Z miłości do siebie

with 2 komentarze
Poleć innym:

Ostatnia aktualizacja: 2020-06-03. Autor: Milena

Z miłości do siebie umyłam dziś głowę i zmieniłam piżamę na świeżo uprany dres.

Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Siedzę w mieszkaniu przeziębiona, otoczona różnymi specyfikami medycznymi i naturalnymi, z chusteczkami w jednej i kubkiem mleka w drugiej ręce. W jakimś momencie dotarło do mnie, że przez to, że nie dbam w takiej chwili o siebie, czuję się wcale nie lepiej, ale o wiele gorzej. Natychmiast pobiegłam do łazienki i wykonałam wyżej wspomniane czynności. Nie jestem od nich zdrowsza, ale na pewno nie czuję się aż tak beznadziejnie, jak jeszcze kilka godzin temu.

Pobierz e-book „Azory – co zobaczyć na środku Atlantyku”

Wybierasz się na Azory? Chcesz wiedzieć, co warto zobaczyć na każdej z wysp?
Pobierz bezpłatny e-book!

Pobierając e-book, wyrażasz zgodę na zapis na newsletter Mileny Dąbrowskiej, a tym samym na otrzymywanie maili dotyczących Azorów oraz nowości, produktów i usług Mileny Dąbrowskiej. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

Tak napisałam dwa dni temu na facebookowej grupie „Pokochaj całą siebie”. Moderatorka zadała pytanie: „Co będzie dziś Twoim aktem prawdziwej miłości do siebie?” W pierwszej chwili pomyślałam: „To, że nie zamorduję się z rozpaczy, że tak koszmarnie się czuję”. Bo czułam się naprawdę źle. Złapało mnie niby tylko przeziębienie, ale za to najwyższego kalibru. Po tabletkach na zbicie gorączki temperatura utrzymywała mi się na poziomie 37,4 st. C, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie, oczy szczypały, więc czytanie dłużej niż przez 3 minuty groziło odwodnieniem z powodu nadmiaru wylanych łez, czerwone, opuchnięte gardło przypominało o sobie przy każdym przełknięciu śliny, a nos, który tajemniczym sposobem upodobnił się do gardła, też o sobie przypominał – za każdym razem, kiedy chciałam wtłoczyć do ciała choć odrobinę tlenu.

Podsumowując – katastrofa.

Pytanie, co zrobię z miłości do siebie, brzmiało więc absurdalnie. Przecież robiłam już wszystko, co mogłam! Jadłam czosnek, cebulę, miód, piłam mleko z tymi specyfikami, syrop z cebuli, cytryny i miodu, sok z czarnego bzu, sok malinowy, do tego połykałam, piłam i ssałam jakieś chemiczne poprawiacze zdrowia… Prawie nie ruszałam się z mojego niewygodnego, skrzypiącego łóżka, spałam, kiedy tylko dawałam radę…

Co niby w takim stanie, w którym nie mogę zrobić prawie nic, miałabym zrobić z miłości do siebie?

I nagle olśnienie – mogę zadbać o swoje samopoczucie przez zadbanie o swoje ciało! Nie muszę się skupiać tylko na tym, żeby wyleczyć się z choroby. Mogę się skupić na tym, żeby po babsku zadbać o siebie. Kto powiedział, że jak jestem chora, to muszę siedzieć w piżamie? Wiem, że niektórzy lubią chodzić w piżamie, ale ja lepiej się czuję w czymś bardziej „zwartym”. W pierwszym kroku zmieniłam więc piżamę na dres. To może też nie jest moja ulubiona garderoba, ale w dżinsach byłoby mi niewygodnie leżeć w łóżku, więc był to sensowny kompromis.

Co dalej? Głowa! Z tego, co się orientuję, nie jestem jedyną osobą, która „zapomina” o myciu głowy, kiedy siedzi w domu chora. A bo to dodatkowa czynność, a bo jeszcze przewieje, a bo po co, skoro i tak nikt nie widzi. Powiedziałam sobie „dość”. Dodatkowa czynność? A co niby lepszego mam do roboty? Przewieje? No to trzeba zamknąć okno. Dla bardziej bojaźliwych albo takich, którzy mają zimniej w mieszkaniu – istnieje coś takiego jak suszarka. Nikt nie widzi? Jak to nikt nie widzi?? A Ty to nikt?? Tak, ten ostatni argument do mnie przemówił. Za każdym razem, kiedy szłam do łazienki, krzywiłam się przecież, widząc błagające o wodę włosy. Kiedy ich dotykałam – na pewno też nie miałam zbyt przyjaznej miny. Wiedząc, że źle wyglądam, sama przy sobie czułam się gorzej. Decyzja była więcej prosta: do łazienki, głowa pod prysznic!

Pewnie gdybym się malowała, zdecydowałabym się jeszcze na makijaż.

Ale że od kilku miesięcy się nie maluję, to wystarczyły mi czyste sensowne ciuchy i umyta głowa. Choróbsko nie odpuszczało, wręcz przeciwnie, ale ja i tak czułam się lepiej! Może nie nadzwyczajnie, może nie latałam pod sufitem, może nie skakałam z radości – ale czułam się lepiej! Małe rzeczy, małe kroki… Zawsze wierzyłam w małe kroki – i nigdy nie umiałam ich wykonywać. Ponoć miłość do siebie też składa się z małych kroków, wydreptywanych codziennie. Chyba idę w dobrym kierunku!

 

Warszawa, 1.10.2016 r.

Poleć innym: