Terceira – Mój rok na środku Atlantyku

with Brak komentarzy

„Terceira – Mój rok na środku Atlantyku”. Proste słowa, a dla mnie znaczą tak wiele.

Rok temu wylądowałam na tej małej portugalskiej wyspie położonej wśród fal potężnego oceanu, stożków wulkanicznych i soczyście zielonej przyrody. (Jeśli chcesz wiedzieć, jak się tu znalazłam, zapraszam Cię do wpisu W podróży przez życie liczy się każdy krok.) Wylądowałam – i buzia mi się nie zamykała. Z zachwytu. Spełniałam swoje marzenie, zaczynałam wielką przygodę, rzucałam się w nieznane. Albo znane, ale tylko trochę. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Nigdy w życiu nie wiemy, co nas czeka.

(No, może jedynie wszystkich bohaterów Grey’s Anatomy czeka śmierć, ale to inna kwestia. Nas też czeka, ale przed nią – całe życie.)

Możemy planować, możemy się przygotowywać – ale nigdy nie będziemy mieć do końca pewności, że to, co sobie zaplanujemy, faktycznie się wydarzy. Możemy za to być pewni, że wydarzy się wszystko to, co nieoczekiwane. Zwłaszcza kiedy rzucamy się na głęboką wodę.

Azorska kultura na pierwszy rzut oka wydaje się podobna do polskiej

Woda, w którą się rzucałam – poza oceaniczną głębią – nie wydawała się szczególnie głęboka. To przecież też Europa, wspólni przodkowie przed tysiącami lat, język podobny do hiszpańskiego, krowy, byki… Zaraz, zaraz, hola! Czy ten twardy, francusko brzmiący język to na pewno krewny śpiewnego hiszpańskiego? I te krowy… Tak, ale na ulicach? Jak to? Ano tak! Idą, to trzeba się zatrzymać. Taki azorski korek na drodze. Byki? Ok, byki istnieją. Ale żeby też na ulicach? Że biegają? Że ludzie od maja do października zbierają się tłumnie i jeżdżą od wioski do wioski, żeby oglądać te gonitwy? I do tego wywieszają ozdobne koce przez okna i balkony, żeby ozdobić ulicę na czas tego święta? I przygotowują górę jedzenia, żeby każdy, kto zechce schronić się podczas takiej gonitwy w ich domu, miał co jeść? Czy to aby na pewno ta zimna, coraz bardziej indywidualistyczna Europa?

Największym zaskoczeniem na Terceirze byli dla mnie ludzie.

Podczas tourrady (wspomnianej gonitwy byków) faktycznie chętnie przyjmują pod swój dach przybyszów i częstują, „czym chata bogata”. Kiedy zapyta się ich o wskazówkę, jak gdzieś trafić, to nawet jeśli nie potrafią wyjaśnić – zaprowadzą. Na drogach, jeśli trąbią, to zwykle po to, żeby kogoś przywitać. Na środku skrzyżowania zatrzymują się w podobnym celu. Kierowca autobusu potrafi „zgarnąć” spóźnionego pasażera kilkaset metrów przed przystankiem, na którym ten zwykle wsiada. Recepcjonistka w przychodni potrafi przez 15 minut tłumaczyć przez telefon, jak dotrzeć do przychodni, mimo że docierająca, ociekająca deszczem, już dawno chciała się poddać. Znajomy potrafi przejechać całą wyspę, żeby tylko pomóc coś załatwić, zorganizować, podrzucić, odebrać.

I wszyscy się uśmiechają!

Milena Dąbrowska, fot. Michał Pakalski
fot. Michał Pakalski

Kilka dni temu zrobiłam eksperyment i poobserwowałam kierowców mijanych samochodów. Wszyscy się uśmiechali! Aż sama nie wierzyłam! Oczywiście, nie jest tak, że każdy ma tutaj uśmiech 24/7/365. Tu się normalnie toczy życie. Są radości, ale są i smutki. Są zachwyty i jest rozpacz. Ale jest też inne podejście do życia. Znakomita większość osób wybiera radość. Wybiera śmiech zamiast łez. I akceptowanie rzeczywistości zamiast próby zmienienia tego, czego zmienić się nie da. Dziś usłyszałam od znajomej, że w trudnych chwilach powtarza sobie: „Najważniejsze, że żyjemy”. I ma rację.

Kolejnym zaskoczeniem były tutejsze święta i zwyczaje.

Na Azorach mówi się, że w archipelagu jest 8 wysp i jeden park rozrywki. Ten park rozrywki to właśnie Terceira. Tylko tutaj można dostać dzień wolny ze względu na gonitwę byków lub zakończenie karnawału! Tylko tutaj właściciel potrafi zamknąć sklep w ciągu dnia, bo koniecznie musi obejrzeć tourradę. Tylko tutaj święto św. Jana potrafi trwać półtora tygodnia. Tylko tutaj można dostać za darmo przyniesiony przez kogoś chleb lub… reklamówkę mięsa. Bo akurat w pobliskim imperio (mała kapliczka ku czci Ducha Świętego, w której odbywają się liczne uroczystości w okresie powielkanocnym) jest święto i roznoszą wszystkim okolicznym mieszkańcom. Tylko tutaj grupa przyjaciół zbiera się, żeby odwiedzić wszystkich znajomych, popijając likier i podziwiając bożonarodzeniowe szopki. Co kraj, to obyczaj, jak mawiają. I żeby się o tym przekonać, nie trzeba – jak widać – jechać do Azji ani na Dziki Zachód.

Ludzie i inna kultura to – poza przyrodą – moje największe tutejsze odkrycia. Ale miałam też kilka własnych, prywatnych odkryć. Odkryłam na przykład, że brudzenie się może być bardzo dobrym doświadczeniem.

Chwytanie mokrych, pokrytych mchem gałęzi, zjeżdżanie na tyłku po mokrej trawie, wpadanie do pół łydki w błoto – to znakomita zabawa. Wiedziałam o tym jako dziecko, kiedy dopiero co przebrana na przyjazd gości w śnieżnobiałą sukienkę pędziłam do piaskownicy i wracałam równie brudna, jak byłam kilka minut wcześniej – ale dorastając, zapomniałam o tym. Wymaga się od nas czystości, elegancji, szyku. A czasem dobrze po prostu wskoczyć do kałuży i się roześmiać w głos. Sprawi nam to prawdopodobnie więcej radości niż przyciasny gorset obyczajów.

A propos zjeżdżania na tyłku – odkryłam, że wszystko czyści się tu wybielaczem.

W tym, schody prowadzące do oceanu na kąpieliskach. Ale tylko na tych strzeżonych. Te schody, które nie są regularnie czyszczone, szybko zarastają i stanowią zagrożenie dla życie dla osób tak nieświadomych, jak ja. Moje doświadczenie ze schodami doprowadziło mnie do wniosku, że albo strzeżone kąpielisko, albo piaszczysta plaża. Jakie było to doświadczenie? Otóż pewnego pięknego dnia wybrałam się ze znajomym nad wodę. Piękne miejsce, między skałami, z widokiem na Monte Brasil (góra złożona z trzech prawdopodobnie wygasłych wulkanów, „przylepiona” do Angry, największego miasta na wyspie). Po prostu raj!

Oczywiście zdecydowałam, że do wody wchodzę pierwsza. Jeden krok, drugi – i krótka myśl: „Ja nie chcę jeszcze umierać”. Poślizgnęłam się na schodach, spadając, mocno uderzyłam tyłkiem albo o te schody, albo o podwodną skałę. Tuż przed zanurzeniem się instynktownie nabrałam powietrza, a już pod wodą powtarzałam powyższą myśl. Wynurzanie się trwało w nieskończoność. Kiedy w końcu znów znalazłam się z głową ponad falami, dziękowałam, że żyję. Kąpiel była krótka, obity i podrapany tyłek leczyłam przez dłuższy czas, a strach przed poślizgnięciem się pozostał do teraz. Cóż, jedna z moich lekcji.

Kolejna lekcja brzmi: pamiętaj o ochronie przed słońcem. Nawet jeśli masz na głowie ciekawsze sprawy, takie jak wspinanie się na najwyższy szczyt Portugalii.

W lipcu wybrałam się ze Stowarzyszeniem Os Montanheiros (stowarzyszenie zajmujące się tutejszą przyrodą i dziedzictwem) na wyspę Pico. To wyspa, na której mieści się szczyt o tej samej nazwie – Pico. To najwyższy szczyt Portugalii, 2351 m n.p.m., na który postanowiliśmy ze znajomymi wejść – i zrobiła się z tego spora wyprawa. Płynęliśmy tam wynajętym statkiem wycieczkowym. Pytałam znajomych, jak się powinnam ubrać na tę podróż, w końcu to 5 godzin na wodzie. Powiedzieli: „Tobie jest zawsze zimno, więc załóż długie spodnie, jakąś koszulkę i polar, na wodzie zawsze wieje”. Tak zrobiłam. Ubrałam się, jak trzeba, posmarowałam twarz, dekolt, ramiona – i w drogę, ku przygodzie.

