Winobranie, winnice i wino, czyli odkrywam raj w Biscoitos

vindima, winobranie, grape harvest, harvest, winnica, vinha, vineyard, winogrono, winogrona, grape, grapes, uvas, uva, Biscoitos, Milena

Winobranie, winnice i wino, czyli odkrywam raj w Biscoitos Kilka dni temu poszłam po raz pierwszy w życiu na winobranie. Tym samym spełniłam swoje marzenie sprzed kilkunastu lat. Co się działo kilkanaście lat temu? Otóż kilkanaście lat temu spacerowałam wśród winnic w Niemczech. Zachwycona. Rozległe wzgórza wypełnione rzędami dojrzewających w słońcu winogron. Delikatny szum liści. Coś pięknego! Myślałam wtedy: też chcę! Też chcę wziąć udział w winobraniu. Chcę się przyczynić do powstania wina! To read an English version of this article click HERE. Mijały lata, a ja podziwiałam kolejne winnice jako gość Podziwiałam winnice w Biscoitos, podziwiałam winnice na Pico, słuchałam opowieści o wytwarzaniu wina w Porto, czytałam nawet artykuły o winie w Polsce! A w tym roku zaczęłam regularnie spacerować wśród winnic. Nie żebym robiła to celowo. Po prostu moja droga na plażę przebiegała przez winnice. Widziałam je codziennie. A po jakimś czasie – zaczęłam o nich rozmawiać. Z różnymi osobami. Jedną z tych osób był – jak się okazało – właściciel jednej z winnic w Biscoitos. Po kilku rozmowach zaproponował mi udział w winobraniu. Prawie podskoczyłam z radości! Co najmniej raz w tygodniu dopytywałam, czy to już. Aż w końcu kilka dni temu odbyło się winobranie. Z moim udziałem. Nie posiadałam się ze szczęścia! Wstałam skoro świt, ubrałam się na czarno od stóp do głów (żeby nie było widać plam od ciemnych winogron) i ruszyłam ku przygodzie. Na miejscu dostałam wiadro, parę rękawiczek i sekator. I krótką instrukcję, które winogrona obcinać, a które nie nadają się do użytku. I już byłam gotowa do pracy! Na Azorach wino hoduje się inaczej niż w winnicy, którą widziałam w Niemczech. Winorośle nie są tu podwieszane na pionowych konstrukcjach, ale rosną poziomo na czarnych skałach wulkanicznych. O tym, dlaczego tak jest, pisałam w artykule „Wino z Biscoitos”. Winogrona kryją się pod liśćmi Przed rozpoczęciem pracy rozejrzałam się po winnicy. I przypomniała mi się opowieść kolegi o jego pierwszym winobraniu. Mówił: „Spojrzałem z góry na winorośl i pomyślałem, że nie ma tam żadnych winogron. Ale kiedy podniosłem gałąź, zdziwiłem się”.   Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia i przykucnęłam przy mojej pierwszej winorośli. Podniosłam gałąź i zobaczyłam raj. Piękne fioletowe grona czekały bezpiecznie pod liśćmi, aż ktoś się nimi zainteresuje. Zabrałam się do pracy. Wiadra wypełniały się jedno po drugim Musiałam bardzo uważać, gdzie stawiam stopy na luźnych wulkanicznych kamieniach. Żeby nie połamać nóg. A moje odsłonięte kostki szybko zaczęły się pokrywać zadrapaniami od ostrych gałęzi winorośli. Ale pracowałam. Ja i kilkunastu panów o średniej wieku ok. 60-65 lat. Wiadra wypełniały się jedno po drugim. Przesypywaliśmy ich zawartość do wielkich pojemników, które kilku co silniejszych panów zanosiło na przyczepy samochodów. I tak przez kilka godzin. Aż wszystkie winogrona były zebrane, wszystkie pojemniki pełne i można było zawieźć owoce do adegi, czyli miejsca produkcji wina. Następnego dnia było oddzielanie winogron od szypułek i wyciskanie soku z owoców. Ten etap już tylko obserwowałam. Do szypułkowania winogron panowie używali specjalnie w tym celu zbudowanej maszyny. Sok zaś wyciskany był w wielkiej drewnianej prasie. Winogrona były ładowane do czegoś na kształt beczki, która dociskana była z góry kawałkami drewna. Wyobraźcie sobie ręczny lewarek, tylko działający w dół, nie w górę. To było coś w tym stylu. Sok płynął do wielkiej miednicy, a stamtąd specjalnym urządzeniem przepompowywany był do olbrzymich pojemników ze stali nierdzewnej. Takich po 500 czy po 1000 litrów. Oczywiście nie działo się to samo. Wymagało ogromu pracy i potu, i wielu plam od soku z winogron na koszulach pracujących przy tym mężczyzn. W przyszłym roku to wino pojawi się na stołach podczas Festas do Espírito Santo Zawsze się zastanawiałam, skąd się bierze wino serwowane podczas obchodów świąt Ducha Świętego. Teraz już wiem! I w przyszłym roku będę wypatrywać „naszego” wina! Część soku z winogron zostanie przerobiona na lokalny alkohol zwany angelica. Dostałam niedawno butelkę takiego, niebo w gębie! A co się stanie z szypułkami? Szypułki wrócą do ziemi jako nawóz. W tym procesie nic się nie może zmarnować! Nigdy nie wiadomo W winobraniu poza mną brał udział jeszcze jeden chłopak mniej więcej w moim wieku. I moją, i jego uwagę przykuł fakt, że wszystkie pozostałe osoby mają ok. 60-65 lat, może więcej. To osoby z ogromną wiedzą i ogromnym doświadczeniem. Mam nadzieję, że jeszcze długo pożyją, ale zastanowiło mnie, co się stanie z winoroślami na Terceirze, kiedy ich zabraknie. Mówią wprost, że na lokalnych winoroślach prawie się nie zarabia. Zajmują się winoroślami, bo to całe ich życie. Cała ich wiedza jest w ich głowach. Nie mają mądrych książek, tylko słuchają roślin. Wiedzą, kiedy trzeba je nawieźć, kiedy przyciąć, kiedy zebrać plony. Wiedzą, które odmiany są odporne na zmorę winorośli, filokserę, a które trzeba zaszczepić. Nie wynajmują osób na winobranie, tylko pomagają sobie nawzajem. Kochają ziemię, kochają winorośle. I mimo swojej siły i olbrzymiej energii, mają coraz więcej, nie coraz mniej lat. Zapytali mnie, pół żartem, pół serio, czy planuję kupić winnicę. Odpowiedziałam: „Nigdy nie wiadomo”. Azory Przeczytaj więcej artykułów o Azorach 2016-11-03 Blogosfera | Polka na Azorach W podróży przez życie liczy się każdy krok Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury!   Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i… 2017-01-30 Blogosfera | Polka na Azorach Terceira – oto jestem! Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo „terceira” znaczy… 2017-05-19 Blogosfera | Polka na Azorach Cztery miesiące na środku Atlantyku Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym…

