W podróży przez życie liczy się każdy krok

with Brak komentarzy

Przez kilka dni zastanawiałam się, czy opublikować tekst, który właśnie zaczynasz czytać. Ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. W końcu pomyślałam, że jeśli choć jedną osobę zdołam zainspirować do posłuchania swojego wewnętrznego głosu i podążenia ścieżką marzeń, to chcę to zrobić. Przyjemnej lektury!

 

Wczoraj złożyłam wypowiedzenie w pracy i kupiłam bilet w jedną stronę.

17 stycznia wsiadam w samolot i lecę na Terceirę – moją wyspę marzeń. Jestem chodzącym przykładem na to, że jeśli wystarczająco mocno się w coś wierzy, to można to osiągnąć.

Terceira to mała wyspa na środku Atlantyku, o której istnieniu dowiedziałam się dwa lata temu w październikowym słońcu Barcelony. To historia na osobny wpis, zaczynająca się jak love story, a zakończona super przyjaźnią, teraz tylko tyle, że warto rozmawiać z nieznajomymi. Kilka miesięcy po niespodziewanym spotkaniu w Barcelonie wylądowałam po raz pierwszy na najbardziej zielonym zakątku Ziemi, jaki do tej pory widziałam. I z miejsca się zakochałam!

Co mnie urzekło? Nieskażona natura. Soczysta zieleń. Błękit nieba. Potęga oceanu. Serdeczność ludzi. Radość życia, która widoczna była na każdym kroku. Tam się nauczyłam, że można wolniej, można spokojniej. Że wspólny posiłek można zjeść nie od święta, tylko codziennie. Że nie trzeba biec, lepiej skupić się na bieżącej chwili i docenić ją w najdrobniejszym szczególe. Że nigdy nie będziemy mieć wszystkiego – i „wszystko” nam do szczęścia nie jest potrzebne. To, co najważniejsze, jest w nas samych.

Po powrocie do Warszawy trudno mi było wrócić do codzienności. Było dla mnie za głośno, za szybko, za nerwowo. Źle znosiłam szum i anonimowość, jaka panuje w dużym mieście. I ponury wyraz twarzy spotykanych na ulicach ludzi.

Chciałam zachować w sobie choć cząstkę tego, czego nauczyłam się w mojej podróży. I chciałam jak najszybciej wrócić do mojego raju.

Do przygotowań do wyjazdu zabrałam się, jak to miałam w zwyczaju, szybko i nerwowo. Chciałam wyjechać już, teraz, natychmiast. Uczepiłam się myśli, że znajdę jakąś pracę zdalną i jakoś to będzie. Wierzyłam, że wyjazd rozwiąże wszystkie moje problemy. A było ich w tym czasie sporo: toksyczna współlokatorka, konieczność wywiezienia mojej ukochanej kotki do rodziców, brak stałego miejsca zamieszkania przez półtora miesiąca, duży projekt teatralny, który był dla mnie ważny, ale jego realizacja pochłaniała mnóstwo energii… Do tego dochodziło ogólne wewnętrzne rozbicie i strach przed postawieniem jakiegokolwiek kroku. Odpowiedź, jakiej najczęściej w tym czasie udzielałam, brzmiała: „Nie wiem”. Na wszystkie pytania odpowiedzią miał być wyjazd.

I nie był. Nie byłam w stanie zebrać się w sobie na tyle, żeby faktycznie o ten wyjazd zadbać. Byłam w kompletnej rozsypce i jedyny wyjazd, jaki się wydarzył, to kolejny wyjazd na dwa tygodnie, który tylko przypomniał mi, jak cudownie jest na tej wyspie i jak bardzo chcę na niej być. I znów zabrałam się do przygotowań – i znów przez kolejne miesiące nic się nie wydarzało.

Chociaż „nic” to pojęcie względne. Moje „nic” to w tym przypadku był ogrom pracy, jaki włożyłam w to, co mam w życiu najcenniejszego – w samą siebie. Postanowiłam posprzątać szufladki w mojej głowie – powyrzucać śmieci, pościerać kurze, wyciągnąć trupy z szafy i przyznać się do ich istnienia, a następnie wybaczyć sobie, że dopuściłam do ich pojawienia się. I wybaczyć tym trupom, że były w moim życiu – w końcu sama je wybrałam. A jeśli nie wybierałam ich bezpośrednio, to wybierałam moje reakcje na nie. To, co dalej z nimi robiłam.

Czyszczenie w głowie odbywało się równolegle z czyszczeniem przestrzeni wokół siebie.

Zrezygnowałam z teatru, w którym grałam ponad 8 lat i który bardzo kochałam, odgruzowałam swój pokój, wyrzuciłam połowę ciuchów, poddałam się laserowej korekcji wzroku i ograniczyłam kontakt z ludźmi, którzy wysysali ze mnie energię. Potrzebowałam dużo dobrej energii – i nią zaczęłam się otaczać. Żeby w szufladkach był coraz lepszy porządek.