Ale dzień był ciepły. Gorący.

Na niebie ani jednej chmurki. No to zdjęłam polar, podciągnęłam nogawki spodni do kolan i zadowolona leżałam sobie na pokładzie. Wieczorem byłam mniej zadowolona. Szukałam po wszystkich kremu po opalaniu. Najlepiej z panthenolem. Użyłam z wdzięcznością wszystkiego, co dostałam. A kolejnego dnia rano pobudka – i w drogę na Pico. Dotarłam na sam szczyt, nawet na Piquinho – taki maleńki dodatkowy szczyt na szczycie Pico, który zresztą sprawił mi największą frajdę. Dotarłam – i nie mogłam usiąść. Słońce paliło mnie przez spodnie. Bałam się podnieść nogawki. Podniosłam je dopiero wieczorem, po powrocie na niziny – i o mało co się nie rozpłakałam. Takich bąbli na nogach jeszcze nigdy nie widziałam.

Znów poszukiwania, tym razem czegoś na oparzenia. Na następny dzień – poszukiwania apteki i opatrunków, które nie przykleją się do rany. Potem mail do lekarza z Polski: „Przesyłam Panu zdjęcie moich nóg” – i opis. I odpowiedź: „Nogi ładne, oparzenie I/II stopnia”. I instrukcja, jak leczyć. I leczenie przez kolejne tygodnie, i kupione przez siostrę, przywiezione przez koleżankę z Polski leki, i codzienne wizyty w aptece. A dziś, pół roku po fakcie, jasne plamy po bliznach. W skrócie: Kochani, smarujcie się kremami z filtrem! Leczenia bąbli nikomu nie życzę. Leczenia głupoty tym bardziej. Jak stwierdził mój kolega-lekarz: „Bąble schodzą, głupota zostaje”.

Ale wracając do początku opowieści o bąblach – wspinanie się na najwyższy szczyt Portugalii to też doświadczenie warte tego, by je przeżyć!

2351 m n.p.m. to nie osiem tysięcy, ale to też coś. Wchodzi się od wysokości ok. tysiąca, więc pod górę do przejścia jest… bagatela kilometr. Nic dziwnego, w końcu szczyt góry widać często z Terceiry ponad chmurami. Albo w chmurach. Słyszałam różne historie na temat tej góry. Kilka osób twierdziło: „Raz się udało, ale raz wystarczy, nigdy więcej tam nie pójdę, to za trudne”. Przygotowywałam się na prawdziwe wyzwanie.

I nie powiem – było to wyzwanie. Też pod względem organizacyjnym, bo ja, miastowa dziewczyna, mimo zamiłowania do natury nigdy pod kątem obcowania z tą naturą nie byłam przygotowana. A tu trzeba zamówić spodnie trekkingowe (na które patrzyłam krzywym okiem, jak dotarły, a potem je pokochałam – szczególnie kiedy leczyłam bąble na nogach, a na zewnątrz było gorąco i wilgotno), a tu kijki, a tu wybrać koszulkę, w której nie będzie ani za ciepło, ani za zimno… Dobrze, że chociaż buty miałam odpowiednie!

Ale logistyka to jedna kwestia, a wspinanie się pod górę – druga.

Wejście na Pico nie było wyjściem na kawę z przyjaciółką, to było wyzwanie. Ale nie aż takie, jak niektórzy twierdzili. Nie umierałam na szczycie, nie wyzionęłam ducha po drodze i nie straciłam ani sił, ani przytomności, ani dobrego humoru. Choć sporo się przewentylowałam, znajoma śmiała się, że mój oddech słychać na zdjęciach. Cóż, nigdy nie byłam mistrzem sportów aerobowych. Ale na Pico weszłam. I polecam każdemu, kto jest w miarę sprawny fizycznie. Całego archipelagu co prawda z góry nie zobaczyłam, ale za to, ponad chmurami, poczułam się jak w niebie. Czyż nie warto podarować sobie takie uczucie?

