Tylko spokój może nas uratować

with Brak komentarzy
Poleć innym:

Tylko spokój może nas uratować. Słyszeliśmy to pewnie wiele razy, ale jak to wygląda w praktyce?

W marcu poprosiłam Was o podpowiedzi, co zrobić, żeby zasnąć. Co zrobić, żeby uspokoić myśli i spokojnie odpłynąć w objęcia Morfeusza. Ta wiosna to dla mnie czas zmian. Częściowo spodziewanych, częściowo niespodziewanych. Na pewno ważnych. Ale o tym niedługo. Grunt, że tak, jak normalnie śpię bez problemu, tak tej wiosny spać nie mogłam.

To read an English version of this article click HERE.

Pobierz e-book „Azory – co zobaczyć na środku Atlantyku”

Wybierasz się na Azory? Chcesz wiedzieć, co warto zobaczyć na każdej z wysp?
Pobierz bezpłatny e-book!

Pobierając e-book, wyrażasz zgodę na zapis na newsletter Mileny Dąbrowskiej, a tym samym na otrzymywanie maili dotyczących Azorów oraz nowości, produktów i usług Mileny Dąbrowskiej. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

Ilość myśli, które pojawiały się w mojej głowie tuż przed zaśnięciem, ilość pomysłów, ilość opcji, rozwiązań, rzeczy do sprawdzenia… Do tego wszystko na wczoraj, bo przecież nie mam czasu, bo już, teraz, natychmiast, muszę podjąć decyzję, muszę wiedzieć, muszę, muszę, muszę…

Moje „muszę” przypłaciłam wieloma bezsennymi nocami.

Kładłam się o mojej normalnej porze, czyli ok. 22-23. Po czym do 1-2 przewracałam się w łóżku. A jeśli udało mi się zasnąć wcześniej, i tak się budziłam w środku nocy. Tak ze trzy razy. Za każdym razem co najmniej na pół godziny. Albo na dwie.

Jak się możecie domyślić, byłam chodzącym zombie.

Słabo kontaktowałam, ciągle byłam zmęczona, nie miałam ochoty widzieć się niemal z nikim. Pracowałam jak szalona, nie przygotowywałam sobie porządnego jedzenia, moja głowa nie przestawała pracować. Łapałam kolejne infekcje – i wiedziałam, że to od przemęczenia i stresu.

Stąd pomysł, żeby położyć temu kres.

Zapytałam Was o Wasze sposoby na zaśnięcie – i dostałam kilka propozycji. I zgodnie z obietnicą opisuję je. Dodałam też kilka swoich, które mi się przypomniały. Może i komuś z Was się przyda!


Techniki na uspokojenie umysłu.


1. Medytacje mindfulness

Wrzucam je na początek, bo najczęściej się pojawiały. Dostawałam informacje o nich na profilu i w wiadomościach prywatnych. I powiem Wam, że akurat to chyba nie jest dla mnie. Próbowałam wielu medytacji i zamiast mnie uspokajać, denerwowały mnie. Może nie do końca rozumiem sens medytacji. Może oczekuję efektów zbyt szybko. Może to, co przeżywam, jest normalne. Wiem jedno – u mnie próba wyobrażania sobie, że jestem na przepięknej łące, kończy się jeszcze wyższym poziomem stresu niż przed ćwiczeniem.

Ale to jestem ja. Na Was może to działać zupełnie inaczej. I przyznaję bez bicia, że nie przetestowałam polecanych mi aplikacji do medytacji. Jednej dlatego, że kazali mi w niej podać dane mojej karty płatniczej – już w trakcie rejestracji na okres próbny. Drugiej dlatego, że zobaczyłam, że ta aplikacja wysyła powiadomienia. Ja z zasady wyłączam wszystkie możliwe powiadomienia z różnych aplikacji. To ja mam kierować swoim życiem, nie aplikacja.

Wiem jednak, że dla wielu osób te aplikacje i powiadomienia są super pomocne, więc sprawdźcie! Aplikacje, które mi polecano, to Calm i Headspace. Ponoć świetne. Jeśli się do nich w końcu przekonam, dam Wam znać o wynikach testów!