Na początku tej pracy, widząc „wolne przestrzenie”, z przyzwyczajenia zaczęłam je zapełniać aktywnościami – zdecydowałam się na udział w półmaratonie (i faktycznie, po dwóch miesiącach przygotowań, go przebiegłam), zaczęłam tańczyć bachatę, rzuciłam się w wir spotkań towarzyskich, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu, zapisałam się na intensywny kurs portugalskiego i przez cały miesiąc uczyłam się jak szalona, godząc zajęcia z pracą i innymi obowiązkami. I co? I znów dotarłam na skraj wyczerpania – a ten mój skraj leży faktycznie daleko. Tak daleko, że jak już do niego dotrę, nie mam siły nawet usiąść, nie mówiąc o powrocie tam, skąd przyszłam.

Wiedziałam, że z czegoś muszę zrezygnować. Moja dusza wołała o przestrzeń, o spokój. Zrezygnowałam więc niemal ze wszystkiego. Byłam niedostępna dla znajomych, co tydzień wyjeżdżałam z Warszawy, żeby być jak najbliżej natury, i nie miałam ochoty wracać do tego dużego miasta, próbowałam odzyskać utraconą energię i chęć działania.

W jakimś momencie przeżyłam coś, co fachowo nazywa się wglądem. To taki efekt „aha!”, nagłe zrozumienie sytuacji, olśnienie, pomysł.

Któregoś lipcowego dnia dotarło do mnie, że sama jestem odpowiedzialna za swoje szczęście – i że zasługuję w życiu na to, co najlepsze.

Brzmi banalnie? To oczywiste? To zastanówcie się przez chwilę, na ile naprawdę tak myślicie, a na ile uzależniacie swoje szczęście od nieuprzejmej pani w sklepie, od kierowcy BMW, który zajechał Wam drogę, od deszczu, który akurat na złość Wam pada, czy od klamki, która chciała zrujnować Wam cały poranek, i dlatego odpadła.

Tamtego lipcowego dnia zrozumiałam, że to ja jestem panią swojego życia. Że nie muszę i nie chcę oddawać nikomu władzy nad nim. Że zadowalanie wszystkich wokół prowadzi wyłącznie do tego, że wszyscy są niezadowoleni, ze mną na czele. I że jeśli czekam na to, aż ktoś przemieni moje życie w bajkę – to tym kimś mogę być tylko i wyłącznie ja sama.

Przyszedł czas, żeby wyczyszczone szufladki zapełnić na nowo.

Wróciłam do starych książek psychologicznych, które już kiedyś czytałam, zaczęłam wertować strony internetowe i blogi w poszukiwaniu materiałów o rozwoju osobistym, rozwoju duchowym, o szukaniu swojej pasji (teatr zostawiłam za sobą – przyszedł czas na coś nowego), poszłam na warsztaty z coachem, wymieniałam się ze znajomymi ebookami pełnymi mądrych myśli, afirmacji, ćwiczeń na usłyszenie swojego wewnętrznego głosu. Wiedziałam, że kiedy go słucham, moje wybory są dobre, najlepsze z możliwych, ale przez ostatnie kilka lat uciszałam ten głos. Teraz chciałam znów go usłyszeć.

Zaczęłam szukać pomysłów na siebie. Pomysłów na pracę, jaką mogłabym wykonywać zdalnie, żeby móc zrealizować mój cel – pomieszkać przez jakiś czas na Terceirze. Miałam pomysł, żeby programować, miałam pomysł, żeby robić strony internetowe, zapisałam się nawet na kurs robienia takich stron – dzięki temu mam gdzie opublikować ten wpis!

Zaczęłam głośno mówić o tym, że szukam.

Że szukam odpowiedzi. Że się rozwijam, że w tym momencie stawiam na siebie. Że moim docelowym rozwiązaniem ma być stworzenie własnego biznesu online, który pozwoli mi być niezależną od miejsca zamieszkania. Bo teraz chcę mieszkać na Terceirze, a później – kto wie.

Głośno przekazywałam światu swoje oczekiwania, podkreślając, że na pierwszym miejscu jest spędzenie roku na Terceirze. Byłam spokojna i pewna, że moje marzenia się spełnią, że zrealizuję swoje plany. Tym razem nie szarpały mną emocje, nie robiłam niczego na siłę, nie uzależniałam swojego samopoczucia od tego, czy znalazłam jakiś ciekawy pomysł, czy nie. Robiłam swoje. Powoli, małymi krokami. Nieustannie się rozwijałam, dowiadywałam coraz więcej o sobie samej, rozmawiałam z przyjaciółmi o moich i ich odkryciach, i ufałam światu. Ufałam, że zasługuję na to, co najlepsze, i że to dostanę.

