Magia rozstania

with 2 komentarze
Poleć innym:

Ostatnia aktualizacja: 2019-11-26. Autor: Milena

Wieść gminna głosi, że magia rozstania naprawdę istnieje. Że bardziej zaczynamy doceniać to, co tracimy. Jak to wygląda w praktyce?

Wylatuję z Polski za miesiąc i kilka dni. Im bliżej wyjazdu, tym bardziej zmienia mi się perspektywa. Robię się emocjonalna, zwracam większą uwagę na to, czego wcześniej nie dostrzegałam. Cieszę się śniegiem, którego na Terceirze nie zobaczę. Z sentymentem patrzę na centra handlowe, których w standardowych warunkach nie cierpię. Ale wiem, że są wygodne i można znaleźć w nich wszystko. Na Terceirze jedyne centra, które istnieją, są małe i składają się głównie z wielkiego supermarketu i kilku dodatkowych sklepów, np. apteki i sklepu ze sprzętem sportowym.

Pobierz e-book „Azory – co zobaczyć na środku Atlantyku”

Wybierasz się na Azory? Chcesz wiedzieć, co warto zobaczyć na każdej z wysp?
Pobierz bezpłatny e-book!

Pobierając e-book, wyrażasz zgodę na zapis na newsletter Mileny Dąbrowskiej, a tym samym na otrzymywanie maili dotyczących Azorów oraz nowości, produktów i usług Mileny Dąbrowskiej. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

Jeszcze chętniej niż zwykle słucham muzyki z mojej wieży, bo wiem, że tam tej wieży nie zabiorę. Zjadam dżemy i kompoty od rodziców, bo tam maminych wyrobów nie uświadczę. Robię listę kosmetyków, żeby na pewno mieć ze sobą ulubiony krem i ulubiony lakier do paznokci.

Ale to nie o rzeczy chodzi. Biorę plecak i rower – więcej mi do życia nie potrzeba. Jakieś buty, trochę ciuchów, trochę kosmetyków, kilka ulubionych płyt, komputer, telefon, kalendarz, coś do pisania – i mogę ruszać w drogę.

W praktyce chodzi o ludzi.

To ludzie są najważniejsi. A ludzi ze sobą nie zabiorę. Mogę zabrać wspomnienie o nich, mogę zachować ich obraz w głowie i w sercu, mogę pozostać z nimi w kontakcie. Ale ich nie zabiorę.

Kiedy jest się blisko, na miejscu – wydaje się, że zawsze jest czas. Zawsze będzie czas. Teraz nie mam czasu, żeby się z tobą spotkać, ale już za tydzień, za miesiąc, za rok… Wszystko jest ważniejsze, albo raczej – pilniejsze. A my to „pilne” przedkładamy przed „ważne”. Gonimy za czymś nieokreślonym, staramy się dogonić… No właśnie, co dogonić?

Przed studiami pojechałam na obóz zerowy. Pamiętam z niego doskonale najdłuższą z tras, jakie wówczas przeszliśmy. Na początku wyprawy chciałam iść z przodu, nadążać za grupą. A że naszym przewodnikiem był wicemistrz Polski w biegach przełajowych – było za kim nadążać. Większość drogi przebyłam biegiem, usiłując co chwilę zmniejszyć dystans dzielący mnie od „czołówki” naszej wyprawy. Do czasu.

Do czasu, kiedy w biegu z górki potknęłam się i poleciałam na kolana. W jednej chwili popłynęła z nich brunatna rzeka krwi pomieszanej z ziemią. Usiadłam na ziemi, przemyłam rany wodą i czekałam na nadejście osób zamykających grupę, które niosły ze sobą apteczkę. Moje kolana zostały porządnie zabezpieczone i mogłam iść dalej. Tym razem – wolniej. Co się okazało?

Kiedy zwolniłam – zaczęłam cieszyć się wyprawą!

Dostrzegłam kolory mchu, drzew i nieba, zaczęłam rozglądać się wokół, podziwiać i gęsty las, i rozległe przestrzenie. Nagle nabrałam też ochoty na rozmowy ze współtowarzyszami marszu. Wymienialiśmy się opowieściami ze swojego życia, dzieliliśmy życiorysami i czekoladą. Zatrzymywaliśmy się często, żeby zrobić zdjęcia w ładnych miejscach. Czerpaliśmy z chwili pełnymi garściami. To było to!