2. Joga nidra

Jest jednak jeden rodzaj medytacji, który na mnie zadziałał. To joga nidra. Joga nidra to joga umysłu, joga snu psychicznego. Chodzi w niej o to, żeby pozostać na pograniczu świata zewnętrznego i świata wewnętrznego. Wprowadza nas ona stan głębokiej relaksacji, uwalnia napięcia i pozwala na głębszy kontakt z samym sobą.

W praktyce wygląda zaś tak, że trzeba się położyć w wygodnej pozycji, zadbać o to, żeby było nam ciepło, włączyć nagranie (to tzw. guided meditation) i podążać za instrukcjami narratora. Ja słyszałam o tym, że mam skupić energię najpierw na oddechu, a później na poszczególnych częściach ciała.

Byłam zdziwiona, jak łatwo w to „weszłam”. I jak dobrze to na mnie wpłynęło. W czasie, kiedy moje trudności ze snem były najsilniejsze, ta technika bardzo mi pomogła. Choć przyznam, że po kilku dniach nie byłam już w stanie dotrwać do końca ćwiczenia, bo… zasypiałam w trakcie!

3. Grounding

Joga nidra przypomniała mi znane mi od lat ćwiczenie znane jako grounding – uziemianie. To ćwiczenie, które wykonuje się w stanach paniki i zaburzonego kontaktu z samym sobą i z rzeczywistością. Jest ono bardzo proste, ale bardzo skuteczne. Na czym polega?

Usiądź wygodnie. Oddychaj powoli. Rozejrzyj się wokół.
Znajdź 5 rzeczy, które możesz zobaczyć. (wzrok)
4 rzeczy, których dotyk czujesz. (dotyk)
3 rzeczy, które słyszysz. (słuch)
2 rzeczy, których zapach czujesz. (węch)
1 rzecz, którą możesz posmakować. (smak)

Nazwij te rzeczy, przyjrzyj się im, zastanów się nad nimi. Działa. I co ważne – nie trzeba mieć naładowanego telefonu i nagrania na tym telefonie!

4. Ćwiczenia oddechowe.

Przypomnieliście mi również o ćwiczeniach oddechowych. Ćwiczenia oddechowe też działają. I też nie wymagają telefonu!

Można robić ćwiczenia oddechowe z jedną ze wspomnianych wcześniej aplikacji, ale można też spokojnie relaksować się, po prostu podążając za własnym oddechem. Oddech na kilka sekund (warto liczyć), chwila przytrzymania oddechu i bardzo wolne wypuszczanie go. I jeszcze raz.

Początkującym proponuję ćwiczenie w pozycji leżącej (zresztą taka pozycja sprzyja relaksacji, o którą w tym przypadku chodzi). W tej pozycji zwłaszcza my, kobiety, w końcu oddychamy poprawnie, czyli przeponą.

Połóżcie się na plecach i zacznijcie swobodnie oddychać. Połóżcie rękę na brzuchu. Czujecie, jak się Wam podnosi i opada brzuch? To naturalny proces, to znaczy, że przepona pracuje, a do naszego organizmu dostaje się odpowiednia ilość tlenu.

Ćwiczenia oddechowe to był mój konik. Naćwiczyłam się w teatrze, a potem o nich zapomniałam. Czas wrócić do tego, co daje mi życiodajny tlen!

Zadbaj o siebie!


Po techniki relaksacji można sięgnąć w sytuacjach kryzysowych. Warto je też regularnie praktykować w ramach profilaktyki i uzyskania lepszego kontaktu z samym sobą. A co warto wprowadzić do swojego życia, żeby nie doprowadzać do sytuacji kryzysowych częściej, niż doprowadza nas do nich samo życie?