Dwa lata na środku Atlantyku

Ja za drzewem

Dziś mijają moje dwa lata na środku Atlantyku. Dwa lata, odkąd wywróciłam moje życie do góry nogami i przeprowadziłam się na Terceirę. Były to dwa lata pełne radości i smutku, pełne ekscytacji i rozpaczy, nowości, odkryć, tęsknoty za tym, co znane, złości, frustracji i zachwytu. Mieszanka wybuchowa, którą zafundowałam sobie na własne życzenie. Kto by pomyślał, że tyle można przeżyć w tak małym miejscu. O tym, jak wyglądał mój pierwszy rok na Terceirze, pisałam Wam w artykule Terceira – Mój rok na środku Atlantyku. A jak wyglądał drugi rok? Inaczej. O wydarzeniach opowiadam Wam na bieżąco na Facebooku i Instagramie, dziś więc będzie bardziej ogólnie, bardziej w formie podsumowania – co przeżyłam, czego się nauczyłam, co dał mi ten kolejny rok. No to zaczynamy!   1. Przestałam liczyć czas od wizyty do wizyty. W pierwszym roku czekałam na wszystkich gości jak na zbawienie. Liczyłam czas od wizyty do wizyty. Ledwo ktoś wyjechał, już wyczekiwałam kolejnej osoby. Mimo że miałam tutaj bliskie osoby, brakowało mi tych, które znam od lat. Teraz też mi ich brakuje, ale nauczyłam się żyć z ludźmi, których mam na miejscu. Ich obecność też sprawia mi radość. Może do zaprzestania liczenia czasu między wizytami przyczyniło się dodatkowo to, że w tym roku gości miałam tylko podczas pierwszej połowy roku. Drugą miałam dla siebie – i chciałam ją dobrze zagospodarować. Zawsze cieszę się z gości i na nich czekam, ale umiem też żyć bez nich.   2. Zaczęłam mówić po portugalsku. Porozumiewam się w tym języku już w miarę swobodnie i kiedy ktoś nowy mnie pyta, czy chcę rozmawiać po portugalsku, czy po angielsku, wybieram portugalski. Bo nie boję się już mówić. Bardzo mi w tym pomogli w tym roku mój fizjoterapeuta i jego asystent oraz koleżanka z pracy. Na własne życzenie (zbyt szybko chciałam się przygotować do półmaratonu…) zepsułam sobie kolano i ponad półtora miesiąca spędziłam na fizjoterapii. Jakieś 7-8 godzin tygodniowo. I co? I wszyscy mówili tam do mnie po portugalsku! Chcąc nie chcąc, oswajałam się z językiem. Koleżanka z pracy też się uparła, że będzie ze mną rozmawiała tylko po portugalsku. Kiedy czegoś nie rozumiałam, spokojnie jeszcze raz wyjaśniała. Rozmawiałyśmy o życiu i śmierci, o relacjach, o rozwoju duchowym i o polityce. Po portugalsku. Zaprzyjaźniłyśmy się – bez wymienienia między sobą słowa w języku angielskim. Nadal mam coraz więcej do czynienia z portugalskim w pracy. I na ściance. I w życiu prywatnym. Zawieram znajomości, w których mówię wyłącznie po portugalsku. I wiecie co? Wiem, że robię milion błędów, że nie znam czasów gramatycznych i mam polski akcent, ale już się tym nie martwię. Ważne jest dla mnie to, że się komunikuję z ludźmi. To znacznie (!) ułatwia mi życie. Jednak komunikacja jest istotna, wiecie?   3. Odkryłam w sobie siłę i odwagę. Mimo że mam tu na miejscu życzliwych mi ludzi, którzy pomagają mi, kiedy tego potrzebuję, i mam ciągły kontakt z moimi bliskimi po drugiej stronie Atlantyku, to jednak z wieloma kwestiami muszę się codziennie mierzyć sama. Nie wszyscy rozumieją moje trudności – i nie muszą, mają swoje. Uśmiechamy się do siebie i wspieramy. Przypominamy sobie nawzajem o swojej sile i o tym, co dobre. Dajemy sobie, ile tylko możemy. A ze swoimi wewnętrznymi demonami każdy i tak zostaje sam. Tutaj znalazłam w sobie wystarczająco siły, żeby faktycznie zacząć spoglądać im prosto w oczy. I przyznawać się do tego, że nie jestem idealna. I odważać się na nowe – ze świadomością, że może się nie udać. Znalazłam więcej odwagi do życia i zaufania do tego, że dam radę. W końcu dałam radę sama dwa lata na środku Atlantyku, to już przecież coś.   4. …i cierpliwość. Odkryłam w sobie również cierpliwość. A może raczej ją wypracowałam. Zawsze chciałam mieć wszystko na już, teraz, natychmiast – albo w ogóle. Tutaj nauczyłam się czekać. Pracować wytrwale na rezultaty. Akceptować to, że życie ma swoje pomysły, które niekoniecznie muszą być zbieżne z moimi, i albo dostosuję swój plan do planu życia, albo będę chodziła zła i sfrustrowana. Nie lubię chodzić zła i sfrustrowana, więc nauczyłam się nie kląć na życie (przynajmniej nie za długo), tylko sprawdzać, jaki jest obecny stan sytuacji i tak modyfikować swoje plany, żeby były możliwe do realizacji.   5. Zaakceptowałam to, że nie muszę lubić wszystkiego. Nie cierpię Halloween. A tu się je mocno obchodzi – w końcu kontakty wyspy z Ameryką są bardzo silne, chociażby przez fakt obecności amerykańskiej bazy wojskowej na wyspie. Lokalna tradycja Pão-por-Deus bardzo mi się podoba, ale na myśl o Halloween ciarki mnie przechodzą. Dlatego kiedy znajomi zapraszali mnie, żebym wyszła z nimi, powiedziałam jasno, że prawdopodobnie nie dotrę. Nie lubię zombie ani innych rozkładających się postaci – i nie muszę ich lubić. I mogę być wierna sobie. Miałam ochotę spotkać się ze znajomymi, ale postanowiłam zadbać o swój dobry stan psychiczny. I pojechałam na drugi koniec wyspy do innych znajomych, z którymi spędziłam bardzo miły wieczór w zgodzie z samą sobą.   6. Jestem bliżej życia. Może przez różne wyzwania dnia codziennego, może przez to, że zwolniłam tempo, może przez to, że więcej obserwuję – czuję się bliżej życia. Nie zatracam się w milionie zadań, które do niczego nie prowadzą, a mają zająć czas i myśli, nie udaję, że coś nie istnieje, nie uciekam ani przed radością, ani przed bólem. Jestem. Przyjmuję wszystko takie, jakie jest. Jak mówił Lec: „Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”. Powoli, powoli się uczę, że trudne dni to nie koniec świata, że miną, a z dobrych chwil cieszę się bez wyrzutów sumienia. Ze świadomością, że one też miną – ale ja mogę się nimi „nacieszyć na zapas”, zabrać ze sobą na kolejne dni ich dobrą energię.   7. Przyznałam się sama przed sobą, że nie jestem idealna. Robię błędy, zawalam sprawy i relacje, mówię za dużo zanim pomyślę lub unikam poważnych rozmów. Jest mi potem przykro, głupio i wstyd. I nie wiem, jak coś odkręcić. Chciałabym naprawić różne sprawy, ale niektórych się nie da. I mimo że mi z tego powodu smutno – akceptuję to. To część życia. Mogę wyciągnąć wnioski i spróbować zachować