Cztery miesiące na środku Atlantyku

with Brak komentarzy

Cztery miesiące na środku Atlantyku – i co dalej?

I co wcześniej? I co w ogóle? Nie wiem, kiedy ten czas minął, a jednocześnie czuję się, jakby minął co najmniej rok. Życie kręci mi się jak w kalejdoskopie, dostrzegam wszystkie jego barwy i odcienie, czasem wiruje mi w głowie, jakbym była na olbrzymiej huśtawce albo kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Sinusoida, „falowanie i spadanie”, ekscytacja i rozpacz. A to wszystko na własne życzenie, wystarczy tylko kupić bilet i wsiąść w odpowiedni samolot. Oczywiście o ile kupi się właściwy bilet. Ja na szczęście tym razem nie pomyliłam dat, a jedynie bagaże – ale druga walizka zamiast roweru bardziej mi się tu przydała niż dwukołowy przyjaciel.

Na rowerze tylko nad ocean

I nie daj Boże z powrotem! Bo z powrotem to ciągle pod górkę. Pożyczyłam tu rower od znajomego i próbowałam jeździć. Z akcentem na „próbowałam”. Nawet naprodukowałam sobie sporo endorfin, ale później potrzebowałam wielu godzin na zreperowanie płuc. Satysfakcja była, ale chyba jednak z kolarstwa górskiego chwilowo zrezygnuję. Co najmniej raz w tygodniu rano jeżdżę w kierunku mariny, żeby się trochę spocić przy bieganiu. Biegam z widokiem na ocean, na wschodzące słońce, na Monte Brasil. I pocę się coraz bardziej, bo na dworze jest coraz cieplej. No, może poza ostatnim powrotem zimy. W niedzielę mieliśmy armagedon, wiatr w porywach do 100 km/h, wilgotność powietrza 93%, deszcz (jak to się ładnie mówi – oberwanie chmury), który wyglądał, jakby padał poziomo, bo tak wiało. Nie, tego dnia nie biegałam, tego dnia spałam. Nauczyłam się, że kiedy potrzebuję odpocząć – muszę odpocząć.

Żyję w zgodzie z przyrodą

Może nie chodzę spać z kurami, bo w kurniku byłoby mało wygodnie, ale bardziej czuję swój organizm i bardziej go słucham. Mam tu mniej energii niż w Polsce, co może być spowodowane innym klimatem. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, więc też „cięższe”. Mniejsza ilość energii powoduje, że bardziej odbieram sygnały od mojego organizmu. Wiem, co mu odpowiada, co mu nie odpowiada. Zawsze potrzebowałam odpowiedniej dawki snu, ale tutaj potrzebuję jej jeszcze bardziej. Kiedy na dworze robi się ciemno, zaczyna mi się wytwarzać melatonina. Kiedy biegnę kolejny kilometr, czuję, że biegnę już wyłącznie na swojej silnej woli, mimo że przecież mam już za sobą półmaraton. Może nie ćwiczę codziennie rano jogi i nie zaczynam dnia od szklanki świeżo wyciśniętego soku z owoców, jak było w pewnej reklamie (albo raczej – parodii tego typu reklam), ale słucham, co moje ciało mi mówi.

I słucham tego, co mówi mi moja dusza

Słucham swojego wewnętrznego głosu, słucham tego, co gdzieś głęboko we mnie. I wiecie co? Głęboko we mnie jest wiele rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałam. Nagle na światło dzienne wychodzą dotąd ukryte lęki i niepewności, jak na przykład niepewność, czy mój angielski jest na tyle dobry, żebym była w stanie przekazać dokładnie to, o co mi chodzi. Wiem, że mówię dobrze, ale to nie jest mój ojczysty język. Jak ostatnio powiedział mi jeden kolega: „W obcym języku, nawet jeśli się go zna świetnie, zawsze jest się trochę głupszym niż w swoim ojczystym”. I tak jest. I musiałam to przezwyciężyć. I musiałam się nauczyć być sobą w języku, którego wiele lat temu w ogóle nawet nie chciałam zaczynać się uczyć, bo mi się nie podobał, bo wolałam brzmienie (tak, tu się posypią na mnie gromy) języka niemieckiego! A tu nagle mam być sobą po angielsku. Jeszcze ze świadomością, że nasza osobowość zmienia się w zależności od języka, którym się posługujemy, bo każdy język trochę inaczej opisuje świat. Zanim poznałam tutejsze Polki, stawałam nieraz przed lustrem i mówiłam do siebie: „Nazywasz się Milena Dąbrowska i jesteś fantastyczna”. I strach trochę mijał.

Odkryłam też wiele dobrego

Odkryłam, że moja rodzina i moi przyjaciele są dla mnie jeszcze ważniejsi niż myślałam. Zawsze wiedziałam, że są ważni. I zawsze starałam się spędzać z nimi czas, chciałam im dawać kawałek siebie. Ale też nie zawsze zgrywaliśmy się w czasie, każdy ma swoje zajęcia, z niektórymi osobami widywałam się częściej, z innymi rzadziej. Byliśmy blisko fizycznie (teraz nawet 400 km, które miałam do domu, wydaje mi się jak rzut beretem), a i tak niekoniecznie łatwo było się spotkać. Ale nagle odczułam, że sam fakt, że w ogóle mogliśmy się spotkać, że mieliśmy taką możliwość – już dawał mi ogromne poczucie komfortu. Świadomość, że mogłam wsiąść w metro czy przejść się kawałek i porozmawiać choć chwilę z kimś bliskim, że mogłam wsiąść w samochód i przejechać te 400 km, i znaleźć się w rodzinnym domu – dawała ogromny spokój. Kiedy tego zabrakło, nagle poczułam się bardzo sama. Ja, która zawsze potrzebowałam prywatności i samotności, nagle miałam jej za dużo i nie wiedziałam, co z nią zrobić.