5. Postaw siebie na pierwszym miejscu.

Nikomu nie pomożesz, jeśli sam(a) będziesz wrakiem człowieka. Nie bez powodu w samolotach najpierw trzeba nałożyć maskę tlenową sobie, dopiero później dziecku. Nie bez powodu ratownicy górscy najpierw sprawdzają, czy sami są bezpieczni. Zły, sfrustrowany, przemęczony człowiek nikomu nie pomoże.

Nie pomoże też sam sobie. Najpierw trzeba wrzucić na luz, wyspać się (stąd powyższe techniki), odżywić i rozruszać swoje ciało (aktywność fizyczna powoduje wytworzenie masy potrzebnych nam do życia i szczęścia hormonów – to szeroki temat, na osobny artykuł, teraz krótko: ruszajcie się!), dopiero później możemy zaczynać działanie. Musimy pozwolić naszemu umysłowi wrócić na normalne tory.

Bez odpoczynku nie ma pracy. Pomyśl, co mówisz najbliższej przyjaciółce, gdy z wywieszonym językiem mówi, że już nie może. Mówisz jej „Jesteś beznadziejna, ciśnij!” czy może „Odpocznij. Dasz radę ze wszystkim, tylko najpierw odpocznij”? A co mówisz sobie?

6. Wyłącz internet.

Pisałam już o tym w artykule „Włącz tryb offline”. Ilość danych, które docierają do nas za pośrednictwem internetu, jest porażająca. Szum informacyjny wywołuje lęk, pogorszenie samopoczucia, poczucie „przegranego życia”. Ja sama łapię się na tym, że przeglądam zdjęcia na Instagramie i myślę sobie, jakie ktoś ma super życie. Mając jednocześnie świadomość tego, że to tylko wycinek rzeczywistości. Ja też pokazuję tylko skrawek rzeczywistości. I jasne, że chcę pokazywać to, co dobre. Bo lubię się skupiać na tym, co dobre. Ale przecież to nie jest całość.

Wyłączenie internetu na godzinę, dzień, weekend – to naprawdę dobre rozwiązanie. Ja sama robię sobie czasem taki detoks. W zasadzie powinnam go robić częściej, żeby nie potrzebować go aż tak bardzo, jak potrzebuję w tej chwili. Kiedy ostatnio wyłączyłam internet na cały weekend – zrobiłam tyle, ile normalnie nie robię przez tydzień. Byłam produktywna w realnym świecie. I wewnętrznie spokojniejsza.

7. Zrób plan działania.

Kolejną rzeczą, która bardzo mi pomaga, to plan działania. Kiedy wiem, do czego dążę, i mam w związku z tym mnóstwo drobnych spraw do zrealizowania, spisuję je wszystkie (nawet te najdrobniejsze, a może te zwłaszcza) i układam w czasie. Najpierw to, potem to. A jeśli to się nie uda, to tamto. Kiedy szczególnie potrzebuję wszystko zobaczyć – rozrysowuję to. Biorę kartkę i długopis albo ołówek (bardzo lubię pisać ołówkiem) i rysuję mapy myśli lub rozpisuję wydarzenia na linii czasu. To sprawia, że mój rozwrzeszczany umysł w końcu się zamyka, bo widzi, że „się dzieje”.

Nasz umysł to nasz sprzymierzeniec, choć nie zawsze to widać. Ewolucyjnie jesteśmy tak ukształtowani, że umysł ma nas chronić. Jeśli jest problem – nasz umysł dąży do tego, żeby ten problem rozwiązać.

Ale uwaga – zamartwianie się też jest postrzegane przez nasz umysł jako działanie. Bo jest czynnością skoncentrowaną na problemie. Oczywiście nie pomaga nam ono w niczym, ale tego nasz umysł nie wie. Wyznaczenie konkretnego planu działania może pomóc naszemu umysłowi zobaczyć, że zajmujemy się tematem lub zajmiemy się nim w określonym momencie w przyszłości – i wyłączyć martwienie się. „U mnie działa”.

