oby nie. To read an English version of this article click HERE. Opóźniony czy uszkodzony bagaż to problem, którego Ci nie życzę. Ale możliwe jest, że się z nim zetkniesz. Co możesz zrobić w takiej sytuacji? Konwencja montrealska, czyli jak wyglądają podstawy prawne Konwencja o ujednoliceniu niektórych zasad dotyczących międzynarodowego przewozu lotniczego, czyli tzw. Konwencja montrealska, reguluje m.in. zasady przewozu bagażu i odpowiedzialności linii lotniczych za Twój bagaż. Jej pełną wersję znajdziesz TUTAJ. Ogólne wskazówki Zaraz przejdziemy do szczegółów, ale najpierw kilka wskazówek, które pomogą Ci w jakichkolwiek problemach z bagażem: Uszkodzony bagaż Na początek weźmiemy na tapet uszkodzony bagaż. Urwana rączka? Uszkodzone kółka? Przedziurawiona walizka? Możesz się ubiegać o naprawę lub wymianę walizki na nową. Jeśli uszkodzona została też zawartość walizki, również możesz ubiegać się o odszkodowanie. Co zrobić? Koniecznie złóż reklamację jeszcze na lotnisku! Każde lotnisko ma przeznaczone do tego specjalne stanowisko, zapytaj o nie obsługę lotniska. Będziesz musiał(a) przedstawić następujące dane: Po złożeniu reklamacji otrzymasz tzw. PIR (z ang. Property Irregularity Report), czyli raport niezgodności. Zachowaj i PIR, i wszystkie dokumenty związane z przelotem, będziesz ich potrzebować. Zrób też zdjęcia uszkodzeń. (Teoretycznie na złożenie takiej reklamacji masz 7 dni od daty otrzymania bagażu, ale składając reklamację jeszcze na lotnisku zapewniasz sobie spokój, że reklamacja zostanie rozpatrzona pozytywnie. Później bowiem musiał(a)byś udowadniać, że szkoda faktycznie powstała na lotnisku, a nie np. w drodze z lotniska do domu). Na lotnisku razem z potwierdzeniem złożenia reklamacji dostaniesz też kontakt do agencji, która obsługuje tego typu reklamacje. Zwykle bowiem nie są to bezpośrednio linie lotnicze, ale wynajęte przez nie firmy. Przygotuj się na to, że jeszcze raz będziesz musiał(a) przedstawić wszystkie wyżej wymienione informacje i dokumenty. Zadzwoń do tej agencji, żeby przyspieszyć rozpatrywanie sprawy. Prawdopodobnie agencja poprosi Cię też o przesłanie zdjęć uszkodzonego bagażu. Wyślij te zrobione jeszcze na lotnisku. Jeśli uszkodzona została tylko walizka, dostaniesz propozycję naprawy jej lub wymiany na nową. Droższe zwykle się naprawia, tańsze – wymienia. Firma zdecyduje sama, którą z tych opcji Ci zaproponuje. Może też wysłać Ci listę walizek do wyboru. Kurierem odbierze Twoją walizkę (jeśli będzie potrzebna naprawa; w przypadku wymiany raczej się nie fatygują) i przywiezie Ci nową. I voila! Jeśli zaś uszkodzona została też zawartość bagażu, możesz się ubiegać o zwrot poniesionych kosztów na odkupienie uszkodzonych elementów. Zachowaj w takiej sytuacji rachunki. Pamiętaj, że linie lotnicze ponoszą odpowiedzialność maksymalnie do 1000 SDR (special drawing right, czyli Specjalne Prawa Ciągnienia, to taka waluta, w marcu 2020 to ok. 1220 EUR / 5300 zł). Chyba że wykupisz dodatkowe ubezpieczenie na bagaż, o którym wspomniałam wcześniej. Opóźniony bagaż Jeśli Twój bagaż jest opóźniony, również powinieneś/powinnaś to zgłosić natychmiast, jeszcze na lotnisku. W zależności od lotniska będziesz to zgłaszać bezpośrednio u przewoźnika lub w specjalnie do tego przeznaczonym stanowisku. Przygotuj się na przedstawienie prawie tych samych informacji, co w przypadku uszkodzonego bagażu. Są to: Po złożeniu reklamacji otrzymasz tzw. PIR (z ang. Property Irregularity Report), czyli raport niezgodności. Zachowaj i PIR, i wszystkie dokumenty związane z przelotem, możesz ich jeszcze potrzebować. (Teoretycznie na złożenie takiej reklamacji masz 21 dni od daty otrzymania bagażu, ale składając reklamację jeszcze na lotnisku zapewniasz sobie spokój, że reklamacja zostanie rozpatrzona pozytywnie. Później bowiem musiał(a)byś udowadniać, że faktycznie nie otrzymałeś/-aś bagażu mimo dochowania należytej staranności). Jeśli w związku z opóźnieniem przylotu Twojego bagażu ponosisz koszty, bo np. jak ja w Lizbonie musisz kupić sobie majtki, możesz oczekiwać od przewoźnika zwrotu tych kosztów. Oczywiście muszą być racjonalne