Półtora tygodnia temu zobaczyłam ogłoszenie zamieszczone przez jedną z moich znajomych z Terceiry – szukają kogoś do pomocy przy farmie organicznej. Pierwsza moja myśl: „Wszechświat do mnie mówi!” Sama nie wierząc w to, co się dzieje, napisałam do niej z prośbą o więcej szczegółów. Wychodząc ze spotkania z przyjaciółką, powiedziałam: „Jak jeszcze zagwarantują mi jedzenie, to się pakuję i jadę”. Następnego dnia co? Zobaczyłam wiadomość o wyżywieniu! Znajoma odpisała. Rozważałam to, co mi proponowali, a z każdą rozmową ich propozycja dla mnie była coraz ciekawsza. Wiedziałam, że to ten moment – że to mój czas.

Spełniało się moje marzenie!

Kiedy podjęłam decyzję, poczułam się jak we śnie, przypomniał mi się mój pierwszy lot na Terceirę – po tym, jak kupiłam bilet, co kilka dni sprawdzałam, czy na pewno jest, czy go sobie nie wymyśliłam. Wczoraj sen zamieniłam na rzeczywistość. Poprosiłam szefa o spotkanie. Domyślił się od razu, o co chodzi. Powiedział, że podziwia moją odwagę, życzył mi powodzenia. Kilka godzin później trzęsącymi rękami podpisywałam wypowiedzenie. Zebrało mi się na płacz. Jak wychodziłam z biura, zatrzymałam się, żeby porozmawiać z kolegą. Powiedział, że mówię przez nos. Zgadywałam, że może mnie trzyma lekkie poranne przeziębienie, potwierdziłam, że zaaplikuję sobie imbir i cytrynę. A kiedy wyszłam, dotarło do mnie, że to nie przeziębienie. To łzy, które czaiły się pod powiekami.

Wsiadłam do samochodu i się rozpłakałam. Pomyślałam, że łatwiej byłoby wyjechać jutro niż za dwa i pół miesiąca. Nie musiałabym myśleć o wszystkich pożegnaniach, które są przede mną, nie byłoby tylu łez i wzruszeń, bo wszystko działoby się zbyt nagle. Później pojawiłaby się tęsknota – ale nie przeżywałabym przedłużonego rozstawania się. Dwa i pół miesiąca to z jednej strony mało czasu, z drugiej – bardzo dużo. Tyle może się wydarzyć przez dwa i pół miesiąca!

Uspokoiłam się dopiero kiedy kupiłam bilet. Od momentu złożenia wypowiedzenia byłam w pustce – ani w pracy, ani na Terceirze. Kiedy kupiłam bilet, mój cel się zmaterializował – w postaci celu podróży. I już w pełni zaczęłam się cieszyć tym, co się wydarzyło. Wiedziałam, że do miejsca, w którym jestem, doszłam dzięki temu, że zaufałam sobie i życiu. Że postanowiłam słuchać siebie i dałam sobie czas.

Tego samego wieczoru znalazłam w skrzynce pocztowej awizo. Poszłam na pocztę i odebrałam paczkę. Paczka przyszła z Terceiry, był w niej przepiękny świecznik z drewna, zrobiony ręcznie przez jednego z moich znajomych. Wiedziałam, że to nie przypadek, że wcześniej nie zaglądałam do skrzynki. Miałam dostać tę niespodziankę dokładnie tego dnia. Żeby jeszcze bardziej uwierzyć w to, że moje marzenie właśnie się spełnia.

Trudno będzie mi się rozstać z rodziną, z przyjaciółmi, z miejscami, które znam od lat, z przyzwyczajeniami. Ludzie są dla mnie ważni, moi najbliżsi dalej będą mieli swoje miejsce w moim sercu. Jednocześnie jestem gotowa na nowe. Boję się – ale jestem szczęśliwa. To mój wybór, chcę spróbować. Jeśli wyjdzie – będę się cieszyć, że podjęłam dobrą decyzję. Jeśli nie wyjdzie – nie będę sobie do końca życia wyrzucała, że nawet nie spróbowałam, i zastanawiała się, co by było, gdyby.

Kiedy wyjaśniłam wczoraj kuzynce, za co pijemy, powiedziała podekscytowana, że czuje magię w powietrzu. I że brzmi to jak scenariusz filmowy. I że już mnie widzi na tej Terceirze – spokojną, blisko natury, celebrującą życie. Trochę taką czarownicę – w dobrym tego słowa znaczeniu. Też się tam już widzę! I widzę mój widok na ocean, który na pewno będę miała. Nie wiem, czy od samego początku – ale w jakimś momencie na pewno. Skoro już tam będę, to będę o ten jeden krok do przodu. I każdym z tych kroków zamierzam się cieszyć. W końcu w podróży przez życie liczy się każdy krok!

 

Warszawa, 29.10.2016 r.

Newsletter

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco

Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji o nowościach ze strony milenadabrowska.com. Zgodę możesz w każdej chwili wycofać. Szczegóły dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.