Dziś przygotowuję się do mojej podróży i zastanawiam się, co dla mnie jest najważniejsze. I jak to najważniejsze wdrożyć w życie. Wiem, że ważna jest dla mnie obecność. I takiej obecności uczyłam się podczas moich dwóch wizyt na Terceirze. Przywiozłam już sporo nauki, chcę przywieźć jeszcze więcej. Być może w pewnych miejscach łatwiej być obecnym niż w innych. Z pewnością. Ale jestem przekonana, że to też umiejętność, którą można nabyć. I taki jest właśnie mój plan – nauka tej umiejętności.

Bo obecność to nie sms wysłany raz na miesiąc czy nawet raz na tydzień, kiedy nudzi się nam w tramwaju czy w kolejce do kasy. To nie rozmowa telefoniczna raz na długi czas, tylko żeby upewnić się, że dana osoba o nas pamięta (a nie żeby pokazać, że my o niej pamiętamy). To nie stwierdzenie: „możesz zawsze liczyć na moją pomoc” – a potem znikanie.

Obecność to bycie razem. To przeżywanie życia. To budowanie wspólnych wspomnień, to danie sobie czasu na wzajemne poznanie. Obecność to otwartość na drugiego człowieka – takiego, jakim naprawdę jest. Bez oczekiwań, bez domysłów, bez wzorów z przeszłości – ciągłe poznawanie człowieka we wszystkich jego wymiarach. Obecność to radość z przebywania razem, nawet bez słów. To wspólny wysiłek, czasem ciężka praca. Obecność to dawanie siebie drugiemu człowiekowi bez liczenia na cokolwiek w zamian.

Obecność to życie na sto procent.

Można być obecnym i dla najbliższych, i dla dalekich znajomych, dla kolegów i koleżanek z pracy, a nawet dla nieznajomych. Pani w sklepie może mieć fascynującą historię życia. Każdy pasażer wagonu w pociągu kiedyś kochał, cierpiał, cieszył się i płakał. Obecność to dostrzeżenie w człowieku człowieka.

Jaki związek z obecnością ma magia rozstania? Otóż często zauważamy ludzi, którzy są obok nas, dopiero kiedy ma ich zabraknąć. Teraz, przed wyjazdem, faktycznie staram się spotkać ze wszystkimi, z którymi chcę się zobaczyć, z którymi chcę być w kontakcie. Podczas każdego z takich spotkań chcę być tylko dla tych osób, z którymi właśnie się widzę. Chcę dać im mój czas, moją uwagę, moje zaangażowanie.

Zawsze starałam się być obecna. Czy to w pracy, czy w życiu prywatnym, zawsze szukałam w ludziach czegoś więcej niż to, co pokazują całemu światu. Szukałam w nich człowieczeństwa. I zazwyczaj je znajdowałam. Ale mam świadomość tego, że zdarzało mi się zaniedbać moich najbliższych. Wycofywałam się z relacji bez ostrzeżenia, nie odzywałam się przez długi czas, mimo że o kimś myślałam. Czasem potrzebuję samotności, potrzebuję nabrania oddechu – wówczas znikam. Cały czas się uczę, żeby to komunikować jeszcze przed zniknięciem. Teraz, przed wylotem, tym bardziej staram się wszystko nadrobić.

Starają się też ludzie wokół mnie.

To, co dawałam im przez wszystkie lata, teraz zaczyna być dla nich bardziej widoczne. Rozmawiają ze mną osoby, z którymi nawet nie mam przyjacielskich relacji, a jedynie czysto koleżeńskie, i dziękują za to, co wniosłam do ich życia. Za serdeczność i zrozumienie, za wyrozumiałość i otwartość. Mówią o tym, że podziwiają moją odwagę i to, że zdecydowałam się zostawić za sobą szum miasta, pogoń za sukcesem i pieniędzmi – i zająć tym, co jest w życiu naprawdę ważne.

Okazuje się, że wiele osób o tym marzy, ale niewiele postanawia zrealizować swoje marzenie. Czy są mniej odważni niż ja? Nie wydaje mi się. Może po prostu jeszcze za słabo marzą lub nie wierzą, że marzenia można spełniać. A ci, którzy je spełniają, nie różnią się specjalnie od reszty społeczeństwa. Jedyne, co ich wyróżnia, to to, że podejmują decyzję i mimo przerażenia i niekończących się pytań i wątpliwości – trwają w decyzji i działaniu.

Przychodzą do mnie znajomi z pracy i mówią, że będzie im mnie brakowało. To bardzo miłe spotkania, miłe słowa. Dobrze jest wiedzieć, że serce, które wkładałam w moją pracę i relacje z ludźmi, faktycznie dotarło do odpowiednich osób.

Przychodzą do mnie przyjaciele i mówią, że bardzo mnie wspierają w mojej drodze i życzą mi, żeby na wyspie było przepięknie – ale że jeśli będę chciała wrócić, to bardzo się z tego powodu ucieszą. Kiedy im opowiadam, że po maju jest mnóstwo opcji rozwoju sytuacji i żadna nie przeważa – czasem nieśmiało, a czasem bardzo wprost deklarują, że są za moim powrotem do Warszawy.

Dla rodziny mój wyjazd jest szczególnie trudny, ale liczę na to, że w końcu wszyscy zrozumieją, że nie uciekam od czegoś, tylko jadę do czegoś. Jadę poznać nowy, fascynujący kawałek świata, nowych ludzi, nową kulturę, nowy język, nowe smaki, nowy sposób na życie. Chcę wyciągnąć z mojego wyjazdu to, co najlepsze, i wdrożyć to na stałe do mojego życia. Rodzina powtarza, że mam dokąd wracać. To ważne. Można mieć życie w jednym plecaku, ale ważne, żeby byli ludzie, którzy czekają, aż się ten plecak choć na chwilę odstawi w kąt i pobędzie z nimi. Tak po prostu, zwyczajnie.

„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”, pisał ks. Twardowski.

To tak znany cytat, że czasem przestajemy się już zastanawiać nad jego znaczeniem. A znaczy on bardzo wiele. Mimo że wydaje nam się, że mamy dużo czasu – czas każdego z nas jest ograniczony. Naukowcy jeszcze nie wymyślili, jak go rozciągać. Skoro mamy mało czasu, to warto wykorzystać go dobrze. Jak? Być. Być w danej chwili, być z ludźmi, z którymi chce się być. Nic nie jest nam dane raz na zawsze. Ktoś może wyjechać, ktoś może zniknąć z naszego życia, ktoś może umrzeć.

To piękne słyszeć przed wyjazdem tyle dobrych słów. Mam propozycję – dzielmy się nimi też na co dzień. Nie czekajmy, aż ktoś będzie się wybierał w długą podróż, przeprowadzał do innego kraju czy leżał w przyszpitalnym hospicjum. Mówmy ludziom o tym, że są dla nas ważni. Bądźmy dla nich. Cieszmy się tym, co mamy – bo to cały nasz skarb. Jeśli będziemy na co dzień żyli, ceniąc życie i siebie nawzajem – magia rozstania nie będzie nam potrzebna. Czego sobie i Wam serdecznie życzę!

 

Warszawa, 10.12.2016 r.

 

 

Update 11.12.2016 r.:

Jeden z moich przyjaciół przeczytał powyższy wpis i stwierdził: „Trochę to wszystko brzmi, jakby ta Terceira to były zaświaty. Tak to brzmi, jakbyś miała umrzeć i to były Twoje ostatnie chwile”. Spieszę donieść, że nie wybieram się jeszcze w zaświaty. Ale faktycznie niektóre moje pożegnania brzmią dość ostatecznie. Może to kwestia tego, że nie mam biletu powrotnego i za pół roku równie dobrze mogę być w Warszawie, co w Ameryce Południowej? Możliwe. Wiem, że wśród wielu miłych słów, które teraz słyszę, najbardziej cieszą mnie te, że ktoś nie planuje się ze mną żegnać. Bo nie trzeba się żegnać, jeśli się wie, że do tej pory się było. I że mimo zmiany miejsca na Ziemi – dalej się będzie. Dobrego dnia!

Poleć innym: