Współczesny człowiek jest tak skonstruowany, że unika, jak może, przyznania, że potrzebuje innych ludzi. Chce być samowystarczalny, chce mieć wielkie, przestronne mieszkanie z widokiem z góry na inne wieżowce, szybki samochód, rozwiniętą karierę i wakacje dwa razy do roku w jakimś gorącym, słonecznym zakątku, gdzie może się sfotografować w luksusowym hotelu, na tle rozstawionych dookoła basenu leżaków. Do tego często chciałby się być na tym zdjęciu z kimś, kto ma podobną pozycję w życiu i będzie się dobrze prezentował na Instagramie.
Po zakończonej sesji zdjęciowej, znanej również jako wakacje, współczesny człowiek zostawia swojego modela, wraca do swojego loftu czy condo, odpala Instagrama, sprawdza ilość lajków i komentarzy, i myśli z niechęcią o tym, że w poniedziałek znów musi iść do pracy. Do pracy, której nie lubi, w której zgrywa super pewnego siebie supermana (bądź superwoman), żeby zarobić na mieszkanie, samochód i wakacje – jedyny moment, kiedy naprawdę ma czas żyć.
Nie ma. W tej wersji nie ma czasu na spotkanie z drugim człowiekiem. Nie ma czasu na to, żeby usiąść i zwyczajnie z kimś pobyć. Żeby posłuchać po raz tysięczny tej samej historii i po raz tysięczny kogoś przytulić i powiedzieć, że da radę. Żeby pójść na spacer i wspólnie zadziwić się zielenią drzew. Żeby wspólnie zepsuć korek od butelki wina, no bo jakoś tak nie chciał się poddać korkociągowi. I śmiać się, wpychając ten korek do środka butelki. Żeby zorganizować grilla nie po to, żeby jeść, ale po to, żeby pobyć razem. Posłuchać siebie nawzajem, pouśmiechać się do siebie, pomilczeć. Po prostu być.
Potrzebujemy siebie nawzajem. Choćbyśmy nie wiem, jak się zaklinali, jesteśmy tak stworzeni, żeby żyć razem, a nie osobno. I nie chodzi mi tutaj o fakt zależności ekonomiczno-egzystencjalnych, takich jak to, że ja sumuję tabelki w Excelu, a ktoś uprawia dla mnie marchewkę. To jest chyba nadal w miarę oczywiste, choć pewnie nie wszyscy myślą o tym, że ich kiełki też ktoś musiał wyhodować.
I nie mówię też o tym, że cały świat powinien się łączyć w pary. Jestem daleka od takiego myślenia. Nic na siłę, lepiej być samemu niż w nieodpowiedniej relacji. Nie ma co dawać wysysać z siebie energii.
Potrzebujemy bliskości innych ludzi. Potrzebujemy tego ciepła, które jesteśmy w stanie dostać tylko w spotkaniu z drugim człowiekiem. Tego poczucia jedności, kiedy razem oglądamy zachód słońca, kiedy pijemy razem wspólnie zrobioną kawę, kiedy razem zdobywamy szczyty (choćby te szczyty miały zaledwie kilka metrów), kiedy razem się męczymy, upadamy, płaczemy, a potem wstajemy i idziemy dalej, i próbujemy znowu i znowu, i znowu.
Mówię o tym spotkaniu z człowiekiem, kiedy otwieramy nasze serce mimo świadomości, że może zaboleć. Kiedy mimo strachu decydujemy się komuś zaufać. Kiedy zrzucamy nasze maski superherosów i jesteśmy sobą. Niedoskonali, zbyt emocjonalni, zbyt mało pewni siebie, ciągle niepewni, drżący o to, czy zaraz nam się nie posypie cały świat. Ale prawdziwi. Bo tylko prawdziwi jesteśmy w stanie naprawdę spotkać drugiego człowieka.
I takie spotkanie może przerażać. Może się nam wydawać, że jak to, przecież ja taki i taki, taka i taka, jak ktoś może mnie polubić w takiej wersji? Przecież muszę udawać, że to, że tamto. I się zapętlamy. Bo później mamy świadomość tego, że ktoś polubił nie nas, ale naszą maskę. I stajemy się jeszcze bardziej zamknięci w sobie i samotni.
A tymczasem rozwiązanie jest jedno – zaufać. Oczywiście nie ślepo, nie pierwszej napotkanej osobie, ale jednak – zaufać. Z pełną świadomością tego, że może zaboleć. Że ktoś może się okazać niegodny naszego zaufania. Że ktoś może nas zranić, odejść z hukiem z naszego życia, a my zostaniemy z wielką raną w sercu. Ale może też utulić nasz niepokój i sprawić, że rozkwitniemy. Że trudne chwile życia nie będą tak trudne, a piękne będą jeszcze piękniejsze.
Pomagają żyć – na pewno. Czy przeszkadzają pracować? Niekoniecznie. Jeśli wprowadzają w nasze życie ład, to dlaczego mieliby przeszkadzać nam pracować? Jeśli są w stanie wesprzeć nas w chwilach trudnych i motywować nas do rozwoju, to tylko dobrze i dla naszego życia, i dla naszej pracy. Bo to w końcu jedno kontinuum.
Przez całe życie kochałam ludzi. I teraz, na mojej małej wyspie, poznaję kolejnych. Niektórzy zostają, niektórzy pojawiają się na chwilę, niektórzy zostawiają wyraźny ślad w moim sercu i zajmują w nim na stałe kawałek miejsca. Część osób pojawia się na wyspie na kilka miesięcy i wyjeżdża.
Pięć miesięcy pracy, pięć miesięcy życia. Pięć miesięcy przelotnych spotkań i machania do siebie z daleka, pięć miesięcy wspólnego rozumienia i nierozumienia rzeczywistości, pięć miesięcy szczerego śmiechu, pięć miesięcy głębokich rozmów i pozwalania sobie na to, żeby płynęły łzy. I pomagania tym łzom ciepłym słowem, ramieniem i sercem.
I choć dziś też płakałam, i choć nadal ciężko mi uwierzyć, że zniknęli z mojej codzienności – cieszę się, że w niej byli. Że wnieśli w moje życie i życie innych osób tyle ciepła, tyle słońca, tyle radości. I wiem, że nadal w moim życiu będą, mimo że nie będę ich już widywała codziennie.
I tych tutaj, i tych, którym to ja zniknęłam z codzienności w Polsce. I jeśli mam mieć w życiu jakiś pomysł i jakiś cel – poza milionem pomysłów, które kłębią mi się w głowie i wydają zupełnie nierealne – to jest to bliskość z ludźmi. Czasem wymagająca, czasem zaskakująca i sprawdzająca moje człowieczeństwo, moją wrażliwość – ale prawdziwa. Bo to jest to, co jest dla mnie w życiu najważniejsze – spotkanie z drugim człowiekiem. Mimo moich niepewności, mimo moich tendencji do znikania, mimo moich lęków – to jest to, co ma dla mnie znaczenie.
W podróży przez życie liczy się każdy krok Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej…
Terceira – oto jestem! Terceira to nazwa, która przewijała się w wielu moich rozmowach przez ostatnie półtora roku. Mimo że starałam się nie zamęczać znajomych moimi przeżyciami, wszyscy znają nazwę mojej ukochanej wyspy doskonale. Terceira, Terceiry, Terceirze… Odmieniałam bez końca. Kolega z pracy powtarzał „ten twój Zanzibar”, inny kolega mówił „trzecia”. Bo…
Cztery miesiące na środku Atlantyku Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej? I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem…