Rozbierał ją po kawałku

with Brak komentarzy

Rozbierał ją po kawałku. Cząsteczka po cząsteczce.

Najpierw zdjął z niej poczucie niepewności, czy może mówić, co chce. Pokazał jej, że może być wysłuchana. Że to, co myśli, się liczy. Zdjął z niej obawę, że jeśli płacze z bezsilności – zostanie odrzucona. Był przy niej, kiedy się śmiała, i był, kiedy płakała. Zawsze zainteresowany, chętny do udzielenia wsparcia.

Pozwoliła mu powoli zsunąć płaszcz ze swoich ramion.

Później zdjął z niej lęk przed prawdą.

Przed tym, że jeśli się powie zbyt wiele, ktoś może uciec. Że prawda o człowieku może wystraszyć drugą osobę. Sam był prawdziwy i niczego nie udawał ani nie ukrywał. Chciał dać się poznać i chciał poznać ją – taką, jaka jest naprawdę. I nigdzie się nie wybierał.

Zrobiło się jej zbyt duszno w długim, obszernym swetrze, więc ściągnęła go szybko i odetchnęła pełną piersią.

Następnie dotknął jej lęku przed bliskością.

Parzył. Chwycił go mocno obiema rękoma, aż temperatura lęku i temperatura jego ciała zlały się w jedno. Kiedy poczuł ten gorąc, zrozumiał. Wziął na siebie część żaru i pokazał jej, że bliskość nie musi powodować oparzeń. Dał jej odczuć, jak przyjemne może być ciepło, które daje. I że kiedy jest za gorąco, zawsze można zrobić krok w tył. Tak, żeby nie zmarznąć, ale żeby poczuć powiew świeżości. I przybliżyć się, kiedy tylko przyjdzie na to ochota.

Położył ręce na jej talii, w miejscu, gdzie kończyła się bluzka i widać było fragment ciała. Zastygła w przerażeniu. Za blisko skóry, za intensywnie. Odsunął się. Przyjrzała mu się uważnie. Chwyciła jego dłonie, położyła w tym samym miejscu, poprowadziła w górę razem z delikatnym materiałem.

Powoli zdejmował z niej lęk przed zaufaniem.

Tydzień po tygodniu, minuta po minucie – całym sobą udowadniał, że przy nim nie ma się czego bać. Że jest bezpieczna. Że prawda o niej, jej tajemnice, jej niepewności i łzy zostają przy nim. Że on jest, kiedy tylko ona go potrzebuje. I że jej nie zawiedzie. Że nie musi dźwigać wszystkich ciężarów sama i nie zawsze musi być aż tak silna. To dobrze, że jest silna. Ale kiedy nie chce – nie musi być. Bo ma kogoś, kto może być czasem silny za nią.

Siedzieli naprzeciwko siebie i patrzyli sobie w oczy. Czuli, jak narasta napięcie – i jak narasta bliskość. W końcu ona wstała i rozpięła guzik od spodni, rozsunęła zamek. Bardzo powoli przeciągała spodnie przez pośladki, uda, zatrzymała się przy kolanach, żeby jeszcze mieć możliwość odwrotu – ale nie zdecydowała się na odwrót. Zsunęła spodnie poniżej kolan, usiadła i jednym ruchem ściągnęła je z kostek. Spojrzała na niego pytająco.

Przyjrzał się jej lękowi przed byciem śmieszną.

Bała się, że zrobi coś głupiego, że się jej nie uda, że wszyscy zauważą jej błąd i będą jej go wytykać. Doszedł do wniosku, że ma to związek z lękiem przed prawdą. Wydawało mu się, że przez ten lęk już przeszli. Powrócił jednak do prawdy. Opowiedział o sobie. O swoich dobrych i złych wyborach. O tym, ile razy się publicznie wygłupił – i jak nie zmieniło to jego jako człowieka. Chwyciła farby. Dał się jej pomalować we wszystkie kolory tęczy – i nie wstydził się tego. Zamiast wstydu wybierał śmiech i dobrą zabawę. Wybierał radość życia. W końcu i ona pozwoliła mu sięgnąć po farby.

Spojrzał na jej zabawne skarpetki, zupełnie nie do pary, do tego prawa wywrócona na lewą stronę. Roześmiał się. Ona spojrzała, lekko się zarumieniła, po czym też się roześmiała. Teraz już umiała.

Zobaczył w niej niepewność własnej kobiecości.

Lęk przed siłą, jaką ta kobiecość daje. Obawy, że ta broń może się jej wymknąć spod kontroli. Że jest zbyt potężna jak na jej wątłe siły. I że może się okazać jej słabością. Przyjrzał się temu i pokazał jej, że on się jej nie boi. Że jest dorosły i potrafi sobie poradzić z jej orężem. Że ona może być uzbrojona po zęby, a on nie cofnie się o krok. Wręcz przeciwnie – będzie podziwiał i szanował tego równego sobie partnera. A ona nie musi się bać ani swojej siły, ani swojej słabości. Bo jedno i drugie stanowi część jej osoby. Może być dumna z siebie, bo jest jedyna i niepowtarzalna. I ma o tym pamiętać.

Położył jej dłoń na plecach, odpiął stanik. Chwycił za ramiączka, przesunął wzdłuż jej ramion. Stała przed nim już prawie całkiem naga, a on nadal widział w niej człowieka. Pięknego i na zewnątrz, i od środka. Serce zaczęło jej mocniej bić. Przytuliła się do niego i poczuła też bicie jego serca.

Na samym końcu rozebrał ją z lęku przed uczuciem.

Przed zawierzeniem siebie drugiej osobie. Przed momentami ekscytacji i znudzenia sobą. Przed skokami adrenaliny i rutyną dnia codziennego. Przed obawą, że już nigdy nic się nie wydarzy. Pokazał, że uczucie nie oznacza niewoli. Że w relacji można być wolnym – że jest się wręcz podwójnie wolnym. Jednocześnie niezależnym i wolnym od tęsknoty za bliskością. A życie? Życie ma takie barwy, jakie miało wcześniej, tylko pomnożone przez dwa.

Ujął jej twarz w dłonie i pocałował. Przesunął dłonie po jej szyi, piersiach, brzuchu. Spojrzał na nią pytająco. Skinęła głową. Po chwili stała przed nim zupełnie naga. I prawdziwa. Bez lęków, bez obaw, bez niepewności. I bez ubrań.

Z uśmiechem zauważyła, że ubrania stanowiły najlżejszą warstwę spośród tych wszystkich, z których ją rozebrał.

 

Angra do Heroísmo, 12.11.2017 r.

Newsletter

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji o nowościach ze strony milenadabrowska.com. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.