Większym wyzwaniem niż wejście na Pico okazało się odnalezienie się w zupełnie nowym miejscu, w którym nikt (no dobrze, prawie nikt) nie mówi po polsku i w którym trzeba albo zasuwać po angielsku, albo powoli, acz chyba skutecznie uczyć się portugalskiego.

Na wakacjach lubię mówić po angielsku. Zawsze twierdziłam, że ten język daje mi większą swobodę niż język polski, bo nie znam go aż tak dobrze, więc nie czuję aż takiej odpowiedzialności za słowa. Ale co się okazało? Że w życiu codziennym to kolejne z wielu wyzwań. Skoro nie znam angielskiego aż tak dobrze jak polskiego, to nie potrafię wyrazić w nim siebie w 100%. Zawsze czuję, że czegoś mi jednak brakuje, że czegoś nie jestem w stanie powiedzieć tak precyzyjnie, jakbym chciała. A nawet jeśli jestem w stanie, to mój rozmówca i tak może tego nie zrozumieć. Na początku często byłam sfrustrowana, bo nie mogłam się komunikować na takim poziomie, na jakim chciałam.

A do tego doszedł portugalski. Większość mieszkańców mówi po angielsku albo przynajmniej rozumie angielski, ale nie wszyscy. Przyszło więc do nauki tutejszego języka. Portugalski tylko w pisowni jest podobny do hiszpańskiego. Wymowa jest zupełnie inna, twarda, pełno tu „ż” i „sz”, więc teoretycznie mogłabym się czuć jak w domu. Gdyby nie to, że na początku poza „dzień dobry” nie potrafiłam powiedzieć niemal nic. Ze stresu (i z braku powtórek) zapomniałam wszystko, czego się nauczyłam na kursie pół roku wcześniej. Ale musiałam używać tego języka, potrzebowałam go częściowo w pracy, częściowo w codziennym życiu. Uczyłam się w praktyce – i nauczyłam się już w miarę porozumiewać. Jeśli ktoś mówi wolno i wyraźnie, i uwzględnia to, że nie jestem Portugalką… Nadal się frustruję, że jestem w stanie powiedzieć i zrozumieć tylko podstawowe rzeczy i o filozofii raczej sobie nie pogadam – ale już nie jest źle. Już się czuję sobą mimo przełączania się między językami. To zawsze krok do przodu.

Niespodzianek i drobnych wydarzeń, które złożyły się na ten rok, było o wiele więcej.

Zaprzyjaźniłam się z psami, których się początkowo bardzo bałam. Zwiedziłam kilka jaskiń, o istnieniu których nie miałam pojęcia. Poznałam Portugalczyków, którzy byli w Polsce i bardzo pozytywnie się o niej wypowiadali. Dwukrotnie zmieniłam miejsce zamieszkania, w tym raz ze względu na toksycznego współlokatora. Poznałam Polki, które mieszkają na Azorach od lat i z którymi podczas Dnia Imigranta sprzedawałam na rynku pierogi, bigos i gorzką żołądkową.

Dowiedziałam się, że Terceira, w porównaniu do innych wysp na Azorach, wcale nie jest aż tak spokojna, jak się wydaje – mimo że często wieczorem ulice są wyludnione. Byłam na festiwalu zup, przed którym się niechcący najadłam i nie byłam w stanie skosztować nawet połowy z tego, co tam oferowano. Zjadłam zerwanego prosto ze skały mięczaka o nazwie lapa, czyli po polsku skałoczep, i nawet udało mi się go nie wypluć (mimo że skrzywiłam się niemiłosiernie). Zjadłam też wnętrze świeżego jeżowca – i dowiedziałam się, że powinno się szukać osobników żeńskich, bo najsmaczniejsza część to ich jaja.

Podziwiałam podwodny świat, pływając z maską do snorkelingu. Biegałam nad oceanem. Zaczęłam się regularnie wspinać. Leciałam samolotem, który ma dwadzieścia kilka miejsc. Zrywałam pomarańcze i mandarynki prosto z drzewa. Używałam liści laurowych z ogrodu znajomych. Jadłam dzikie maliny, jeżyny i jagody – i zatrzymywałam się w środku wyspy w środku nocy tylko po to, żeby podziwiać rozgwieżdżone niebo.

Uczyłam się też relacji z drugim człowiekiem.

Uczyłam się, jak pozostawać w dobrym kontakcie z ludźmi mimo różnic poglądów – i jak nie odbierać krytyki jako ataku. Jak nie uciekać, kiedy coś jest nie tak, tylko rozmawiać. Jak dbać o znajomości mimo trudnych okoliczności zewnętrznych. Obserwowałam, jak można być dobrym dla drugiego człowieka mimo wewnętrznego roztrzęsienia i złości, i jak można powiedzieć: „Każdy ma prawo do złego dnia” – i zapomnieć o sprawie. Próbowałam zrozumieć zachowania dla mnie niepojęte – i je zaakceptować. I przyjąć ludzi takimi, jacy są, ze wszelkimi ich słabościami, niepewnościami i lękami. I z wszelkimi różnicami, które wynikają częściowo z kultury, a częściowo z tego, że każdy z nas jest inny. I każdy jest piękny, tylko trzeba umieć to dostrzec.

Uczyłam się utrzymywać relacje na odległość.

Zwykle część moich bliskich znajomości rozwijała się głównie w internecie, bo tu inne miejsce na studia, tu Erasmus, tu czyjaś wyprowadzka z miasta, z kraju. Ale nigdy wcześniej nie było tak, żeby znakomita większość moich przyjaciół przebywała tak daleko ode mnie. Musiałam nauczyć się sobie radzić tu, gdzie jestem, i otworzyć się na ludzi, których tu poznałam. A jednocześnie pielęgnować znajomości w Polsce czy innych miejscach na świecie. Nie powiem, że zawsze byłam w tym idealna, ale praktyka czyni mistrza. A praktykuję ciągle.

Uczyłam się żyć z daleka od rodziny.

Mam bardzo fajną rodzinę, z którą chętnie spędzam czas. Oczywiście zwykle bardzo szybko pojawia się znikąd jakiś powód do kłótni i przez jakiś czas jest mniej miło – ale poza tym lubię moją rodzinę i spotkania z nią. Wyzwaniem były więc… spotkania rzadsze. O wiele rzadsze. Rozmowy przez telefon, kontakt przez internet są dobre, ale jeśli jest się przyzwyczajonym do tego, że albo kogoś ma się na co dzień blisko siebie, albo w każdy weekend można wsiąść w samochód i go odwiedzić – telefon i internet to mało.

Uczyłam się więc być silna.

I ponoć mi to wyszło. Jestem pod pewnymi względami typową Polką, więc oczywiście widzę wszystko to, co mi nie wyszło. Ale jednak przecież tyle mi wyszło. Jestem tu, gdzie chciałam być. Spełniam swoje marzenie, co niewiele osób ma okazję zrobić. Zwiedzam kawałek świata od środka, poznając go dokładnie, z różnymi jego odcieniami. W tym – z zielenią roślinności i błękitem oceanu. Potrafię porozumieć się w języku, który jeszcze niedawno był dla mnie czarną magią. Radzę sobie życiowo i finansowo z daleka od „centrum wsparcia” w postaci rodziny. Znalazłam dobrych znajomych i zaufanych przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. Zobaczyłam mnóstwo zapierających dech w piersiach zachodów słońca. Odwiedziło mnie kilkoro znajomych i przyjaciół – i nawet moja siostra! Czekam na kolejne odwiedziny, najbliższe już w lutym. Poznałam wyspę, o istnieniu której pewnie większość świata nie ma pojęcia. Pokazałam sobie, że można żyć inaczej.

Tak wyglądał mój rok na środku Atlantyku.

Działo się tyle… I jeszcze trochę. I trochę więcej. I tyle, że książkę by można napisać. Kiedy myślę sobie o tym, że przyleciałam tu rok temu – najpierw myślę, że jak to, to już rok? Potem zastanawiam się, jak tyle wydarzeń zdołałam zmieścić w tak krótkim okresie czasu. Dużo za mną, dużo przede mną. Co mi życie przyniesie i co z tym zrobię – to wszystko się okaże. A tymczasem dobrego dnia Wam życzę bądź dobrej nocy (w zależności od tego, o której to czytacie) i przesyłam Wam gorące uściski z Terceiry. Zerknijcie na mapę, gdzie to. A jak będziecie się tu wybierać, dajcie znać. Chętnie przejdę się z Wami na jakiś szlak i pokażę Wam, jak radosne może być umazanie się błotem.

Ściskam!
M.

Newsletter

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.