i uzasadnione. Zachowaj wszystkie rachunki i dołącz je do reklamacji. Również w tej sytuacji linie lotnicze ponoszą odpowiedzialność maksymalnie do 1000 SDR, chyba że masz dodatkowe ubezpieczenie na bagaż. Jeśli np. potrzebujesz z ważnym sprzętem, którego potrzebujesz do pracy, warto takie ubezpieczenie wykupić. Zaginiony bagaż Bagaż, który nie dotrze do Ciebie w ciągu 21 dni od lądowania samolotu, uznaje się za zaginiony. W takiej sytuacji odwołaj się do swojej reklamacji o opóźnionym bagażu i upomnij o odszkodowanie za zaginiony bagaż. Jeśli nie masz wykupionego dodatkowego ubezpieczenia, linie lotnicze również w tej sytuacji wypłacą Ci max 1000 SDR. Termin wszczęcia postępowania sądowego Jeśli z jakiegoś powodu powyższe środki nie zadziałają, na wszczęcie postępowania sądowego masz 2 lata od daty przylotu Twojego samolotu lub od daty, kiedy miał on przylecieć. Oby Twój bagaż zawsze dolatywał „zdrowy” i na czas Opóźniony czy uszkodzony bagaż, a tym bardziej zaginiony – to nie są sytuacje, które napawają nas radością. Pamiętaj więc, żeby dobrze przygotować przed lotem swój bagaż. Tyle możesz zrobić. A później – wszystko w rękach pracowników lotnisk i linii lotniczych. Aż do momentu, kiedy nasze bagaże docierają do nas całe i zdrowe, i na czas. Czego Tobie i sobie życzę.
Cztery miesiące na środku Atlantyku

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel. Na rowerze tylko nad ocean I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć. Żyję w zgodzie z przyrodą Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi. I słucham tego, co mówi mi moja dusza Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał. Odkryłam też wiele dobrego Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Musiałam oswoić samotność Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu. Otworzyłam swoje serce na ludzi Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że
W podróży przez życie liczy się każdy krok

Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury! Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i kupiłam bilet w jedną stronę. 17 stycznia wsiadam w samolot i lecę na Terceirę – moją wyspę marzeń. Jestem chodzącym przykładem na to, że jeśli wystarczająco mocno się w coś wierzy, to można to osiągnąć. Terceira to mała wyspa na środku Atlantyku, o której istnieniu dowiedziałam się dwa lata temu w październikowym słońcu Barcelony. To historia na osobny wpis, zaczynająca się jak love story, a zakończona super przyjaźnią, teraz tylko tyle, że warto rozmawiać z nieznajomymi. Kilka miesięcy po niespodziewanym spotkaniu w Barcelonie wylądowałam po raz pierwszy na najbardziej zielonym zakątku Ziemi, jaki do tej pory widziałam. I z miejsca się zakochałam! Co mnie urzekło? Nieskażona natura. Soczysta zieleń. Błękit nieba. Potęga oceanu. Serdeczność ludzi. Radość życia, która widoczna była na każdym kroku. Tam się nauczyłam, że można wolniej, można spokojniej. Że wspólny posiłek można zjeść nie od święta, tylko codziennie. Że nie trzeba biec, lepiej skupić się na bieżącej chwili i docenić ją w najdrobniejszym szczególe. Że nigdy nie będziemy mieć wszystkiego – i „wszystko” nam do szczęścia nie jest potrzebne. To, co najważniejsze, jest w nas samych. Po powrocie do Warszawy trudno mi było wrócić do codzienności. Było dla mnie za głośno, za szybko, za nerwowo. Źle znosiłam szum i anonimowość, jaka panuje w dużym mieście. I ponury wyraz twarzy spotykanych na ulicach ludzi. Chciałam zachować w sobie choć cząstkę tego, czego nauczyłam się w mojej podróży. I chciałam jak najszybciej wrócić do mojego raju. Do przygotowań do wyjazdu zabrałam się, jak to miałam w zwyczaju, szybko i nerwowo. Chciałam wyjechać już, teraz, natychmiast. Uczepiłam się myśli, że znajdę jakąś pracę zdalną i jakoś to będzie. Wierzyłam, że wyjazd rozwiąże wszystkie moje problemy. A było ich w tym czasie sporo: toksyczna współlokatorka, konieczność wywiezienia mojej ukochanej kotki do rodziców, brak stałego miejsca zamieszkania przez półtora miesiąca, duży projekt teatralny, który był dla mnie ważny, ale jego realizacja pochłaniała mnóstwo energii… Do tego dochodziło ogólne wewnętrzne rozbicie i strach przed postawieniem jakiegokolwiek kroku. Odpowiedź, jakiej najczęściej w tym czasie udzielałam, brzmiała: „Nie wiem”. Na wszystkie pytania odpowiedzią miał być wyjazd. I nie był. Nie byłam w stanie zebrać się w sobie na tyle, żeby faktycznie o ten wyjazd zadbać. Byłam w kompletnej rozsypce i jedyny wyjazd, jaki się wydarzył, to kolejny wyjazd na dwa tygodnie, który tylko przypomniał mi, jak cudownie jest na tej wyspie i jak bardzo chcę na niej być. I znów zabrałam się do przygotowań – i znów przez kolejne miesiące nic się nie wydarzało. Chociaż „nic” to pojęcie względne. Moje „nic” to w tym przypadku był ogrom pracy, jaki włożyłam w to, co mam w życiu najcenniejszego – w samą siebie. Postanowiłam posprzątać szufladki w mojej głowie – powyrzucać śmieci, pościerać kurze, wyciągnąć trupy z szafy i przyznać się do ich istnienia, a następnie wybaczyć sobie, że dopuściłam do ich pojawienia się. I wybaczyć tym trupom, że były w moim życiu – w końcu sama je wybrałam. A jeśli nie wybierałam ich bezpośrednio, to wybierałam moje reakcje na nie. To, co dalej z nimi robiłam. Czyszczenie w głowie odbywało się równolegle z czyszczeniem przestrzeni wokół siebie. Zrezygnowałam z teatru, w którym grałam ponad 8 lat i który bardzo kochałam, odgruzowałam swój pokój, wyrzuciłam połowę ciuchów, poddałam się laserowej korekcji wzroku i ograniczyłam kontakt z ludźmi, którzy wysysali ze mnie energię. Potrzebowałam dużo dobrej energii – i nią zaczęłam się otaczać. Żeby w szufladkach był coraz lepszy porządek. Na początku tej pracy, widząc „wolne przestrzenie”, z przyzwyczajenia zaczęłam je zapełniać aktywnościami – zdecydowałam się na udział w półmaratonie (i faktycznie, po dwóch miesiącach przygotowań, go przebiegłam), zaczęłam tańczyć bachatę, rzuciłam się w wir spotkań towarzyskich, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu, zapisałam się na intensywny kurs portugalskiego i przez cały miesiąc uczyłam się jak szalona, godząc zajęcia z pracą i innymi obowiązkami. I co? I znów dotarłam na skraj wyczerpania – a ten mój skraj leży faktycznie daleko. Tak daleko, że jak już do niego dotrę, nie mam siły nawet usiąść, nie mówiąc o powrocie tam, skąd przyszłam. Wiedziałam, że z czegoś muszę zrezygnować. Moja dusza wołała o przestrzeń, o spokój. Zrezygnowałam więc niemal ze wszystkiego. Byłam niedostępna dla znajomych, co tydzień wyjeżdżałam z Warszawy, żeby być jak najbliżej natury, i nie miałam ochoty wracać do tego dużego miasta, próbowałam odzyskać utraconą energię i chęć działania. W jakimś momencie przeżyłam coś, co fachowo nazywa się wglądem. To taki efekt „aha!”, nagłe zrozumienie sytuacji, olśnienie, pomysł. Któregoś lipcowego dnia dotarło do mnie, że sama jestem odpowiedzialna za swoje szczęście – i że zasługuję w życiu na to, co najlepsze. Brzmi banalnie? To oczywiste? To zastanówcie się przez chwilę, na ile naprawdę tak myślicie, a na ile uzależniacie swoje szczęście od nieuprzejmej pani w sklepie, od kierowcy BMW, który zajechał Wam drogę, od deszczu, który akurat na złość Wam pada, czy od klamki, która chciała zrujnować Wam cały poranek, i dlatego odpadła. Tamtego lipcowego dnia zrozumiałam, że to ja jestem panią swojego życia. Że nie muszę i nie chcę oddawać nikomu władzy nad nim. Że zadowalanie wszystkich wokół prowadzi wyłącznie do tego, że wszyscy są niezadowoleni, ze mną na czele. I że jeśli czekam na to, aż ktoś przemieni moje życie w bajkę – to tym kimś mogę być tylko i wyłącznie ja sama. Przyszedł czas, żeby wyczyszczone szufladki zapełnić na nowo. Wróciłam do starych książek psychologicznych, które już kiedyś czytałam, zaczęłam wertować strony internetowe i blogi w poszukiwaniu materiałów o rozwoju osobistym, rozwoju duchowym, o szukaniu swojej pasji (teatr zostawiłam za sobą – przyszedł czas na coś nowego), poszłam na warsztaty z coachem, wymieniałam się ze znajomymi ebookami pełnymi mądrych myśli, afirmacji, ćwiczeń na usłyszenie swojego wewnętrznego głosu. Wiedziałam, że kiedy go słucham, moje wybory są dobre, najlepsze z możliwych, ale przez ostatnie kilka lat