Musiałam oswoić samotność

Nauczyć się, że ludzie nie zawsze są obok, i sobie z tym poradzić. I czerpać z tego, że mam czas dla siebie, na swoje pomysły, na swój samorozwój, na pobycie sama ze sobą, ze swoimi myślami, wyobrażeniami, odczuciami. I jeszcze bardziej rozwinąć umiejętność komunikacji przez internet, który w tej chwili błogosławię. A jednocześnie otworzyć też serce na ludzi, którzy są tu na miejscu. Na ludzi, którzy są tu dla mnie, którzy chcą być ze mną, wspierać mnie, cieszyć się ze mną. Początek, kiedy oswajałam się ze wszystkim, był dla mnie trudny i mało z kim się w tym czasie spotykałam. Owszem, cieszyłam się bardzo widokami, cieszyłam się, że tu jestem, ale też wszystkiego się bałam. Bałam się też spotykać z ludźmi, żeby się za bardzo nie przywiązać, żeby za chwilę nie cierpieć, jak będę się z nimi rozstawać. Bo nie wiedziałam jeszcze, ile zostaję. Pierwsza wersja dotyczyła okresu do końca maja. Teraz jest już druga połowa maja i wiem, że zostaję dłużej. I wiem też, że chcę mieć ludzi w swoim życiu.

Otworzyłam swoje serce na ludzi

Albo raczej: znów otworzyłam. Bo ono było otwarte, tylko coś dziwnego się z nim działo przez jakiś czas. Utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo że bardzo cenię sobie samotność – nie jestem typem samotnika. Pamiętam jedno berlińskie śniadanie z przyjaciółmi, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że raczej jestem ekstrawertykiem niż introwertykiem. Cały mój światopogląd legł w gruzach! Ale nagle zrozumiałam, że to dlatego jestem w stanie mieć wielu znajomych i każdym się realnie interesować – bo ciągnie mnie do ludzi. I kiedy już się otworzę, mam dla moich bliskich serce na dłoni. Bo chcę. Bo dbam. Bo mi zależy. Czy musiałam polecieć na środek Atlantyku, żeby to odkryć, nie wystarczył wspomniany Berlin? (Ten Berlin, z którego mało co nie wracałam z wielkim ptakiem – patrz: Wielki powrót zza Odry) Pewnie by wystarczył, gdyby nie to, że pewne rzeczy muszę sprawdzić bardzo, bardzo dokładnie – i się upewnić, że na pewno są takie, jak je widzę. Muszę to sprawdzić osobiście i czasem boleśnie, ale przynajmniej wiem.

Ten wyjazd to jedna wielka niewiadoma

Owszem, wiedziałam, gdzie jest Terceira (na środku Atlantyku…), znałam tu kilka osób, wiedziałam, gdzie będę mieszkać (przynajmniej początkowo), gdzie będę pracować, gdzie jest kilka sklepów… I to w zasadzie tyle. Znałam to miejsce, ale tylko z wakacji. Wakacje wyglądają inaczej – choć nie tak do końca. Czy w wakacje, czy na co dzień – ocean ciągle jest na swoim miejscu i góry ciągle są na swoim miejscu. Poza skrajną pogodą niebo jest niebieskie, woda jest niebieska, a wzgórza zielone. Nadal codziennie zauważam wszystkie odcienie zieleni, jakie tu występują, nigdzie nie widziałam ich więcej. Znałam ten błękit, znałam tę zieleń. Ale nie znałam zwyczajów codziennego życia, nie wiedziałam, co to jest ten osławiony szok kulturowy i nawet nie przypuszczałam, że może mnie spotkać w kulturze wcale nie aż tak odległej od naszej. Codziennie uczyłam i nadal uczę się czegoś nowego – i teraz, kiedy już w końcu mniej więcej rozumiem, co do mnie mówią w autobusie czy w sklepie, jestem w stanie lepiej funkcjonować. Znów się uśmiechać. Żartować. Być sobą.

Przyjechałam tu, bo to było moje marzenie

Ta wyspa, to miejsce, ten sposób życia. Jeszcze się tego wszystkiego uczę. Ale uczę się też samej siebie. Przyjechałam tu, bo wiedziałam, że tylko wystawiając się na ekstremalne przeżycie, jestem w stanie dotrzeć do obszarów nieodkrywalnych dla mnie w bezpiecznych warunkach. I może nie biegam z plecakiem po puszczy i nie śpię w namiocie na pustyni (choć kilkoro moich znajomych z Polski nieustannie pyta, jak tam mój szałas), nie buduję też studni w Afryce (choć kiedyś miałam taki pomysł) ani nie wspinam się na Mount Everest – ale osiągam moje prywatne szczyty. Pokonuję własne ograniczenia, przypominam sobie o swoich zdolnościach, nieustannie szukam odpowiedzi na pytania, których mam coraz więcej. Niedawno zawędrowałam do teatru – i poczułam się jak u siebie. Kto wie, może to, co było moją pasją i inspirującą codziennością przez ponad 8 lat, wróci do mojego życia? Może miałam przylecieć tutaj, żeby się o tym przekonać? A może nie, może miałam przekonać się o czymś innym? Jak to było? „Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu” (Tolkien). Dobrego wieczoru, dobrych odkryć!

Newsletter

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji o nowościach ze strony milenadabrowska.com. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.