8. Podejmij decyzję.

Żeby jednak stworzyć plan działania, trzeba podjąć pewne decyzje. I to, przyznaję, był mój słaby punkt. Miałam jedną ważną decyzję do podjęcia. Tyle razy zastanawiałam się, która opcja będzie najlepsza, tyle razy powtarzałam sobie, że przecież muszę być rozsądna… Słuchałam wszystkich wokół, a nie potrafiłam usłyszeć sama siebie. A może inaczej – bałam się uwierzyć w to, co słyszałam. Bałam się, co powiedzą inni, bałam się, że robię błąd. Bo ja nie działam… rozsądnie. Nie w ogólnym tego słowa znaczeniu. Ja słucham mojej intuicji.

To moja intuicja kazała mi kiedyś, w trakcie sesji egzaminacyjnej, iść na spektakl do jednego z najlepszych warszawskich teatrów – i poprzez proste scenki teatralne rozpocząć moją kilkuletnią przepiękną przygodę z teatrem. (Przygodę, na której kontynuację niezmiennie mam nadzieję). To intuicja kazała mi w trakcie pisania magisterki jechać na koncert z ludźmi, których nie znałam, w miejsce, którego nie znałam – i w ten sposób poznać fantastycznych muzyków, z którymi miałam przyjemność przez kolejne lata pracować. To intuicja kazała mi lecieć gdzieś na środek Atlantyku, mimo że nie wiedziałam, co mnie tam czeka. Ale wiedziałam, że jeśli nie spróbuję, będę tego żałować do końca życia. I dziś cieszę się, że poleciałam.


Teraz też posłuchałam swojej intuicji – i w końcu podjęłam decyzję. W zgodzie sama z sobą. I poczułam się o sto kilo lżejsza. Zrzuciłam z siebie ciężar i znów poczułam się w pełni sobą.

Dla mnie największy spokój umysłu bierze się bowiem z życia w zgodzie ze sobą.

Życie nie jest zawsze kolorowe. Nie zawsze jest miłe i przyjemne. Ale jest. I jest ważne. I my jesteśmy w nim ważni. I powtarzam to wszystkim wokół, i samej sobie też często muszę powtarzać – moje życie jest moje. Nie da się zadowolić wszystkich wokół. Nawet Nutella tego nie potrafi – ja tam na przykład wolę dwukolorowe kremy. Jeśli Nutella nie zadowoli wszystkich, to my tym bardziej. Najważniejszą osobą, którą powinniśmy starać się zadowolić, jesteśmy my sami.

Jak w samolocie – najpierw zadbaj o siebie. Mój nauczyciel angielskiego (serdeczne pozdrowienia, jeśli Pan to czyta!) mawiał „Jeśli każdy zadba o siebie, o każdego będzie zadbane”. Wiem, świetnie to brzmi po polsku. Ale taka prawda. Jeśli będziesz żyć w zgodzie ze sobą, świat przestanie być przerażający, zacznie być przyjazny. Nagle zobaczysz więcej możliwości. Więcej serdecznie uśmiechających się do Ciebie osób. Uwierzysz w światełko na końcu tunelu, mimo że tunel ma 8 km i jest pełen zakrętów. I w końcu dotrzesz do tego światełka.

Ja musiałam sobie przypomnieć, jak ogromną siłą jest moja intuicja.

Zaufać jej. Zaufać sobie. W końcu ja sama jestem najlepszą specjalistką od mojego życia, czyż nie? I to ja sama będę najbardziej odczuwać skutki decyzji.

Nie jestem pewna, co mi przyniesie przyszłość. Nie jestem pewna, gdzie będę za pół roku. Ale wiem, że jestem wdzięczna za wszystko, co się przydarzyło w moim życiu w ostatnim czasie. Bo wyrwało mnie z pewnego letargu, w który nawet nie wiem, kiedy wpadłam. Zmusiło do działania i do przeorganizowania swojej głowy. Przypomnienia sobie, kim jestem i co jest dla mnie naprawdę ważne. I wiecie co? To działa! Chce mi się żyć!

Może i Wy na wiosnę zrobicie porządki w swoich głowach? Polecam! Szczególnie w trybie offline!

Poleć innym: